Nie będzie ósemki, Stolarczyk i tak dostanie nowy kontrakt
Weszło

Nie będzie ósemki, Stolarczyk i tak dostanie nowy kontrakt

W sobotniej prasie kilka ciekawych tekstów z polskiej piłki i jeszcze więcej z zagranicznej. Krótko mówiąc: sporo do czytania. 

PRZEGLĄD SPORTOWY

Poszukiwania trenera przez Legię pokazują, że nie wchodzi w grę ktoś o charakterze Sa Pinto.

Wczoraj pisaliśmy, że władze klubu myślą o ponownym zatrudnieniu Henninga Berga, ewentualnie o niemieckich szkoleniowcach Michaelu Skibbe i Thorstenie Finku. To trenerzy zupełnie innego typu niż Ricardo Sa Pinto. W większym stopniu nastawieni na dialog i budowanie dobrych relacji w zespole, preferujący też futbol innego typu. 

Berg przy Łazienkowskiej jest dobrze znany, bo pracował tam od grudnia 2013 do października 2015 roku. Drużyna pod jego wodzą zdobyła mistrzostwo i Puchar Polski, wyszła z grupy w Lidze Europy i rozbiła na boisku Celtic Glasgow (4:1 i 2:0). Gdyby nie błąd działaczy i wystawienie nieuprawnionego piłkarza, warszawski zespół miał wielkie szanse na awans do Champions League.

W tym sezonie Dušan Kuciak aż 14 razy zachował czyste konto. To najlepszy wynik w ekstraklasie.

Końcówka meczu Lechii z Arką. Dušan Kuciak broni strzał Macieja Jankowskiego, paruje piłkę na słupek. Dzięki tej interwencji jego zespół remisuje w derbach Trójmiasta 0:0. 42. minuta spotkania Lechia – Piast, Tom Hateley zagrywa do Piotra Parzyszka, który ma przed sobą tylko Kuciaka. Bramkarz gospodarzy popisuje się fantastyczną interwencją. 57. minuta – golkiper zespołu lidera znakomicie broni strzał Tomasza Jodłowca. W tym sezonie podobnych sytuacji były dziesiątki, po bardzo wielu spotkaniach piłkarze z pola mieli powody, by dziękować swojemu bramkarzowi, który wybraniał sytuacje wydawałoby się nie do wybronienia. 

Jak pokazały ostatnie sezony, klasowy golkiper jest niezbędny, by marzyć o mistrzostwie. Dwa lata z rzędu legioniści mogli dziękować Arkadiuszowi Malarzowi, którego interwencje przynosiły im kolejne punkty. W obecnych rozgrywkach to właśnie Słowak często zasługuje na miano bohatera.

ps1

Maciej Stolarczyk otrzyma nową umowę w Wiśle Kraków niezależnie od tego, czy drużyna awansuje do górnej ósemki.

Taka rozmowa tuż przed decydującymi meczami w walce o awans do grupy mistrzowskiej to dla trenera sygnał, że w klubie są zadowoleni z jego pracy, niezależnie od tego, czy ostatecznie Wisła znajdzie się w górnej czy w dolnej ósemce ekstraklasy. – Padła deklaracja, że klub chciałby współpracować ze mną nawet, gdyby się nie udało – przyznał Stolarczyk. – To było miłe wsparcie. Bardzo się z niego cieszę, bo dodaje siły do pracy. Odbyliśmy kurtuazyjną rozmowę o przyszłości. Dyskutowaliśmy o tym, jak miałby wyglądać zespół na przyszły sezon, jak chcemy budować dalej to, co zostało zaczęte w momencie, gdy przyszedłem do klubu – dodał trener.

Rozmowa z Jackiem Kruszewskim, prezesem Wisły Płock. Głównie o zmianie trenera.

MACIEJ WĄSOWSKI: Dlaczego zdecydowaliście się na zatrudnienie akurat Leszka Ojrzyńskiego? 

JACEK KRUSZEWSKI (PREZES WISŁY PŁOCK): W tej chwili rynek polskich trenerów nie jest przesadnie bogaty. Dotychczas podejmowaliśmy ryzyko i stawialiśmy na szkoleniowców niezbyt doświadczonych. Tak było zawsze od czerwca 2012 roku, a więc od momentu, kiedy jestem prezesem klubu. Teraz dzięki trenerowi Ojrzyńskiemu postanowiliśmy wprowadzić więcej doświadczenia. Stwierdziliśmy, że nasza szatnia potrzebuje rządów silnej ręki i wstrząsu, bo widać, że w każdym meczu zespół prezentował się coraz gorzej od strony mentalnej. Ogólnie stwarzamy za mało sytuacji pod bramką przeciwników. W naszych poczynaniach brakuje werwy. Nie tak powinna wyglądać drużyna walcząca o utrzymanie w ekstraklasie. Wiemy, że trener Ojrzyński słynie z mocnego charakteru. Jest też świetnym motywatorem. Jednocześnie przy tym wszystkim jest szkoleniowcem, który odnosił dobre wyniki w swoim poprzednim klubie. Między innymi dwukrotnie utrzymał Arkę Gdynia w ekstraklasie, zdobył z nią również Puchar i Superpuchar Polski. Jest to trener już z pewnymi osiągnięciami, ale i z bagażem doświadczeń, bo w różnych polskich klubach pracuje już ze 20 lat. Osobiście znam Leszka Ojrzyńskiego z jego poprzedniego pobytu w Płocku. Byłem wtedy jeszcze w Stowarzyszeniu Kibiców, ale miałem okazję poznać trenera.

ps2

Pora na Magazyn Lig Zagranicznych, a tam sporo ciekawych tekstów.

Pudło Roberta Lewandowskiego we Freiburgu w poprzedniej kolejce może kosztować Bayern mistrzostwo Niemiec. Jeśli w Monachium Borussia wygra, sięgnie w tym sezonie po tytuł – mówi Thomas Helmer, mistrz Europy z 1996 roku.

W Niemczech funkcjonuje pojęcie „Bayern-Dusel”, czyli „fuks Bayernu”. Ostatnio mówi się, że Dortmund przejął od monachijczyków tę właściwość. Wiele zwycięstw w samych końcówkach to tylko szczęście?

Dla mnie to umiejętność i dowód jakości. Jesienią zespół błyszczał, momentami zachwycał. Teraz nauczył się cały czas walczyć. W miniony weekend z Wolfsburgiem mecz im się nie układał. VfL bardzo dobrze się broniło. Borussia miała bardzo ciężko. Starała się przez dziewięćdziesiąt minut znaleźć jakieś rozwiązanie. Kiedy w końcu gol pada w 90. minucie, wszyscy mówią o szczęściu, ale dla mnie to właśnie dowód tego, że w drużynie zgadza się mentalność. Że oni chcą sięgnąć po to mistrzostwo. Zresztą, dokładnie w tym samym momencie Robert Lewandowski we Fryburgu zmarnował doskonałą sytuację. To nie tylko kwestia fuksa.

Lewandowski ma w Niemczech ciężki czas. Sporo krytykuje się go w mediach, mówi się, że zawodzi w ważnych meczach. Pan sądzi podobnie?

W środowym meczu Pucharu Niemiec z Heidenheim pokazał, że nie zawodzi. Oczywiście, można powiedzieć, że to tylko II-ligowiec, ale to był naprawdę ważny mecz dla Bayernu, a zespół był w sporych tarapatach. Wejść z ławki i od razu odwrócić losy spotkania to dowód dużej klasy. Wziął odpowiedzialność na siebie. Choć to prawda, że w Niemczech oczekujemy od Lewandowskiego więcej. Tak w Europie, jak i w Bundeslidze. Co roku strzela bardzo wiele goli, ale mam wrażenie, że on czasem chce zrobić za dużo rzeczy naraz. Tę główkę z SC Freiburg musi trafić. To może być sytuacja na wagę mistrzostwa. Ale nie chcę też, by ktoś odniósł wrażenie, że go nie doceniam. To także w tym sezonie najlepszy napastnik Bundesligi, razem z Sebastienem Hallerem z Eintrachtu Frankfurt.

ps3

Jeśli Barcelona nie przegra z Atletico, będzie praktycznie pewna mistrzostwa. Rojiblancos wierzą w sukces, ale powodów do optymizmu nie ma zbyt wiele.

To finał ligi – podkreślają piłkarze Barcelony. I taka jest prawda. Katalończycy wykonali właściwie wszystkie konieczne kroki do zdobycia tytułu. Na osiem kolejek przed końcem zawodnicy Ernesto Valverde są w komfortowej sytuacji. Do pełni szczęścia brakuje im pokonania tylko jednej przeszkody. Na Camp Nou przyjeżdża wicelider, nad którym gospodarze mają osiem punktów przewagi. – Zrobimy wszystko, by sezon nie skończył się już w sobotę – podkreśla Diego Simeone, trener Atletico. Ale trudno znaleźć powody do optymizmu dla jego drużyny.

Goście muszą wygrać, by podtrzymać nadzieje. Triumf zmniejszyłby ich stratę do pięciu punktów, jednak do zdobycia tytułu madrytczycy będą potrzebowali jeszcze dwóch porażek Barcy, która do końca sezonu ma jeden z najłatwiejszych terminarzy w lidze. Tylko jak wierzyć w zwycięstwo? Liczby są dla Simeone brutalne. Ze swoją drużyną nigdy nie wygrał na Camp Nou. – To sprawia, że jestem superoptymistą – powiedział z uśmiechem Cholo. Wierzy, że ten pierwszy raz musi nadejść.

ps4

Andrew Cole był znakomitym napastnikiem, który z Manchesterem United osiągnął wielkie sukcesy. Były reprezentant Anglii to dziś szanowany ekspert piłkarski. W Warszawie „PS” porozmawiał z nim o wyzwaniach stojących przed Ole Gunnarem Solskjaerem, przyjaźni z Dariuszem Dziekanowskim, futbolu z lat 90. i osobistych przeżyciach Cole’a.

Czytałem bardzo dobry wywiad w brytyjskiej edycji „FourFourTwo” parę lat temu. Ludzie przysyłali pytania, a ty na nie odpowiadałeś. Kibic Bristol City przysłał pytanie dotyczące Dariusza Dziekanowskiego: „Kto jest lepszym graczem, Dariusz Dziekanowski czy Eric Cantona?”. Zdziwiłem się, bo odpowiedziałeś, że Dziekanowski. Ciekawa opinia.

Dziekanowski był świetny. Kiedy zacząłem grać w Bristol City i chłopaki opowiadali mi o Dziekanowskim, bo widziałem „Jackie’ego” wiele razy wcześniej, kiedy grał w Celticu, było widać, że jest utalentowany. Niektóre z rzeczy, jakie robił na treningu w Bristol City, były żartem, naprawdę. On wyprzedzał epokę. A potem kiedy z nim grałem, myślałem sobie: „Ten facet jest z kosmosu”. Przerzucał ludziom piłkę nad głową! Mówiłeś: „Nie, nie można robić takich rzeczy!”. Zakładał siatki dla zabawy. Super było przebywać koło niego, wiele się od niego nauczyłem, mimo że krótko graliśmy razem, ale miał w sobie coś takiego. Ludzie za mało o nim pamiętają, w Celticu i nie tylko, bo to był gigantyczny talent.

Profesjonalny futbol nie zawsze oznacza przyjaźń, zresztą mówiłeś o tym. Miałeś dziwne relacje z Teddym Sheringhamem, bo nie rozmawialiście ze sobą przez wiele lat, ale graliście razem. Jak to możliwe? Bo ja tego nie rozumiem. 

Wszystko jest możliwe. Powiem tak: nie każdy dogaduje się z każdym, nawet pracując osiem godzin w biurze. W sumie nie wiem, czemu mówię osiem, teraz to bywa dziesięć godzin dziennie. Nie da się dogadywać ze wszystkimi. Ale jeśli chce się tego samego, to będzie się o to walczyło. I tak to było ze mną. Kiedy grałem w Manchesterze United, dołączył do nas Teddy, bo chciał wygrywać, a w Tottenhamie nie mógł tego osiągnąć. Nie dogadywaliśmy się poza boiskiem, ale na murawie mieliśmy ten sam cel i udowodniliśmy, że umiemy ze sobą współpracować. Jednego wieczoru Gary Pallister powiedział: „Rozumiem, że wy dwaj się nie dogadujecie, ale róbcie dalej to, co robicie, bo jesteście w tym świetni”. To, że coś takiego powiedział, uświadomiło mi, że i ja, i Teddy robimy to, co trzeba. Na murawie nie idzie się na kompromisy. Poza boiskiem nie musimy się kumplować, nie musimy wychodzić na drinka, ale na boisku robimy co trzeba.

Nie podał ci ręki, kiedy graliście w reprezentacji Anglii. Wchodziłeś na murawę, a on schodził. Taki był początek tej historii.

To był początek i koniec. Przykre doświadczenie.

ps5

Już w ten weekend Juventus może zapewnić sobie ósme mistrzostwo z rzędu.

Dotychczas w najbardziej sprinterskim tempie mistrzostwo Włoch zapewniały sobie Torino (sezon 1947/48), Fiorentina (1955/56) i w bardziej nowożytnych czasach Inter (2006/07). We wszystkich trzech przypadkach miało to miejsce pięć spotkań przed końcem sezonu. Wygląda na to, że zespół Massimiliano Allegriego pobije ten rekord – albo już teraz (przy korzystnym rozstrzygnięciu w Neapolu), bądź za tydzień po meczu ze SPAL, już bez konieczności oglądania się na wynik Napoli. Azzurri pozostają jedynym zespołem, który w teorii mógłby dogonić Starą Damę. Słowa „w teorii” należałoby podkreślić, otoczyć czerwoną ramką i setką wykrzykników, bo nikt o zdrowych zmysłach już w to nie wierzy. Nie dość, że strata wynosi 18 punktów, to w dodatku neapolitańczycy mają gorszy bilans bezpośrednich spotkań (1:3 w Turynie i 1:2 u siebie) z liderem, co daje Juventusowi dodatkowy margines błędu.

ps6

SPORT

Aleksandar Vuković widziałby w Legii Igora Angulo, ale gdyby był młodszy.

Nauczył się pan czegoś od Ricardo Sa Pinto?

– Portugalska szkoła trenerska jest bardzo ceniona na świecie. Na pewno więc doświadczenie i obserwacja warsztatu Sa Pinto i pracy jego sztabu była dla mnie wielką lekcją. Choć oczywiście z góry zakładałem, że pójdę swoją drogą. Zresztą już w sierpniu, gdy prowadziłem Legię w spotkaniu z Lechią, które zremisowaliśmy i w wygranym meczu z Piastem, wyglądało to obiecująco. A dziś Lechia jest liderem, zaś Piast już więcej nie przegrał u siebie. Nie było zatem tak źle, jak zostało to przedstawione. Owszem, zdarzył się również mecz z Dudelange, na który przykro było patrzeć. Cały czas mieliśmy jednak szansę w rewanżu, a w tamtym okresie wygrywaliśmy głównie na wyjazdach, również w eliminacjach pucharów. Tyle że w rewanżu nie miałem już okazji poprowadzić drużyny. Dlatego nie mam kompleksów.

(…) W meczu z Jagiellonią zespół Legii przebiegł kilkanaście kilometrów więcej niż w starciu z Wisłą w Krakowie. Na dodatek zanotował najmniej strat w tym roku. To oznacza, że odblokował się psychicznie?

– Do liczby przebiegniętych kilometrów nie przykładałbym wielkiej wagi. W każdym razie podchodzę z dużym dystansem do statystyk. W meczu są różne założenia i można odnieść wysokie zwycięstwo nie mając dobrych statystyk biegowych. Po prostu w inny sposób kontrolując spotkanie. Naprawdę ważne są energia i zaangażowanie, które nie muszą generować 120 przebiegniętych kilometrów. Drużyna bawiła się na boisku w meczu z „Jagą” i czuła się swobodnie. Zakładam zatem, że jest i będzie fajnie, dopóki nie zapomnimy, że trzeba walczyć.

Na co szczególnie legioniści muszą zwrócić uwagę w grze Górnika? I kogo oprócz Szymona Żurkowskiego wziąłby pan z Zabrza na Łazienkowską?

– Górnik w tym roku kalendarzowym jest inną drużyną niż był jesienią. Już wyszedł na prostą i ponownie jest rywalem wymagającym dla każdego. Ma bardzo dobrego Igora Angulo, który jest mistrzem w szukaniu miejsca za linią obrony przeciwnika. To klasowy napastnik, którego, gdyby był młodszy, widziałbym w Legii. Niestety, w jego przypadku pociąg odjechał i na transfer do dużego klubu jest już za późno. Tyle że podobnie jak Szymon Żurkowski, nadal stanowi wielką wartość dla Górnika. Musimy na niego uważać.

sport1

Stadion Wisły Kraków to dla Piasta wyjątkowo trudny teren. Gliwiczanie „odczarowali” ostatnio obiekt w Zabrzu, a w sobotę postarają się o drugą wygraną przy Reymonta.

Na początku marca zespół z Okrzei po raz drugi w historii wygrał w Zabrzu (2:0). Fani Piasta na drugą wiktorię na stadionie „Białej gwiazdy” wciąż czekają, a jedyny raz z tarczą wrócili 7 kwietnia 2013 roku.

Sezon 2012/13 był dla gliwickiego klubu niezwykle udany i szczęśliwy. Drużyna prowadzona wówczas przez trenera Marcina Brosza, wspieranego przez Dariusza Dudka, była beniaminkiem ekstraklasy. W dodatku grała jak z nut i jedyny raz nie tylko wygrała na wyjeździe z Wisłą, ale dwukrotnie zdołała pokonać „Białą gwiazdę”, bo przy Okrzei padł wynik 2:0. Gospodarze z Krakowa mieli więc chrapkę na rewanż za jesienny mecz. Piast był rewelacją ligi, ale na papierze to Wisła miała silniejszy i bardziej doświadczony zespół, w którym było wielu obcokrajowców. Mecz nie zaczął się dobrze dla gości z Gliwic, bo Iwica Iliew szybko dał gospodarzom prowadzenie. Ambitny Piast się jednak nie poddawał i nie zraziło go nawet to, że w 21 minucie Tomasz Podgórski nie wykorzystał rzutu karnego.

sport2

Mimo zdobycia siedmiu punktów w trzech minionych kolejkach, piłkarze z Katowic nadal są w czerwonej strefie. Każdy ich mecz jest o życie.

Po szalonym środowym zaległym meczu z Chojniczanką, w którym GieKSa objęła prowadzenie już w 39 sekundzie i grając dobrze przegrała inauguracyjną połowę, zaś w drugiej odsłonie, grając słabo, odrzuciła widmo porażki strzelając wyrównującego gola już w doliczonym czasie, trener Dariusz Dudek ponad niedosyt z wyniku, stawiał zadowolenie ze zdobytego punktu. – Pochwaliłem zespół za walkę do ostatnich sekund, podziękowałem za ambitną postawę – mówił „Dudi”. – W trzech ostatnich meczach zdobyliśmy siedem punktów i to jest dobry kierunek. Czujemy, że złapaliśmy kontakt z zespołami będącymi w bezpiecznej strefie. Teraz musimy zrobić wszystko, by dalej punktować i szybko wydostać się ze strefy spadkowej – podkreślił szkoleniowiec jedenastki z Katowic.

sport3

SUPER EXPRESS

Christian Gytkjaer nie zamierza krytykować zwolnionego z Lecha Adama Nawałki.

„Super Express”: – Wróciłeś do reprezentacji Danii i strzeliłeś ważną bramkę.

Christian Gytkjaer: – Za mną wielkie przeżycia, chyba najpiękniejsze chwile w mojej piłkarskiej karierze, z pewnością niezapomniane! To wielki zaszczyt strzelać dla reprezentacji narodowej i odgrywać w niej coraz większą rolę. Jako nastolatek byłem uważany za duży talent, potem nadszedł jednak ciężki czas i po kilku latach musiałem zaczynać praktycznie od początku. Myślę, że musiałem dojrzeć do pewnych rzeczy. Dziś czuję się mocniejszy niż kiedykolwiek.

– Może to za sprawą Adama Nawałki?

– Wiem, że to trochę sarkastyczne pytanie, ale mimo wszystko kilka goli w tym czasie strzeliłem. Uważam, że powinniśmy uszanować to, co trener próbował zrobić. Był bardzo ambitny, wchodził do klubu o 8 rano, wychodził o 11 wieczorem, pracował bardzo dużo. Na pewno dał z siebie wszystko, niestety efekty nie były takie, jakich wszyscy oczekiwaliśmy.

se1

GAZETA WYBORCZA

Wschodzącą gwiazdę futbolu Moise Keana obrażali kibice w Cagliari. Ale największe oburzenie wywołał Leonardo Bonucci, który razem z ofiarą gra w turyńskim Juventusie i reprezentacji Włoch.

Piłkarza chóralnie wygwizdywano i wyzywano przez cały wieczór, przez harmider przebijały też rasistowskie obelgi, które wykrzykiwała jednak pomniejsza grupka – dopiero po bramce buczenie było już wyraźne, trwało do końca meczu. A po ostatnim gwizdku odezwał się Bonucci, bardzo szanowany 31-latek. Młodszego kolegi z Juve nie wsparł, lecz wypalił, że winę za skandal „należy podzielić 50 na 50” i że Kean „powinien myśleć tylko o świętowaniu ze swoją drużyną”.

Zanim dobę później turyński obrońca się zreflektował i przeprosił („zostałem błędnie zrozumiany, bo mówiłem przejęty tuż po meczu”, „potępiam każdą formę rasizmu i dyskryminacji”), zwaliło się na niego mnóstwo krytyki płynącej z całej Europy. „Masz szczęście, że to nie ja tam byłem” – napisał Mario Balotelli, potomek imigrantów z Ghany i również reprezentant kraju, do którego w przeszłości z trybun wrzeszczano, że „czarni Włosi nie istnieją”. Rozgniewał się angielski skrzydłowy Raheem Sterling, który w tym sezonie oskarżył o rasizm angielskie media (udowadniał na przykładach, że traktują piłkarzy różnie w zależności od koloru skóry), a w ubiegłym tygodniu, gdy wraz z kilkoma kolegami z kadry narodowej był obrażany w Czarnogórze, zareagował podobnie do Keana. Gdy wbił gola, w sugestywny sposób przytknął dłonie do uszu.

gw1

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl