U Roberta każdy sukces jest tylko punktem wyjścia do kolejnego celu
Inne sporty

U Roberta każdy sukces jest tylko punktem wyjścia do kolejnego celu

11 lat temu w Bahrajnie Robert Kubica zdobył pierwsze i jedyne pole position w Formule 1. Dziś wraca na Bliski Wschód w zupełnie innej roli, w innym bolidzie i z innymi oczekiwaniami. Realnym celem na kwalifikacje będzie walka z kolegą z zespołu o 19. miejsce. O wzlotach i upadkach polskiego kierowcy, jego celach i marzeniach, charakterze i woli walki rozmawiamy z Cezarym Gutowskim, dziennikarzem motoryzacyjnym i współautorem właśnie wydanej książki „Niezniszczalny – niesamowita historia Roberta Kubicy”.

Gutowski pierwszy wyścig późniejszej gwiazdy Formuły 1 na własne oczy widział mniej więcej wtedy, kiedy kadra Jerzego Engela toczyła walkę o wyjazd na mundial w Japonii i Korei Południowej. Był jedynym dziennikarzem, który z bliska obserwował pierwszy test Kubicy w Formule 1 po wypadku, a teraz jednym z nielicznych, którzy polecieli na drugi koniec świata, by oglądać jego ponowny debiut w elicie. Na pierwszy, w sierpniu 2006 roku, razem jechali samochodem z Polski. Słowem: swoje widział i chętnie o tym opowiada.

Czemu w Williamsie jest aż tak źle?

Długofalowo te problemy zaczęły się dawno temu, kiedy obierali kierunek swojego rozwoju, jako zespołu Formuły 1 w tworzących się wówczas układach biznesowych. Bernie Ecclestone, wtedy zarządca praw marketingowych, podpisywał umowy z zespołami i Światową Federacją Samochodową (FIA). Krajobraz ukształtował się w ten sposób, że są trzy wielkie ekipy: Ferrari, Mercedes i Red Bull, które dostają najwięcej pieniędzy; oraz cała reszta. Williams bardzo mocno obstawał za tym, żeby pozostać niezależną ekipą. Chcieli, żeby było tak, jak kiedyś, kiedy jako prywatny zespół osiągali wielkie sukcesy. Nie godzili się na rolę ekipy satelickiej, dlatego nie zaakceptowali pomysłu większego uzależnienia się od Mercedesa i zostania taką nieformalną „ekipą B”. Dziś płacą za to bardzo wysoką cenę, bo nie są w żaden sposób poprowadzić zespołu na poziomie nie czołówki, ale nawet środka, czy końca stawki. To z kolei bierze się z kryzysu zarządzania.

Skąd ten kryzys?

Długa historia. Claire Williams, córka właściciela, zarządzająca ekipą, w pewnym momencie założyła rodzinę i zaszła w ciążę. Kierowanie zespołem na co dzień powierzyła panu Paddy’emu Lowe, który przyszedł z Mercedesa. A odkąd pan Paddy wziął się za rządzenie, zespół nawet nie tyle się stoczył, co spadł z 10. piętra prosto na głowę…

A kryzys nie wziął się z faktu, że Williams miał po prostu najmniej pieniędzy do wydania?

Właśnie wcale nie. Przecież były ekipy z mniejszym budżetem, jak choćby Force India. Kłopot polega na złym zarządzaniu. Przecież widać to było doskonale w Barcelonie i Australii, kiedy najpierw nie dojechał bolid, a potem brakowało części zamiennych. To nie jest kwestia pieniędzy, tylko tego, że ktoś źle zaplanował procesy budowy tych części, co jest jakąś abstrakcją.

Pamiętasz podobną kompromitację w Formule 1?

Zdarzały się drobne opóźnienia. Force India miał kiedyś spóźnione części. Ale mówimy o drobnym poślizgu, a nie o takiej obsuwie w tak ważnym momencie. Była taka ekipa Hispania Racing Team, która miała poważne problemy. Ale to był nowy zespół, bez żadnej tradycji, dopiero stawiający pierwsze kroki w Formule 1, a tu mówimy o teamie z 40-letnim stażem i wieloma tytułami mistrzowskimi.

Ciężko w takiej sytuacji pozyskać nowych sponsorów…

Sytuacja do ratowania ekipy jest bardzo skomplikowana. Pozycja sportowa Williamsa jest tragiczna, na każdym okrążeniu tracą po półtorej sekundy nie do najlepszych, a do przedostatniego zespołu w stawce. To absolutna przepaść…

A jak to wyglądało w Barcelonie? Robert Kubica, George Russell, inżynierowie, członkowie zespołu – czy oni przyjechali, gotowi do pracy i zakładali, że będą jeździć od początku, czy jednak byli przygotowani na te opóźnienia? Słowem, czy ta kompromitacja była spodziewana, czy jednak wszystkich zaskoczyła?

Ja skądinąd wiem, że Robert już przed przyjazdem na testy spodziewał się, że będą opóźnienia, ale chyba nikt nie zakładał, że będą aż tak duże. Potem wszyscy dowiadywali się z dnia na dzień. Sam proces informowania o tym też był niepokojący. Najpierw odwołali dzień filmowy, potem pierwszy dzień, potem drugi. Jeśli tak reagujesz, znaczy, że nie wiesz, co się dzieje i nie masz nad tym kontroli. Takie rzeczy nie powinny się dziać w Formule 1.

Co Robert na to? Tak po ludzku: on szykuje się do wielkiego powrotu, a zespół funduje mu taką przykrą niespodziankę.

W Barcelonie widziałem po nim duże napięcie i frustrację. W wywiadach się nie wstrzymywał, mówiąc o tym, co się dzieje. Był rozgoryczony, ale szybko się z tym uporał. W Australii miał zupełnie inne nastawienie. Doskonale wiedział, że jest w fatalnym punkcie, najgorszym ze wszystkich, łącznie z kolegą z zespołu, bo przecież stracił dzień testów więcej niż Russell. A jednak brnął przez to wszystko z wytrwałością godną podziwu. W Barcelonie było fatalnie, Robert zdawał sobie sprawę, że w Australii będzie bardzo źle. Mógłby się załamać i pieprznąć to wszystko i powiedzieć: wypisuję się.

Mógłby?

No, nie wiem do końca. Ma kontrakt i zobowiązania. Robert, lepiej niż ktokolwiek inny, wiedział, jak ciężko będzie w Melbourne. Wiele osób naprawdę nie miałoby ochoty brać w tym udziału.

Robert wrócił po 8 latach, przejechał pełen dystans. Czy poza tym widzisz jakiekolwiek pozytywy wyścigu w Australii?

Przez ten ciężki weekend on doskonale wiedział, co się dzieje, co jest czego konsekwencją, gdzie popełnił błędy i dlaczego. Robert dobrze wystartował. Miał pecha, bo w pierwszym zakręcie najechał na niego Gassly, uszkadzając mu skrzydło i samochód. Jasne, wszyscy go zdublowali, w tym Russell. Ale przecież Robert miał jeden pit stop więcej niż George i o dwa więcej niż wszyscy inni. Biorąc pod uwagę słaby samochód, który dodatkowo był pokiereszowany, tempo wyścigowe było bardzo dobre.

Nie obawiasz się, że Roberta czeka teraz czas, w którym będzie w dużej mierze obarczany winą za nieswoje grzechy?

To jest nieuniknione, ale było do przewidzenia już w ubiegłym roku. Kiedy kontrakt został podpisany, napisałem od razu, że czeka nas bardzo trudny sezon. Oczywiście, zawsze znajdą się tacy, którzy będą krytykować i narzekać, ale zakładam, że są to głównie ludzie, którzy nie mają zbyt wielu sukcesów w życiu. Takim podejściem nie da się nic osiągnąć, a już na pewno nie w poważnym sportem.

Ale zrozum kibiców, którzy nie potrafią się cieszyć ostatnim miejscem. Trochę tak, jakbyśmy mieli się ekscytować, że polski bramkarz gra w Huddersfield. Nawet jeśli w każdym meczu miałby po pięć genialnych interwencji, broniłby 1 z 2 rzutów karnych i dokonywał cudów na przedpolu – koniec końców i tak co sobota ze trzy razy musiałby sięgać do siatki…

Ja się na piłce nożnej znam się średnio, choć wychowywałem się w bardzo piłkarskim środowisku. Ale rozumiem, jak działa sport. Była taka sytuacja w Lidze Mistrzów, gdy jakiś bramkarz zawalił dwa gole (Karius w finale Liverpool – Real). Zrobiła się straszna nagonka na niego. A mało kto chciał pamiętać, że przecież oni jakoś doszli do tego finału, z nim w bramce. Każdy ma prawo popełnić błędy, ten bramkarz także. Na pewno nikt bardziej tych puszczonych goli nie przeżył niż on sam. Kto tego nie rozumie, ten nie ma pojęcia o sporcie.

Wróćmy do Formuły 1. Nie uważasz, że z ocenami postawy Roberta Kubicy w Polsce zasadniczy problem jest taki, że mało kto ma u nas odpowiednią wiedzę wyścigową?

Niestety tak. Kłopot jest też taki, że mimo braku wiedzy nie brakuje chętnych do komentowania i oceniania. Mam wrażenie, że wielu kibiców nie chce słuchać ekspertów, woli pozostać przy swoim zdaniu. Kiedy ja próbuję wyjaśniać i tłumaczyć wyścigi, często słyszę: „ty próbujesz tłumaczyć Kubicę”…

Próbujesz tłumaczyć Kubicę.

Nie. Ja tylko mówię, co z czego wynika. Przedstawiam ogólnie znane fakty, zestawiam je ze sobą i wyciągam wnioski. To nie jest żadne tłumaczenie. Co ważne, Robert jest w pełni transparentny. Kiedy popełni błąd, mówi o tym wprost, nigdy tego nie ukrywa.

Nie wydaje ci się, że to jest jedna ze zmian, które zaszły w Robercie. Kiedyś o błędach nie mówił…

A ile on tych błędów popełnił? Zmiana jest taka, że z wyścigów poszedł do rajdów, czyli sportu, który wymaga od kierowców podejmowania dużo większego ryzyka. Pojawiło się dużo błędów, jak na Roberta. On o tym mówił prosto z mostu. Teraz, w Formule 1, popełnił dwa błędy. W dużej mierze wynikało to z tego, że wrócił po 8 latach i jechał samochodem, którego nie znał, bo go nie testował. Moim zdaniem te błędy są usprawiedliwione, ale on i tak wziął to na klatę. Wiadomo, nie każdego to przekona, kijem Wisły nie zawrócimy. Ja nie widzę sensu we wchodzeniu w dyskusję z ludźmi, którzy ferują wyroki nie mając pojęcia, o czym mówią. Formuła 1 to sport kompletnie inny od pozostałych. Niektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak złożona to dyscyplina. Najłatwiej spojrzeć na tabelę i powiedzieć: „siedemnasty?! Beznadziejnie pojechał!”. A przecież wpływ kierowcy na wynik jest mocno ograniczony. Mówimy o sporcie, w którym ekipy liczą 500, 700, czy 1000 osób, czasem nawet więcej. A kiedy w czasie wyścigu słońce zajdzie za chmury, temperatura toru spadnie o 3-4 stopnie, ma to bezpośrednie przełożenie na zachowanie samochodu i na czasy. Samo patrzenie na zajęte miejsca mija się z celem.

Ile procent wyniku to kierowca, a ile samochód?

Nie da się tego ocenić dokładnie. Samochód bez kierowcy nie pojedzie, kierowca biegnąc też dobrego czasu nie osiągnie. Wpływ auta jest ogromny, niektórzy oceniają, że nawet 80 procent. To się cały czas zmienia, bo auta są coraz bardziej skomplikowane. Inżynierowie cały czas przez radio dają kierowcy komunikaty, co ma robić na kierownicy, jak zmieniać ustawienia samochodu, żeby jechał jak najszybciej. Przepisy nie pozwalają tego robić zdalnie, bo inaczej inżynierowie non stop sami by dopasowywali ustawienia do każdego zakrętu i fragmentu toru. Wracając do pytania: ja to widzę tak, że 1/3 wpływu na wynik ma kierowca, 1/3 samochód i ostatnią 1/3 zespół, który go przygotowuje.

W przypadku Roberta mamy dobrego kierowcę po przejściach, beznadziejny samochód i…

Beznadziejny samochód nie został zbudowany przez najlepszy zespół, to z całą pewnością. W dodatku, mówimy o ekipie, która w kryzysie jest od dłuższego czasu. Co do Roberta, to bardzo zdolny kierowca, ale jaki jest jego poziom sportowy dziś, w takim aucie – to trudno zgadnąć.

A ten sam Robert w Mercedesie?

Nie da się zgadnąć. Gdyby jeździł w Mercedesie, to przede wszystkim miałby za sobą normalne testy i przygotowania, pełne cztery dni pracy nad autem, a nie trzy przejazdy. Dzięki temu byłby w zupełnie innym punkcie. Widać, że już dziś prędkość ma, jeśli chodzi o tempo wyścigowe. W kwalifikacjach było gorzej. W tym przypadku musisz trafić idealnie na całe okrążenie, wyczuć, jak się zmieniła przyczepność toru, doskonale dogrzać opony na poprzednim okrążeniu. To dążenie do perfekcji, które na pewno nie jest proste.

Jakie są szanse, ze ten wspomniany zestaw kierowca – bolid – zespół będzie się jednak rozwijał i zmniejszał straty?

To będzie bardzo trudne. Jeśli okaże się, że Williams ma jeden kardynalny błąd, który uda im się zdiagnozować i wyeliminować kilkoma poprawkami, można liczyć na duży skok. Oczywiście, mierzmy siły na zamiary. Te poprawki mają im pomóc podczepić do stawki. Póki co, mamy stawkę, dno, beczkę mułu i dopiero Williamsa. Chcielibyśmy, żeby to dno i beczka mułu zniknęły. Niepoprawni optymiści mogą jeszcze liczyć, że uda się wskoczyć jeszcze wyżej. Na pewno jednak nie stanie się to przed Grand Prix Hiszpanii. Na to potrzeba czasu. A przypomnę, że mówimy o ekipie, która nie była w stanie przygotować samochodu na testy i do Australii poleciała bez części zamiennych. Musimy o tym pamiętać, żeby zdawać sobie sprawę z tego, z jakiego punktu dziś startuje ten zespół. To jest jeden wielki marazm…

Kubica jest faworytem ETOTO w tylko jednej kategorii – pierwszy wycofa się z wyścigu (11:1)

A wersja pesymistyczna? Czy jest możliwe, że w pewnym momencie sezonu Claire Williams powie: to nie ma sensu, wycofujemy się?

Nie mogą tego zrobić. To się nie opłaca. Umowy są tak podpisane, że z finansowego punktu widzenia bardziej kalkuluje się dojechać do końca sezonu, nawet beznadziejnym samochodem. Gdyby Williams miał dość, zespół mógłby zostać sprzedany. Na pewno znaleźliby się chętni do zapłacenia dużych pieniędzy za miejsce w Formule 1.

Skoro mówimy o dużych pieniądzach, czy Orlen zrobił dobry interes, płacąc Williamsowi 100 milionów złotych za dwa lata umowy? W internecie można przeczytać, że „Kubica bawi się za nasze sto baniek”.

Dla mnie największym absurdem jest twierdzenie, że to nasze pieniądze, podatnika. Orlen to spółka komercyjna, która ma swoje założenia marketingowe i analizuje różne aspekty. Na przykład kwestię tak zwanych zwrotów medialnych, czyli wartości publikacji w mediach. Moim zdaniem kwota wydana na umowę z Williamsem już się zwróciła. Inna sprawa, że sto milionów to chyba przesada, nie sądzę, żeby ta kwota była tak duża.

rk orlen

A co daje takie wejście do świata F1?

Prestiż. Dla Orlenu to oznacza także związanie się z Robertem Kubicą, czyli postacią kultową, mającą bardzo wielu hardkorowych fanów. Zastanówmy się, ilu Polaków, nie tylko sportowców, jest znanych w skali globalnej i powszechnie szanowanych za swoje osiągnięcia i charakter, w dodatku takich, którzy nie budzą żadnych negatywnych skojarzeń i nie mają żadnego skandalu na koncie?

Robert Lewandowski.

Ok. Kto jeszcze? Mnie nikt więcej do głowy nie przychodzi. Dla Orlenu to idealny układ. Co więcej, wejście firmy do F1 zdecydowanie zwiększa jej prestiż i rozpoznawalność, podnosi ją na wyższy poziom. Wyobraźmy sobie na przykład negocjacje na zakup ropy naftowej. Kiedy jesteś firmą obecną w Formule 1, z miejsca stajesz się poważniejszym graczem, jesteś inaczej traktowany.

Czemu w takim razie nie weszli rok wcześniej?

Pewne procesy wymagają czasu. Zdaje się, że na tamtym etapie Lotos jakoś próbował to ugrać, ale sprawa była z góry przegrana. Przyszedł Siergiej Sirotkin i jego kontrahenci. A to byli ludzie, którzy nie tylko mogli od razu się zdeklarować, co do pieniędzy, znacznie większych niż te, o których rozmawiamy dzisiaj, ale jeszcze mogli je przynieść w reklamówkach.

100 milionów złotych to nie jest są duże pieniądze, jak na Formułę 1. A jednak, czy bez nich Robert Kubica mógłby wrócić do padoku?

Praktyka pokazuje, że to wejście bez powiązania biznesowego na przykład z Renault okazało się niemożliwe. Robert dziś startuje z zupełnie innej pozycji niż kiedyś. Duży zespół by go nie wziął, bo to jest ryzyko, czy będzie w stanie jeździć. W dużych ekipach jest dyrektor od tego, dyrektor od tamtego, jak w korporacji, każdy ma swoje zdanie i swoje wątpliwości. W Williamsie jest inna decyzyjność, więc było łatwiej.

Powrót Roberta do Formuły stał się pretekstem do wydania książki „Niezniszczalny – niesamowita historia Roberta Kubicy”, którą napisałeś wspólnie z Aldoną Marciniak. Czemu każdy kibic Formuły 1 powinien po nią sięgnąć?

Nie tylko kibic Formuły 1, bo tę książkę się po prostu dobrze czyta. Taki był cel i takie komentarze dostaję od czytelników. To jest po prostu świetna historia, nie trzeba się interesować wyścigami, żeby to się broniło. Wydaje mi się, że ta historia została także nieźle opowiedziana, w dodatku z pierwszego fotela, bo od 17 lat jeżdżę za Robertem po wszystkich torach, seriach, OS-ach, jako jedyny dziennikarz.

niezniszczalny

17 lat? Kiedy zacząłeś?

Od Formuły Renault 2000, pierwszej kategorii po gokartach. Opisuję te wszystkie etapy w książce i nawet dla hardkorowych fanów wiele rzeczy jest nowych i zaskakujących. Jak choćby to, że właściwie pod koniec każdego sezonu jego kariera wisiała na włosku. Żeby finalnie dostać się do Formuły 1 potrzeba mnóstwo talentu i sporej dawki szczęścia, zwłaszcza kiedy pochodzi się z kraju bez tradycji wyścigowych, jak Polska.

Miał dużo szczęścia?

Przede wszystkim zawsze kluczowa była jego szybkość. Na koniec kariery w Polsce w kartingu zdobył trzy tytuły mistrza kraju w jednym sezonie i pojechał do Włoch. Tam wszedł pomiędzy wielkie zespoły, ze świetnymi mechanikami, najlepszym sprzętem, mnóstwem sponsorów i tak dalej. On był sam z ojcem i mechanikiem, z białym wózkiem ze średniej półki. I z miejsca zdobył pole position. Dla Włochów to był chyba większy szok niż gdyby do padoku wszedł wtedy kosmita i powiedział „buongiorno”. Po kilku wyścigach skończył się jednak budżet, Robert miał wracać do Polski, ale zgłosił się zespół fabryczny z propozycją kontraktu. Czyli – trochę szczęścia, ale przede wszystkim – talent, umiejętności i prędkość.

A w przekroju całej kariery – Robert miał więcej szczęścia, czy pecha?

On sam uważa, że w motorsporcie nie ma czegoś takiego, jak pech. Kiedyś ktoś mu powiedział, że jego zdaniem ma w życiu dużo pecha. Wiesz, co odpowiedział Robert? Że jest wręcz przeciwnie i ma dużo szczęścia. Bo na przykład dostał się do Formuły 1, wygrał wyścig, zdobył pole position. To są szczyty, o których kiedyś nikt nie śmiał marzyć.

Aż przyszedł moment, w którym całe jego życie i kariera stanęły pod znakiem zapytania. Jak duży zbieg fatalnych okoliczności miał miejsce na rajdzie Ronde di Andora?

W takim momencie przypomina mi się program „Katastrofy w przestworzach” o katastrofach lotniczych. Do większości wypadków lotniczych dochodzi właśnie z powodu zbiegu wielu pechowych okoliczności. Na Ronde di Andora doszło do czegoś podobnego. Dokładnie to miejsce, ten moment, bariery, które nie były ze sobą połączone, chociaż powinny, uderzenie i wejście dokładnie w tym miejscu w samochód. Dziękować Bogu, że nikt nie zginął, choć Roberta dzieliło od śmierci bardzo niewiele. Takie jest życie, czasem jeden moment totalnie zmienia wszystko. To był całkowity reset. A nawet gorzej, bo po resecie zaczynasz od zera, a on zaczynał na wielkim minusie…

Jak on się zmienił po tym wszystkim, tak po ludzku?

Bardzo dojrzał. Ma w sobie więcej balansu i zrozumienia tego, jak działa życie. Potrafi się bardziej cieszyć z tego, co ma, a nie tylko patrzeć na to, co jeszcze chciałby mieć, jak mógłby się poprawić. Przecież z tego wziął się ten wypadek rajdowy: on chciał być jeszcze lepszy, rozwinąć się, zyskać jeszcze jakieś tysięczne części sekundy. Dziś Robert jest dojrzalszym, doroślejszym człowiekiem. To się oczywiście wiąże z wiekiem, ale w dużej mierze z tym, przez co przeszedł. Bardzo mi się podobały jego refleksje ze szpitala. Leżał tam po wypadku, w ciężkim stanie i obserwował innych. Jemu życie się zawaliło, ale patrzył, że inni mają gorzej, że mają ciężej, więc może u niego nie jest tak źle. To nie taki typ, który narzeka.

A dziś potrafi się cieszyć tym, co ma? W sensie: spełnił marzenie o powrocie i wystarczy, czy raczej już stawia sobie kolejne cele i zadania?

W dniu ogłoszenia powrotu w Abu Zabi zapytałem go, czy ma chociaż moment na to, by się ucieszyć. Zaśmiał się tylko, „czeka nas sezon”. U Roberta każdy kolejny sukces tak naprawdę jest tylko punktem wyjścia do kolejnego celu.

A jaki jest kolejny cel? Utrzymać się w Formule 1?

Dokładnie. Bardzo trudny cel, biorąc pod uwagę punkt wyjścia. Ale nie takich rzeczy Robert dokonywał, więc dopóki są szanse, ja wierzę, że się uda.

A jeśli się nie uda – będziesz traktował to w kategoriach porażki i rozczarowania?

Żadnej porażki, absolutnie. Porażką by było, gdyby Robert nie spróbował. Po wyścigu w Australii powiedział zresztą coś takiego, że różnych rzeczy może żałować, ale nie tego, że podjął wyzwanie. Tak trzeba żyć. Być może ułoży się w ten sposób, że to będzie jeden rok i koniec. Jeśli tak, to widocznie tak miało być. To samo tyczy się rywalizacji wewnątrz zespołu, jedynej, w której Robert teraz może coś udowodnić. Jeśli będzie przegrywał z Russellem, to widocznie tak miało być.

A będzie?

Nie wiem. Moim zdaniem Robert ma wszystko, żeby z nim walczyć; wszystko, poza latami jazdy. Bo George jest oczywiście debiutantem, ale ciągle jeździ. Jest z młodego, bardzo szybkiego pokolenia, lepiej przygotowanego do wyścigów niż pokolenie Roberta. Dziś wszyscy młodzi, którzy wchodzą do F1, dają radę; kilka lat temu tak nie było. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało. Musimy pamiętać, że George jest młody i jest Anglikiem, a Robert nie jest młody i zdecydowanie nie jest Anglikiem. Pożyjemy, zobaczymy.

Czyli cel na cały sezon, to utrzymać się w F1. A w poszczególnych wyścigach? Realnie patrząc, wiemy, co nas czeka i szału nie ma. W pierwszym podejściu Roberta do F1 marzyliśmy o zwycięstwie, podium, pierwszej linii startowej. Teraz to wszystko science-fiction. O czym możemy marzyć teraz?

Marzyć, przez duże M, możemy o tym, żeby Robert miał taki sprzęt, w którym będzie mógł od czasu do czasu walczyć o punkty. Albo awansować do drugiej części kwalifikacji, o trzeciej nawet nie ma co mówić. Oczywiście zawsze jesteś porównywany do kolegi z zespołu, więc fajnie by było, żeby Robert walczył z Russellem. Ale od razu zaznaczę, że to bardzo zdolny, inteligentny, świetnie przygotowany kierowca, a nie żaden ogórek z niższej serii. Prawdopodobnie to będzie najtrudniejszy kolega z ekipy, jakiego Robert kiedykolwiek miał.

ROZMAWIAŁ JAN CIOSEK

Fot. newspix.pl, Orlen, archiwum prywatne

KOMENTARZE (0)