W dwa lata od paraliżu do zdobywania szczytów. Z Mount Everest w planach
Inne sporty

W dwa lata od paraliżu do zdobywania szczytów. Z Mount Everest w planach

Ed Jackson grał w rugby. Grał, bo niespełna dwa lata temu uległ wypadkowi – uszkodził sobie dwa kręgi, przerwał rdzeń. Diagnoza była wyrokiem: „paraliż, nigdy więcej nie będziesz chodzić” usłyszał. Ed nie tylko się z nią nie zgodził. Postawił się jej i udowodnił, że lekarze nie mieli racji już rok później, gdy wspiął się na Snowdon, najwyższą górę Walii. Teraz celuje w inne szczyty.

Miał spory talent, choć grę w rugby zaczął dość późno. Wcześniej pływał i uprawiał tenis. Jego przygoda z wodą skończyła się, gdy zorientował się, że pięć godzin w tygodniu pod jej powierzchnią, to nie szczyt jego marzeń. Rugby? Może też takim nie było, ale był dobry, miał talent i mógł je uprawiać z kolegami. Wkrótce był już w akademii niezłego klubu i grał w młodzieżowych kadrach Anglii. W wieku osiemnastu lat zadebiutował w Premiership, powitany przez Alesanę Tuilagiego, który po prostu przez niego przebiegł i… kontuzjował mu ramię.

To był początek serii urazów. Wszystkie sprawiły, że nie osiągnął sukcesów na miarę swoich możliwości. Reprezentował pięć klubów w kilku ligach, mieszkał w trzech miastach, grał w dwóch krajach. Ale ze swojej kariery – choć mógł zrobić większą – był zadowolony. I chciał grać dalej, dopiero co przedłużył kontrakt ze swoim zespołem. Wszystko to skończyło się jednak w kwietniu 2017 roku.

Poszliśmy do domu przyjaciela, popływać w jego basenie. Byli tam też moi rodzice, ojciec pracował kiedyś jako lekarz rodzinny. Ściągnąłem koszulkę, przeszedłem przez „wodospad” zamontowany przy basenie. Z tego powodu myślałem, że po tej stronie jest głęboko. Zanurkowałem i uderzyłem głową o dno. Było tam może z 90 centymetrów wody. Nie straciłem przytomności. Pomyślałem, że będę potrzebować kilku szwów. Kiedy chciałem wstać, coś było nie tak. Nie byłem w stanie się ruszyć. Spanikowałem.

Uratował go ojciec, który był w tym czasie w basenie. Jako były lekarz wiedział, co robić. Przez 45 minut ludzie przytrzymywali go na powierzchni wody. W tym czasie przyjacielowi, który patrzył na niego zszokowany, powiedział, że ten „wygląda gorzej od niego”. Do szpitala jechał 2,5 godziny, choć on sam myślał, że podróż trwała 15 minut. Przegapił z niej tak wiele, bo trzykrotnie był reanimowany. Wspominał potem, że kilka dni wcześniej – wraz z tatą – czytali artykuł o śmierci francuskiego rugbisty. Teraz on sam był jej bliski. Dojechał jednak do szpitala, gdzie go zoperowano. Przez kilka dni po tym, jak odzyskał przytomność i pełną sprawność umysłu, lekarze sprawdzali, czy jego palce się poruszają.

Odpowiedź brzmiała: nie, ani o milimetr. To wtedy usłyszał, że prawdopodobnie nigdy nie będzie chodzić.

W szpitalu poznał Nassera, innego pacjenta, który usłyszał dokładnie to samo. Z tą różnicą, że on był w stanie ruszać nogą, Ed nie. A jednak to Nasser się poddał, uznając, że lekarze mają rację. Ćwiczyć zaczął dopiero za namową Jacksona i jego przyjaciela. Po kilku miesiącach chodził i podzielił się tą nowiną z Edem. Jakcson sam poddał się rehabilitacji. Powoli stawiał kolejne kroki. Choć to może złe sformułowanie – najpierw bowiem poruszył palcem.

Doktor powiedział, że być może odzyskam władzę w rękach, więc będę mógł korzystać z wózka. Czuli, że jestem zbyt pozytywny, że nie zaakceptowałem tego, co się dzieje. Cholerna racja, że nie. To był dla mnie punkt zwrotny. Koniec z tym. Za każdym razem, gdy się budziłem, byłem ja i mój duży paluch. Pozostałem w teraźniejszości. Zakopałem żal o przeszłość i marzenia co do przyszłości. Musiałem nastawiać się pozytywnie, by przetrwać każdy kolejny dzień. Dwadzieścia cztery godziny później mój palec się poruszył. […] Później tego wieczora to samo zrobił palec u nogi.

Motywację czerpał… ze śmierci przyjaciela, jakkolwiek źle by to nie brzmiało. Thomas zmarł niedługo przed wypadkiem Eda, który wspominał, że zyskał przez to odpowiednią perspektywę. Wiedział bowiem, że może być gorzej. Poza tym była jeszcze Lois, wtedy dziewczyna, niedługo po wypadku narzeczona, a dziś już żona. Nie zostawiła go, choć uznał, że miałaby do tego pełne prawo, bo „nie pisała się na to”. Chciał wyzdrowieć dla niej, by nie musiała się nim zajmować.

Wkrótce faktycznie usiadł na wózku. Z tego okresu miło wspomina koncert Fleetwood Mac. Jako osoba niepełnosprawna dostał bowiem bilet do specjalnej strefy, był przy samych barierkach, doskonale widział scenę, na której występował jego ulubiony zespół. – To wielka zaleta bycia na wózku. Inną jest niebieska karta, umożliwiająca parkowanie na miejscach dla niepełnosprawnych. W pewnym momencie koncertu wstałem i wszyscy krzyknęli „O!”, bo myśleli, że wziąłem wózek, by dostać się do pierwszego rzędu. Albo myśleli: „Fleetwood Mac go uzdrowili”. Ale jestem dość wysoki, więc to ich denerwowało – wspominał ze śmiechem w rozmowie z The Guardian.

W końcu był w stanie chodzić. Najpierw z czyjąś pomocą, potem samodzielnie, choć z podparciem, a na koniec z użyciem wyłącznie własnych nóg. I wtedy w jego głowie zrodził się szalony pomysł. A co gdyby, niespełna rok po wypadku, wyjść na Snowdon? Dla normalnego człowieka – łatwizna. To tylko 1085 metrów nad poziomem morza, bardziej pagórek niż faktyczne wyzwanie. Dla niego – coś znacznie większego niż K2 czy Nanga Parbat. Prawdziwy test siły charakteru.

Wpadłem na ten pomysł, bo to było całkowite przeciwieństwo tego, co powinienem robić. Sudoku jako hobby nie miało szans powodzenia. Zacząłem chodzić z kijkami w dziewiątym miesiącu rehabilitacji. Fizjoterapeuci myśleli, że żartuję, mówiłem im, że i tak to zrobię, więc mogą przyjść, jeśli chcą.

Góra dawała mu wiarę i nadzieję. Choć sam mówił, że wydawało się to „mission impossible”. A przecież nie był Tomem Cruisem. Ba, nie był nawet w pełni sprawnym Edem Jacksonem. Ale dał radę. Wspiął się na szczyt i w jednym momencie „zapomniał o całym bólu”. Wraz z nim wchodziło tam kilkadziesiąt osób. W zimnie, śniegu i lodzie. Gdy dotarł na samą górę, otworzono szampany, Ed wypił szybko trzy kieliszki. A że nie robił tego od dawna… upił się, poczuł to niemal natychmiast Otrzeźwiło go dopiero zejście.

Później chodził po innych górach, zawsze starał się zbierać przy tym pieniądze na cele charytatywne. Dokładniej: chciał oddać fundacji wszystko, co w niego „zainwestowała”. Nie chciał mieć długów z okresu leczenia. Teraz, rok po wyjściu na Snowdon, planuje coś jeszcze większego – chce wspiąć się na Mera Peak w Nepalu (6500 m) i zdobyć środki na ufundowanie w Nepalu kliniki walczącej z urazami rdzenia kręgowego. Potem? Może Mount Everest, o tej górze marzy.

Co jednak dla niego najważniejsze – udowodnił sobie i innym, że jest sprawny, choć miało być inaczej. I często powtarza: „pamiętajcie, kilka miesięcy przed wspinaczką na Snowdon powiedziano mi, że nie będę chodzić”. Mówi to, by udowodnić innym, że walczyć należy zawsze. Nawet gdy lekarze nie dają ci szans.

Fot. Newspix