Weszło z Wiednia: Hasło „gramy u siebie” dawno nie było tak prawdziwe 
Weszło Extra

Weszło z Wiednia: Hasło „gramy u siebie” dawno nie było tak prawdziwe 

„Gramy u siebie, Polacy gramy u siebie, gramy u sieeebie, Polacy gramy u sieeebie”. 

Przyśpiewka znana, czasem nadużywana, naciągana, gdy w tłumie kibiców drużyny gospodarzy grupka wprawionych w nastrój meczowy Polaków zaznacza swoją obecność. 

Ale wczoraj w Wiedniu hasło to było naprawdę prawdziwe. Nie położyłbym głowy za to, że Austriacy stanowili na trybunach większość. Co więcej, gdybym miał postawić na rozstrzygnięcie tej zagadki pieniądze, prawdopodobnie postawiłbym na Polaków. 

Było to słychać podczas polskiego hymnu, który został odśpiewany chóralnie, głośno. 

Było to też widać, gdy podczas śpiewania go w górę poszły szaliki. 

Było to słychać po golu, po którym stadion oszalał. Daleko było do charakterystycznej ciszy, jaka panuje zawsze wtedy, gdy gospodarze tracą bramkę. 

Było to widać przed meczem, gdy Polacy bili Austriaków na głowę w liczebności, posiadaniu barw, śpiewach. 

Było to słychać, gdy wchodzący na boisko Krzysztof Piątek doczekał się wielkiego aplauzu. 

Było to słychać za każdym razem, gdy Polacy dawali radę zakrzyczeć nieśmiało dopingujących Austriaków.

Było to słychać, gdy bijących stały fragment gry Austriaków zagłuszała fala gwizdów. 

Tak, wczoraj graliśmy u siebie. 

DSC03934

Polsko-austriacka fota. To już tradycja meczów międzynarodowych. 

DSC03917

Przyzwolenie na spożywanie alkoholu w miejscach publicznych – niby drobiazg, a jednak wznosi atmosferę meczową na inny poziom. 

***

Kamil Glik: – To norma, że na wyjazdach jest wielu naszych rodaków, czy to przyjezdnych, czy mieszkających w danym miejscu. Ode mnie ze Śląska było wielu znajomych. Mają bliżej niż do Warszawy. 

Bartosz Bereszyński: – Dawno nie grałem w reprezentacji takiego meczu wyjazdowego. Na rozgrzewkę wyszedłem z ciarkami na plecach. Nie wiem, czy naszych kibiców było więcej, ale na pewno byli głośniejsi. Gdy podrywaliśmy się do ataku, dodawali nam skrzydeł. Polscy kibice są fantastyczni i dziś tylko to potwierdzili. Dziękujemy im za to. 

Żadna to tajemnica, że do Wiednia z Polski daleko nie ma. Z Krakowa 5,5 godziny. Z Katowic 4,5. Z Wrocławia 6. Z Warszawy 8. Polacy skorzystali z tego faktu i wzorem Sobieskiego ruszyli na Wiedeń z odsieczą. 

Ale przyjezdni to jedno, Polacy mieszkający w Wiedniu na stałe to drugie. Oficjalnie żyje tu około 40 tysięcy rodaków. Nieoficjalnie mówi się, że ich liczba może wynosić drugie tyle. Powody są jasne – wysokie zarobki, możliwości, zabezpieczenie socjalne, spokojne życie.

Marek Świerczewski, brat Piotra, były reprezentant Polski, który po karierze osiedlił się w Wiedniu: – Pochodzę z Nowego Sącza. Gdy chcę wrócić do domu, wsiadam do auta i za parę godzin jestem. Z Bydgoszczy miałbym o wiele dalej. Nie zakochałem się w Austrii, po prostu tu żyję i jest mi przyjemnie. Nikt mi nie przeszkadza, ja nikomu nie przeszkadzam. Normalnie jest. 

Skalę popularności tego miasta wśród Polaków najmocniej pokazuje fakt, ile osób związanych z piłką – jak pan Marek – osiedliło się w stolicy Austrii. Krzysztof Ratajczyk, Kazimierz Sidorczuk, Wojciech Gorgoń, Janusz Feiner, Janusz Góra i pewnie kilku innych, których pominęliśmy. Polaków jest tu tyle, że powstał nawet polski klub – FC Polska Wiedeń. 

DSC03948 DSC03946

Pierwsze grupki pojawiały się pod stadionem już pięć godzin przed meczem. Nasi kibice potrafią być fantastyczni, ale przy Austriakach wyglądali jak mistrzowie świata w kibicowaniu. Austriacy niczego nie śpiewali, nieśmiało przywdziewali barwy, dominowały wśród nich stroje cywilne. Nie interesowały ich przedmeczowe aktywności: przyjść na stadion, wejść, obejrzeć mecz i do domu. Byli, mówiąc wprost, smutni. 

I już tylko zasługa piłkarzy w tym, że po meczu ich humory się nie poprawiły. 

Naprawdę, serce rosło, gdy słyszało się, co się dzieje podczas meczu. Każdy rzut wolny Austriaków to gwizdy. Każda decyzja pachnąca pomyłką sędziego na naszą niekorzyść to gwizdy. I nie to, że zagwizdało kilka osób, że zerwała się cała grupa. Czuło się, jakby gwizdał cały stadion. 

Kibice nieśmiało spróbowali nawet – to zawsze fakt warty odnotowania, bo z kreatywnością przy przyśpiewkach nigdy nie było u nas najlepiej – nowej piosenki. „Pio gol, Pio gol, Pio gol”. Nie mamy nic przeciwko, by się przyjęła. 

Austriacy? Wrażenie zrobili na nas w zasadzie tylko przed meczem, gdy z głośników poleciała nostalgiczna piosenka, w rytm której Austriacy machali przygotowanymi przez sponsora, jeden z austriackich browarów, chorągiewkami. Do machania przyłączali się również Polacy – było nie było, w barwach Austriaków też jest biały i czerwony. 

DSC03955

Stadion nie robi wielkiego wrażenia. Jest wielki. Boisko od trybun odgradza bieżnia, ale nie psuje to jakoś znacząco widoku z trybun, choć ludzie z dolnych sektorów pewnie nie podzielą tego zdania. Z kolorów krzesełek ucieszyliby się pewnie aktywiści LGBT, lecz estetycznie dało się to z pewnością rozwiązać lepiej. Sektory pomalowane są kolejno na czerwono, niebiesko, pomarańczowo, zielono, żółto, błękitno. Daje to średnio estetyczną mieszankę. 

Stadion powstał przed wojną i był kilkukrotnie modernizowany. Ostatnio przed Euro 2008, co… wywołało wielkie kontrowersje. Trzeba było bowiem dostosować stadion, a bardziej jego otoczenie, do europejskich standardów bezpieczeństwa – powiększyć plac wokół obiektu, stworzyć parkingi. Wymagało to wycięcia wszystkich drzew, jakie bujnie porastały stadion, co było jego cechą charakterystyczną.

Obecnie trwają w Austrii rozmowy o budowie nowego, bardziej funkcjonalnego obiektu. Zlecenie budowy blokuje póki co koronny argument: skoro mamy teraz przeznaczyć ponad 100 milionów euro na nowy obiekt, po co ledwie dekadę temu modernizowaliśmy obecny za 40 milionów? 

Zwłaszcza, że Ernst-Happel-Stadion wcale nie pęka w szwach. Jego pojemność to ponad 50 tysięcy, na mecz z Polską przyszło dokładnie 40400 widzów, więc dziesięć tysięcy krzesełek pozostało pustych. 

54799742_440600706686332_1089427177708978176_n

W takim miejscu zostaliśmy usadzeni. Z austriacką federacją od dziś mamy oficjalną kosę.

DSC03951

Jak widać na załączonym obrazku, austriaccy kibice z lubością zakładają narodowe barwy.

DSC03956

***

Krzysztof Piątek wchodzący na boisko. Aplauz, który wiele mówi o liczebności Polaków.

***

DSC03926

– Jesteście rozczarowani, że zabraknie Piątka? 

– Nie, bo jest Lewandowski, a to, można powiedzieć, nasz kolega! Przyjechaliśmy z Monachium, prowadzimy klub FC Husaria München, więc nie możemy powiedzieć, że nie należy mu się pierwszy skład. Piątek to troszkę nowicjusz i wskoczy za Lewego, gdy padnie z sił. Musi swoje odczekać. Nie będzie tak, że Piątek zaczął strzelać i Lewy ma teraz iść w odstawkę. 

– Robert Lewandowski dał nam to, że w Monachium nie czujemy się źle. Może Bayern przegrać, Lewy może nie strzelić, ale to nasz rodak w największym niemieckim klubie. To zajebiste uczucie. Jak on strzela, czuję się, jakbym to ja strzelił. 

– Jak wygląda wasz klub? 

– Założyliśmy go w 2015 roku. Gramy w promieniu 50 kilometrów. Nie raz pokonywaliśmy Niemców czy Turków. Nie boimy się nikogo. Byliśmy w turnieju prowadzonym przez polski konsulat i zajęliśmy czwarte miejsce na dwadzieścia drużyn. Sto procent Polaków. Dzięki piłce mamy jakąś odskocznię poza pracą. Mobilizuje nas. Jednoczymy Polonię, każdy może do nas przyjść, pograć. Po każdym meczu można wypić wspólnie piwko.

– Zapraszaliśmy oficjalnie Lewego, ale na mecz nie przyjechał, bo się nie odbył. Ma do nas bardzo blisko. Szukamy okazji, przy której mógłby nas odwiedzić. 

– Wtrącę się, ale skoro mam okazję, chcę powiedzieć bardzo ważną rzecz. Dziennikarze skreślili Kubę po karnym na Euro 2016. A my, kibice, jako jedyni go wspieraliśmy. Nawet gdyby nie strzelił karnego w finale mistrzostw świata, wybaczylibyśmy mu. A myślę, że gdyby tak zmarnował karnego Lewandowski, byłby skończony. Kibice by po nim jeździli. Kuba to legenda. Ikona. Wybaczymy mu wszystko. 

***

DSC03923

– Jeśli wrócicie z jednym punktem będziecie zadowoleni?

– A skąd, tylko zwycięstwo, po to przyjechaliśmy.
– I po kilka piw!
– Mamy lepszych zawodników, nie ma co się oszukiwać.
– Nie można porównywać Lewandowskiego do Arnautovicia, bez jaj.

– Trener Brzęczek ma u was poparcie?

– Za szybko, by mówić o poparciu. Pierwszymi meczami nie przekonał.
– Grupa jest prosta i wyjście z niej to jego obowiązek.
– Ale ma trudne zadanie, by wystawić odpowiednich napastników.
– Musi się wykazać. Na głęboką wodę rzucony, ale musi jeszcze pokazać.

***

DSC03936

– Kupi pan gazetę? 

– A co to za gazeta? 

– Jestem bezdomnym. Wraz z innymi bezdomnymi jesteśmy członkami projektu społecznego, w ramach którego tworzymy gazetę „Augustin” i na własną rękę sprzedajemy ją na ulicach. Dzisiaj miałem słabszy dzień, byłem w dobrym miejscu w centrum, a sprzedałem tylko trzynaście sztuk. Niewiele. 

I zbiera pan na bilet? 

– Tak. Zdaję sobie sprawę, że pewnie mi się to nie uda, ale mimo wszystko próbuję. Kocham piłkę, kocham rocka, kocham pozytywnych ludzi. To kupi pan? 

DSC03939

Kilkadziesiąt minut po naszym spotkaniu wynik został zamazany. Być może po interwencji którejś z grupek polskich kibiców, która delikatnie zasugerowała większą ostrożność w przewidywaniach. 

*** 

DSC03941 DSC03943 DSC03944

– Stoi pan pod stadionem i podbija piłkę głową w bluzie „Główkujemy po Europie”. Proszę opowiedzieć, co to za akcja. 

– Miałem marzenie, by pobić Maradonę. Jego rekord to 7000 odbić piłki głową. Mi się udało 7002! Wychodzi 250 na minutę. Zrobiłbym więcej, ale robiłem to w Rzeszotarach podczas meczu lokalnego Tempa i… trwało to tyle, że sędzia chciał już zaczynać mecz, bo zeszło mi się 55 minut. Chomontek pobił Maradonę wcześniej, zrobił 35 tysięcy. Andrzej Kukla ma z kolei rekord na siedząco – 3 godziny i 59 minut. Robiłem to od dzieciństwa. Miałem dwadzieścia lat przerwy i wznowiłem swoją pasję dopiero cztery lata temu, gdy wyjechałem do Wiednia. Wpadliśmy z żoną na pomysł, że będziemy jeździć po Europie i odbijać piłkę. Na 40 urodziny chciałem pobić swój rekord: 1200 podbić. Gdy to zrobiłem, pomyślałem: szkoda teraz przestawać! No i nawiązaliśmy współpracę z krakowskim hospicjum im. Józefa Tischnera. Początkowo cel był taki, by w każdej stolicy bić kolejny rekord. Ale wyjechaliśmy na Maltę, zrobiłem tam 5600 uderzeń i stwierdziłem, że przebijanie tego za każdym razem może być trudne, za dużo czasu by na to zeszło.   

– Udaje się coś zebrać?

– Zapraszają mnie na różne zbiórki. Ostatni wynik dla chorej na białaczkę dziewczynki z miejscowości obok to 150 tysięcy w ciągu miesiąca. Dwa miesiące temu zbieraliśmy dla Igora z Reska – 40 tysięcy na rehabilitację. Nie zbieram pieniędzy na ulicy, bo to śliskie. Budzę zainteresowanie, więc informuję, podaję numer konta, mówię, gdzie można nas znaleźć. Ludzie pomagają. Byłem na lodowcu. Podbiłem piłkę 3200 razy i ta piłka poszła na licytacji za 1700 złotych. Zaliczyłem już 30 krajów w Europie. Podbijałem piłkę na najniższym punkcie na ziemi w Izraelu. Zawsze zbieramy pod stadionami podpisy na piłkach, koszulkach. Wyślemy ją, by przekazano na licytację. 

– Budzi pan zainteresowanie? 

– Tak, ludzie podchodzą. Robię też akcję „Podbijanie wielkiego różańca”. Na stadionie układamy różaniec z piłek. Ja idę, podbijam, a dzieci trzymają piłki i się modlą. Robiłem to w Rzeszotarach, skąd pochodzę, robiłem w Wiedniu, a teraz chcemy jechać do Watykanu, by zrobić to na placu św. Piotra. Podobno dostałem nagrodę „Miłosierny Samarytanin Roku”, za niedługo jadę ją odebrać i spotkam tam wielu biskupów, więc myślę, że załatwię wejścia na Watykan. 

– Jak pan typuje mecz?

– 3:1 dla nas. 

***

DSC03949 

– Remis bierzemy w ciemno, myślę, że wy też. Remis oznacza brak przegranych. Macie mocną ekipę, więc nikt nie powie, że trzy punkty to obowiązek. Podchodzimy z pokorą. 

– Obawiamy się zwłaszcza waszej siły ofensywnej. Lewandowski – wiadomo, klasa. Macie dwóch gości z Napoli, co mówi samo za siebie. U nas atak jest największym problemem. Arnautović rozczarowuje, nie ma innej alternatywy. Burgstaller praktycznie nie strzela w Schalke. Jest taka posucha, że powołano 36-letniego Marka Janko. I naszym zdaniem będzie on pierwszy do wejścia. To mówi samo za siebie. 

– Jesteście zaskoczeni, że jest tu tylu Polaków? 

– Czujemy się trochę jak na wyjeździe. Ale w Austrii to norma, identycznie jest gdy przyjeżdżają drużyny z Bałkanów. Jesteśmy bardzo gościnnym narodem i w stolicy panuje kulturowa mieszanka. Żyjemy na co dzień z Polakami, Serbami, Turkami i wszyscy się w tym odnajdują. Nie jesteśmy więc specjalnie zaskoczeni.

– A jak oceniacie naszych kibiców przed meczem?

– Trzeba przyznać, że robicie znacznie większe show. 

*** 

54525326_576337962885015_1451834190273183744_n

Komunikaty w języku angielskim, niemieckim i chorwackim. Wiele mówi to o tym, jakie narodowości dominują w Wiedniu. 

DSC03913

Kosze wypełnione aluminiowymi puszkami. Znamy miejsca, w których zawartość by się tak łatwo nie ostała.

Jakim krajem jest Austria? Trzeba przyznać, że o wiele spokojniejszym. Na ulicach nie widać stresu. Ludzie snują się niespiesznie, mają czas. Wchodzą do knajp po to, by wypić piwo i poczytać gazetę. Na ulicach widać o wiele więcej sportu niż w Polsce. Przechadzając się Wiedniem, co chwilę można spotkać boisko. Basen jest na każdej dzielnicy. Ścieżki rowerowe są bardzo rozwinięte i widać, że ludzie nie trzymają jednośladów w domu. 

DSC03915

Licznik rowerzystów. Zdjęcie zrobione około 15:00, tylko w tym miejscu przejechało już 1559 rowerzystów. 

DSC03929

Przedmeczowe aktywności organizowane przez organizację społeczną, która zajmuje się zachęcaniem Austriaków do sportu.

Autobus staje na czerwonym świetle. Kierowca wychodzi z niego, klika przycisk na sygnalizacji, by przyspieszyć zapalenie się zielonego światła. Po kilkunastu sekundach znów siada za sterami autobusu. 

Luzik. 

Jedna z napotkanych osób: – Żyje się tu bez niepotrzebnego ciśnienia. Niczym się nie przejmujesz, nikt nie robi ci problemów. Przykład, który dobrze pokazuje różnicę to kibicowanie w polskich i austriackich klubach. Gdy opowiadałem ostatnio austriackim kibicom siedzącym w temacie, że w Polsce grupy kibicowskie wywierają nacisk na właścicielach klubów, by dzielili się na przykład zyskami z gadżetów, chcą mieć mocne wpływy, to… mi nie uwierzył. Wyobraził sobie, że kibole Salzburga idą do Mateschitza, by ten dzielił się z nimi zyskami z szalików i zgłupiał. Był to dla niego totalny absurd. W Austrii jeden nie wadzi drugiemu. 

DSC03920

Rzecz, która w Austrii rzuca się w oczy od razu: instytucja darmowych gazet. Kilka tytułów można wziąć sobie za darmo na ulicy, także pod stadionem. 

Kolejna, niewiele znacząca różnica kulturowa, ale dość urocza. Konferencja prasowa Franco Fody przed meczem. Polki dziennikarz ma na kolanach laptopa, zwykle notuje wszystko na bieżąco, by jak najszybciej opublikować wypowiedzi. A nawet jeśli nie notuje na bieżąco, to i tak ma na kolanach laptopa. Panuje gonitwa. 

Austriacki dziennikarz ma… notes. Zapisuje ołówkiem na kartkach najważniejsze wypowiedzi, które potem używa w tekście. Austria liczy mniej niż dziewięć milionów mieszkańców, więc nie dorobiła się papierowego dziennika sportowego – nie ma na to uwarunkowań rynkowych. 

DSC03958

Niewygrywający „Książę” stoi pod presją.

DSC03957

Nierówne starcie napastników.

*** 

Dawno nie widzieliśmy Jerzego Brzęczka tak szalejącego przy linii bocznej. Selekcjoner żył tym meczem. Instruował, wołał do siebie skrzydłowych i bocznych obrońców, przekazywał uwagi. Wściekał się, skakał, bramkę celebrował dość euforycznie. Przy tym cały czas zachowywał zimną głowę – szybko przerwał celebrację i zaczął przekazywać piłkarzom kolejne wskazówki taktyczne. 

Bartosz Bereszyński: – Cieszymy się, że ten mecz był na początku, to taki poważny sprawdzian przed kolejnymi meczami eliminacji. Wiedzieliśmy, że Austriacy nie będą odkładać nogi, wręcz przeciwnie. Bardzo mocno zaczęli, szli do każdej piłki. Przez pierwsze 15 minut nie wiedzieliśmy do końca, co się dzieje. Później było widać kolektyw, drużynę. Nawet, jeśli ktoś popełnił błąd, to drugi przesunął, wsadził nogę. Kiedy trzeba było przytrzymać – przytrzymaliśmy. Kiedy trzeba było uruchomić skrzydłowych – uruchamialiśmy. Kiedy trzeba było nabić na rzut rożny – nabijaliśmy. Dobrze trzymaliśmy linię i koncentrację. Wiedzieliśmy, że nie trzeba iść na hura do przodu, ale myśleć o defensywie. Myślę, że bardzo dobrze się z tego wywiązaliśmy. 

Kamil Glik: – Spodziewaliśmy się bardzo ciężkiego meczu i rzeczywiście taki był. Trochę szczęścia nam dopisało. W bólach, ale wygraliśmy z teoretycznie najgroźniejszym rywalem na ich terenie. Zwycięstwo może cieszyć, ale jeszcze bardzo daleka droga przed nami. Wszyscy wiemy, że piłka uczy pokory, więc trzeba podejść do tego spokojnie i z chłodną głową. Austriacy dobrze nas podeszli taktycznie. Pierwsze 10-15 minut grali między liniami, nie wiedzieliśmy, jak się za to wszystko zabrać. Z biegiem czasu wiedzieliśmy już, o co chodzi. Wydaje mi się, że dobrze zareagowaliśmy. W dobrym momencie przyszło to pierwsze zwycięstwo za kadencji trenera Brzęczka. Dobre otwarcie, ale daleka droga przed nami. Mecz z Łotwą? Wiem, że to klasyk, ale nie ma już łatwych przeciwników! Trzeba podejść z pokorą, nie takie rzeczy piłka widziała. 

*** 

Tytuł najmniej sympatycznej osoby na stadionie w cuglach wygrywa Marko Arnautović. Dwa razy strzelił focha, gdy przyszło mu wyjść do dziennikarzy. Za pierwszym razem zawrócił i machając rękami dał do zrozumienia, że rozmowa z prasą to dla niego żadna przyjemność. Gdy już go zaciągnięto pod czekających dziennikarzy… No, niech każdy sam sobie oceni to, co miał do powiedzenia. 

– Tak skwaszony nie byłem chyba jeszcze nigdy w swoim życiu. Ale to nie wściekłość. Gdybym był wściekły, byłoby tu teraz niebezpiecznie. Przez 90 minut dominowaliśmy. Polacy czekali na kontry i jedyne co stworzyli, to po kontratakach. Nic więcej. Popełniliśmy błąd przy wyprowadzaniu, z tego błędu zrodził się rzut rożny, który doprowadził do bramki. W życiu popełnia się błędy, ale ten kosztował nas cały mecz. 

– Polska to dwudziesta drużyna na świecie i zagrała z nami ośmioma piłkarzami murującymi dostęp do bramki. To pokazuje, jakim respektem nas obdarzyli. Nie możemy się chować i mówić w stylu „zagraliśmy źle i dużo pracy przed nami”. Nie! Jedziemy z wypiętą klatą do Izraela. 

 I po krótkiej chwili skończył rozmowę, na prośbę kolejnego dziennikarza pomachał ręką i wykrzyczał: 

– Może za godzinę! 

Dziwny typ.

*** 

DSC03938

Austriacy wymyślili sobie niezły biznes, ale zapomnieli o polskich znakach. 54256794_161753818075093_2388238164331331584_n

Ciekawostka kulinarna: austriacki McDonald’s serwuje na śniadanie jajecznicę. 

Można szukać po tym meczu negatywów i bez problemu je znajdziemy. Milik, który znów zawiódł. Trener Brzęczek, który wystawił chorego Milika kosztem zdrowego Piątka. Klich, który zagrał nijako. Kędziora, który na prawej stronie gra o poziom lub nawet dwa gorzej od Bereszyńskiego. 

Ale nie ma to większego sensu, bo mecz z Austrią dał nam coś, co może okazać się nie do przecenienia: poprawę nastrojów. Nowe otwarcie. 

Wielu z napotkanych kibiców mówiło, że nie pogardziłoby remisem. Słaba passa reprezentacji, mecz wyjazdowy, teoretycznie najtrudniejszy rywal w grupie. Szczęście dopisało, udało się wygrać. I wszyscy liczą na to, że mecz w Wiedniu okaże się dla reprezentacji Brzęczka tym samym, czym dla Nawałki był mecz z Niemcami w Warszawie. 

Odrodzeniem reprezentacji. 

I właśnie z takim poczuciem Polacy wyjeżdżają z Wiednia: są przekonani, że na własne oczy zobaczyli, jak reprezentacja Polski rodzi się na nowo.

Z WIEDNIA JAKUB BIAŁEK