Arka z trenerem, ale bez trenera. Raport z derbów Trójmiasta
Weszło Extra

Arka z trenerem, ale bez trenera. Raport z derbów Trójmiasta

„Zbigniew Smółka. I trener Arki Gdynia SSA” – widniało na wizytówce ustawionej na blacie podczas pomeczowej konferencji prasowej. Ludzie z obozu Lechii pozwalali sobie na śmieszkowanie, gdy miejsce przy stole długo pozostawało opuszczone: – Co, czekasz aż przyjdzie trener, a w zasadzie nie-trener? Kurczę, my nie wiedzieliśmy jak go przedstawiać na swoich kanałach. Bo kto właściwe Arkę poprowadził dzisiaj, już jej były trener, nie? Mnie natomiast niekoniecznie było do śmiechu. Czekałem niecierpliwie, aż (były) szkoleniowiec żółto-niebieskich wyjdzie wreszcie i wyjaśni całą tę żenującą sytuację. W ostrych słowach, bezkompromisowo, w swoim stylu. Spodziewałem się, że zobaczę człowieka przegranego, ale wciąż twardego i czującego się w obowiązku podsumować skandaliczne okoliczności swojego pożegnania z Arką.

Nie doczekałem się. Choć pamiętam jeszcze, jak sam Smółka opowiadał w swoim premierowym wywiadzie dla Weszło (29 lipca 2018) o odejściu z MKS-u Kluczbork. „Odejściu”, to słowo warto podkreślić:

Pewne ambicje nie zostały zaspokojone. Honor był dla mnie ważniejszy. Z pewnymi ludźmi nie muszę siadać dwa razy do stołu. To było niespełnienie wymogów, które można było spełnić. Nie spełniono ich, bo nie do końca się chciało. Do tego doszedł brak pomocy w dyscyplinie wobec zawodników. Na moje odejście złożyło się wiele czynników, ale to zamknięty rozdział, nie chciałbym do niego wracać.

Wtedy – w maju 2012 roku, więc już prawie siedem lat temu – szkoleniowiec też swoje ostatnie słowo wygłosił na pomeczowej konferencji prasowej po spotkaniu z Jarotą Jarocin. – Poprosiłem o troszeczkę opóźnioną konferencję. Byłem przede wszystkim pożegnać się z piłkarzami, którzy naprawdę… Jest tu wielu wspaniałych piłkarzy. Niestety – nawaliłem. Widać było walkę. Widać było, że chłopcy chcą. (…) Jest takie powiedzenie – pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem ci kim jesteś. Zbyt wielu ludzi przychylnych tutaj nie spotkałem, ale ci nieliczni pozostaną moimi przyjaciółmi.

A co padło z ust Smółki wczoraj?

Odchodzę z Arki jako dużo lepszy trener, odchodzę też z podniesioną głową. Zawsze powtarzam, że jak jesteśmy uczciwi w pracy, podniesioną głowę będziemy mieli zawsze. Ja mogę spojrzeć w lustro, ale też dziękuję właścicielom, że zwolnili mnie tak późno. Znając realia naszej piłki, gdzie trenerów się kompletnie nie szanuje, ja zostałem tu poszanowany i dziękuję za to przede wszystkim Dominikowi Midakowi.

Serio, chociaż ten kawałek o szczególnym poszanowaniu Smółka mógł sobie darować. Choć rzeczywiście trzeba powiedzieć, że cierpliwość wobec katastrofalnej dyspozycji Arki na wiosnę była w zarządzie klubu nadspodziewanie duża. Passa meczów bez zwycięstwa w lidze ciągnęła się i ciągnęła, a widmo spadku zaczęło się robić coraz bardziej niepokojące i realne. Jednak Smółka mógł przecież zostać szurnięty z gorącego stołka po bożemu, na przykład przed przerwą na mecze reprezentacji. To dałoby możliwość, by wykorzystać ten czas na oczyszczenie atmosfery w szatni żółto-niebieskich, która – o czym ćwierkały wczoraj na stadionie przy ulicy Olimpijskiej liczne wróbelki – jest od pewnego czasu wyjątkowo toksyczna.

Bo chyba nie jest tak, że dwa tygodnie temu długofalowy projekt przebudowy zespołu miał się doskonale, a teraz nagle szlag go trafił, prawda?

A jednak Dominik Midak postanowił ogłosić rozstanie z trenerem tuż przed pierwszym gwizdkiem arbitra we wczorajszych Derbach Trójmiasta. Ile tam zostało do meczu, gdy właściciel Arki walnął swojego szokującego tweeta? Godzinka? Może troszkę więcej. – Nie chciałem tego robić, parę razy sobie odmawiałem, ale trener Smółka to niezwykle honorowy człowiek. Zdecydowałem się jednak podjąć tę trudną decyzję – dziś trener poprowadzi Arkę ostatni raz. To jest porażka całego naszego klubu, który czekają bardzo poważne zmiany.

Choć jeszcze po fatalnym, przegranym 0:2 starciu ze Śląskiem opowiadał przed kamerami Canal+: – Wiemy, że prędzej czy później zacznie to wyglądać lepiej. Natomiast idzie to w dobrym kierunku. Na pewno będzie dobrze. Wierzę w to.

Doprawdy trudno w takich okolicznościach dziwić się trenerowi Piotrowi Stokowcowi, że ten w swoich medialnych komentarzach pomeczowych sporo uwagi poświęcił właśnie tematowi traktowania trenerów w świecie polskiego futbolu. Zawodowa solidarność dała o sobie znać. – Chcę zacząć od tego, jak są w naszej lidze traktowani trenerzy. To jeden wielki skandal, dlatego nie chce mi się nawet komentować tego meczu. Szacunek dla trudnego zawodu trenera się należy. Ja powinienem się tutaj odwrócić na pięcie i może powinien ktoś przyjść z zarządu jednego czy drugiego klubu. Niedługo w ogóle nie będziemy potrzebni. Może zwolnienie trenera w przerwie jest dobrym pomysłem? Jestem oburzony tą sytuacją, bo tak się nie robi. To jest poniżające po prostu i na pewno tak nie poprawimy wizerunku polskiej piłki. Mam nadzieję, że PZPN jakoś zabierze głos w tej sytuacji, bo zaczynamy się ocierać o absurd.

Przed rozpoczęciem tej tyrady delikatnie zaszwankował mikrofon, wręczony Stokowcowi przez rzecznika klubu. Gdy szkoleniowiec Lechii otrzymał już inny, działający, warknął tylko ironicznie: – Może my w ogóle nie zasługujemy na mikrofon?

***

Na mecz zajechałem od strony Witomina. Samochodów na poboczu stało całkiem sporo, kibiców sączących ostatnie przedmeczowe piwko między drzewami okolicznego lasku również nie brakowało. Przewidywania dotyczące frekwencji były wszakże przed derbami dość czarne. Marcin Gałek – spiker i kibic Lechii Gdańsk – sugerował mi w sobotę, gdy nagrywaliśmy wywiad: – Mnie się wydaje, że nie będzie pełnego stadionu. Ile razy można przychodzić nakręconym, że wreszcie się uda pokonać tę wstrętną Lechię i dostawać na koniec w lampę? Tych ludzi to irytuje i w końcu się zniechęcą.

Podobne obawy wyraził choćby Waldemar Michalski, legenda żółto-niebieskich, gdy telefonicznie rozmawialiśmy w weekend, umawiając się na dłuższy wywiad w przyszłości: – „Koluniu”, a ty tylko o historii będziesz chciał ze mną porozmawiać, czy o aktualnej sytuacji w Arce też? Teraz mam złamaną rękę, wiesz, cieśla mnie poskładał, muszę leżeć. Ale wiem, że nie najlepiej to wszystko wygląda.

Rzeczywiście – do kompletu na stadionie w Gdyni zabrakło sporo. Oficjalną frekwencję pracownicy Arki wyliczyli na 10 012 widzów. Jak na najbardziej prestiżowy mecz w sezonie, mimo wszystko nie za wielu kibiców. Ale jeżeli wziąć pod uwagę, jak niesłychany paździerz podopieczni Zbigniewa Smółki prezentowali na boisku w ostatnich tygodniach, no i ten skrajnie niewygodny, wtorkowy termin… W takich okolicznościach przyrody frekwencję trzeba chyba uznać za umiarkowanie przyzwoitą. Tym bardziej, że mobilizacja najzagorzalszych fanów przed spotkaniem była szczególnie wysoka. Opróżniono magazyny z pirotechniką, trybuny nie milkły ani na moment. Atmosfera na obiekcie derbowa i to jak jasna cholera.

20190402_193639

20190402_195412

20190402_212616

Tematem numer jeden w stadionowych kuluarach oczywiście zdumiewający tweet Midaka. Kierując się w stronę swojego sektora, wyłapałem rozmowę telefoniczną jednego z sympatyków Arki, który akurat z Twittera, jak się zdaje, nie korzysta: – Ty, dzwonił do mnie przed chwilą Marek. I mówi, że ogląda Cracovię, a tam komentator powiedział, że Smółka zwolniony. To prawda jest?

Trzeba powiedzieć, że zmianę na stanowisku trenera przyjęto na trybunach z donośnym świstem ulgi, a wręcz z głęboką satysfakcją. Z różnych źródeł można było usłyszeć rozmaite pogłoski na temat tej przedziwnej sytuacji. Niektórzy twierdzili, że działacze Arki ewentualne rozstanie z trenerem planowali dopiero po zakończeniu rundy zasadniczej, a na razie chcieli jeszcze rzucić Smółce ostatnią deskę ratunku, ale nie pozwolili im na to kibice. Ultrasi Arki mieli postawić sprawę na ostrzu nożna i zapowiedzieć wywołanie awantury skutkującej walkowerem, jeżeli znienawidzony przez nich Smółka pozostanie na swoim stanowisku. – Lechia tego na boisku nie wygra – sugerowano.

Demonstracyjne rozstanie z trenerem tuż przed meczem miało być – wedle pogłosek – ceną za spokój na trybunach.

Sam Smółka, choć oczywiście nie wprost, zdawał się sugerować to samo podczas konferencji prasowej: – Wczoraj i dziś trwały głębokie rozmowy na górze. Wspólnie z panem Dominikiem zastanowiliśmy się, co będzie najlepsze dla drużyny. Piłkarze, którzy są za mną zawsze dadzą z siebie wszystko, ale i ci co nie są za mną dzięki tej decyzji również dali z siebie w meczu z Lechią wszystko. Atmosfera była bardzo gorąca i uznaliśmy, że decyzja dotycząca mojej osoby może ją uspokoić. Również dlatego kibice byli wspaniali.

Reakcje trybun rzeczywiście były wczoraj niezwykle żywiołowe. Gdyby spiker chciał prosić o kulturalny doping za każdym razem, gdy tylko sympatycy Arki intonowali jakąś wulgarną pieśń, zwykle wymierzoną w lokalnego rywala, musiałby zapewne zagłuszać ich bez ustanku. Do tego kartoniada, flagi, świece dymne, race. Jedną z nich zresztą sędzia Paweł Gil podniósł z murawy, po czym oddał służbom porządkowym, popisując się przy okazji brawurowym sprintem przez całą szerokość boiska. Sytuacja działa się pod trybuną „Tory”, przed którą lechistom grało się chyba wczoraj najtrudniej. Kibice Arki – trochę w brytyjskim stylu – wychylali się poza barierkę, sięgając prawie do samej murawy i nie pozostawiając suchej nitki na zawodnikach drużyny gości. No i rzecz jasna – jak mawia klasyk – wypowiadając się niepochlebnie o cnotach ich matek.

20190402_202751

Szczerze mówiąc – zastanawiałem się, jak w tym całym zamieszaniu odnajdzie się sam trener Smółka. Czy w ogóle pojawi się na płycie boiska, czy będzie stał przy linii, a może jednak przesiedzi całe spotkanie z obrażoną miną? Co on u licha zrobi, postawiony w tak paskudnym położeniu? Oczywiście docierały też do mnie głosy, że jego zwolnienie było już tak naprawdę od dawna ukartowane, a dziwaczny timing miał po prostu zadziałać kojąco na kibiców i wywołać dodatkową mobilizację w zawodnikach. Tak czy owak, szkoleniowiec Arki znalazł się w sytuacji skrajnie niecodziennej. Gdy w pierwszej fazie meczu obserwowałem jego żywiołowe reakcje przy linii bocznej, jego sterowanie zawodnikami, sygnalizowanie im boiskowych zadań, pomyślałem sobie, że trener chyba trochę pajacuje. I więcej jest w tym zaangażowaniu teatru, niż rzeczywistego ognia.

Potem jednak zrozumiałem, że naprawdę pozostał z zespołem do końca, choć musiał mieć pewnie świadomość, że część piłkarzy jego komendy ma już w głębokim poważaniu. I naprawdę wypalił ostatnie zapasy swojej wewnętrznej benzyny, żeby pokonać Lechię w derbach, przełamać passę sukcesów lokalnego rywala i odejść… No, może nie w glorii chwały, ale w jakimś sensie z tarczą. Gdy widziałem Smółkę wyskakującego pięć metrów poza pole wyznaczone dla trenerów albo wykonującego nerwowy znak krzyża przed każdym ofensywnym wypadem gości, pojąłem, że nikt by nie potrafił w ten sposób udawać.

Grupka kibiców jeszcze z ładne pół godziny przed pierwszym gwizdkiem arbitra poczęstowała trenera potokiem niewybrednych okrzyków. Nie zasłużył na to swoim zaangażowaniem. W tej okrutnej sytuacji starał się do końca zachować klasę.

***

Projekt Smółki wydawał mi się skazany na porażkę od samego startu. Prorokowałem nawet, że to będzie pierwszy trener, który w tym sezonie straci robotę w Ekstraklasie. Zacząłem snuć takie przewidywania po tym, gdy szkoleniowiec na jednej z pierwszych pomeczowych konferencji prasowych w ostrych słowach zbeształ własnych podopiecznych. Miałem wrażenie, że z takim podejściem jego przygoda w lidze będzie pewnie efektowna medialnie, ale krótka i smutna. Do tego jeszcze dochodził szalenie ambitny styl gry, w mojej ocenie prawie niemożliwy do efektywnego stosowania w klubach o tak ograniczonym potencjale kadrowym i finansowym jak Arka. A jednak – takie właśnie zadania przed trenerem postawiono. W Gdyni kręcono przecież nosem na proste środki stosowane przez Leszka Ojrzyńskiego.

Można się jednak w Ekstraklasie napinać na finezję w ataku pozycyjnym, lecz koniec końców i tak liczą się żelazne tyły, stałe fragmenty, konterka skrzydłem i umiejętnie rzucana laga na bałagan.

Czasami trzeba reagować buńczucznie. Wychodzę z takiego założenia, iż pierwszej analizy zawsze dokonuje się na konferencji prasowej. Mówię to, co myślę, nie owijam w bawełnę, kiedy chwalę i się cieszę, to naprawdę chwalę i się cieszę. Gdy ganię, to ganię. Czepiając się zawodnika po prostu chcę, aby on pewne rzeczy zmienił i poprawił, robię to dla dobra jego, zespołu, klubu i również mojego. Nie zamiatam pod dywan. Jestem impulsywnym człowiekiem i tak będę postępował – w ten sposób Smółka uzasadniał swoje działania w „Weszłopolskich”.

Jesienią wiele zaczęło się w Gdyni – ku mojemu zaskoczeniu – zazębiać. Formą eksplodowali piłkarze niemalże już na ekstraklasowym podwórku skreśleni, tacy jak Michał Janota czy Maciej Jankowski. Do tego doszła solidna dyspozycja paru innych graczy, przebłyski genialnych dryblingów miewał Luka Zarandia, no i Arka faktycznie zaczęła całkiem efektownie grać w piłkę, wysoko wygrywając mecze. A w przypadku porażek żółto-niebiescy i tak stawiali rywalom poprzeczkę bardzo wysoko. Jednak ich korzystna dyspozycja była jak kometa – spektakularny błysk, który zniknął z pola widzenia niemal równie szybko, jak się pojawił.

Zimą drużyna rozlazła się w szwach. Wiodący piłkarze pogniewali się na trenera, z rozmaitych zresztą powodów. Choćby z racji na transferowe niesnaski, o czym wspomina się szczególnie w kontekście wspomnianego Janoty, prezentującego wiosną formę biegunową odległą od tej, jaką Michał oczarowywał kibiców jeszcze kilka miesięcy temu. Wtedy nawet spekulowało się o ewentualnym powołaniu do reprezentacji Polski. Cóż, dzisiaj się nie spekuluje.

20190402_231017

– Popełniłem wiele błędów na przełomie grudnia i stycznia, jeśli chodzi o moją otwartość i konsekwencję. Jednak teraz wszystko biorę na siebie. Temat mojej pracy zamykam, ale do końca sezonu jestem z Arką. Będę trzymał za nią kciuki i będę się denerwował jeszcze mocniej przed telewizorem. Ciężkie chwile przede mną, ale chcę odpocząć i znaleźć możliwość dalszego rozwoju. Nie wyszło, ale mam nadzieję, że sezon zakończy się pozytywnie dla Arki i utrzyma się ona w lidze. Dziękuję też za wszystko piłkarzom. Człowiek ciężko pracujący popełnia błędy i życie uczy błędów. To jednak bardzo cenna nauczka i doświadczenie. Obym wyciągnął z tego odpowiednie wnioski – mówił Smółka po wczorajszym meczu.

Jeden z dziennikarzy dopytał go, czy piłkarze grali przeciwko niemu. – Niech pan napisze co chce. Byle było jak najwięcej komentarzy.

***

Niektórzy sobie trochę kpią, gdy trenerzy – zresztą z samym Smółką i Stokowcem na czele – narzekają na murawę gdyńskiego stadionu. Ponoć złej baletnicy to i rąbek u spódnicy przeszkadza. Jednak to aż przykro się robi, gdy człowiek obserwuje, jak zawodnicy słynący na polskich boiskach z technicznego wyszkolenia – a nie mamy takich zbyt wielu – męczą się, próbując wymienić choćby parę podań po ziemi na kartoflisku przy Olimpijskiej. To jak gra w piłkę plażową, ale na pełnowymiarowej płycie – futbolówka ciągle grzęźnie, podskakuje, odbija się w sposób niespodziewany. Czasem zaskakująco przyspiesza, innym razem nagle hamuje. Parodia.

Telewizja trochę wygładza te niuanse, jednak z wysokości trybun naprawdę widać gołym okiem, jak cholernie to zawodnikom przeszkadza. Bodaj najgorszym aktorem wczorajszego widowiska był Flavio Paixao, bohater wielu poprzednich derbowych spotkań. Portugalczykowi co najmniej pięć razy ciekawy pomysł na akcję nie wypalił, ponieważ niesforna futbolówka zatańczyła mu między stopami w sposób totalnie niekontrolowany. Albo taki Christian Maghoma, skądinąd świetnie wczoraj dysponowany w grze defensywnej. Kilka razy okrutnie się oszukał przy wyprowadzaniu piłki po ziemi z własnej strefy obronnej i niewiele brakowało, a zostałby anty-bohaterem spotkania.

– Spokoooooojnie. Murzyni mają w sobie ten luz! – żartował jeden z sympatyków Arki, nawiązując do filmu „Chłopaki nie płaczą”, gdy jego kumpel zestresował się niepewnym podaniem Maghomy, które ostatecznie nie zaowocowało żadnymi groźnymi konsekwencjami dla gospodarzy. Po paru minutach role się odwróciły. Ten, który poprzednim razem uspakajał, sam szpetnie zaklął, widząc jak obrońca niepotrzebnie pieści się z piłką.

– Spokoooooojnie! Murzyn dalej ma ten luz!

Podobnie zresztą wyglądała sprawa z Dusanem Kuciakiem, który interwencjami w drugiej połowie zapracował sobie na status bohatera wieczoru. Na początku spotkania golkiper Lechii miał jednak kilka mocno niepewnych kontaktów z piłką i potem już raczej spowalniał wyprowadzenie akcji, co doprowadzało do szału Joao Nunesa i Filipa Mladenovicia, Boczni defensorzy Lechii cały czas mieli nadzieję na zainicjowanie szybkiej kontry na skrzydełku, ale piłka do nich zazwyczaj nie docierała. Parę razy nieźle się na doświadczonego bramkarza wściekli.

Albo Michał Nalepa, ten z Arki. Zagrał wczoraj bardzo dobry mecz, ale ileż razy nie zrealizował swojej ofensywnej koncepcji, bo wykonalne było tylko podanie górą, z którym łatwiej radzili sobie obrońcy? Trudno zliczyć te wszystkie utracone szanse.

20190402_205137

20190402_203135

Złościli się też kibice, których w przerwie nie wypuszczono z obiektu na papierosa. Stanęli w przejściu prowadzącym na trybuny i tam zdecydowali się przyjąć niezbędną dawkę nikotyny. Ostatecznie w derbowych realiach każdy faul, każdy aut, każde starcie w środku pola wzbudza gigantyczną nerwowość. Po chwili jednak podeszła do palaczy jedna z kobiet odpowiadających za utrzymanie porządku. Starsza, drobna pani w nieco za dużej kamizelce odblaskowej.

– Tu nie wolno palić.

– Jak nie wolno? – zezłościł się dość masywnie zbudowany jegomość. – To zdecydujcie się, kurwa! Wyjść nie wolno, tutaj palić też nie wolno? Tam nam powiedzieli, że mamy wrócić na górę i sobie zapalić. Bo oni nikogo nie wypuszczają, żeby w tym zamieszaniu ktoś z zewnątrz się na trybuny nie dostał. To co my mamy zrobić?!

– Palenie rzuć – podpowiedział jego kolega, też ze szlugiem między zębami.

Kobieta czmychnęła jak niepyszna, ale chwilę później wróciła, już po konsultacjach z „kierownikiem”.

– Nigdzie dzisiaj nie wolno palić. Zakaz palenia na całym stadionie, tak powiedział kierownik.

– Dobra – odparł tamten, zbliżając się już do filtra. – To spalimy tego i sprawa załatwiona.

Takie małe incydenty – bo przecież w tej konkretnej sytuacji nic groźnego się nikomu nie stało – uświadamiają tylko, jaką fikcją jest tak naprawdę ochrona imprez masowych na stadionach. Ta pani – sympatyczna, fajna, wyrozumiała – naprawdę nie jest odpowiednią osobą do zabezpieczania reakcji dziesięciotysięcznego tłumu podczas eksplozji niespodziewanej paniki. No, ale tym się będziemy zapewne martwić dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś poważniejszego niż papieros zapalony w niedozwolonej okolicy.

***

Kibice Arki gromką owacją podziękowali swoim ulubieńcom za grę we wczorajszym meczu i chyba nie można się temu dziwić, bo żółto-niebiescy zostawili kawał serducha na murawie i zagrali najlepsze spotkanie od bardzo dawna. Otarli się o zwycięstwo w końcówce, choć po uderzeniu w słupek rozległ się tylko jęk rozczarowania, poprzedzony trwającą ułamek sekundy euforią. Wychodzi więc na to, że kuriozalny manewr z przedmeczowym ogłoszeniem rozstania ze Smółką się – niestety – sprawdził. Piłkarze, którzy dotychczas toczyli się na jałowym biegu, wczoraj wrzucili piątkę.

Lechia z kolei rozczarowała. Derby derbami, lider powinien pokazać się ze znacznie lepszej strony grając z zespołem pogrążonym w tak głębokim kryzysie. Zresztą Piotrowi Stokowcowi na pomeczowej konferencji prasowej wyjątkowo trudno było utrzymać nerwy na wodzy i parę razy zdarzyło mu się dość obcesowo odpowiedzieć na pytania dziennikarzy. Wyglądał na człowieka, który już bardzo mocno odczuwa trudy sezonu. I podobnie chyba jest z jego drużyną, zwłaszcza gdy przychodzi grać na tak dziadowskiej płycie.

Stokowiec na pytanie, czy przeciwnik go zaskoczył: – Niczym mnie Arka nie zaskoczyła. Proszę mi uwierzyć, że trudno o piękne widowisko, gdy piłkę można prowadzić na boisku kolanami. Mam swoją drużynę, swoją pracę. Nie chcę dawać wykładów opiniotwórczych na temat Arki.

Na pytanie, skąd tak dobra dyspozycja Błażeja Augustyna: – Jego żona spodziewa się dziecka, może to jest powód? No bo nie przypuszczam, że dobry trening może mieć na to wpływ.

Na pytanie, czemu Haraslin nie zagrał w pełnym wymiarze czasowym: – Obserwuje pan nasze mecze? Bez urazy. Zaraz zacznę tu wykładu robić, widział pan co się dzieje? Wie pan, że Lukas nie przetrenował ani jednego dnia w okresie przygotowawczym? Pewnie mógłby i 120 minut zagrać?

20190402_205256

20190402_210120

Swoją drogą, to w kuluarowych dyskusjach na gdyńskim stadionie w roli głównej występowały nie tylko riposty Stokowca i pożegnanie Smółki. Pojawiały się też nazwiska dwóch trenerów, którzy podobno pozostają w grze o stanowisko szkoleniowca w Arce. Znany twitterowicz Janekx89 wspominał jeszcze później o trzecim kandydacie, Jacku Paszulewiczu, jednak w rozmowach przy Olimpijskiej przewijały się głównie dwa nazwiska – Jan Urban i Jacek Zieliński.

Ze szczególnym naciskiem na tego drugiego. Zdaniem wielu – pewniak.

***

– Gdyby wszyscy zawsze grali tak jak w derbach, to futbol byłby piękniejszy. Zawsze powtarzam, że w każdej godzinie i w każdym dniu trzeba ciężko pracować. U mnie nie jest łatwo, ale jak ktoś chce ciężko pracować, potrafi się rozwinąć. Wiele mnie nauczyli piłkarze i za to im dziękuję. Jeśli będą grali tak jak dzisiaj Arka spokojnie utrzyma się w ekstraklasie i plan zostanie wykonany – oświadczył po spotkaniu Smółka. I ma sporo racji, bo taka Arka jak wczoraj to jest bez wątpienia zespół, który może wyrwać punkty z gardła każdemu rywalowi w Ekstraklasie.

Pytanie tylko, dlaczego potrzeba było derbów Trójmiasta i zwolnienia trenera, żebyśmy mogli podziwiać żółto-niebieskich w takiej dyspozycji, a nie pozorujących grę w piłkę nożną, jak choćby w starciu ze Śląskiem Wrocław? Przecież odstęp czasowy między tymi meczami można spokojnie odmierzać w godzinach.

– Smółka nie miał wpływu na dzisiejszy skład – mówiono wprost, pisały też o tym lokalne media. Pogłoskę poniekąd potwierdza relacja Przeglądu Sportowego: „Przed meczem dużo mówiło się o tym, co działo się w drużynie po porażce ze Śląskiem. Podobno podczas zgrupowania po meczu ze Śląskiem Smółka zarządził, by zawodnicy napisali na kartkach, w jakim składzie ich zdaniem powinni wyjść na derby. Ci mieli się zbuntować, obawiając się, że w razie porażki, wina spadnie na nich. Coraz głośniej powtarzano też doniesienia, że jeżeli Arka będzie ten mecz przegrywała, jej kibice nie dopuszczą do dokończenia meczu. W poniedziałek zawodników odwiedzili kibice, co przed derbami jest pewną tradycją, tyle że tym razem rozmowy były zdecydowanie bardziej nieprzyjemne niż normalnie.”

O czymś też świadczy odpalenie ze składu Luki Maricia. To jeden z faworytów, pupilków Smółki, grający prawie wszystkie mecze w sezonie od dechy do dechy. Uwielbienie trenera do tego defensora od dawna było kwestionowane, bo Marić boiskową postawą na zaufanie absolutnie nie pracował, waląc babola za babolem.

W tej chwili jednak łatwo wypominać byłemu szkoleniowcowi Arki wszystkie niedociągnięcia. Rozprawa nad zwolnionym trenerem zawsze przypomina mi jedną z najmocniejszych, choć może nie jakąś super-pamiętną scenę z „Dnia świra”. Nad Adasiem Miauczyńskim pojawiają się kolejno postaci, które napotykał on na swojej drodze. I kpią sobie z niego, jednym głosem mówiąc: „Taki był mądry, a teraz umiera”.

20190402_225914

Smółka też był mądry. Swojej filozofii trzymał się bez względu na okoliczności i konsekwencje. Wydawało mu się przecież, że poparcie zarządu dla jego działań będzie bezwarunkowe. Chciał mieć drużynę grającą ładną piłkę i taką tworzył, nie kreując alternatyw. Gdy jego wizja przestała się sprawdzać, nie miał już gdzie skręcić, nie miał szalupy ratunkowej. Jego Arka miała na koncie kolejne mecze bez zwycięstwa, a on zapowiadał zdominowanie rywala w następnym starciu. Wariactwo, no ale zapewne działał zgodnie z przyjętym na początku rozgrywek planem. Sam wciąż pamiętam, gdy Smółka podczas pucharowego meczu z Huraganem Morąg wściekł się niebywale, bo jeden z jego zawodników postanowił górą rozegrać rzut wolny ze strefy środkowej boiska, zamiast grać piłką po ziemi. Choć płyta w Morągu nadawała się do wszystkiego, tylko nie do gry podaniami po murawie. Ale to nie było istotne. Filozofia ponad wszystko.

Były trener Arki uwielbiał wygłaszać kwieciste przemowy o konsekwencji, o żelaznych zasadach w szatni, o pozycji trenera, o roli lidera w grupie. Wszystkie jego teorie szlag trafił, gdy zderzyły się ze smętną rzeczywistością Ekstraklasy. Gdzie kibice oczekują walki i punktów, zarząd stylu i punktów, a trener dostaje do dyspozycji gromadę dość przeciętnych piłkarzy, gównianą murawę i słyszy: „Radź sobie”.

Trenera Smółkę można było lubić bądź nie. Ja akurat lubiłem, bo lubię ludzi barwnych, inteligentnych, nawet lekkich prowokatorów. Jego pracę trenerską w Arce naturalnie oceniam nisko. Smółka w wielu momentach swojej ekstraklasowej przygody przeszarżował i cokolwiek miał właściwie w Arce stworzyć w ramach słynnej przebudowy – nie udało mu się to. Prowadził zespół prosto do I ligi i zewsząd dudniły głosy, że stracił szatnię. Niemniej – nikt, nawet skończony bufon w stylu Ricardo Sa Pinto – nie zasługuje, by jego zwolnienie obwieścić światu w taki sposób. Nawet jeżeli rzeczywiście temat był dogadany już wcześniej, to Smółka i tak zasługuje na publicznie wypowiedziane słowo „przepraszam”, tak samo jak publicznie powiedziano mu „do widzenia” na godzinę przed derbami Trójmiasta, w których poprowadził zespół.

Zasługuje na przeprosiny nie dlatego, że stracił posadę. Arka grała nie tylko na piachu, lecz sama też prezentowała piach. Zmiana była nieunikniona, być może nawet trochę spóźniona. Piotr Stokowiec ma jednak świętą rację zauważając, że sposób jej przeprowadzenia jest nie do przyjęcia. Stąd już naprawdę niedaleko do tego – no bo ile, dwie godziny? – żeby działacze zaczęli się trenerów pozbywać na Twitterze także w trakcie meczów.

Michał Kołkowski

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (11)