W ogóle nie czułem się zawodnikiem Wisły
Weszło Extra

W ogóle nie czułem się zawodnikiem Wisły

Krzysztof Drzazga w wieku 24 lat notuje drugie podejście do Ekstraklasy, tym razem przebojowe Droga, jaką przebył sprawia, że sodówka mu nie grozi. Do 15 roku życia trenował w lokalnym Zamecie Przemków, klubie z okręgówki. Gdy został wypatrzony przez Górnik Polkowice, wrażenie robiło na nim to, że w ogóle dostał sprzęt. Zdarzało mu się przyjeżdżać na mecze z nocki w fabryce, po kilku godzinach snu. Długo balansował między pierwszym zespołem a rezerwami, oblał testy w rezerwach Zagłębia Lubin, aż w końcu doczekał się świetnego sezonu w III lidze (21 bramek), po którym zgłosiła się do niego Wisła Kraków. 

Zderzenie z Ekstraklasą miał brutalnie. Jak dziś przyznaje – nie był na tę ligę gotowy ani fizycznie, ani mentalnie. Kto wie, czy tułaczka po Stali Mielec, Chojniczance Chojnice i Puszczy Niepołomice miałaby swój finał w Ekstraklasie, gdyby nie zimowe problemy Wisły. Drzazga nie był nawet oglądany przez krakowski zespół, a dziś jest jedną z najważniejszych postaci ofensywy „Białej Gwiazdy”.

Od Przemkowa do hat-tricka strzelonego Koronie Kielce. Od grania w rezerwach Górnika Polkowice wraz z Damianem Dąbrowskim, do derbów Krakowa, w których ten sam Dąbrowski stoi po drugiej stronie barykady.

***

Wychowywałeś się w sześciotysięcznym Przemkowie, do 15 roku życia szkoliłeś się w lokalnym Zamecie, klubie z okręgówki. Startując z takiego pułapu da się w ogóle mieć marzenia o Ekstraklasie? 

Nie. Nawet grając już w Górniku Polkowice nie myślałem o czymś takim jak Ekstraklasa. Grałem, bo to kocham, sprawa mi to przyjemność, ale o Ekstraklasie się nie myślało. Zamet Przemków wspominam bardzo dobrze. Wybieramy się teraz na weekend do domu, więc akurat pójdziemy na derby z Arkonem. Zawsze, gdy jestem u siebie, staram się pójść na Zamet, utrzymuję też kontakt z chłopakami, z którymi uczyłem się grać w piłkę. Teraz grają w okręgówce. Trzy sezony temu awansowali do czwartej ligi, ale od razu spadli. Ja w Zamecie nigdy nie zadebiutowałem. Odszedłem do Polkowic, gdy miałem piętnaście lat. Za młody byłem na debiut. 

Za małolata omijałeś większe marki z regionu jak Zagłębie czy Śląsk, chodziłeś głównie na Zamet. 

Spacerkiem miałem 20 minut na stadion, więc się chodziło. Przemków to bardzo małe miasteczko. Na mecze przychodziło może ze sto osób. Nie było kibicowania, raczej słonecznik i piwko. W juniorach przegrywaliśmy większość meczów, więc piłkarsko nasze miasteczko nie miało się za bardzo czym pochwalić. Dopiero w niższej lidze zaczęliśmy wygrywać, ale to znowu był przeskok w drugą stronę – tak jak wcześniej przegrywaliśmy po 0:7, tak nagle zaczęliśmy wygrywać po 10:0. W klubie była tylko jedna grupa młodzieżowa. Przychodziliśmy czasem w sześć osób, czasem w dziesięć. Żonglerka na rozgrzewce, rzucona piłka i gramy. Infrastrukturalnie słabo to wygląda, bardzo słabo. W planach jest remont. Budynek obskurny, przecieka, w szatni nie pachnie zbyt dobrze. 

Na dwa lata odszedłeś do lokalnego rywala, Arkonu Przemków. Opowiedz o kulisach transferu do obozu znienawidzonego rywala.

W pewnym momencie stwierdziłem, że mam dość ciągle przegrywać (śmiech). Drużyna była lepsza, nie ma co ukrywać. Później trochę tego żałowałem. Przemków jest specyficzny – w tak małym mieście są dwa kluby. W takim Krakowie OK, wiadomo, ale nawet w Lubinie jest tylko Zagłębie i nic więcej, a u nas dwa kluby, bo dwóch ludzi się nie lubi i jeden drugiemu nie odpuści. Chłopaki między sobą się przyjaźnią, teraz na derbach zagra dwójka moich przyjaciół, z którymi mam codzienny kontakt i jeden zagra tu, drugi tu. 

Czuć było tę derbową atmosferę na meczach? 

Nieeee, nie. Chociaż jak ktoś wypije kilka piw, rzuca teksty z trybun. Parę przysłowiowych gwoździ poleciało. 

Ile dla młodego chłopaka z regionu znaczyło przejście do Górnika Polkowice w wieku 15 lat? 

Ciężko wybić się z takiego miasteczka jak Przemków. Poszedłem do Polkowic zimą, gdy miałem jeszcze pół roku do skończenia gimnazjum. Nie było najłatwiej z dojazdami. Kursował tylko jeden bus, a w sobotę nie było żadnego. Gdy graliśmy mecz, musiałem się namęczyć, by dojechać i wrócić. Mama organizowała mi rano jakiegoś wujka czy kogoś, a ona odbierała mnie po południu. To jej zawdzięczam w karierze najwięcej. No i jeszcze koleżance z ławki, bo z Martyną, moją narzeczoną, poznaliśmy się w licealnej ławce. Mama jak tylko mogła to zawoziła mnie na trening, siedziała, oglądała. Wychowałem się bez taty, więc wszystko było na jej barkach. Gdyby mnie nie zawiozła na pierwszy trening, nie grałbym w piłkę. Martyna sprawiła z kolei, że jestem szczęśliwy, po prostu. Gdy jestem szczęśliwy, nie przejmuję się niczym i robię to, co kocham. Wracam do domu i mam do kogo się przytulić. Wystarczy mi, że jest. 

Jak wyglądał przeskok z Przemkowa do Polkowic? 

Fajna sprawa, wiadomo, wchodzi się do klubu i dostaje się sprzęt. Dostałem tego tyle, że nie wiedziałem, gdzie chować. W Zamecie co kto miał, w tym trenował, choć teraz jest już trochę inaczej. Wtedy w Przemkowie mówiliśmy, że w Polkowicach są piłkarzyki! Ale jak poznałem chłopaków, to okazało się, że to jednak normalni ludzie. My, chłopaki z Przemkowa, rzadko mieliśmy kontakt z większym klubem. Jak przyjeżdżała do nas powiedzmy Miedź Legnica, byliśmy nastawieni zawsze na rąbankę. Czasami udawało się wygrywać. Pamiętam mecz ze szkółką z Głogowa, gdy wygraliśmy 5:1, a ja strzeliłem gola z połowy. Nawet nie wiem, skąd wtedy miałem tyle siły w nogach. Z Zagłębiem Lubin zawsze byliśmy skazywani na pożarcie, a raz wygraliśmy 3:1, strzeliłem dwie bramki. 

2019.03.17 KRAKOW SPORT PILKA NOZNA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 KOLEJKA 26 WISLA KRAKOW - CRACOVIA KRAKOW NZ KRZYSZTOF DRZAZGA BRAMKA GOL RADOSC FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl 2019.03.17 KRAKOW SPORT FOOTBALL LOTTO EKSTRAKLASA SEASON 2018/19 ROUND 26 WISLA KRAKOW - CRACOVIA KRAKOW FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Nie masz poczucia, że za późno dostałeś szansę? 

Teraz częściej biorą chłopaków z Przemkowa czy okolic do Polkowic. Czasem jak znam jakiegoś ciekawego chłopaka to sam zadzwonię do Waldemara Jedynaka, który był moim trenerem, a teraz został prezesem. Myślę, że dostałem szansę w odpowiednim momencie. Byłem w takim wieku, że wstydziłem się wchodzić do szatni, bo nie wiedziałem, jak to jest.

Kilku chłopaków z Ekstraklasy tam spotkałeś. 

Naprawdę fajna drużyna była w Polkowicach. Większość nie poszła w kierunku piłki, po prostu wybrali normalną pracę. Grałem między innymi z Łukaszem Sierpiną, który praktycznie całą rundę spędził w rezerwach, a potem poszedł od razu do Korony. Był Damian Piotrowski, Damian Ałdaś, który teraz gra w Norwegii, Kamil Wacławczyk. Przewinął się Grzegorz Kuświk. W jednym meczu okręgówki zagrałem nawet razem z Damianem Dąbrowskim. 

A teraz spotkaliście się podczas derbów po dwóch stronach barykady – piłka potrafi pisać niespodziewane scenariusze. 

Nie wiem czy Damian to w ogóle pamięta. Przywitaliśmy się przed meczem, ale to był jednorazowy występ, on wtedy grał regularnie w pierwszej lidze, akurat został zesłany do nas na jeden mecz. Miałem 16 lat, odległe czasy.

Sam dostawałeś szanse trenowania z pierwszoligowcami. 

Szybko zacząłem z nimi trenować u Janusza Kudyby. Poszedłem tam, wiadomo, mocno spięty. Ale fajnie to wspominam. 

W międzyczasie dorabiałeś sobie w fabryce. Jak wyglądał typowy dzień na taśmie?

Nie było tak, że nie wiadomo jak potrzebowałem pracować, to tylko trzymiesięczny epizod. Przychodziłem, przebierałem się w zielony kombinezon, chowałem rzeczy do szafki i do roboty. Przekładałem części z maszyny do maszyny. Byłem na stanowisku, na którym zawsze miałem kogoś nad sobą. Jak się maszyna zepsuła, to ktoś to obsługiwał. Ja byłem od przekładania, suszenia, wyciągania, prosta robota. Robiliśmy kompresory. To naprawdę kupa roboty – gdy widziałem, jak ktoś programował tę maszynę na komputerze, była to dla mnie czarna magia. 

Tryb dość szalony: nocka w fabryce, rano na trening. 

Albo nawet na mecz. Schodzisz w sobotę o szóstej z nocki, a o jedenastej wyjeżdżasz na mecz, grasz o czternastej. Pamiętam jak dziś mecz, na który zszedłem po nocce, przespałem całą drogę. Bramka i trzy asysty, wygraliśmy 4:1. Potrafię docenić teraz to wszystko, co mam. Wiem, jak żyją niektórzy ludzie i że za tę pensję muszą opłacić jedzenie, mieszkanie, mają rodzinę na utrzymaniu. Polecam każdemu spróbować pracy w fabryce, choć oczywiście nikomu jej nie życzę, bo to ciężki kawałek chleba.

Po takich początkach sodówka ci raczej nie grozi. 

Niee, ja raczej zawsze byłem taki sam. Chyba. Tak mi się wydaje. Jesteśmy z Martyną razem ponad pięć lat i oprócz paru siwych włosów raczej się nie zmieniłem. Ale jak mówię – nie była to nie wiadomo jak ciężka sytuacja, bo nigdy mi niczego nie brakowało. Jak na 17-latka zarabiałem dobre pieniądze. Stypendium pozwoliło wynająć mieszkanie i normalnie żyć. Doszedłem po prostu do wniosku, że dochodzę do takiego wieku, że warto mieć oszczędności. 

Skoro nie zakładałeś, że zrobisz profesjonalną karierę, jaki miałeś pomysł na siebie? 

Mocno się zastanawiałem, co będę robił jak już nie będę grał w piłkę. Nie miałem bladego pojęcia. Zrobiłem kurs na wózek widłowy, bo nie wiedziałem, co mam robić. Po prostu grałem sobie, poszedłem do pracy, leciał każdy kolejny dzień.

Martyna, narzeczona Krzysztofa: – Pewnie robiłbyś coś związanego ze sportem.

Myślałem o kursach trenerskich, ale byłem jeszcze na to za młody. Nie chciałem iść na studia, choć mama zawsze goniła. Wyniki w szkole miałem niezłe, nie że najlepszy uczeń, ale w środku tabeli, radziłem sobie. Nie lubiłem się uczyć, wolałem zakombinować niż się przygotować. 

Martyna, podrzucałaś ściągi?

Martyna: – Właśnie nie! 

To ona ode mnie ściągała. 

Martyna: – Był mistrzem kombinowania, potwierdzam. 

Byłem na tyle leniwy, że nawet mi się ściąg nie chciało robić. 

Martyna: – Miał od tego koleżanki. 

Praca domowa odpisywana?

Nie robiona w ogóle. Dobrze, by moja mama tego nie czytała! 

Kiedy kombinowanie pomagało? Pozwalało wydostać się z tarapatów? 

Nie byłem chuliganem, raczej śmieszkiem. Starałem się być miły dla nauczycieli, gdy inni potrafili odpyskować. Wiedziałem, że to może pomóc. Rzadko chodziłem do odpowiedzi, a niektórzy co miesiąc. Wiedziałem z kim pogadać, do kogo się uśmiechnąć, żeby pomógł. 

Martyna: – Zdarzały się sytuacje, że mieliśmy jota w jotę napisaną tak samo kartkówkę z fizyki. Ja dostawałam dwójkę, a Krzysiek… czwórkę. 

Czyli fizyki uczyła nauczycielka, nie nauczyciel? 

Dokładnie, to za urok osobisty. 

Martyna: – Był takim milusim uczniem i oceny same robiły się wyższe. 

Pozdrawiam wszystkich nauczycieli z Polkowic! 

Wagary się zdarzały?

Nie. Nie miałem celu w wagarach, bo wagarowało się by szybciej pojechać do domu, a ja i tak codziennie czekałem na trening. Wolałem zresztą chodzić na lekcje, bo wiedziałem że jak mnie nie będzie to będę miał ciężko z kartkówkami. Zdarzyło się, ale to raczej wyjątki. 

Na imprezach klasowych Krzysiek brylował?

Martyna: – Raczej go na nich nie było. Albo sparing, albo trening. Nawet na półmetek nie dał rady dotrzeć.

Pojechaliśmy wtedy do Warszawy na sparing z Polonią. Byłem za to na studniówce. Nieźle wyglądałem, powiem tak (śmiech). Zakończyłem ją bez butów. Ale w imprezach raczej nie brałem udziału. Trening, w autobus i do domu. Wolę usiąść ze znajomymi i pogadać. Zdarzyło się pójść na dyskotekę, ale jestem już na to za stary. 

2019.03.03 KRAKOW SPORT PILKA NOZNA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 KOLEJKA 24 WISLA KRAKOW - POGON SZCZECIN NZ KRZYSZTOF DRZAZGA MARIUSZ MALEC FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl 2019.03.03 KRAKOW SPORT FOOTBALL LOTTO EKSTRAKLASA SEASON 2018/19 ROUND 24 WISLA KRAKOW - POGON SZCZECIN FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Grając w Górniku, dwa lata przed przyjściem do Wisły, oblałeś testy w rezerwach Zagłębia Lubin. Cios? 

W Polkowicach głównie występowałem w rezerwach, ale zagrałem w trzech meczach drugiej ligi jako młodzieżowiec. Okazało się, że w mieście nie ma pieniędzy i druga liga musi zostać rozwiązana. Została sama okręgówka i wtedy przyszło zaproszenie na testy do Lubina dla mnie i dwóch innych chłopaków. Trenowaliśmy tam trzy tygodnie, ale okazało się, że mogą wziąć tylko jednego z nas. Potrzebowali bardziej na środek pomocy, więc wzięli Rafała Karmelitę. Wtedy w rezerwach był Krzysiek Piątek, też Jarek Jach, Jarek Kubicki. Nie czułem się gorszy, ale taka była decyzja. 

Z kim przegrałeś rywalizację? 

Z Krzysztofem Piątkiem. 

Patrząc na to jak się rozwinął, pewnie łatwiej to przyjąć.

Potrafił się znaleźć i strzelić, nawet w sytuacjach, w których wydawałoby się, że będzie bardzo ciężko coś z tego ugrać. Pamiętam wygrany 7:1 sparing, w którym strzelił pięć bramek. Dużo pracował na to wszystko, co ma. Przez te trzy tygodnie, codziennie widziałem go na siłowni. 

Co się stało, że później tak odpaliłeś? 

Nie wiem. Robiłem to, co zawsze. Miałem sytuacje i je wykorzystywałem. Zacząłem grać jako dziewiątka, bo wcześniej trener Pedryc dawał mnie jako podwieszonego albo na skrzydło. Wiedział, że wszędzie sobie poradzę. Duża zasługa Maćka Bancewicza, że jestem, gdzie jestem. Wiadomo, że to tylko okręgówka, czwarta i trzecia liga, ale nigdy nie spotkałem drugiego gościa, z którym tak dobrze by mi się grało. Z tych 21 bramek w trzeciej lidze połowa to pewnie jego asysty. 

Widziałeś w niższych ligach więcej chłopaków z potencjałem na coś więcej, którym nikt nie dał szansy? 

Zdecydowanie. Może po prostu byli w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie? Nawet w Przemkowie widziałem chłopaków, którzy mogli grać w piłkę. Wzięli akurat mnie, ale to nie było tak, że co tydzień ktoś przyjeżdżał obejrzeć mecz. Zbieg okoliczności. Trenerzy Polkowic i Przemkowa się znali, podesłano mnie na sparing z Chrobrym Głogów. Przegrana 2:6, ale dwie asysty moje, więc się załapałem. W Polkowicach także byli piłkarze, którzy śmiało mogliby grać wyżej. Do pewnego momentu czekali na szansę, ale nie przychodziła, więc trzeba było zacząć robić coś innego. 

Byłeś najzdolniejszy w okręgowym Zamecie? 

Nie, mój serdeczny przyjaciel Damian Sykuła był dużo lepszy, jeździł na kadry Dolnego Śląska. Nie miał tyle szczęścia. Wyróżniałem się oczywiście, ale z innych roczników też byli lepsi ode mnie. Kwestia szczęścia. 

Z małej piłki trafiłeś do jednego z największych polskich klubów. Co młodemu chłopakowi najbardziej zaimponowało w Wiśle? 

Derby Krakowa, na które zostałem zaproszony przed podpisaniem kontraktu. Niby tylko trybuny, ale atmosfera była niesamowita. Zobaczyć na żywo ten stadion – ciarki. Do dzisiaj mam zresztą gęsią skórkę, gdy śpiewany jest hymn. Wchodzę do szatni, a tam Arek Głowacki rzuca do mnie tekst: 

– Zdrowy? Możesz zagrać? To dawaj, bo nie mamy ludzi! 

Zacząłem trenować z Wisłą już w końcówce rundy jesiennej. Wrażenie robiło wszystko. Na badania medyczne dostałem świetny hotel. Jak zobaczyłem później, jaka jest cena za dobę, to aż się przeżegnałem. Rezonanse, USG, wszystko sprawdzane dokładnie. Dla mnie była to totalna nowość. Stres towarzyszył. Wychodzisz na trening i nagle nikomu nie odskakuje piłka. Ale nie bałem się. 

Kto okazał się najbardziej pomocny?

Maciek Sadlok, do teraz jest dla mnie ważną postacią. Razem ze mną do klubu przyszedł Rafał Pietrzak i złapaliśmy mega kontakt. Głowa to z kolei niesamowicie silny człowiek. Mój trzeci trening skończył się tak, że podciąłem sobie bezpańską piłkę, a Głowa wjechał wślizgiem. Trafił mnie tak, że przez trzy tygodnie miałem siłą nogę. Ze łzami w oczach wkładałem buta, ale trzeba było zaciskać zęby. Położyłem się na ziemi i zacząłem krzyczeć: – Aaaaa!!! Poklepał mnie tyko po plecach:

– Tylko nie krzycz, proszę.

Piłkarsko nadążałeś? Odczułeś kiedykolwiek, że przez to że jesteś w sumie piłkarskim samorodkiem, widać u ciebie w jakimś aspekcie braki? 

Czułem się dobrze. Technicznie nie miałem braków, nie sprawiała problemów gra na jeden czy dwa kontakty. Zaskakiwało czasami tempo gry, to jak ktoś od razu doskakiwał.

KEMERAGZI 27.01.2019 MECZ TOWARZYSKI: WISLA KRAKOW - ETYR WIELKIE TYRNOWO 1:1 --- FRIENDLY FOOTBALL MATCH: WISLA CRACOW - ETAR VELIKO TARNOVO 1:1 KRZYSZTOF DRZAZGA PLAMEN GYLYBOW FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

To czemu twoje pierwsze podejście do Wisły wyglądało, jak wyglądało? 

Nie byłem gotowy na Ekstraklasę. W rezerwach strzelałem bramki – dziesięć meczów, dziesięć goli. Ale do Ekstraklasy nie dorastałem ani fizycznie, ani mentalnie, otwarcie trzeba to przyznać, mimo że piłkarsko nie wyglądałem źle. Gdy trafiłem do Wisły ważyłem 68 kilogramów. Taki Głowa podniósł by mnie pewnie jedną ręką. Teraz mieszczę się między 72,5 – 73. Z wiekiem mi troszkę przyszło. Wcześniej nie pracowałem w ogóle na siłowni, w Polkowicach rzadko mieliśmy okazję.

Mentalnie… Gdy wychodziłem na mecz, myślałem „o Jezus, z kim ja gram, przecież są lepsi”. To nie pomaga, wręcz przeciwnie. Czułem, że nie potrafię sprzedać swoich umiejętności. Pamiętam mecz na Podbeskidziu w pierwszym sezonie. Trener Wdowczyk powiedział, że daje mi 45 minut w pierwszym składzie. Adam Mójta dwa razy założył mi dziurę i odechciało mi się wszystkiego. W drugiej rundzie w Wiśle czułem się lepiej, ale wciąż to nie było na granie w pierwszym składzie. 

Dużo pomógł ci trening mentalny z Konradem Czapeczką. 

Zacząłem współpracę z nim, gdy na wypożyczeniu w Chojniczance trzy miesiące siedziałem na trybunach. Bardzo ciężki moment. Zdarzało się wracać do domu i kłócić się o byle co, zdarzało się płakać. Bolało mnie to, bo nie czułem się od kogoś gorszy, a nie grałem. Bywało, że na treningach wypadałem najlepiej i wszyscy byli zdziwieni, czemu nie gram. Rozwiązaliśmy to wypożyczenie i z Kubą Schlage, moim agentem, doszliśmy do wniosku, że muszę iść do kogoś, kto mi pomoże. Regularna praca przez pół roku – bo teraz z Konradem mamy kontakt od czasu do czasu – dużo mi pomogła. 

Do dziś zastanawiam się, dlaczego tak było w Chojniczance. Myśleli chyba, że jestem całkiem innym zawodnikiem. Wystawiano mnie na skrzydle i trener wymagał, bym biegał w tę i z powrotem, nie zatrzymywał się. Nie ukrywam, że nie jestem takim zawodnikiem. Po dwóch słabszych meczach trener mnie odsunął. Ten okres nauczył mnie bardzo dużo. Teraz jak siadam na ławce to nie mam z tym żadnego problemu. Nie potrafiłem sobie z tym radzić i nie potrafiłem tego ukryć. Widać, było, że coś jest ze mną nie tak.

Martyna: – Był bardzo nieznośny. Nie na tyle, żeby było jakoś tragicznie, ale ciężko było mu pomóc. Nie wiadomo było, z której strony do niego uderzyć, bo żadne argumenty nie przemawiały, złość sportowa ponad wszystko. Stąd krok, by udać się do trenera mentalnego. Też nie żałuję tego okresu, bo oboje wyciągnęliśmy wnioski, jak w takich sytuacjach postępować. 

Zaznaczam, że koleżanka nieźle się zna na piłce. 

Martyna: – Czasem jak wdamy się w dyskusję może zrobić się niebezpiecznie.

Po meczu z Lechią miałem pół godziny wykładu o tym, że notuję za dużo strat. 

Martyna, jesteś jak żona Sergiu Hanki? 

Martyna: – Właśnie mówiłam ostatnio, że byśmy się polubiły. 

Co wytykasz najczęściej? 

Martyna: – Mało pokazuje się do gry i ma za dużo strat. Potrzeba czasu, oswojenia się. To nie jest pierwsza liga, gra się zupełnie inaczej. Często wspólnie oglądamy spotkania i analizujemy co było źle, nad czym warto popracować. Nie siadam na niego, że jest zły, bo to i to. Ma to formę wsparcia i chcę dla niego dobrze. Nie muszę mu tłumaczyć, co robi źle, bo sam to doskonale wie, ale nie mogę się powstrzymać (śmiech).

Fajnie posłuchać takich uwag z innej perspektywy. Martyna często ma rację. 

Nie masz czasem poczucia, że zamiast rozmów o piłce w domu wolałbyś się zresetować? 

Po Lechii tak miałem, że nie chciałem gadać, a tutaj… (śmiech). Czasem tak jest i ona to rozumie. Wtedy oglądamy film albo odpalamy „Wsiąść do pociągu”, planszówka, polecam, taka do odcięcia.

Czułeś się przez te wszystkie wypożyczenia drzazgą w bucie Wisły Kraków? 

Przez pewien czas nie czułem się w ogóle zawodnikiem Wisły. Nie miałem z nikim z klubu kontaktu, nie dostawałem żadnych sygnałów, że ktoś miałby mnie oglądać. Siłą rzeczy nie wiązałem więc przyszłości z Wisłą. Choć sentyment do klubu zawsze był, jak była możliwość to pojawialiśmy się na meczach, z chłopakami też utrzymywałem kontakt. Potrzeba było tych ludzi, którzy są teraz, bym wrócił.

Jesteś chyba jedyną osobą związaną z Wisłą, która ucieszyła się z tych problemów, jakie klub przechodził zimą. 

Też to przeżywałem. Może nie tak samo jak chłopaki, bo oni nie dostawali pensji, ale nie wyobrażałem sobie, że tego klubu może nie być. Codziennie odświeżało się internet i patrzyło, co się dzieje. Chłopaki nie wiedzieli sami, jak wygląda sytuacja. Dobrze, że się stało jak się stało. 

Kiedy się dowiedziałeś, że Wisła chce byś wrócił do klubu? 

W grudniu. Obowiązywał zapis, że jeśli do 15 grudnia Wisła wyrazi taką chęć, może skrócić wypożyczenie. Na ostatnią chwilę, ale wcześniej, wiadomo, mieli ważniejsze sprawy na głowie niż skracanie wypożyczenia, więc kontaktu się nie spodziewałem, mimo że miałem z tyłu głowy, że gram niezłą rundę i może tak się to potoczyć. Na początku sam nie byłem zwolennikiem powrotu. Nie wiadomo było, czy Wisła wyjdzie na prostą. 

Martyna: – Bałeś się. 

Tak. Po prostu nie byłem na to gotowy finansowo, by przez kilka miesięcy nie dostawać pensji. Mam nadzieję, że klub będzie dalej szedł w tym kierunku, w którym idzie. Podpisałem umowę na ten sam okres, ale z nowymi warunkami. 

Jak zakładam – trochę zszedłeś z pensji.  

Tak, zszedłem tak jak Kuba (śmiech). Potrzebowałem też szczerej rozmowy z trenerem i Arkiem. Miałem propozycje w pierwszej lidze i na początku byłem nastawiony na to, by zostać na tym poziomie i grać regularnie. Poczułem jednak, że trener chce, bym został w Krakowie, Arek też przekonywał, żebym nigdzie nie odchodził. Pierwsze co jak wszedłem do szatni, to zaczęła lecieć piosenka o Vanna Ly. Złość była, bo dalej nie wiedzieli, co i jak, ale nie było tak, że siedzą po kątach i każdy głowa spuszczona. Normalna atmosfera.

Bardziej czujesz się dziś jako dziesiątką czy dziewiątką? Przychodziłeś do Wisły jako dziewiątka, teraz bliżej ci do środka pola. 

Teraz to już sam nie wiem. W Puszczy grałem cały czas na dziesiątce. Wiadomo, że z moimi parametrami fizycznymi na dziewiątce w Polsce jest ciężko. 

Kolar ma w sumie podobne.

Ale ma inne cechy – dobrze się zastawia, jest silniejszy na nogach, ja jestem bardziej rozbiegany i lubię rozegrać piłkę. Z Koroną zagrałem na dziewiątce, bo się zamieniliśmy i wyszło jak wyszło. 

Po takim meczu jak z Koroną bardziej się myśle o hat-tricku czy zmarnowanej setce?

Gdybyśmy przegrali to myślałbym bardziej o setce, przeżywałbym. Ale zaręczam, że chłopaki nie dają zapomnieć. Było dosyć głośno o tym meczu, więc myśli skupiały się przy hat-tricku. 

Martyna, pojawiła się ta setka na analizie? 

Martyna: – To nie była analiza, to był jeden wielki śmiech. 

Zagwizdałbyś faul przy twojej bramce w derbach? 

Tak. Ale tak samo zagwizdałbym karny na mnie na Koronie. Pan Sławek powiedział w studiu, że bardziej ja faulowałem, ale dla mnie to był karny dla nas. 

To na koniec najważniejsze pytanie – ile razy w swojej karierze się czułeś jak drzazga w bucie? 

Ciężkie pytanie. 

Chojnice, za pierwszym razem w Wiśle…

I chyba tyle. Nie miałem więcej sytuacji, że czułem się niepotrzebny. Pół roku w Chojnicach uważam za stracony czas, ale z drugiej strony była to nauka. Wychodzę z założenia, że wszystko jest zapisane i tak miało być. Zaraz mam 24 lata. Niby to taki wiek, że powinienem już w tej Ekstraklasie grać, bo byłem tu już trzy lata temu. Ale w każdym miejscu czegoś się uczyłem i nie żałuję niczego. Nie napalam się na nic, bo dopiero w dwóch meczach strzeliłem bramki. Na dobrą sprawę zagrałem sześć meczów w Ekstraklasie i nie wszystkie były dobre, więc na co się tu napalać? Trzeba ciężko pracować na to, by regularnie grać. 

Nazwisko tak czy siak masz mocno piłkarskie.

Mogę się wbić, trzeba uważać. 

Pojawiają się docinki? Drzazga, drewno.

Kiedyś tak, ale już się przyzwyczaiłem. Ksywkę mam piłkarską – Dżagojew, od reprezentanta Rosji. Ma podobny nos do mnie. Nieprzyjemności są raczej do nosa. W Polkowicach Konrad Sikorski śmiał się, że mam nos jak hak holowniczy. Kiedyś się wstydziłem, ale dziś się tylko z tego śmieję.

Musisz uważać – w Ekstraklasie jest VAR, więc nos może zdecydować o odgwizdaniu spalonego. 

Śmiał się ostatnio Arek Głowacki po meczu z Koroną, że ja całe życie jestem na spalonym. Może coś w tym być. Muszę być na to gotowy, szatnia piłkarska nie wybacza. 

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. 400mm.pl / FotoPyK