Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Czas w futbolu ani nie płynie, ani nawet nie pędzi; przypomina realia planet krążących wokół Cancri 55, na najmniejszej z których rok trwa siedemnaście godzin i czterdzieści minut.

Przecież mecz z Łotwą był zaledwie w niedzielę, a już zdaje mi się, że pisanie felietonu o sprawach reprezentacyjnych to grzebanie się w archiwaliach, rzecz równie aktualna co reklama Poloneza Caro.

A jednak powrócić muszę, chcę, potrzebuję, bo nie wygadałem się dostatecznie. Moim zdaniem bowiem, największym wygranym, swoistym odkryciem zgrupowania, był Robert Lewandowski.

To prawda, że trudniej utrzymać się na szczycie, niż się na niego wspiąć. Wspinaczka na dowolny szczyt, w dowolnej z dziedzinie, może – tak tak – udać się szczęściem, albo raczej: szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Możesz akurat idealnie trafić z warunkami, koniunkturą, z tematem, pomysłem, nawet z własnym poziomem koncentracji i dokonać czegoś wielkiego. Możesz akurat przejechać się na czystym talencie i dać się zauważyć.

Utrzymanie się na szczycie to zupełnie inna para Kubotów. Wymaga niesłychanej regularności, a więc samodyscypliny, żelaznej woli, a przede wszystkim umiejętnej walki z rutyną i samozadowoleniem, by zawsze czuć głód rozwoju. Kto się bowiem nie rozwija, ten się cofa.

Polska nie tylko mistrzem Polski, ale i mistrzem Europy i to już w 2020? Kurs 67,00 w ETOTO.pl

Krzysiek Piątek w ostatnich miesiącach całkowicie skradł show Lewemu. Na pozór jest to nieracjonalne. Piątek, owszem, strzelał w Serie A, ale dla Genoi, która przeciętnemu Polakowi jeszcze zeszłej wiosny prędzej kojarzyła się z Krzysztofem Kolumbem niż piłką nożną.

Strzelał, owszem, fantastycznie regularnie, ale zespół pozostawał na dole tabeli. Nawet hitowy transfer zimą do Milanu, to wciąż transfer do zespołu dopiero próbującego powstać z kolan, który w Lidze Mistrzów nie grał od lat.

W tym samym czasie, jesienią zeszłego roku, kiedy w Polsce wybuchła Piątkomania, Robert Lewandowski był liderem strzelców Champions League, przed Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Jego Bayern przeżywał kryzys, ale byłby faworytem zarówno w starciu z Genoą i Milanem, jak i łączonym „The Best Of” tych dwóch ekip.

Ale do bramek Roberta, do jego obecności na szczytach, zdążyliśmy się przyzwyczaić. Opatrzyły się. Jego kolejne trafienie to rutyna, podczas gdy Piątas, jeszcze przed chwilą w Cracovii, to niesamowita historia, błyskawiczna zmiana statusu, dyżurny temat Hollywood. Tak to działa, sam przecież nie ukrywam, że sto razy bardziej emocjonowałem się trafieniem Piątka z kajaka w meczu z przedostatnim zespołem Serie A, niż trafieniami Lewego w Lidze Mistrzów.

Do tego dochodziła słabsza forma Lewego w reprezentacji Polski, gdzie sam liczyłem mu minuty bez gola. Kadra była najsłabsza od lat, a na mundialu w Rosji nasz kapitan był jednym z największych rozczarowań turnieju. Wszystko zupełnie słusznie, bo od kogo wymagać, jak nie od najlepszych? Przecież gry nie mieli robić Góralski z Teodorczykiem.

Myślę, że to wszystko złożyło się na ciche dni pomiędzy Robertem Lewandowskim a – zabrzmi górnolotnie – Polską. Nastroje w tym małżeństwie były najgorsze od czasów kadencji Fornalika. Czytałem nawet zupełnie nonsensowne opinie, że może trzeba posadzić Roberta na ławie, bo się skończył, a Piątek to jest już teraz półka, może dwie wyżej. Nonsens nonsensem, ale pojawiła się specyficzna koniunktura, na pojazd po Robercie.

Robercie, który stał się nudny.

Kolejne gole w Bayernie, no i co z tego? Widzieliśmy to już wiele razy.

Ciekawie jest u Piątka, który samodzielnie sprawił, że oglądalność meczów Milanu skoczyła o jakieś kilkaset procent.

Dla mnie to zgrupowanie jednak przywróciło ekscytację grą Roberta. Pisałem już cały osobny felieton o tym, jak bardzo wierzę we współpracę Piątka z Lewym, bo widać wyraźnie, że Robert ma ochotę w kadrze zmienić swoją rolę. Tutaj może i chce grać za dziewiątką, niemal jako wolny elektron.

Mówimy o zawodniku, który wiele razy udowadniał, że piłkarz w każdym wieku nie tylko ma możliwość, ale obowiązek się rozwijać, dokładać kolejne elementy do swojego warsztatu. Więcej: Robert z tego obowiązku uczynił frajdę i moim zdaniem Lewego nowa rola niesłychanie ekscytuje.

Lewandowski poprowadzi Polaków do wygrania grupy eliminacyjnej? 1,32 w ETOTO.pl

On sam jest w top 3 największych fanów kariery Krzyśka Piątka, bo wreszcie może uwolnić się z szesnastki, wziąć większy ciężar gry na siebie, wejść w inne buty, czyli zerwać z rutyną. Według mnie wypadł więcej niż obiecująco: niektóre podania rozegrane po mistrzowsku. Wymowne, że najczęściej powtarzaną powtórką z meczu z Austrią był jego no look pass do Ziela. Rajd bokiem, kiedy wyłożył piłkę Frankowskiemu – bajlando jak na podwórku, siła jak z rywalizacji Jarosława Dymka ze Sławkiem Toczkiem.

To będą eliminacje zupełnie innego Roberta, bo nie będzie już musiał odpowiadać wyłącznie za gole.

Eliminacje Roberta, który sam siebie będzie sprawdzał w roli playmakera.

Dawał sobie więcej wolności, ryzykował, brał na siebie ciężar gry.

I uważam, że sam będzie zakreślał czerwieńszym niż do tej pory flamastrem mecze kadry, bo niewiele rzeczy sprawia taką frajdę, jak rozwijanie siebie, o czym kto jak kto, ale Lewandowski wie doskonale.

Ja też się znowu jaram. Znowu przypomniałem sobie jak genialnego piłkarza mamy przyjemność oglądać. W środku pola za Bońka wyszli Kukiełka i Mariusz Lewandowski. Teraz akcje będą przechodzić przez piłkarza światowego topu, który sam nie wie jeszcze na jak wiele go stać na nowej pozycji, ale jest zdeterminowany by udowodnić samemu sobie, że na wiele.

Leszek Milewski

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (13)