Pio-pio-pio-pio-pi… a, nie, to jednak Juventus
Włochy

Pio-pio-pio-pio-pi… a, nie, to jednak Juventus

Ronaldo kontuzja, Paqueta kontuzja, Donnarumma kontuzja, Douglas Costa kontuzja. I ta lista miałaby jeszcze kilkanaście pozycji, ale już wam odpuścimy. Sami widzicie, że ewentualne wyciąganie wniosków po tym spotkaniu byłoby bez sensu, bo obie ekipy były przetrzebione. Co oczywiście nie zmienia faktu, że zwycięstwo w Turynie byłoby dla Rossonerich bezcenne. Włoski klasyk stał pod znakiem Polaków – bezpośredni pojedynek stoczyć mieli Wojciech Szczęsny oraz Krzysztof Piątek. No i stoczyli.

Krzysztof Piątek, napastnik Milanu, strzela gola Juventusowi w Turynie.

To zdanie przed tym sezonem było tak samo absurdalne, jak „Zagłębie Sosnowiec powalczy o europejskie puchary”. Jednak taka jest rzeczywistość. Polak podtrzymał swoją znakomitą passę, zrównał się bramkami z Fabio Quagliarellą, dzięki czemu wrócił na tron dla capocannoniere.

Z pewnością pozytywnie zaskoczył nas cały Milan w pierwszej połowie. Oczywiście, liczba absencji u lidera wymagała podejścia do przebiegu gry z pewnym dystansem. Jednak prawda jest taka, że Juventus nie miał nawet pół sytuacji w podstawowym czasie pierwszej połowy. Przebudzili się dopiero w doliczonym czasie, gdy Mario Mandzukić zapierdaczył z przewrotki, ale Pepe Reina przypomniał sobie czasy Liverpoolu i popisał się świetną paradą. Przez prawie cały mecz Hiszpan był bezrobotny – mógłby pójść do kawiarni, kupić espresso, przeczytać La Gazzettę, Corriero i wszystkie tego typu czytadła, a następnie wrócić na Allianz. Milan przejął inicjatywę i za nic w świecie nie chciał jej oddawać. Rossonerim należał się karny po wrzutce Calhanoglu i idiotycznym zachowaniu Alexa Sandro, zresztą Brazylijczyk był prawie najsłabszym ogniwem mistrza Włoch w tym spotkaniu. Na równi z Rodrigo Bentancurem i pewnym gagatkiem, o którym wspomnimy za chwilę. W każdym razie jedenastka – naszym zdaniem – powinna być odgwizdana, ale sędzia Fabbri po konsultacji z VAR-em podtrzymał decyzję i Milan zaczynał od rożnego.

Tym gagatkiem, o którym wspomnieliśmy, jest Leonardo Bonucci. Cholera, nie wiemy czasami, o co chodzi temu facetowi. Raz włoska elegancja, perfekcja w najdrobniejszym calu, prawdziwy kapitan. A czasami babol goni babola, kłóci się z resztą drużyny, wytyka im błędy (vide sytuacja z Moise Keanem). I dzisiaj Bonucci przywdział drugi, zdecydowanie mniej korzystny kostium. Przy wyprowadzeniu piłki wsadził na konia Bentancura, Bakayoko odebrał futbolówkę, zagrał do Piątka, który idealnie wykończył akcję. Podobna sytuacja do tej z Wiednia z jedną różnicą – tym razem Krzysztof mógł wykonać cieszynkę, wtedy w starciu z Austrią spudłował.

Napastnik Milanu co prawda pierwsze pchnięcie pod żebro przeciwnika mógł wyprowadzić już na samym początku spotkania. Alex Sandro obciął się ponownie, dzięki czemu piłka przeszła do Suso. Hiszpan podprowadził akcję do przodu, następnie idealnie dośrodkował na głowę Piątka. Lepiej tego zagrać nie mógł, czego nie powiemy o Polaku. Uderzył bowiem obok bramki, choć realnie powinien zapytać Szczęsnego, z którego rogu chciałby wyciągać piłkę.

Mateo Musacchio poklepał Leo Bonucciego po plecach i pomyślał, że Włoch nie może samemu przeżywać tak niekomfortowej historii. Zatem postanowił, że wykona przewinienie roku. Podanie odebrał Dybala, ruszył w stronę linii końcowej, a w szesnastce władował mu się w nogi jego rodak. Fabbri słusznie wskazał na wapno. Do karnego podszedł sam poszkodowany. Reina w lewo, Dybala w środek i Juve wyrównało.

A w końcówce obejrzeliśmy klasyczne Juve. Kolejny olbrzymi błąd obrony Milanu. Zawalił Calabria, Pjanić dograł do Keana, a gwiazda młodzieżówki (wkrótce seniorów i Juventusu) załadował na 2:1. Jeśli któryś z waszych znajomych miałby ochotę zobaczyć skrót lat 2013-2019 w wykonaniu obu zespołów, pokażcie mu to spotkanie. Zarówno klasyczny Milan, jak i Juventus.

Juve nie powinno wygrać tego meczu. Milan był przez większość czasu po prostu lepszy. Bardziej wyważony. Jednak dwie zmiany Allegremu zrobiły wynik. Wpuścił Pjanicia i Keana. Szczególnie ten drugi mógł się podobać. Wszedł, strzelił gola w trzecim meczu z rzędu, a następnie bawił się z obrońcami, nawet założył siatkę Musacchio. Szkoda w tym wszystkim Piątka, bo znów wyciskał maksimum z każdej sytuacji. No, może poza tą sytuacją w pierwszych minutach.

Aha, tak na marginesie. Juve już jutro może świętować mistrzostwo. Wystarczy, że Napoli nie pokona Genoi.

Juventus – Milan 2:1 (0:1)

39′ Krzysztof Piątek

60′ Paulo Dybala k.

84′ Moise Kean

fot. NewsPix.pl