Koszaliński futbol w czarnej dziurze? Krajobraz po derbach miasta
Weszło Extra

Koszaliński futbol w czarnej dziurze? Krajobraz po derbach miasta

Na zdjęciu głównym jest dziura. Słynna koszalińska dziura, ziejąca pustką nieopodal Galerii Handlowej „Emka”. Niestety – po ostatnich derbach Koszalina zachodzą uzasadnione obawy, że również tamtejszy futbol wylądował w czarnej dziurze i, co gorsza, znikąd ratunku. Nie widać drabiny, po której działacze klubów z tego nieco ponad stutysięcznego miasta mogliby się wspiąć na wyższy poziom w krajowym futbolu. Nie ma pieniędzy, rażąco brakuje choćby przyzwoitej infrastruktury i – delikatnie rzecz ujmując – nie porywa też poziom sportowy. Nie licząc może zupełnie niezłego szkolenia młodzieży. To jedyna łyżka, a nawet cała chochla miodu w baryłce koszalińskiego dziegciu.

Bałtyk Koszalin po niespodziewanym zwycięstwie derbowym nad faworyzowaną i tradycyjnie silniejszą Gwardią zrównał się z lokalnym rywalem punktami w tabeli III ligi. To oznacza – ni mniej, ni więcej – że obie ekipy czeka, jak mawiał klasyk, „walka o spadek”. Dla notorycznie balansującego między trzecim a czwartym poziomem rozgrywek Bałtyku tego rodzaju okoliczności to niemalże normalka. Dla Gwardii zaś – sporego kalibru katastrofa.

Jedyny pozytyw całej sytuacji jest dla mieszkańców Koszalina taki, że jedni i drudzy jednocześnie raczej z ligi nie zlecą, choć i to nie jest jeszcze pewne. Tak czy owak nad tamtejszym futbolem zebrały się ciemne chmury.

***

Czy Koszalin to ładne miasto?

Cóż, podobno de gustibus non est disputandum, lecz trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka prezentuje się zupełnie przyzwoicie. Dworzec nie wzbudza może szczególnych estetycznych wrażeń, jednak trudno się akurat o to czepiać. Co do zasady dworce w Polsce częściej straszą niż zachwycają, choć tendencja w tym względzie na szczęście jest niezła i widać poprawę. Ale czterdzieści minut spaceru ze stacji PKP na stadion imienia Stanisława Figasa to całkiem sympatyczna przygoda. Koszalin robi naprawdę dobre pierwsze wrażenie.

Przyjemna aura utrzymuje się jednak tylko do momentu, gdy przed oczami ujrzy się cel podróży. Znaczy się – rzeczony stadion, dom Gwardii Koszalin. Niby każda potwora znajdzie swego amatora, ale ten paskudny obiekt nie podoba się chyba nikomu. Z kibicami i działaczami Gwardii włącznie, a może nawet: na czele.

d

Kuriozalna trybuna na Gwardii.

PROBLEMY

– Panie, czasami to aż przykro się robi, jak człowiek na mecz idzie – żali się jeden z fanów Gwardii. – Była druga liga, mieli coś wyremontować, a tak zrobili, że jest jeszcze większe gówno, niż było wcześniej. A zaraz jeszcze się okaże, że zamiast drugiej ligi będzie czwarta! I wtedy to już w ogóle nikt palcem nie kiwnie, żeby było w tym mieście jak mecz obejrzeć w przyzwoitych warunkach. Ludzie jeżdżą po Polsce, jeżdżą po świecie. Widzą, jak piłka wygląda w innych miastach, nawet nie mówię o tych największych, nie? A co ja panu będę mówił. Niedługo wszyscy z tego Koszalina wyjadą. Córa moja na studiach w Gdańsku. Młodzi wyjeżdżają, starzy zostają. Taka kolej rzeczy.

Abstrahując od tej refleksji natury ogólnej – sytuacja jest rzeczywiście niewesoła. Gwardia w sezonie 2016/17 wywalczyła awans do II ligi, wyprzedzając w tabeli rezerwy Lecha Poznań, Bałtyk Gdynia i Jarotę Jarocin. Jednak niewielu piłkarzy z ekipy, która zapracowała na promocję na szczebel centralny wciąż gra w drużynie. Sam pobyt w II lidze zakończył się spektakularną klapą, przede wszystkim ze względów infrastrukturalnych – klub połowę sezonu grał na wyjeździe, modernizacja stadionu zgodnie z wymogami licencyjnymi de facto pogorszyła sytuację na obiekcie, zamiast ją choć trochę poprawić.

Dostosowanie koszalińskiego stadionu do wymogów gry w II lidze kosztowało przeszło dwa miliony złotych. Jednym ze skutków ubocznych – nazwijmy to z braku lepszego słowa – modernizacji było… uniemożliwienie lokalnej telewizji TV MAX przeprowadzenia relacji na żywo ze spotkań. Groteska, niestety dość kosztowna.

– Stadion jest mega-stary. Ze względu na występy Gwardii w drugiej lidze trzeba było szybko ten obiekt w wyremontować, żeby został w ogóle dopuszczony do rozgrywek. I rzeczywiście – zrobiono szatnie, na bieżni powstały w miarę nowoczesne trybuny – wylicza Paweł Leśny, dziennikarz TV MAX, zajmujący się koszalińską piłką. – To wszystko były działania raczej prowizoryczne. To, co zmieniono nadaje się raczej na boisko boczne, a nie na główny obiekt piłkarski w mieście. Jednak w obecnej sytuacji raczej bym sugerował, że nowy obiekt w Koszalinie w najbliższym czasie nie powstanie. Prezydent miasta przed wyborami jeszcze coś sugerował, ale w tej chwili sprawa tak naprawdę umarła. Gdyby Gwardia nie spadła, pewnie by było inaczej.

Efekt tych wszystkich zawirowań jest smutny, a może być jeszcze smutniejszy. Bo teraz spadek do IV ligi staje się dla Gwardii realnym zagrożeniem.

Screenshot_2019-03-28 III liga 2018 2019, grupa II

fot. 90minut.pl

– Często zadajemy sobie teraz w naszych wewnętrznych dyskusjach pytanie, czy warto było walczyć o tę drugą ligę – zastanawia się Jarosław Burzak, prezes Gwardii Koszalin. – Zostaliśmy z kosztami finansowymi, które nie zostały pokryte. Staraliśmy się za wszelką cenę podołać wymogom i utrzymać na szczeblu centralnym, tak naprawdę oba te cele nam się nie udały. Moja odpowiedź jest jednak jasna – gdyby trzeba było spróbować jeszcze raz, też byśmy spróbowali. Takie okazje mogą się wydarzyć raz w życiu. Trzeba wziąć byka za rogi, zmierzyć się z wyzwaniem. Nie byliśmy przygotowani do awansu, mieliśmy bardzo mało czasu na przystosowanie się do nowych wymogów. Bardzo chcieliśmy poradzić sobie z tym sportowo.

Prezes podkreślił również, że zderzenie z drugoligowym poziomem było przede wszystkim wielką nauczką organizacyjną. Okazało się, że działająca na poły zawodowo Gwardia zderzyła się z kłopotami, których po prostu nikt w klubie nie przewidział.

– Wymogi Polskiego Związku Piłki Nożnej w stosunku do drugiej ligi są dzisiaj na tyle wysokie, że wręcz wymuszają na klubach profesjonalne działanie – mówi Burzak. – To jest fajne, ale trzeba być na to gotowym w zakresie zaplecza finansowego, a przede wszystkim personelu. Te wszystkie rygory organizacyjne, proceduralne, kwalifikacje klubowego personelu, szkolenia… Nie ze wszystkim zdążyliśmy się na czas uporać. Dla takich klubów jak Gwardia są to wręcz zaporowe warunki, trudno to na szybko pokonać. Przeskok jest duży. My byliśmy beniaminkiem trochę niespodziewanym, nie mieliśmy wypracowanej jakości. Takie drużyny jak Elana Toruń czy Widzew Łódź to organizacje innego kalibru, tam nikt się z tego rodzaju problemami nie mierzy. Na naszym przykładzie widać jednak, że futbol w naszym kraju bardzo się w ostatnich latach sprofesjonalizował. Nawet na poziomie drugoligowym.

– Podam przykład. Istnieje wymóg, że klub musi mieć licencjonowanego lekarza. Okazało się, że w Koszalinie nikt nie ma odpowiednich uprawnień, pożyczaliśmy lekarza z Kołobrzegu. Certyfikacja służb porządkowych to kolejny wysiłek i wyzwanie. Fizjoterapeuta, spiker – każdy musi mieć licencję PZPN-u – opowiada prezes Gwardii. – Jest to dla klubów terapia wstrząsowa. Ale to jednak wymusza na działaczach zmianę myślenia i lepszą organizację. Nie narzekam. Na pewno nie pojawia się myśl, że z kolejnej szansy na awans byśmy po prostu nie skorzystali, nie boimy się tego. Dziś wiemy więcej, mamy doświadczenie, jesteśmy lepiej przygotowani. Ale teraz też wiemy, że w krótkim czasie nie ma co w kolejny awans w ogóle mierzyć. Potrzeba lat i lepszej infrastruktury. 

– Druga liga to jest już inny wymiar piłki – da się odczuć, że wiele nam brakuje do pełnoprawnego statusu drużyny szczebla centralnego. To wciąż musi być naszą ambicją. Miasto jako takie również powinno odczuwać taką potrzebę. Spójrzmy choćby po naszych niedalekich sąsiadach – Chojnice, Bytów. Ambicjami można sięgać nawet po pierwszą ligę. Ale w tym celu musimy mieć obiekt, który pozwoli nam spokojnie pracować. Konieczność gry przez połowę sezonu na wyjeździe mocno nam pokrzyżowała plany – dodaje Burzak.

Podobne odczucia panują wśród działaczy koszalińskiego Bałtyku. Dekadę temu w remont tego obiektu miasto wpompowało ponad dziesięć milionów złotych, co spotkało się ze sporymi kontrowersjami. Przede wszystkim dlatego, że kibice piłkarscy w Koszalinie to przede wszystkim gwardziści. Poza tym – prace zostały wykonane dość kiepsko. Lokalne media notorycznie donosiły o kłopotach z drenażem murawy, a nawet… grzybami obrastającymi płytę boiska.

– Gdybym ja chciał w Bałtyku zrobić drugą ligę, to bym musiał naprawdę niezłe pieniądze położyć – zauważa Zenon Bednarek, prezes Bałtyku Koszalin. Trzecioligowego beniaminka. – Dlatego my się niczym nie stresujemy. Ani derbami, ani walką o utrzymanie. Spadniemy do czwartej ligi? To spadniemy, trudno. Co mamy zrobić? Na grę wyżej i tak nie mamy środków. Przecież się nie załamiemy.

– Ja już to wszystko przerobiłem. Parę razy byłem w trzeciej lidze, parę razy z niej spadłem. Wiem, że zawsze jak jest parę groszy, to lepiej je przeznaczyć na szkolenie dzieci, niż stracić na seniorów i wyrzucić na pensje dla najemników. Jeżeli czwarta liga była dla nas za słaba, to musieliśmy w końcu awansować. Ostatecznie zawsze lepiej grać o szczebel wyżej, nasi młodzie piłkarze mogą się więcej nauczyć. Jak zagramy mecz z rezerwami Lecha, który do składu wstawia siedmiu piłkarzy z Ekstraklasy, no to jest się od kogo uczyć. Jestem za tym. Ale nie będę o tę trzecią ligę walczył za wszelką cenę. Teraz zimą niby się wzmocniliśmy, ale to przecież wszystko nasi ludzie. Piłkarze, którzy wrócili do nas, żeby się odbudować. Wrócili swoi i swoi grają. I uważam, że to jest super – oświadcza z całą stanowczością Bednarek.

stadion_baltyku_koszalin08

Stadion Bałtyku Koszalin to również obiekt lekkoatletyczny. fot. stadiony.net

– Stadion jest temu miastu niezbędny – mówi Bednarek. – Obok niego boiska treningowe, cała infrastruktura. Jeżeli mówimy o zrobieniu w Koszalinie poważnej piłki nożnej, to tego nie można przeskoczyć. Na derby zawsze przychodzi bardzo dużo ludzi, te mecze wzbudzają w mieście zainteresowanie. Ale przecież tych kibiców trzeba jakoś przyjąć! Wie pan, futbol to jest teatr. Nic innego, tylko teatr. Buduje się przecież w mieście nowoczesne teatry, amfiteatry, opery. I tam ludzie chodzą. Nie tak masowo jak na mecze piłkarskie, ale chodzą, bo są warunki. Tymczasem w temacie piłki nic się nie robi. Wyrzucono tylko ostatnio pieniądze w obiekt Gwardii, który po roku się nie nadaje do niczego, tak jak i wcześniej się nie nadawał. Taka inwestycja powinna chyba służyć miastu na lata, prawda?

– Ja mam ambicje duże, tylko za ambicjami muszą iść środki. Nie stać mnie, żeby zainwestować takie pieniądze jak na przykład Kotwica Kołobrzeg. Nie mogę funduszy, które dostaję przede wszystkim od miasta, przeznaczyć na pensje dla tak zwanych „najemników”. Bo ściągniecie do klubu piłkarzy z Polski to naprawdę duże koszta, dlatego ich tak nazywam – klaruje prezes Bałtyku. – Moja filozofia jest taka, że środki z budżetu muszą iść na szkolenie młodzieży. Mówi mi pan o ambicjach… Ambicję to ja mam taką, że w Ekstraklasie chcę grać! Ale ambicje trzeba mierzyć na zamiary. My nie mamy ani środków, ani obiektu.

– Podstawa to infrastruktura. Może u nas to wizerunkowo wygląda nieźle, ale jest tak naprawdę bardzo słaba. Nie ma oświetlenia, nie ma odpowiedniej liczby boisk, murawa nie jest dobrej jakości. Woda nie wsiąka, wszystko pływa. Mecz ostatnio musieliśmy zagrać na sztucznej nawierzchni. Dobrze, że się drużyna przeciwna zgodziła, ale oni sami się ucieszyli, że nie będzie trzeba się taplać w błocie. I tak temat wygląda. Infrastruktura to podstawa piłki. Dopiero potem można myśleć o drużynie, która zaprezentuje godnie nasze miasto na zewnątrz. Mamy przecież przykład San Siro – tam gra Milan, gra Inter i wszyscy w zgodzie żyją. A u nas kibice Gwardii krzyczą: „jedno miasto, jeden klub”, a w gruncie rzeczy nie mamy teraz nic. Ani my, ani oni. Nie ma ani właściwych warunków do treningów, ani tym bardziej areny, gdzie można godnie rozgrywać mecze seniorskie – nadmienia Bednarek.

Prezes Burzak rzecz jasna również chciałby obiektu miejskiego, na którym swoje spotkania mogłyby rozgrywać i Gwardia, i Bałtyk.

– Ewentualny nowy czy przebudowany stadion miałby być oczywiście stadionem miejskim. Piłkarskim, dedykowanym obu klubom – mówi o swojej koncepcji działacz Gwardii. – To mogłaby być wizytówka miasta, tak jak aqua park czy hala widowiskowo-sportowa. Gdyby prezydent miasta chciał postawić na piłkę jako na wiodący sport, pieniądze musiałyby być większe. Przecież mniejsze miasta od Koszalina przeznaczają ze swoje budżetu na pojedyncze kluby takie środki, jakich u nas nie dostają w sumie Bałtyk i Gwardia.

Działacze obu klubów solidarnie narzekają, że w trakcie kampanii poprzedzającej wybory samorządowe nowy-stary prezydent miasta, Piotr Jedliński, o projekcie budowy nowoczesnego obiektu piłkarskiego wyrażał się z aprobatą, a po wyborach stara się wyciszyć temat, zaś w budżecie miejskim, według informacji przedstawianych przez kibiców Gwardii, na kolejny rok nie przeznaczono na nowy stadion nawet złotówki. Ale włodarze miasta zapewniają, że budżet można w każdej chwili zmienić.

Ostatnio o tę kwestię dopytywali prezydenta czytelnicy Głosu Koszalińskiego. Jedliński odpowiedział: – Jeżeli chodzi o plany dotyczące budowy stadionu – w najbliższym czasie grupa zainteresowanych mieszkańców, którzy brali udział w konsultacjach w ratuszu, pojedzie zobaczyć kilka podobnych obiektów w kraju. Trzeba mierzyć siły na zamiary, musimy pamiętać o tym, że koszty pracy i materiałów budowlanych rosną. Po serii wizyt, gdy będzie można ocenić stan faktyczny tego rodzaju inwestycji, będziemy się zastanawiać ze specjalnie powołanym do tego zespołem, co dalej.

Ten powolny rekonesans nie wzbudza rzecz jasna zachwytu wśród działaczy Gwardii.

– Wiemy, że jest powołana komisja, czy też grupa inicjatywna z udziałem przedstawicieli prezydenta, która ma pracować nad koncepcją budowy nowego obiektu – przyznaje prezes Burzak. – Działania w tym temacie były o wiele bardziej intensywne, gdy Gwardia grała w drugiej lidze. Ale już tak nie jest, wybory za nami, więc wokół tematu zrobiło się cicho. Jednak pan prezydent zapewnia nas, że prace nad koncepcją wciąż trwają. Trzeba się rzeczywiście zastanowić, jaki w ogóle stadion w Koszalinie projektować, jakie wymogi spełnić i skąd wziąć na całą inicjatywę pieniądze. I jak duże pieniądze to mają właściwie być.

– Wśród koszalińskiej społeczności przeprowadzono ankietę, ona zasugerowała pewne odpowiedzi. Moje zdanie nie jest jednak zgodne z opinią ankietowanych, bo nie jestem zwolennikiem gigantomanii. Zaplanowanie dużego stadionu jeszcze bardziej odwlecze w czasie realizację projektu. Wolę, żeby to było coś skromniejszego. Ale, no właśnie… Żeby było – zapewnia działacz Gwardii.

– W sondzie skupiono się na dwóch aspektach. Wielkości i funkcjonalności obiektu. Ludzie opowiedzieli się za stadionem na osiem tysięcy widzów. Ja bym optował za obiektem o połowę mniejszym. I chciałbym, żeby to była opcja czysto piłkarska. Bez szukania dodatkowych możliwości typu koncerty, imprezy, funkcje lekkoatletyczne. To podroży obiekt, a w samym Koszalinie wcale nie będzie potrzebne, skoro mamy halę widowiskową, amfiteatr. A bieżnia lekkoatletyczna jest na obiekcie Bałtyku – mówi Burzak.

Podobne zdanie w rozmowie z Głosem Koszalińskim wyraził Łukasz Bednarek. Sędzia piłkarski, a jednocześnie dyrektor koszalińskiej hali-widowiskowo sportowej.

– Uważam, że w Koszalinie powinien powstać stadion maksymalnie na pięć, góra sześć tysięcy widzów. Podobny do tego w Ostródzie czy Legnicy. Nie może mieć mniej niż 4,5 tysiąca krzesełek, bo to minimum licencyjne PZPN, by móc rozgrywać mecze w Ekstraklasie. Nie widzę sensu generowania kosztów na trybuny dla ośmiu tysięcy widzów, które w całości zapełnią się tylko raz, na jego otwarciu. Nie należy również zapominać o kosztach utrzymywania obiektu. Poza tym dziś większym problemem naszego lokalnego futbolu jest zbyt mało pełnowymiarowych boisk treningowych. Dzieci i młodzież z Koszalina nie mają gdzie trenować. Lepiej więc zamiast zbędnych krzesełek na stadionie, zainwestować w dodatkowe 3-4 boiska treningowe – powiedział Bednarek.

– Stadion piłkarski nie jest miejscem do organizowania koncertów – twierdzi arbiter. – Każdy, kto ma przydomowy ogródek, wie ile potrzeba pracy, aby mieć ładny trawnik. Tym bardziej, że w Koszalinie do organizacji koncertów będziemy mieli wyremontowany amfiteatr, a uzupełnieniem dla kultury jest hala. Jestem zwolennikiem stadionów bez bieżni lekkoatletycznych. Im bliżej kibic ma do murawy, tym lepsza atmosfera na meczu. Jeśli już stadion ma powstać, niech będzie przede wszystkim świątynią dla piłki nożnej.

Screenshot_2019-03-28 Bałtyk Koszalin - junior weszlo com

Obiekt Bałtyku.

Bednarek nawiązał również do teorii dość kontrowersyjnej, choć coraz częściej w dyskusjach o koszalińskim futbolu podnoszonej. Że w mieście nie ma miejsca na dwa kluby grające w III lidze.

– Budowa nowego stadionu w mieście powinna być impulsem do połączenia sił wszystkich działaczy i miłośników piłki nożnej, by w Koszalinie powstała jedna, seniorska silna drużyna piłkarska. Bo – tak naprawdę – kto miałby grać na nowym obiekcie, skoro mamy obecnie dwa kluby w trzeciej lidze, gdzie i Gwardia i Bałtyk zajmują miejsca w dolnych rejonach tabeli, a na ich mecze przychodzi garstka fanów? Debatujemy o nowym stadionie w naszym mieście, ale zacznijmy wraz z tymi rozmowami i konsultacjami mówić również o przyszłości koszalińskiej piłki nożnej. W końcu przecież łączy nas wszystkich piłka – zaapelował sędzia.

DERBY

– To skomplikowana kwestia – zastanawia się Paweł Leśny z TV MAX. – Jeżeli chodzi o misję obu klubów w szkoleniu dzieciaków i liczbę tych dzieci, które przychodzą na zajęcia – wydaje mi się, że jak najbardziej dwa kluby są wskazane. Naprawdę mnóstwo młodzieży trenuje w Gwardii i Bałtyku. Jedni i drudzy mają swoje klasy sportowe w szkołach. A co do seniorów… Raczej bym wskazywał, że to Gwardia powinna grać wyżej, a Bałtyk też powinien gdzieś funkcjonować, ale raczej niżej. Na dwa kluby grające równolegle w trzeciej lidze rzeczywiście nie ma miejsca. W tym sezonie obie drużyny walczą o utrzymanie, budżet obu klubów w tej chwili można określić jako porównywalny. Ale kibiców ma głównie Gwardia. Na spotkania Bałtyku chodzą przede wszystkim sympatycy piłki nożnej jako takiej, którzy chcą po prostu obejrzeć mecz.

g001

Ultrasi Gwardii świętujący klubowe urodziny w 2011 roku. fot. koszalin7.pl

53678741_2283243215059486_4411358727878213632_o

Baner informacyjny przed meczem Gwardii z Bałtykiem Gdynia. fot. Koszalińska Gwardia (Facebook)

– Gwardia w mieście jest bardziej zauważalna – kontynuuje Leśny. – Jej występy wzbudzają zainteresowanie, sporo kibiców przychodzi na mecze. Bałtyk takich emocji nie wzbudza, nie zrodziła się kultura kibicowania tej drużynie. Dwieście osób na jego meczach to jest maks. Na Gwardii też nie zawsze są tłumy, ale zdarza się, że na stadion przychodzi tysiąc osób. Więcej tak naprawdę i tak nie może wejść. Ja jednak pamiętam, jak Gwardia musiała zaczynać rywalizację od okręgówki. Kibiców przychodziło więcej niż teraz. Klub wtedy zbankrutował, trzeba było go rozwiązać i założyć nowe stowarzyszenie. Sam zresztą byłem w to zaangażowany. Zgłoszono drużynę do okręgówki, kibice jeździli z zespołem po wioskach i robili doping. Nawet jeżeli Gwardia znajdzie się w lidze niższej niż Bałtyk, te tendencje się nie odwrócą.

– Na Bałtyk przychodzą ci sami ludzie, którzy chodzą i na Gwardię. Nie mówię tu o kibolach i szalikowcach, tylko starszych kibicach – twierdzi Zenon Bednarek. – My też mieliśmy początkowo zorganizowane grupy kibicowskie, ale zostały szybko rozwiązane pod naciskiem policji. Były jakieś burdy, zawsze coś tam na mieście się działo. Dzisiaj zresztą też są takie incydenty. No co, nie wie pan, jak to wygląda z kibicami?

Najzagorzalsi kibice Gwardii rzeczywiście są całkiem dobrze zorganizowani – jeżdżą na wyjazdy, ich obecność była nawet zaznaczona w Wiedniu, podczas ostatniego meczu reprezentacji Polski, jednak trudno ukrywać, że jeszcze kilka lat temu kibicowsko gwardziści trzymali się na nogach znacznie silniej.

Bałtyk na takie wsparcie po prostu nie może liczyć. Ale, Bogiem a prawdą, derby kibicowsko nie porwały ani po jednej, ani po drugiej stronie koszalińskiej barykady. Na trybunach wiało po prostu nudą, miasto od atmosfery meczowej także nie zapłonęło.

Poziom sportowy to już w ogóle należałoby zakryć kurtyną milczenia. Nawet biorąc pod uwagę, że mówimy tylko o poziomie trzecioligowym, a na boisku roiło się od nieopierzonych juniorów, można było oczekiwać czegoś więcej. To był „mecz walki” podniesiony do potęgi n-tej.

– Walka o prestiż w mieście, dwa zespoły z Koszalina. Zawodnicy, którzy się doskonale znają. Przed takimi meczami zawsze nastroje są bojowe. Wymienię panu od razu dwa powody, dla których spodziewam się, że w derbach mało będzie gry w piłkę, a dużo bezpośredniej walki. Po pierwsze – początek rundy wiosennej charakteryzuje się tym, że te mecze są mniej piłkarskie, a bardziej waleczne. Każdy chce dobrze zacząć, wywalczyć sobie coś. A dwa, że spotkanie jest jednak derbowe, zawsze w takich okolicznościach rządzi walka. Wtedy brakuje jakości, choć chciałbym, by było inaczej – zapowiadał jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Tadeusz Żakieta, szkoleniowiec Gwardii.

– Nasz zespół jest w bardzo, bardzo dużej przebudowie. Mamy wielu młodych zawodników, których dopiero wprowadzamy do piłki seniorskiej. Nie wychodzi nam to najlepiej, bo rozliczani jesteśmy z punktów. Ale mamy wielu graczy z rocznika 2000, 2001, 2002. Nie ma co narzekać – jako szkoleniowiec muszę sobie z tą przebudową poradzić – przyznał trener.

Poczynając od nas w dół, jest grupa zespołów walczących o utrzymanie. Nie ma co ukrywać, że my też martwimy się o nasz los – dodał Żakieta. – Liczymy się z tym, wiemy o tym, musimy sobie z tą presją radzić. Chłopcy muszą przejść przyspieszony kurs dojrzewania w piłce seniorskiej. Mam wrażenie, że zarówno pod względem taktycznym, technicznym, jak i mentalnym. Z tymi wszystkimi elementami trzeba sobie w mikrocyklu treningowym poradzić. Praca, zaangażowanie na treningach – to wszystko jest. Ale potem wszystko weryfikuje boisko, szczególnie te mecze ligowe. Bo na sparingach, gdzie presja jest mniejsza, nasza postawa inaczej wyglądała.

Również szkoleniowiec Bałtyku Koszalin, Mariusz Lenartowicz, narysował podobny – i, jak się okazało, trafiony w punkt – scenariusz derbowego spotkania. – Jesteśmy nastawieni na mało piłki, a dużo typowej walki. Typowej dla meczów derbowych. Zespół jest nastawiony na to, że taki będzie przebieg spotkania.

Zresztą – w pierwszym meczu derbowym także królowała walka i chaotyczna gra, choć wówczas emocje zdecydowanie sięgnęły zenitu. Wystarczy spojrzeć na obrazek poniżej:

Screenshot_2019-03-28 Bałtyk Koszalin 2-2 Gwardia Koszalin

fot. 90minut.pl

– Tamto spotkanie – a właściwie dwa spotkania, bo mieliśmy dwa podobne mecze z rzędu – stanowią dla nas przestrogę na cały sezon. Staramy się za wszelką cenę nie dopuszczać do takich sytuacji, by w ostatnich minutach stracić punkty i popsuć sobie całą pracę, jaką się wcześniej włożyło w wygranie danego starcia. Przypominamy sobie o tamtej sytuacji i uczulamy się, żeby nie było nigdy powtórki – gwarantował trener Lenartowicz.

– Wcale nie mnożyłbym atmosfery derbowej przez dwa. Jasne, że jest mocniejszy akcent na zwycięstwo nad lokalnym rywalem, ale też bez przesady. Życie nas nauczyło, że trzeba uodpornić się na wszelką presję, również tą związaną z walką o utrzymanie – dodał szkoleniowiec. – Podejście prezesa Bednarka do sprawy jest słuszne, moje jest bardzo podobne – chcemy się utrzymać. Bardzo chcemy, ale nie szalejemy na tym punkcie. Podobnie jak na punkcie derbów. Być może inaczej jest po drugiej stronie. Gwardia ma w mieście wielu kibiców, bo zawsze ich miała. My w piłce seniorskiej mamy krótszą historię, mniejsze tradycje. Wcale nie aspirujemy do pozycji numer jeden w Koszalinie. Naszym celem jest praca z ludźmi, których sobie w klubie wychowujemy. Najlepsze jednostki będą nas oczywiście opuszczać i tym możemy się szczycić. A pozostali zostają i tworzymy swoistą rodzinę. W ramach naszych ograniczonych możliwości.

Screenshot_2019-03-28 Gwardia Koszalin - junior weszlo com

Stadion Gwardii.

Wyszło na to, że uczulanie się na końcówki i – mimo wszystko – więcej doświadczenia w stykowych meczach przy dodatkowym ciśnieniu związanym z walką o utrzymanie rzeczywiście dobrze zrobiło zaprawionym w bojach piłkarzom Bałtyku. Do przerwy spotkanie było dość wyrównane, jednak z zaznaczającą się przewagą gości, co udało się spuentować szybko zdobytym golem. W drugiej połowie spotkania znaczną – żeby nie powiedzieć, że miażdżącą – przewagę uzyskała Gwardia. Ale ich wyrównujące trafienie na niewiele się zdało, bo jeden z niewielu kontrataków Bałtyku w samej końcówce zamienił się w zwycięską bramkę dla przyjezdnych.

To była zresztą najlepsza akcja meczu. Szybka klepa, parę fajnych podań i cios w samo podbrzusze przesadnie odsłoniętych gospodarzy.

– Graliśmy zdecydowanie. Nie popełnialiśmy błędów w obronie, wyczekaliśmy na odpowiedni moment – zachwycał się Bartłomiej Putno, zdobywca zwycięskiego gola. – Sytuacja na boisku pokazywała, że możemy zaraz wygrać ten mecz. A Bałtyk wyszedł z jedną okazją i okazuje się, że kończymy mecz z zerowym dorobkiem – pieklił się Dominik Drzewiecki z Gwardii.

– Przewidywałem, że w meczu derbowym będzie więcej walki niż gry, ale poziom spotkania nawet i mnie zaskoczył – przyznał bez ogródek trener Lenartowicz, choć nie krył też radości z wyszarpanego w dramatycznych okolicznościach sukcesu. Cóż, trzy punkty – jak pieniądze – nigdy nie śmierdzą.

Kibice gospodarzy nie kryli niesmaku takim obrotem sprawy. Część z nich obejrzała całe spotkanie na stojąco, obserwując boiskowe wydarzenia niejako z korony stadionu. Konstrukcja obiektu jest w tej chwili tak fatalna, że takie stojące miejscówki są de facto jednymi z najbardziej luksusowych. – Teraz to już się na pewno z ligi spierdolą – ponuro przepowiedział jeden z fanów.

PRZYSZŁOŚĆ

Niespodziewany triumf Bałtyku w derbowym starciu może tak naprawdę okazać się punktem zwrotnym w bieżących rozgrywkach. Dla obu ekip z Koszalina. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Jan Kazimierz Adamczyk, jeden z najzagorzalszych kibiców Gwardii, zapowiadał otwarcie: – Na pewno na twarzy każdego kibica Gwardii zagości dodatkowy uśmiech, jeżeli zwycięstwo nad Bałtykiem nie tylko zapewni nam utrzymanie, ale i przyłoży się do spadku rywala do niższej klasy rozgrywkowej.

Adamczyk nie potrafił też sobie odmówić drobnej złośliwości wobec lokalnych rywali: – Bałtyk być może podpina się pod jakieś tradycje, ale tak naprawdę seniorska piłka istnieje tam od niedawna, kibiców ten klub nigdy nie miał. Raz się zdarzyło, że mieszkańcy ulicy przy której położony jest stadion Bałtyku wybrali się na wyjazd. Konkretnie do Darłowa. Skończyło się to karczemną awanturą, ponieważ towarzystwo było mocno pijane. I tyle, to był ich jedyny kibicowski akcent. Nigdy więcej nigdzie nie pojechali, dopingu nie prowadzili. Incydent.

– Powiem szczerze – Bałtyk nie jest lubiany wśród kibiców Gwardii. Przez wiele lat był w mieście faworyzowany, lepiej traktowany. Nie ukrywam, że porażki tego klubu zawsze cieszą każdego gwardzistę – mówi Adamczyk. – Nasz klub z jakichś powodów nigdy nie był lubiany przez miejskie władze.

Tymczasem to właśnie niesforni sąsiedzi mają powody do zadowolenia.

– My nie zastanawiamy się nad spadkiem. Staramy się myśleć tylko o kolejnych, czekających nas spotkaniach. I wydaje mi się, że wyłącznie takie podejście może nam zapewnić ewentualne utrzymanie – mówi trener Lenartowicz, niejako tonując nastroje. – Ja przeszedłem w Bałtyku praktycznie przez wszystkie szczeble. Przygodę z trenerką zacząłem bardzo młodo, bo w wieku dziewiętnastu lat. Miałem okazję po drodze zebrać doświadczenie w różnych rocznikach, co jest dzisiaj dla mnie bardzo ważne. Zawsze się staram, żeby nasz klub utrzymywał się wyłącznie na zawodnikach wychowanych przez nas. W tej chwili to 95% kadry zespołu. Tak wygląda nasza drużyna. Ograniczenia finansowe sprawiają, że na wiele więcej i tak nie możemy sobie pozwolić.

– Bałtyk – nawet jak na warunki trzecioligowe w naszej grupie – wyróżniają bardzo niskie stypendia dla zawodników – kontynuuje. – Piłkarze nie mogą sobie pozwolić, by skupić się na kwestiach sportowych. Chłopcy koncentrują się na pracy, stawiają na pierwszym miejscu zabezpieczenie swoich codziennych spraw. Trenujemy cztery razy w tygodniu, ale tylko w godzinach popołudniowych. Po pracy. Niewiele drużyn na tym poziomie działa w takich warunkach.

20180917_104259-e1539764232591-1024x768

Historia Bałtyku w obrazkach.

– Trochę mi tego żal. Że nie mogę wszystkich sił poświęcić dla rozwoju drużyny. Ja sam trenerem jestem niejako dodatkowo. Przede wszystkim – prowadzę firmę. To jest moje źródło dochodu, moja codzienność. Jeżeli chodzi o zaangażowanie emocjonalne, o serducho – poświęcamy się wszyscy w stu procentach. Jednak jest serducho i jest też głowa. Głowę mamy zajętą innymi sprawami. Futbol pozostaje dla nas na drugim miejscu. Wiem to po sobie. W wolnych chwilach poświęcam jak najwięcej czasu, żeby oglądać sport. Właściwie wszystkie dyscypliny mnie pociągają. To trzyma mnie wciąż przy pasji trenowania. Ale Bałtyk… To moje drugie życie. Mam rodzinę, lecz od strony tego serducha zaraz za rodziną znajduje się mój klub. Emocje trzeba jednak rozdzielać od głowy, od rozsądku. Kawał życia w Bałtyku spędziłem. Prawie dwadzieścia lat. Lecz proporcji nigdy nie można zgubić. Najważniejsza zawsze będzie rodzina i praca – kończy szkoleniowiec.

Oddany klubowi i zafiksowany na punkcie szkolenia młodzieży szkoleniowiec, który od podszewki zna klubową akademię to człowiek idealnie skrojony pod filozofię budowy klubu, jaką przedstawia prezes Zenon Bednarek.

– My jesteśmy klubem młodzieżowym. Mamy akademię, naszym zadaniem jest szkolić. I tym się zajmujemy. Dla mnie to jest priorytetem, a nie pierwsza drużyna. Zawszę będę się starał przekazywać większość środków na szkolenie naszych dzieciaków, a nie na wypłaty dla najemników. Trzecia liga to liga amatorska, a nie zawodowa. Jak słyszę, że piłkarze na tym poziomie dostają po sześć, po osiem tysięcy pensji od klubów, to wydaje mi się, że ktoś tu się z czymś pomylił. Takie podejście to nieporozumienie – mówi działacz Bałtyku, choć – mamy wrażenie – że wspominając o lidze amatorskiej, trochę przesadził. Nie jest tajemnicą, że zdarzają się kluby, które płacą na tym poziomie pięciocyfrowe stawki, a nawet poziom niżej można solidnie dorobić do wypłaty z normalnej pracy.

– Miasto na dzień dzisiejszy dało nam dwieście tysięcy złotych. Niech pan powie, zna się pan chyba trochę na biznesie, co dzisiaj na rynku można zrobić za dwieście tysięcy złotych? – pyta retorycznie Bednarek. – Mamy dostać w sumie czterysta tysięcy. Jeszcze dwieście dla nas i dwieście też dla Gwardii. Trzeba będzie oddać VAT, no to dostaniemy 150 tysięcy. Nie będę daleko sięgał, ale spójrzmy na inne kluby szkolące. Choćby Pogoń. W takich klubach budżety tylko na szkolenie dzieci i młodzieży to kwoty w granicach trzech milionów złotych. Ostatnio z nimi graliśmy – niech pan zobaczy, ich najlepsza młodzież nie jest nawet tam szkolona, tylko kupowana z Polski. Mają pieniądze i na tym korzystają. Nam zabrali Kozłowskiego. Czuję, że za kolejnymi też już chodzą. I my nie mamy wiele do powiedzenia. Chłopak za grosze wychodzi z klubu.

20180917_104349-e1539770100796-768x1024

Kacper Kozłowski zostawił po sobie w siedzibie Bałtyku pamiątkę.

– Czy mnie to frustruje? Oni muszą się rozwijać, mierzyć się z lepszymi – mówi po zastanowieniu Bednarek. – My nie możemy ich zatrzymywać, hamować ich karier. Bo jak się u nas zasiedzą, to nic z nich nie będzie. Jestem prezesem klubu już 26 lat. Mogę panu powiedzieć, że ci którzy zostali za długo, przeszli tylko do Gwardii… Nic z nich nie wyszło. A inni grają w drugiej lidze, w pierwszej lidze. My nie potrafimy im przecież w tej chwili zapewnić tematów, które oni koniecznie powinni mieć – odpowiedniego lekarza, odpowiedniego wyżywienia, jakiegokolwiek stypendium. Pieniądze są tutaj najważniejsze! My nie jesteśmy w stanie szkolić masowo piłkarzy na poziom ekstraklasy czy pierwszej ligi, dopóki nie będziemy mieli większych możliwości finansowych.

– Człowiek załatwia pieniądze od sponsorów, ale to nie jest działanie tylko męczarnia. Czasem wolę dać ze swoich niż od sponsora wyrwać. Ale są ludzie w mieście, którzy widzą potrzebę w rozwoju naszego szkolenia. Na seniorów ciężko cokolwiek załatwić, ale na dzieci, na młodzież czasem się coś uda. Nie jest to prosty chleb – kończy prezes.

Gwardia po próbie podbicia drugiej ligi również idzie w tym samym kierunku. W ostatnich latach działacze tego klubu starali się łączyć dwie filozofie walki o byt w niższych ligach – trochę stawiali na wychowanków, a trochę na doświadczonych piłkarzy z zewnątrz, spoza regionu. Jednak tąpnięcie w budżecie klubu, związane z drugoligową przygodą, skłoniło prezesa Jarosława Burzaka i jego współpracowników, żeby pójść w ślady Bałtyku.

– Dużo się zmieniło w naszym zespole po spadku – mówi trener Żakieta. – Wcześniej wielu piłkarzy było na kontraktach, większość z nich nie pracowała. Teraz została takich garstka. Poza tym jedynie uczniowie i studenci mają drobne stypendia. Teraz jesteśmy zespołem w głębokiej przebudowie, nie inwestujemy w tę drużynę zbyt wielkich pieniędzy. Jeżeli inwestować na poziomie trzecioligowym, to tylko walcząc realnie o awans. Na to nie mamy w najbliższym czasie szans.

– Nie chcę powiedzieć, że nasze występy w drugiej lidze to była tylko fajna przygoda, choć wcześniej nie prowadziłem drużyny grającej tak wysoko. To już przedsionek poważniejszej piłki. Organizacja meczów, oprawa, wszystko co związane z piłką. Same spotkania również wyglądały inaczej – opowiada trener. – Oczywiście spadliśmy, nie udało nam się utrzymać. Ale odniosłem wrażenie, że to w drugiej lidze dużo łatwiej grało się nam w piłkę, mogliśmy coś więcej na boisku pokazać. Teraz futbol znowu jest dużo bardziej siłowy, bardziej fizyczny. Dla mnie to był idealny poligon doświadczalny przed kursem UEFA PRO. Sam nie jestem trenerem narzekającym. Że boisko nie jest skoszone, albo że w ogóle go nie ma. Pracowałem na różnych poziomach – nie zawsze była szatnia, nie zawsze były warunki do przeprowadzenia zajęć. Nasza baza treningowa nie jest tragiczna – miasto poprawiło boisko sztuczne, wyremontowano płytę. Trzeba po prostu działać i robić co się da.

Prezes Burzak ocenia wszystko z perspektywy swojej dziesięcioletniej prezesury: – Staraliśmy się łączyć te aspekty – ściągaliśmy zawodników z zewnątrz dla bieżących potrzeb, a obok nich ogrywaliśmy zawodników młodych, z Koszalina. Teraz była jednak potrzeba, by zmienić koncepcję. Zrobiliśmy to radykalnie, stawiając na piłkarzy z regionu. To będzie naszą wizytówką na najbliższe lata. Będziemy starać się grać głównie młodzieżą i wierzę, że to nam zagwarantuje określone skutki. Kadra będzie adekwatna do naszych możliwości finansowych, bo nie jesteśmy potentatem nawet jak na warunki trzecioligowe. A piłkarze związani z regionem będą mogli traktować nasz zespół jako platformę do dalszego rozwoju.

– Na pewno Bałtyk przez ostatnie lata osiągał sukcesy w szkoleniu młodzieży. To było dostrzegalne na mapie Polski. Jednak my w ostatnim czasie również działamy skutecznie i skróciliśmy dystans do naszego sąsiada. U podstaw dzieje się u nas bardzo dużo – możemy się pochwalić dobrymi osiągnięciami w najmłodszych grupach wiekowych. Trudno w przypadku takich dzieciaków mówić jeszcze o wynikach, ale jeździmy na turnieje i fajnie się tam prezentujemy. Włożyliśmy w to dużą pracę i widać efekty. Tak naprawdę nasza miejska rywalizacja na tym polu napędza oba kluby i jest korzystna dla naszego środowiska – dodaje prezes.

– Zależy nam oczywiście, żeby być w tabeli wyżej od Bałtyku. To nasz podstawowy punkt honoru – z zacięciem dodaje Burzak. – Bałtyk ma w tej chwili na tyle silny skład, że nasza rywalizacja to tak naprawdę kwestia wewnętrznej, miejskiej konkurencji. Nie sądzę, żeby ten jeden mecz miał kogokolwiek pogrążyć. Choć my musimy zacząć punktować, bo początek rundy nie układa się po naszej myśli. Zostało jeszcze sporo meczów, ważnych meczów. Większość z nich rozegramy u siebie i mimo wszystko wierzę, że to zagwarantuje nam pewną przewagę w walce o bezpieczne miejsca.

Screenshot_2019-03-28 III liga 2018 2019, grupa II(1)

W następnej kolejce Bałtyk podejmie Pogoń II (15. miejsce w tabeli), a Gwardia pojedzie do Gniezna na mecz z Mieszkiem (2.). fot. 90minut.pl

– Władze naszego miasta traktują oba kluby dość sprawiedliwie. Dostajemy takie samo wsparcie. Gdy my graliśmy wyżej, a Bałtyk niżej, stawki były oczywiście bardziej zróżnicowane. Ale, patrząc szerzej, takie derbowe zwycięstwa budują pewien odbiór klubu w mieście, co pozwala inaczej rozmawiać z potencjalnymi sponsorami – kontynuuje działacz Gwardii. – Miasto nas wspiera w około 70%. Ambicją zarządu jest i powinno być, żeby stać się niezależnym od pieniędzy samorządowych, a fundusze zbierać dzięki swojej, rynkowej działalności. Ale w Koszalinie nie jest to łatwe. Są dwa kluby piłkarskie, są drużyny męskiej koszykówki i damskiej piłki ręcznej, które grają na najwyższym poziomie. Ciężko w takich okolicznościach o prywatnych sponsorów, tym bardziej, skoro nasz obiekt jest reliktem przeszłości. 

– Początek rundy to jest dla oczywiście nas rozczarowaniem. Kilka punktów więcej powinniśmy mieć, ale przebudowa składu to była dokładnie przemyślana, konsekwentna decyzja – zapewnia Burzak.

Jak się na to zapatrują kibice?

– Kiedyś, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, gra w Gwardii była dla zawodników z regionu dużym wyróżnieniem, a poniekąd spełnieniem marzeń. Choć klub miał spore finansowe kłopotów – mówi wspomniany już Jan Kazimierz Adamczyk. – Nie każdy piłkarz może przecież grać w Ekstraklasie, więc występy w największym klubie regionu miały swój smak. Ale bardziej modna stała się teraz bogatsza Kotwica. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że potencjał Koszalina w regionie jest o wiele większy niż potencjał Kołobrzegu. To miasto ponad dwa razy większe, z wyższą frekwencją. Gdyby tylko tu był fajny stadion z fajną szkółką… Koszalin naprawdę ma potencjał na coś więcej niż trzecia liga.

Cóż, trudno z tym polemizować. Fajnie się słucha o szkoleniowych projektach obu klubów, więc jeszcze fajniej by było, gdyby chłopcy szkolący się w Gwardii czy Bałtyku mieli w mieście obiekt piłkarskich, który rozbudzałby w nich wyobraźnię, a nie tylko wzbudzał odruch wymiotny.

Michał Kołkowski, Norbert Skórzewski