Ewa Wiśnierska: paralotnia, sukcesy i burza, której nie miała prawa przeżyć
Inne sporty

Ewa Wiśnierska: paralotnia, sukcesy i burza, której nie miała prawa przeżyć

Ewa Wiśnierska to jedna z najbardziej znanych paralotniarek na świecie, choć już od niemal dekady nie startuje w zawodach. W przeszłości odnosiła jednak wielkie sukcesy, ale międzynarodową sławę zagwarantowało jej… przetrwanie lotu w samym środku ogromnej burzy. W teorii nie powinna go przeżyć, a w praktyce – już tydzień później wróciła do latania. 

Z ziemi polskiej do Niemiec

Ma polskie nazwisko, ale reprezentuje Niemcy. Już samo to jest dla wielu intrygujące, warto więc krótko wyjaśnić, kim właściwie jest Ewa Wiśnierska. A odpowiedź brzmi: Polką z urodzenia i pierwszych dwudziestu lat swojego życia. Do Niemiec trafiła już po upadku żelaznej kurtyny, zakochała się bowiem w Polaku, który mieszkał tam na stałe. Oboje wzięli ślub, głównie po to, by Ewa mogła zamieszkać u naszych zachodnich sąsiadów. Nosiła wtedy nazwisko Cieślewicz, pod którym czasem figurowała w oficjalnych wynikach zawodów. Ich związek nie przetrwał próby czasu, ale Wiśnierska została za granicą i mieszka tam od niemal trzydziestu lat.

Sama mówi – w dużej mierze przez to, że w kolejnych latach sporo podróżowała – że o ile miło jest przyjmować gratulacje z dwóch krajów, o tyle woli być nazywana „Europejką”. Bo taką się po prostu czuje, zawsze uważała się też za „wolnego ducha”. I przez wiele lat właśnie w ten sposób funkcjonowała. Pracowała w wielu różnych miejscach, nie trzymała się kurczowo tego, co w danej chwili miała. I, jak sama mówiła: była dość leniwa, choć jako dziecko chodziła w szkole do sportowej klasy. Po latach raczej unikała wysiłku, cieszyła się nawet, gdy… ukradziono jej rower. Zresztą trudno jej się dziwić, skoro nabawiła się poważnej kontuzji pleców, wkładając ulotki za wycieraczki samochodów. Jeśli tam się uszkodziła, to sport zdecydowanie nie był dla niej.

No, tak przynajmniej jej się zdawało. Bo w końcu trafiła na taki, który całkowicie ją pochłonął.

Wirus

Paralotniarstwo po raz pierwszy zobaczyła w niemieckim Aalen. Zachwycała się tym, jak długo potrafili utrzymywać się w powietrzu doświadczeni piloci. Szczególnie zaintrygował ją jeden z nich, który już zniżył się na poziom drzew, by po chwili znów poderwać się wysoko nad ich korony. Z miejsca chciała się tego nauczyć, ale… nie był jej na to stać. Kilka lat później przeprowadziła się do Hamburga, otworzyła tam kawiarnię. Żyła spokojnie. Aż do momentu, gdy… odwiedziła rodzinę w Polsce.

– Paralotniarstwo całkowicie zmieniło moje życie, na które miałam zupełnie inne plany. Chciałam studiować w Niemczech. By jednak mieć do tego uprawienia musiałam zdać egzamin wstępny w Opolu. To było w 2000 r. Odwiedziłam wtedy jeszcze rodziców. Mój brat następnego dnia wybierał się akurat na kurs paralotniowy. Byłam zaskoczona, że w Polsce jest już taka możliwość. Poprosiłam, by zadzwonił do szkoły, zapytał, czy też mogę przyjechać. Zgodzili się. Zrobiłam tam podstawowy kurs, który trwał trzy albo cztery dni. Potem wróciłam do Niemiec. Zanim jednak zaczęłam zajęcia, postanowiłam ukończyć jeszcze jedno szkolenie w Alpach – loty w tych górach są jednym z wymogów do zdobycia uprawnień – mówiła portalowi magazynkobiet.pl.

Początkowo latała dla przyjemności, dopiero potem została namówiona do startu w zawodach. Sama twierdzi, że do latania popychała ją głównie chęć uczenia się i stawania coraz lepszą. Opowiadała, że po tym, jak pierwszy raz oderwała się od ziemi, nie chciała robić już nic innego, a jedynie latać, dla czystej przyjemności. Nawet do zawodów dała się przekonać dopiero, gdy powiedziano jej, że „tamci piloci to zawodowcy, dużo się od nich nauczysz”. Jak wspomina, była to prawda, bardzo na tym skorzystała. Zapytana, w czym kryje się ta magia, odpowiedziała, we wspomnianym wywiadzie:

– W poczuciu wolności. Często porównuję latanie do medytowania. W powietrzu, tak jak w medytacji, nie myśli się o niczym innym, poza tym, co jest tu i teraz. Wiele osób uprawia ten sport, by się odprężyć. Mam znajomych, którzy prowadzą firmy, wykonują stresującą, odpowiedzialną pracę – latanie jest dla nich właśnie formą relaksu, umysłowego odpoczynku. To daje spokój ducha, przestaje się myśleć o sprawach przyziemnych, choć samo latanie może być stresujące. Najczęściej jednak są to bardzo intensywne przeżycia, związane z byciem częścią natury i korzystaniem z jej energii.

By być bliżej paralotniarstwa wkrótce przeprowadziła się w góry, do Bawarii. Miała pieniądze, bo sprzedała swój sklep. Mówiła zresztą, że już po pierwszym locie myślała o tym, za jaką cenę powinna to zrobić. Przez kolejnych kilka lat mieszkała głównie w swoim busie, którym jeździła na zawody. Wtedy mówiła, że niesamowicie jej się to podoba. Bo pozwala jej uniknąć niepotrzebnych kosztów, a w zamian daje możliwość latania, której chciała się poświęcić w stu procentach. Miała wtedy ponad 30 lat i właśnie całkowicie zmieniła swoje życie.

Paralotniarstwo wiele mnie nauczyło. Na początku myślałam, że to po prostu da mi przyjemność. Potem okazało się, że również zagwarantowało mi ważne doświadczenia: pomogło zbudować siebie, uczyniło silniejszą, pokazało, że nigdy nie powinniśmy się poddawać – mówiła. Choć zdarzały się chwile, w których czuła, że minusów też jest sporo. Nie miała czasu na pracę, więc zmagała się z problemami finansowymi, rzadko widywała rodzinę i przyjaciół, często wiele też ryzykowała, chcąc uzyskać jak najlepszy wynik w zawodach.

A skoro o zawodach mowa…

Sukces

Pierwszy osiągnęła już w pierwszym starcie – zajęła drugie miejsce wśród kobiet. Dwa lata po tym, jak zaczęła latać, była już w europejskiej czołówce. Miała talent i kochała to, co robi – to była jej recepta na sukces. 2004 rok postanowiła poświęcić na regularny udział w zawodach, by przekonać się, co tak naprawdę potrafi. Niemal od razu zaczęła wygrywać, a rywalki, które wcześniej podziwiała, zajmowały miejsca z tyłu. Czuła radość, ale i rosnącą presję: kibiców, otoczenia, jak i sponsorów, którzy się wokół niej pojawili. Później mówiła, że w dużej mierze to przez nią zaryzykowała tak wiele w australijskiej burzy.

W swoim pierwszym roku zawodowej rywalizacji wygrała tak naprawdę wszystko, poza mistrzostwami Europy. Tam była druga, ale tylko z powodu popełnionego błędu – za wcześnie wystartowała. Została przez to ukarana i zepchnięta z najwyższego stopnia podium. Jej osiągnięcia nakręciły ją na kolejny rok. Na tyle mocno, że wygrała w nim klasyfikację generalną Pucharu Świata. „Życie jest wspaniałe” mówiła o tym sukcesie.

– W Bułgarii mieliśmy pecha co do pogody, ale czułam się dobrze, bo przypominało mi to ojczyznę sprzed 10 lat. We Francji nie było z tym lepiej, ale nie zapomnę pierwszego zwycięstwa w Pucharze Świata, które tam odniosłam. Serbia była najpiękniejsza, mieszkaliśmy tam w prywatnych domach, byliśmy blisko tych ludzi i poznaliśmy ich życie. Do dziś mam z nimi kontakt. Dbali o nas niesamowicie, choć sami mieli niewiele. Włochy powinny służyć za przykład, była tam świetna organizacja i przepiękne widoki na Alpy. Za to w Portugalii od latania powstrzymywały nas pożary lasów. Ale dobre jedzenie i wakacje sprawiły, że byliśmy w niezłym humorze.

Kolejne lata to kolejne sukcesy. Największy to ten z 2008 roku, gdy w końcu została mistrzynią Europy. Udało jej się to w Serbii, gdzie po drugiej rundzie objęła prowadzenie, a Anja Kroll, jej najgroźniejsza rywalka, nie doleciała do mety. W kolejnych rundach Polka mogła więc pozwolić sobie na spokojne kontrolowanie sytuacji. Tak zrobiła i bez większego trudu wygrała. Pytana, skąd wzięły się jej osiągnięcia, często odpowiadała, że „sama nie wiem. Myślę, że sekretem jest moja mentalność, trzeba pracować, by utrzymać dobre nastawienie. Inna sprawa to silna wola i umiejętność skupienia się na celu”. Dodawała też, że jeśli może teraz czegoś chcieć, to tylko uczynić ten sport bardziej popularnym. Inna sprawa, że to udało jej się – choć wbrew jej woli – rok wcześniej.

Za wszelką cenę

14 lutego 2007 roku. Walentynki. Ale Ewa Wiśnierska ich nie obchodziła. Wręcz przeciwnie – wraz ze sporą grupą innych paralotniarzy przygotowywała się w Australii do zbliżających się mistrzostw świata. Mieli odbyć rutynowy, treningowy przelot. Otrzymali wcześniej ostrzeżenia o tym, że pogoda może się zepsuć i możliwe są burze, jednak na horyzoncie nic nie było widać. Wystartowali więc w kilkanaście osób, godzinę po większości uczestników. Na dole ich lot monitorowała cała niemiecka ekipa.

Nagle pogoda się jednak zmieniła. Na horyzoncie pojawiła się burza. I to nie zwykła, a jedna z najmocniejszych, jakie Ewa widziała w życiu. Większość niemieckiej ekipy wylądowała, Wiśnierska nie zdążyła. Planowała więc okrążyć burzę, a gdy to okazało się niemożliwe – przelecieć między dwiema chmurami, które znajdowały się w pewnym oddaleniu od siebie. Sęk w tym, że gdy to zrobiła, obie się połączyły. I Ewa znalazła się w pułapce.

Żeby uświadomić wam, co się wtedy stało, napiszemy dwie rzeczy: przez chmury burzowe nie latają nawet samoloty pasażerskie. To jedna. Druga? Doświadczeni paralotniarze mówili, że Wiśnierska miała 0,01 procent szans na przeżycie, gdy została wciągnięta do burzy. Jej zniknięcie w chmurze widział Gerald Ameseder, któremu udało się uciec w ostatniej chwili. Gdy wylądował, odczepił się od paralotni i z miejsca pobiegł znaleźć schronienie. Później mówił, że to najsilniejsza burza, jaką widział w życiu.

W środku chmury Ewa nic nie widziała, otaczała ją ciemność, którą rozświetlały jedynie błyskawice, uderzające bardzo blisko jej paralotni. W tą samą burzę został zresztą wciągnięty He Zhongpin, 42-letni chiński paralotniarz z dziesięcioletnim doświadczeniem. Po raz ostatni widziano go 60 kilometrów na północ od miejsca, z którego wystartował. Jego ciało znaleziono dzień później, kolejnych 15 kilometrów dalej. Początkowo myślano, że zmarł z wychłodzenia, potem okazało się jednak, że trafił go piorun. Ewa mówiła później:

Modliłam się za niego, ale wiedziałam, że jego szanse są bardzo małe. Kiedy następnego dnia znaleziono jego ciało, byłam w szoku. Wiem, przez jakie piekło przeszedł. – Z kolei Godfrey Wenness, organizator mistrzostw, dodawał: – Był bardzo lubianym człowiekiem i jednym z najlepszych pilotów, jaki miał jego klub w Pekinie. Mówiąc szczerze, nie byłem zaskoczony jego śmiercią. Ewa mówiła nam, że wokół niej było mnóstwo wyładowań elektrycznych. Jego instrumenty pomiarowe zatrzymały się na wysokości 5900 metrów, więc to zapewne wtedy uderzył piorun.

Ewa, oczywiście, przeżyła. Jednak trudno uwierzyć, że do tego doszło. Dlaczego? Bo była całkowicie zdana na łaskę burzy, która – poza piorunami i wiatrem – rzucała wokół niej kulami gradu wielkości pomarańczy. Ewa zdążyła jeszcze poinformować o tym załogę, tuż przed tym, jak straciła łączność z ekipą. „Nic nie mogę zrobić. Pada, wieje i cały czas się wznoszę”, tyle zdążyła powiedzieć.

Pozostało liczyć na…

Cud

Paralotnia wzlatywała i wzlatywała, nic nie widziałam. Już wcześniej trzęsłam się z zimna i byłam przemoczona, podobnie jak wszelkie urządzenie, które zaczęły zamarzać. Mogłam się tylko modlić: „proszę, proszę, wyrzuć mnie z tej chmury”. Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie takiej siły – czujesz się jak nic, liść urwany z drzewa, który wznosi się na wietrze. W teorii miałam zero szans na przetrwanie. Nie sądziłam, że przeżyję – mówiła Ewa. A jednak, udało jej się. Choć do dziś wydaje się to niesamowite. Dlaczego?

Choćby dlatego, że wzniosła się niemal na wysokość 10 kilometrów. To na niej latają samoloty pasażerskie, a temperatura wynosi tam jakieś 50 stopni Celsjusza. Na minusie. Żeby tam dolecieć, unosiła się z prędkością 20 m/s. Czyli 77 km/h. W zabudowanym dostałaby srogi mandat. Sama Ewa jednak nic z tego nie widziała – ostatni raz kontakt z rzeczywistością miała prawie 3000 metrów niżej – zemdlała wtedy z powodu braku tlenu w mocno rozrzedzonym powietrzu.

Żeby uświadomić wam, jak wysoko się znalazła, napiszmy, że poprzedni rekord wysokości osiągniętej przez paralotniarza, która nie skończyła się jego śmiercią to… 7315 metrów. W teorii Wiśnierska nie miała żadnych szans, a opcjonalne przeżycie, według wiedzy i doświadczenia paralotniarzy, musiało się skończyć poważnymi uszkodzeniami mózgu bądź innych organów. Lub wszystkiego naraz.

Nieprzytomna była przez ponad 40 minut. I to prawdopodobnie uratowało jej życie, wpadła bowiem w stan podobny do hibernacji. Jej tętno zwolniło, ciało potrzebowało mniej tlenu. Gdy się ocknęła, znajdowała się na wysokości mniej więcej 7000 metrów, jej paralotnia opadała, ale… wciąż latała. Późniejsze pomiary prędkości sugerowały, że przez chwilę Wiśnierska musiała bezwładnie spadać, bez udziału glajtu, ale ten później rozwinął się i uratował życie Ewy.

To, że paralotnia wciąż latała, było niesamowite. Nie wiem, jak to możliwe, wszędzie był grad, a ona dalej leciała. Zorientowałam się jednak, że nie mam w dłoni hamulca. Zauważyłam, że moje ręce i rękawice są zamarznięte. Pomyślałam, że nie mogę nic zrobić, jedynie poczekać i liczyć, że chmury mnie gdzieś doprowadzą – mówiła. Później zemdlała jeszcze raz, obudziła się po chwili i zauważyła, że jest już w stanie sterować paralotnią, choć wciąż znajdowała się w środku burzy. – Trzęsłam się, ale stwierdziłam, że muszę lecieć prosto i w ten sposób wylecieć z chmury. Musiałam się dostać na dół, by się ogrzać. Szukałam miejsca do wylądowania. Początkowo nic nie widziałam, ale później dostrzegłam małą farmę, do której postarałam się dolecieć. Kiedy zobaczyłam ziemię, pomyślałam „wow… może uda mi się przeżyć”. Czułam się jak w Apollo 13.

4LRNbWa - Imgur

Lądowanie przebiegło pomyślnie, ale gdy chciała wstać, stwierdziła, że nie jest w stanie. Była wykończona, pokryta lodem oraz ledwie świadoma tego, gdzie jest i co się stało. Gdy leżała na ziemi, trzęsąc się z zimna… zadzwonił jej telefon. Połączenie padło jednak w momencie, w którym go odebrała. Dzwonili koledzy z jej ekipy, którzy przez cały czas, kiedy znajdowała się w burzy, próbowali się z nią skontaktować. Ewa zdrapała więc lód ze swojego nadajnika GPS, by odczytać współrzędne i spróbowała wysłać smsa. W momencie, w którym go kończyła – a trwało to długo, bo jej ręce były całkowicie zdrętwiałe – telefon znów zadzwonił. Tym razem porozmawiała z kolegami, a pierwszym, co im powiedziała, to że jest jej bardzo zimno i prosi, by przyjechali najszybciej, jak się da. Na ich prośbę podała im współrzędne, a oni po kilkudziesięciu minutach dojechali w to miejsce, oswobodzili ją z paralotni i kul gradu, które zmagazynowały się w środku. Potem sprawa była już prosta: najpierw ogrzać, potem zabrać do szpitala.

To jak zwycięstwo w Lotto dziesięć razy z rzędu. Takie szczęście miała. Powiedziałbym, że jest największą szczęściarą na świecie, nie przesadzając i nie tworząc sensacji. He Zhongpin zmarł, ona przeżyła. Nie ma jednak logicznego powodu, wyjaśniającego, dlaczego udało jej się przetrwać – mówił Godfrey Wenness. Nie wiemy, czy był on jedną z osób, które nie były w stanie uwierzyć we wskazania systemu GPS dotyczące wysokości. Ten sprawdzono jednak kilkukrotnie i wszystko się zgadzało. Wiśnierska faktycznie była na wysokości niemal 10000 metrów. I wróciła z niej w jednym kawałku.

Dosłownie, bo w szpitalu zajęto się jej odmrożeniami i przeprowadzono odpowiednie badania, po czym Ewie i jej kolegom powiedziano… że właściwie nic jej nie dolega. Przypomnijmy: ta kobieta przez kilkadziesiąt minut znajdowała się na wysokości, z której nie powinna wrócić żywa. Temperatura dochodziła tam do -50 stopni, trzaskały pioruny, latały kule gradu wielkości pomarańczy, a poziom tlenu był tak mały, że dwukrotnie mdlała. A po powrocie na ziemię właściwie jedyne, co lekarze mogli zrobić, to zawinąć jej głowę w bandaże, by odmrożenia odpowiednio się zagoiły. Wiśnierska żartowała potem, że wyglądała jak E. T.

Do latania wróciła po tygodniu. Była zdeterminowana, by wystartować w mistrzostwach świata. Lekarze dali jej zielone światło. Startowała… z dokładnie tego samego miejsca, co kilka dni wcześniej. Tym razem wszystko poszło zgodnie z planem, a jej przelot śledziły kamery i dziesiątki dziennikarzy, w międzyczasie zdążyła bowiem podbić internetowe portale i strony gazet z całego świata. Przebieg jej „przygody” odtworzono potem w australijskim filmie dokumentalnym „Miracle in the Storm”.

Nowa Ewa

Historia z chmurą burzową zmieniła Ewę Wiśnierską. Zresztą… czy jest tu ktoś, kogo by nie zmieniła? Polka wciąż latała na paralotni, ale zaczęła zdecydowanie bardziej dbać o swoje bezpieczeństwo. Sama też przyznawała, że wcześniej nie zwracała na nie większej uwagi. Liczyło się to, by wygrać, podejmowane przy tym ryzyko było sprawą drugorzędną. Uznawała je za przymus, bez którego nie da się odnieść sukcesu.

– To była dla mnie bardzo ważna lekcja. Do tego momentu miałam poczucie, że jestem nieśmiertelna. Wtedy uświadomiłam sobie, że w ten sposób nie mogę dłużej latać. Zastanawiałam się nawet, czy nie porzucić latania, ale było ono dla mnie zbyt piękne, abym mogła zrezygnować. Zrozumiałam zatem, że muszę przekonać siebie, że mimo oczekiwań innych, trzeba podejmować własne, racjonalne decyzje. I czasem po prostu wylądować. To było dla mnie najtrudniejsze – poddanie się. Obiecałam jednak sobie i swoim rodzicom, że nie będę już podejmować takiego ryzyka – mówiła na łamach magazynkobiet.pl.

Przedwcześnie lądowała więc na przykład, gdy mogła pobić rekord świata w długości lotu. Przeleciała 300 kilometrów, brakowało jej czterech, ale uznała, że to już ten moment, gdy kontynuacja próby wiązałaby się z rzuceniem na szalę swojego zdrowia. Wylądowała, była jednak zadowolona, bo w RPA, gdzie odbywała swój lot, pobiła rekord Niemiec i rekord życiowy, który wcześniej wynosił… 140 kilometrów.

– […] Mam za sobą 260 km. Góry są coraz wyższe, dróg coraz mniej, a słońce chyli się coraz bardziej ku zachodowi. Nie mogę przegapić żadnego noszenia. Na południu widzę nisko wiszące chmury. Wynosi mnie na prawie 5000 metrów. […] Obawiam się, że na dole nie będzie łączności telefonicznej, ani radiowej. Zawiadamiam przez radio kierowcę, że przeleciałam 290 km od De Aar i prawdopodobnie wkrótce wyląduję. Jestem jeszcze wysoko nad szczytami, kiedy nagle dostaję się w nieoczekiwane turbulencje. […] O locie pod wiatr nie mogło być mowy. Nadal miałam dostateczną wysokość nad górą, aby dolecieć do następnej doliny. Mój Compeo pokazywał 299 km od De Aar. Nowy rekord świata był w zasięgu ręki. Przy mojej wysokości i doskonałości Stratusa 7 – żaden problem. Biję się z myślami, ale w ciągu kilku sekund postanawiam: NIE! Po takim pięknym przelocie nie chcę ryzykować dostania się na zawietrzną. Trudna decyzja, ale chcę pozostać wierna swoim zasadom – wspominała na swojej stronie internetowej.

Podobną decyzję podjęła też na mistrzostwach świata w Meksyku, gdy w ogóle nie wystartowała, twierdząc, że warunki są zbyt niebezpieczne. Miała rację. W trakcie tych samych zawodów życie stracił Szwajcar Stefan Schmoker. Wcześniej i później wielokrotnie zwracała też uwagę na ryzyko podejmowane przez pilotów, którzy starali się – jak ona przed laty – dolecieć jak najdalej, bez myślenia o możliwych konsekwencjach. Ewa z kolei mówiła: „medale i nagrody nie są warte naszego zdrowia”. I wielu z jej kolegów i koleżanek słuchało, zmieniając swoje nastawienie. Choć równocześnie wielu innych nie wyciągnęło z jej wypadku żadnej lekcji.

Sama Ewa w zawodach startowała jeszcze dwa lata po wypadku z chmurą burzową. Potem z nich zrezygnowała, a dziś lata jako instruktorka (ma szkołę paralotniarstwa) lub po prostu dla własnej przyjemności. Niedługo po zakończeniu kariery przyznała, że rywalizacja o zwycięstwa zdusiła w niej pasję do latania, a ich odstawienie – na nowo ją rozbudziło. Poza tym poświęciła się nauce, kierując się w stronę psychologii. Uczyła się też fotografii.

Na stałe zamieszkała w górach, nie podróżuje już po całym świecie w swoim busie. Tuż po tym, jak osiadła w jednym miejscu, mediom mówiła, że chce znów poczuć, jak to jest cieszyć się codziennymi czynnościami, choćby wyjściem do sklepu po mleko. Pytana, kiedy planuje rozstać się z lataniem, odpowiada, że na razie nie ma zamiaru, choć zbliża się już do pięćdziesiątki.

Zresztą nie dziwi nas to. Jeśli nie przestała w 2007 roku, to dlaczego miałaby teraz?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. YouTube