Derby gminy Żabno w Wiedniu
Blogi i felietony

Derby gminy Żabno w Wiedniu

Stęskniłem się za derbami gminy Żabno, ale od wczoraj tęsknić już nie muszę. Trochę dziwne, że przeniesiono je do Wiednia, jednak skoro Nowy Sącz można było przenieść do Niecieczy, wszystko jest możliwe. A wynik? Po zaciętym meczu Bruk-Bet pokonał Sandecję 1:0. O rezultacie zadecydował rzut rożny.

No bo – nie ukrywajmy – tak to wczoraj wyglądało. Niby spotkały się zespoły z paroma uznanymi piłkarzami, ale na boisku nie było tego specjalnie widać. A może: nie było tego widać w ogóle. Nie Milik, tylko Kolew. Nie Arnautović, tylko Gutkovskis. Nie Alaba. Gergel. Grano przecież jak we wspomnianych derbach, czyli opierając się na niezwykle skomplikowanej taktyce lagi, przypadku, chaosu i wrzutek. Jeśli jedna drużyna potrafiła przetransportować ciężar gry w okolice chorągiewki przeciwnika, czuła się lepiej niż na karnawale w Rio. Czuła, że żyje. I łup, wrzutka, a może coś z tego będzie.

Ostatecznie raz było, tym razem poszczęściło się nam. Jednak to na zasadzie rzutu monetą. Wczoraj wypadł orzeł, ale dzisiaj jakby rzucać znowu, moglibyśmy zobaczyć reszkę. Cóż, niewątpliwie ma ta kadra w ostatnich miesiącach mnóstwo szczęścia, ponieważ teraz wylosowała zwycięstwo, a wcześniej udało się jej jakimś cudem uniknąć na przykład czwórki od Włochów do przerwy. Ma też szczęście, że objawił się Piątek, bez niego zamawialibyśmy do czarnej dupy nowy stolik. Chłopak musi grać od początku i nawet nie ma co się na tym bliżej pochylać, gdyż to oczywistość.

Można się za to pochylić nad Milikiem, to znaczy nie za blisko, nie chcę w końcu złapać przeziębienia. Wystawił selekcjoner napastnika chorego, co – muszę przyznać – było ruchem wyjątkowo durnym. Miał przecież Brzęczek do wyboru również napastnika zdrowego i również bramkostrzelnego, więc tak naprawdę dorzucił kolejnych kilogramów losowości do i tak wypchanego losem meczu. Poszczęściło mu się, ale nie musiało. Gdybyśmy przegrali, pewnie selekcjoner nie powiedziałby o chorobie piłkarza, bo spadłaby na niego ogromna krytyka. Ba, gdyby Milik zagrał dobrze, też pewnie Brzęczek o chorobie by nie wspomniał. No, ale skoro Milik wypadł słabo – czyli jak zwykle – o gorączce trzeba było powiedzieć. A to niestety jest wymówka rodem z podstawówki.

Albo nie należało mówić nic, albo nie należało wystawiać Milika. Poza tym: sam piłkarz powinien czuć, czy może dać radę. Jeśli Milik czuł, że może, a nie dał, nie zna swojego organizmu, co jest niepokojące. Jeśli czuł, że nie da rady, a jednak chciał grać, zachował się egoistycznie i osłabił swój zespół.

No, jakkolwiek spojrzeć, ta historia z wystawieniem napastnika nie trzyma się kupy.

Co jeszcze mi się nie podobało? Nie mam większego przekonania do Kędziory. Na początku spotkania był bardzo elektryczny, rywale podbiegali do niego chętnie, ładowali komórki i jednocześnie kręcili nim, jak chcieli. Potem to się trochę uspokoiło, do czasu, jak Kędziora zrobił rzut karny. Fakt, że sędzie tego nie widział, nie zmienia tego, że Kędziora faulował. Popchnął rywala, ale przede wszystkim go nadepnął. Gdyby był VAR, byłby karny. Fajnie, że Kędziora gra w Dynamie Kijów, ale już Chelsea pokazała, jaki to poziom. Nie za specjalny.

Nie czuję też zrozumienia do zachwytów nad Zielińskim. Musicie mieć niskie oczekiwania względem biegających – podobno – osiemdziesięciu baniek, skoro wystarcza wam kilka celnych podań w pierwszej połowie, a potem idealny kamuflaż po przerwie. Tak to mógłby zagrać Janota, naprawdę.

No, ale trzy oczka są, ponieważ gramy w grupie śmiechu. Dlatego powtórzę: oczekuję 30 punktów.

KOMENTARZE (32)