Od „Brzęczek nie trafił” po „Brzęczek umie zmieniać”
Weszło

Od „Brzęczek nie trafił” po „Brzęczek umie zmieniać”

Z oczywistych względów piątkowa prasa to przede wszystkim reprezentacja, ale mamy też wywiad z prezesem Zagłębia Lubin, analizę sytuacji w kontekście awansu do grupy mistrzowskiej czy duży tekst o właścicielach firm z niższych lig. 

PRZEGLĄD SPORTOWY

Jerzy Brzęczek nie trafił z wyjściowym ustawieniem reprezentacji, a pewne – słuszne – decyzje wymusiły na nim przypadki losowe.

Zanim Brzęczek się zdecydował, zostało poddane ogólnoradowej dyskusji: jak wybrnąć z „problemu” bogactwa w obliczu świetnej skuteczności trójki naszych strzeleckich tenorów? Lewandowski – Piątek, czy jednak Lewandowski – Milik? Brzęczek zdecydował się na ten drugi wariant i szybciutko musiał wycofać się z idei, dokładnie po 45 minutach. Arkadiusz Milik zaliczył beznadziejny występ. Dwie straty, irytujący od samego początku, zbyt dużą sztuką było utrzymanie się przy piłce. Miał łączyć linię pomocy z atakiem, z naciskiem na pierwsze słowo… W końcu zupełnie przepadł, a po przerwie nie wyszedł na murawę zastąpiony przez… Przemysława Frankowskiego. Dopiero kontuzja Zielińskiego utorowała drogę temu, który był skazany na zdobycie bramki – Piątkowi.

ps1

Noty „PS” tradycyjnie łagodniejsze niż nasze. Na przykład Kamil Grosicki dostał aż „7”.

Najaktywniejszy polski piłkarz w pierwszej połowie. Robił to co umie najlepiej. Wykorzystywał swoją szybkość i sprawiał na prawej stronie mnóstwo problemów przeciwnikom. Szwankowało dośrodkowanie – często za lekkie lub niedokładne. W 24. minucie oddał bardzo groźny strzał sprzed pola karnego, który z trudem wybronił Lindner. W drugiej odsłonie utrzymał dyspozycję przechodząc na lewą stronę, gdzie czuje się chyba jeszcze pewniej. Miał świetną okazję do zdobycia gola po kapitalnym zgraniu Piątka. Niestety naciskany przez obrońcę nie doszedł do piłki.

ps2

Lechia Gdańsk liczy pieniądze. Jest jej łatwiej, bo otrzymała duże wsparcie finansowe od miasta.

Do końca roku na konto Lechii z magistratu trafi w miesięcznych ratach 7 mln 195 tys. 121 zł netto. To ważna część liczącego ponad 40 mln budżetu. – Proszę nie myśleć, że my te pieniądze beztrosko przejadamy. Ponad 6 milionów de facto wraca do kasy miejskich spółek, bo musimy opłacać wynajem stadionu, biura i bazę przy Traugutta, a w skali roku to właśnie tyle kosztuje – mówi prezes gdańskiego klubu Adam Mandziara. Zaznacza, że Lechia nie zarabia na cateringu, sprzedaży lóż i nazwy stadionu. – Do nas należy tylko przychód z biletów i częściowo miejsc biznesowych. Ten piękny stadion potrzebuje takiego klubu jak Lechia, dzięki niemu żyje. Dlatego nie mam wątpliwości, że miasto też korzysta na tej współpracy – tłumaczy Mandziara.

W tym roku budżet Gdańska przekroczy 3,3 mld złotych, dlatego takie wydatki na klub piłkarski z pewnością nie zaszkodzą miejskim finansom. W ubiegłym roku do Lechii trafiły z miasta dwie pokaźne transze, w sumie 8 mln 823 tys. 306 zł brutto. Przez trzy wcześniejsze lata były to znacznie mniejsze pieniądze: po ok. 6 mln złotych. – Kwota wzrosła, ale adekwatnie do podniesionego czynszu – twierdzi Mandziara. Nie ulega wątpliwości, że bez tych pieniędzy Lechii było znacznie trudniej funkcjonować.

ps3

Jeszcze nigdy nie trzeba było zrobić tak wiele, by awansować do grupy mistrzowskiej, jak w tym sezonie.

By awansować do grupy mistrzowskiej bez konieczności oglądania się na inne wyniki, trzeba zgromadzić 49  punktów. To oznacza, że Lechia i Legia już są pewne gry w grupie mistrzowskiej, a o  sześć pozostałych miejsc rywalizuje de facto osiem zespołów z miejsc 3–10. W poprzednich latach wykształciła się granica 41  punktów. Kto ją osiągnął lub przekroczył, ten zawsze grał w grupie mistrzowskiej. W tym roku na pewno przestanie ona być aktualna. Widać to, gdy porówna się dorobek  ósmego zespołu na obecnym etapie sezonu, a więc po 26. kolejkach. W poprzednich sezonach ESA 37 wahał się on między 32 a 36 punktami. Już zeszłoroczne 37 było rekordem. Dziś ósma w tabeli Korona ma 39 oczek. 37 punktów w 26  kolejkach daje Zagłębiu Lubin dziesiąte miejsce, choć w każdym z poprzednich pięciu sezonów wystarczyłoby do ósmego. Były już w ostatnich latach rozgrywki, w latach 2015/2016 i 2016/2017, w których 39  punktów po 30  kolejkach pozwalało zagrać w grupie mistrzowskiej. W tamtych sezonach Korona mogłaby przegrać cztery mecze z rzędu i wciąż znajdować się nad kreską. W tym roku to niemożliwe. Trzeba punktować cały czas.

Prezes Zagłębia Lubin, Mateusz Dróżdż tłumaczy się z decyzji podjętych w ostatnich miesiącach.

(…) Kolejny pożar dotyczył trenera Lewandowskiego, który żył w niepewności, czy będzie dalej pracował.

Dla mnie zwalnianie szkoleniowca to ostateczność. W klubie zrobiliśmy wszystko, by trener Lewandowski prowadził zespół jak najdłużej. Pod koniec jego pracy spełnialiśmy wszystkie życzenia. Dlatego nie zgadzam się ze słowami trenera Lewandowskiego, że nie czuł zaufania.

W rozmowie z „PS” Lewandowski powiedział: „Nie tak powinno się działać w profesjonalnym klubie (…). Czułem wsparcie, zawodnicy też je czuli, ale w pewnym momencie go zabrakło”.

Jeśli trener przychodzi i mówi, że ma problem w sztabie szkoleniowym i zwalniam trenera przygotowania fizycznego, choć nie mam zarzutów do jego pracy, to znaczy, że miał zaufanie przełożonego.

Powiedział pan, że gdy obejmował funkcję prezesa, w klubie było już kilka ognisk zapalnych. Lewandowski był jednym z nich?

W pewnym sensie. Patrzyłem na wyniki z ubiegłego sezonu, widziałem duże wahania formy i nie zgadzałem się z propozycją przedstawioną przez poprzedni zarząd, by umowę trenera przedłużyć o dwa lata. Zaproponowałem roczny kontrakt z opcją przedłużenia o kolejny.

To nie jest brak zaufania?

Patrząc z perspektywy czasu, kiedy cały czas wypłacamy pensję trenera, z biznesowego punktu widzenia to była dobra decyzja.

Jesienią długo szukaliście trenera po to, by zespół na stałe przejął tymczasowy szkoleniowiec, Ben van Dael.

Kontaktowaliśmy się z ok. 10 szkoleniowcami. Stawialiśmy warunki co do współpracy z akademią, naszej polityki, planów na przerwę zimową. Kandydaci nie zawsze się z tym zgadzali, innym nie odpowiadały warunki finansowe, komuś nie spodobał się Lubin.

ps4

SPORT

Reprezentacja zmusiła nas wczoraj do drapania się po głowie – pisze Andrzej Grygierczyk.

No więc człowiek drapał się w przerwie w głowę, zastanawiając się, jak to jest, że kiedy wielu spośród reprezentantów Polski nie grało w swoich klubach (patrz jesień 2018 roku), postawa narodowej drużyny była jaka była, czyli… taka sobie, a kiedy wszyscy grają – jak obecnie – to trudno było mówić o szczególnym postępie. Cóż, można było tłumaczyć się brakiem automatyzmów, w które nasi zawodnicy świetnie wpisują się w klubach, ale ten przecież problem muszą mieć wszystkie inne reprezentacje, austriackiej nie wyłączając.

Druga połowa właściwie tego… drapania nie musiała przerwać. A powinna je wręcz spotęgować za sprawą tego momentu, w którym z boiska wskutek kontuzji musiał zejść Piotr Zieliński, bez wątpienia najbardziej wczoraj kreatywny i produktywny gracz naszej reprezentacji. Ale tu mieliśmy do czynienia ze szczęśliwym paradoksem. Zszedł najlepszy gracz na boisku, wszedł Krzysztof Piątek – zawodnik, który wcześniej trzy razy zagrał w reprezentacji – i „zrobił wiatr” za kilku. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, na czele z tymi, dla których tak błyskawicznie przeprowadził się z Genui do Mediolanu, trudno było się dziwić temu, co wczoraj zdziałał w Wiedniu. Ale jednocześnie dał bardzo wiele do myślenia, jeśli chodzi o personalia w kolejnych meczach naszej kadry. Piątek raczej za dżokera „robić” nie powinien, a już zwłaszcza za „dżokera wymuszonego”, czyli takiego, który wchodzi na boisku na skutek kontuzji innego gracza. Bo czy wszedłby w ogóle?

Trzeba też pamiętać, że te eliminacje są specyficzne – dziesięć spotkań grupowych w ciągu ośmiu miesięcy… Chociażby wyłącznie z tego wynika, że nie ma i nie będzie czasu na szczególne przygotowania, o jakichkolwiek eksperymentach już nie wspominając. Jak chociażby z tą dziwną, nie do końca zrozumiałą, a nade wszystko groźną zmianą z Michałem Pazdanem…

sport1

Valerijs Sabala z Podbeskidzia opowiada o problemach łotewskiej piłki.

Powiedział pan o ludziach, którzy lubią piłkę. Na Łotwie ta dyscyplina sportu nie jest jednak najpopularniejsza.

– Pod względem popularności jesteśmy obecnie na trzecim miejscu. Za hokejem na lodzie i koszykówką. Kiedy w 2004 roku Łotwa grała na Euro, wówczas piłka nożna była na pierwszym miejscu. Później jednak dobre wyniki się skończyły i, co zrozumiałe, popularność oraz zainteresowanie spadło. Do nas należy obowiązek, aby przywrócić piłce łotewskiej niegdysiejszy blask.

Można zauważyć, że mecze ligowe na Łotwie obserwuje garstka kibiców…

– To duży problem, który jednak wynika z infrastruktury. Której… w zasadzie nie ma. Niektóre zespoły pierwsze kolejki nowego sezonu będą rozgrywać na boiskach ze sztuczną nawierzchnia, które są położone przy szkołach. O czym zatem mamy rozmawiać? Kiedy w Polsce dzieciaki grają na „Orlikach”, na Łotwie rozgrywamy na nich mecze ekstraklasy. Przecież na takim obiekcie nie ma nawet trybun dla kibiców. A jeżeli chodzi o sam poziom rozgrywek, to muszę przyznać, że w ostatnich latach poszedł w górę.

Nie ma pan wrażenia, że na Łotwie brakuje też pieniędzy dla futbolu? Wystarczy spojrzeć np. na inne postradzieckie republiki. Nawet w Mołdawii powstał silny klub, Sheriff Tiraspol, który grał nawet w fazie grupowej Ligi Europy. Takiej łotewskiej drużyny próżno szukać…

– Był taki klub, Skonto Ryga, który z Barceloną przegrał – na Camp Nou – 2:3, a potrafił też bezbramkowo zremisować z Chelsea. Wtedy pieniądze były duże, jak na łotewskie realia. Teraz ich nie ma, chociaż w ostatnich 3-4 latach pewne rzeczy poszły do przodu. Pojawili się w kilku klubach poważni sponsorzy. Zaczęto inwestować w obiekty treningowe. Wiadomo, że nie wszystko da się zrobić w rok czy dwa lata. Wiele będzie zależało od tego, jakie wyniki będą osiągać poszczególne zespoły w europejskich pucharach. Dla naszych klubów ewentualne zarobione pieniądze w rozgrywkach międzynarodowych to ogromna część budżetu. Przejście jednej rundy, które wiąże się z zarobieniem kilkudziesięciu tysięcy euro, to naprawdę bardzo duży zastrzyk finansowy.

sport2

W Sosnowcu trwa wyczekiwanie na decyzję Najwyższej Komisji Odwoławczej w sprawie skrócenia okresu dyskwalifikacji Vamary Sanogo. Od wydania werdyktu dzieli nas pięć dni.

Okoliczności zdarzenia ze stadionu przy Roosevelta wciąż budzą w Sosnowcu sprzeciw. – Komisja Ligi nie wzięła pod uwagę faktu, że rywal zagrodził naszemu zawodnikowi drogę, opóźniając wznowienie gry – mówi dyrektor sportowy Zagłębia, Robert Tomczyk. – To z tego powodu zrobiło się nerwowo i w pewnym momencie ręce Vamary znalazły się trochę za wysoko. Tymczasem tydzień wcześniej legionista William Remy z premedytacją podeptał przeciwnika i też dostał cztery mecze dyskwalifikacji, tyle że bez kary pieniężnej. Gdzie tu logika? Irytację budzi też przy Kresowej postawa instancji odwoławczych. Ale to akurat żadne novum.

Na rozpatrzenie odwołania w sprawie Alexandra Christovao, który został zdyskwalifikowany aż na 10 spotkań za brutalne potraktowanie Sebastiana Walukiewicza z Pogoni Szczecin, czekano aż miesiąc. – O tym, czy Sanogo będzie mógł zagrać przeciwko Miedzi, dowiemy się 27 marca, czyli trzy dni przed meczem – irytuje się trener beniaminka, Valdas Ivanauskas. – Nie rozumiem, co stało na przeszkodzie, by podjąć decyzję w tej sprawie na pierwszym posiedzeniu komisji po naszym odwołaniu, czyli 13 marca. Zamiast tego musimy czekać dwa tygodnie dłużej, nie wiadomo dlaczego. Niebywała biurokracja!

sport3

W niższych ligach piłkarze zarabiają na życie, chodząc do „normalnej” pracy. Nie brakuje takich, którzy grę w piłkę łączą z prowadzeniem własnych firm.

Przez pół roku Arkadiusz Lalko występował w II lidze w zespole Odry Opole. Względy logistyczne (dalekie dojazdy) oraz prowadzenie własnej firmy były jednym z czynników, który sprawił, że przygoda 28-letniego obecnie obrońcy na tym szczeblu rozgrywkowym trwała tak krótko. Popularny „Lalo” jest wychowankiem Polonii Niewiadom, klubu działającego w południowo-zachodniej dzielnicy Rybnika. Jako junior grał w Rymerze Niedobczyce, RKP Rybnik, Energetyku ROW-ie Rybnik. W III lidze po raz pierwszy zagrał zakładając koszulkę Startu Bogdanowice, w którym występował przez dwa lata. Udany był dla niego zwłaszcza sezon 2010/2011, gdy w 25 meczach ligowych strzelił sześć bramek. W tym klubie strzelił też swojego jedynego hat-tricka. – To była moja pożegnalna runda w Bogdanowicach – wspomina Arkadiusz Lalko. – Wygraliśmy wtedy w Namysłowie ze Startem 3:1. Zazwyczaj strzelam bramki głową, ale wtedy jedną z nich zdobyłem uderzeniem nogą.

Z CV Lalki wynika, że większą część swojej przygody z futbolem spędził w klubach trzecioligowych. Na jego piłkarskim szlaku znalazły się – oprócz wspomnianego Startu Bogdanowice – Przyszłość Rogów, Odra Wodzisław Śląski, Pniówek 74 Pawłowice i Unia Turza Śląska. W tym ostatnim klubie występuje do tej pory, chociaż jest to „tylko” liga okręgowa. Pewnie nasz bohater mógłby spróbować sił w wyższej lidze, ale grę w piłkę łączy z prowadzeniem własnej firmy. Obowiązków w niej ma aż nadto, bo pełni w niej rolę nie tylko szefa, ale również zaopatrzeniowca, księgowego, czy kierowcy, a poza tym pole jej działania jest bardzo szerokie. – Moja firma zajmuje się szeroko pojętą działalnością w zakresie ochrony przeciwpożarowej, począwszy od legalizacji, konserwacji i naprawy sprzętu gaśniczego, poprzez montaż instalacji ppoż powyżej tysiąca metrów sześciennych, konserwację urządzeń i hydrantów wewnętrznych, na montażu systemu sygnalizacji pożarowej, badaniu ciśnienia i wydajności instalacji hydrantowych kończąc – wyjaśnia Arkadiusz Lalko.

– Firmę założyłem w 2010 roku, w dwa miesiące po ukończeniu 20. roku życia. Dlaczego to zrobiłem? Byłem wtedy zawodnikiem III-ligowego Startu Bogdanowice, ale szukałem innego sposobu na życie. „Wciągnął” mnie do interesu mój tata, który również działa w tej branży. On zawsze przekonywał mnie, że muszę mieć plan B, gdyby kariera piłkarska nie ułożyła się po mojej myśli. W firmie zajmuję się praktycznie wszystkim, jestem również księgowym, ale wkrótce planuję zatrudnić kilka osób, które by mnie trochę odciążyły, bo firma się stale rozwija.

sport4

SUPER EXPRESS

Poza meczem kadry mamy krótką rozmowę ze Zdzisławem Kręciną, który chętnie sprzeda swoją wiedzę.

„Super Express”: – Jest o tobie cicho. Dlaczego?

Zdzisław Kręcina: – To dobrze, że jest cicho. To znak, że nie ma żadnych afer w polskiej piłce. A tak poważnie, to wreszcie odetchnąłem z ulgą, bo zakończył się proces dotyczący tzw. niegospodarności w PZPN i Widzewie. Po dziesięciu latach ja, Gienio Kolator, Michał Listkiewicz i kilka innych osób zostaliśmy uniewinnieni.

– Kiedy sprawa sądowa była w toku, zrezygnowałeś ze stanowiska dyrektora Piasta Gliwice. Po korzystnym dla ciebie wyroku sądu wrócisz na to stanowisko?

– Nie wiem. Zrezygnowałem, bo nie chciałem, żeby w klubie kojarzono mnie z tą przykrą sprawą. Człowiek budził się rano z myślą, że Widzew ma na sumieniu. Teraz mam spokojny sen.

se1

GAZETA WYBORCZA

Dwa teksty po wygranej z Austrią.

1. Brzęczek umie zmieniać. Podobno Jerzy Brzęczek ma coś, czego nie mieli Adam Nawałka, Waldemar Fornalik, Franciszek Smuda, Leo Beenhakker. Świetnie reaguje na to, co dzieje się na boisku. Potrafi dokonać korekt w składzie i wybrać odpowiednich zmienników. W środę to udowodnił. Już w przerwie wpuścił na boisko Przemysława Frankowskiego (za Arkadiusza Milika), niedługo później – Krzysztofa Piątka. I były to zmiany, dzięki którym reprezentacja zaczęła grać lepiej i zagrażać bramce Heinza Lindera. Najpierw w pole karne – po podaniu Piątka – wpadł Kamil Grosicki, po chwili napastnik Milanu strzelił gola, kilka minut później mógł trafić znów. To był wieczór, w którym decyzje selekcjonera miały fundamentalny wpływ na to, jak przebiegał mecz.

2. Polska nowo narodzona? Piłkarze Brzęczka od miesięcy marzyli o meczu, który zamknie te nieudane miesiące, udowodni, że wszystko, co najgorsze, mają za sobą. A potem zaczną pisać coś nowego, co nie będzie skażone klęską na mundialu. Nowy zespół nie narodził się w Guimaraes, gdzie padł remis z Portugalią, dziś nie sposób ocenić, czy narodził się w Wiedniu. Reprezentacja zaczęła bardzo słabo, mogła się cieszyć, że po pierwszej połowie nie przegrywała. Z drugiej strony, po sześciu meczach z rzędu nie straciła gola, po trzech remisach i trzech porażkach w końcu odniosła zwycięstwo. Nowe było też to, że na ławce selekcjoner trzyma piłkarzy zdolnych odmienić losy meczu. Zmieścić Lewandowskiego i Piątka w pierwszej jedenastce będzie trudno, ale to, że ten drugi może w każdej chwili wejść na boisko, czyni tę reprezentację groźniejszą.

gw1

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (2)