Zażarło i… po zabawie. Pech Kuby Koseckiego
Weszło

Zażarło i… po zabawie. Pech Kuby Koseckiego

Rozgrywki drugiej ligi tureckiej generalnie obchodzą nas mniej więcej tak jak zawody w bieganiu po schodach, wyjątek robimy tylko wtedy, gdy mowa o naszych starych znajomych. Kilku ich tam mamy i trzeba przyznać, że niektórym wiedzie się naprawdę nieźle. Na przykład taki Marco Paixao walczy o koronę króla strzelców. Albo inaczej – Portugalczyk deklasuje konkurencję, jeśli chodzi o strzelanie bramek, bo walnął ich już 21, a wicelider – ledwie 12. Co prawda jego klub, Altay SK, nie ma większych szans na awans, ale w tym kontekście wyróżnić możemy za to Adama Stachowiaka – podstawowego bramkarza Denizlisporu, lidera tureckiej drugiej ligi. I choć to bardzo fajnie, że tym panom się powodzi, chcieliśmy zwrócić uwagę, że na drugim biegunie wylądował właśnie Kuba Kosecki. 

Jego przeprowadzka do Turcji, do klubu Adana Demirspor, od samego początku była transferem nastawionym głównie na jedno – na skasowanie hajsu znacznie większego niż ten, który dostawał w Śląsku. Nie ma się co zżymać, zresztą sam „Kosa” mówił otwarcie, między innymi w wywiadzie z nami, że to pieniądze były kluczowe przy wyjeździe. I że nie mówimy wcale o podwyżce rzędu 50 tysięcy złotych względem pensji we Wrocławiu.

I choć takie posunięcie w pełni rozumiemy, to nie ukrywajmy – gdzieś na horyzoncie pozostawały także kwestie sportowe. Transfer Koseckiego za dobry hajs możliwy był nie dlatego, że chłop kopał się po czole w Śląsku, a wręcz przeciwnie – w końcówce poprzedniego sezonu i na początku nowego skrzydłowy wyglądał na tyle dobrze, że w Turcji uznali, że się sprawdzi. Przecież pojawiły się nawet głosy, oczywiście bardzo nieśmiałe, że w obliczu biedy naszej na skrzydłach zwyżka formy „Kosy” może skończyć się jego powrotem do kadry.

W tym kontekście wyjazdu za chlebem piłkarz na pewno sobie pomógł. Co prawda sam opowiadał, że większość klubów w jego nowej lidze jest lepiej zorganizowana od polskich zespołów, a selekcjoner nie pozostanie ślepy, jeśli będzie pokazywał się z dobrej strony, ale wydaje się, że dziś już możemy powiedzieć, iż na razie sportowo wyjazd mu na dobre nie wychodzi. I to nie do końca z jego winy. Z jednej strony nie było tak, że pojechał oglądać Turcję z perspektywy trybun, bo gdy tylko był zdrowy, to grał. Z drugiej – no właśnie, zdrowia zaczęło mu ostatnio brakować.

Niby nie ma dobrego momentu na odniesienie kontuzji, ale trzeba przyznać, że ten był wyjątkowo słaby. Niecały miesiąc temu Kosecki grał z ekipą Altinordu. Do przerwy szalał na murawie, co możecie zresztą zobaczyć sami…

Zdążył zaliczyć dwie asysty przy golach kolegów i ten wyczyn był mu bardzo potrzebny – wcześniej w dwudziestu meczach ligowych nie miał żadnej, strzelił tylko jedną bramkę. Lepiej późno niż wcale, a po przełamaniu powinno pójść z górki. Sęk w tym, że na drugą połowę wspomnianego meczu Kosecki już nie wyszedł, nie pojawiał się na placu również w kolejnych spotkaniach, a wczoraj turecki klub poinformował o tym, że polski skrzydłowy ze względu na kontuzję stawu skokowego ten sezon ma już z głowy.

Jak pech, to pech. Marzenia o szybkim przeskoku gdzieś wyżej prysły. Tym bardziej, że klub z Adany sam awansu raczej nie zrobi, na dziś brakuje mu czterech punktów, by myśleć choćby o barażach. Pozostaje wrócić do priorytetu – kontrakt „Kosa” podpisał na trzy lata, więc na niego poczekają, a hajs ciągle będzie się zgadzał.

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (3)