Olbrzymka, na której się lata. Rzecz o Letalnicy
Inne sporty

Olbrzymka, na której się lata. Rzecz o Letalnicy

Choć rekordy długości skoku od kilku lat bije się w norweskim Vikersund, to jednak ona pozostaje symbolem lotów narciarskich. To pod nią Kryształowe Kule odbierali Adam Małysz i Kamil Stoch. To tam od lat fantastycznie bawią się i kibice, i skoczkowie. Była Velikanką, jest Letalnicą. Nie zmieniło się jednak to, co najważniejsze: konkursy rozgrywane na niej to najlepsze zakończenie Pucharu Świata, jakie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Zanim przejdziemy dalej, coś sobie wyjaśnijmy: nie jest błędem używanie nazwy „Planica” w kontekście miejsca, ale błędne jest nazywanie tak tamtejszego mamuta. Bo fakt, stoi on w Planicy, ale nikt go tak nie nazwał. A swoją drogą – bo to ciekawa rzecz – czym właściwie jest ta Planica, o której co roku tyle się mówi? Nie jest to ani wioska, ani miasto, ani nawet wzgórze, jak norweskie Holmenkollen. Wręcz przeciwnie.

Planica to bowiem dolina, rozciągnięta pomiędzy szczytami Alp Julijskich, sięgających dobrze ponad 2000 metrów. Najbliższą do skoczni miejscowością jest Rateče, ale to malutka wioska, w której niewiele się dzieje, nie licząc faktu, że to tam znajduje się graniczny trójstyk Austrii, Słowenii i Włoch, przez który co roku przejeżdżają samochodami tysiące kibiców. Prawdziwe centrum tamtejszej okolicy skupia się jednak w Kranjskiej Gorze, oddalonej o 11 kilometrów. To z niej wiele osób dojeżdża pod skocznię, nierzadko stojąc w gigantycznych korkach. Te da się jednak ominąć. Wystarczy mieć w kieszeni kilkadziesiąt euro, a można załapać się na… przelot helikopterem. Mają rozmach ci Słoweńcy, co?

Odpowiemy sobie sami: mają. Ale nie tylko w tej kwestii. Konkursy w Planicy słyną bowiem nie tylko z helikopterów i ogromnej skoczni, ale też znakomitej atmosfery.

Święto skoków

No dobra, nic nie przebije Zakopanego, wiemy. Na drugim miejscu pod tym względem znalazłoby się zapewne Willingen, to też wiemy. Planica ma jednak swoją niewątpliwą magię. W dużej mierze to zasługa… pogody. Bo o ile zimy są tam bardzo mroźne i obfite w śnieg, o tyle w drugiej połowie marca pogoda jest już zwykle zupełnie inna. Często świeci słońce, zdarza się nawet, że za mocno i problematyczne staje się utrzymanie dobrych warunków do skakania. Dla kibiców to jednak wspaniała sprawa – można tam oglądać konkurs skoków narciarskich, robiąc to w koszulce z krótkim rękawem i popijając zimne piwo. Nic dziwnego, że Polacy lubią się tam pojawiać.

Miało być jednak o Słoweńcach, a dla nich ostatni weekend Pucharu Świata to prawdziwe święto. Choć obchodzą je trochę inaczej niż my w Zakopanem. Ciszej śpiewają hymn, nie mają zwyczaju malowania nazw miejscowości na flagach, raczej nie szaleje tam spiker, a włączenie muzyki nie jest równoznaczne z potrzebą przetestowania maksymalnej mocy głośników. Co do muzyki zresztą – tamtejsze zawody mają swój nieoficjalny hymn, włączany po każdym skoku dłuższym niż 200 metrów. Zwie się on po prostu „Planica, Planica”. Ot tak, żeby nikt nie zapomniał, gdzie jest. Jego autorem jest zespół Ansambel, założony przez braci Avsenik. I wiemy, że nic ich nazwisko wam nie mówi, ale warto wspomnieć, że jeden z nich – Slavko – sam na nartach skakał, od 1946 roku będąc nawet członkiem kadry Jugosławii. Swoją życiówkę (całe 74 metry), ustanowił właśnie w Planicy.

Wtedy na skoczni oglądało go jednak znacznie mniej osób, niż dziś słucha pod nią jego piosenek (to zresztą nie ten sam obiekt, ale o tym potem). Na przestrzeni lat pod słoweńskim mamutem gromadziły się bowiem naprawdę niezłe tłumy. W 1997 roku pod skocznię przybyło 70 tysięcy fanów. Oficjalnie to największa widownia jakiegokolwiek konkursu Pucharu Świata w historii. Nieoficjalnie? Pierwszy konkurs w Zakopanem z czasów „Małyszomanii” prawdopodobnie to przebił. Ale że ludzie oglądali go nawet z drzew i billboardów, to trudno było ich zliczyć. Z całą pewnością jednak to Planica dzierży rekord dla największej publiczności zgromadzonej pod skocznią w trakcie mistrzostw świata w lotach. W 1985 roku było to prawie 100 tysięcy osób. Innymi słowy: gdański Stadion Energa razy dwa… i jeszcze trochę.

Kibice bawią się tam co roku znakomicie, ale i skoczkowie bardzo cenią sobie konkursy w Planicy. – Uwielbiam Planicę, atmosferę tutaj, ale przede wszystkim skocznię z jej historią. W moim mniemaniu Letalnica to najlepszy mamut, jaki kiedykolwiek wybudowano. Zawsze przyjeżdżam tu z uśmiechem na twarzy i dodatkową energią – mówił kilka lat temu Kamil Stoch Polskiej Agencji Prasowej. A Dawid Kubacki dodawał: – Choć czasem rywalizacja w Planicy nie ma większej stawki, bo zwycięzca Pucharu Świata jest już znany, to nie przyjeżdżamy tutaj na wycieczkę. Na zawodach do końca trzeba być zmotywowanym i skoncentrowanym. Na pewno jednak w głowie już się pojawia perspektywa zbliżającego się luzu i to też wpływa na pozytywne odczucia.

Impreza

Sezon się kończy, pojawia się luz, więc co można zrobić? Oczywiście, balować! Skoczkowie to też ludzie i choć na co dzień przestrzegają ścisłej diety, to w ostatni weekend pozwalają sobie na nieco więcej. Rokrocznie w wiosce zawodników w Planicy można spróbować specjałów kuchni każdego z krajów, którego zawodnicy się w Słowenii pojawili. Z Rosji jest więc kawior, ze Szwajcarii sery, wszędzie też da się dostać smażoną kiełbasę. A co przygotowują Polacy?

– Zawsze staramy się przywieźć regionalne przysmaki. Serwujemy pieczoną na grillu karkówkę, oscypki, ogórki konserwowe, pyszne kiełbaski, kabanosy. Sporym zainteresowaniem cieszą się zawsze również nasze płynne smakołyki. Zazwyczaj jest dobre polskie piwo, ale dla odważniejszych bywa też coś mocniejszego, jak trunki domowej roboty – wspominał Adam Małysz na swojej oficjalnej stronie.

Zresztą, co do Małysza, to Jerzy Kleszcz, przez wiele lat jeżdżący za Adamem z aparatem i robiący mu zdjęcie niemal przy każdej okazji, wspominał w wywiadzie z nami, że jedna z najlepszych imprez odbyła się w 2011 roku, gdy „Orła z Wisły” ostatecznie żegnał świat skoków.

– Konkurs skończono wtedy szybciej [po jednej serii – przyp. red.], ale pożegnanie było fantastyczne, niesamowita feta. […] wtedy były dziewczyny – Iza Małyszowa i żony pozostałych skoczków – które przygotowały tak fantastyczne przyjęcie, że to się nie mieści w głowie. Do dzisiaj pamiętam, jak piekły się te befsztyki czy nalewało piwo… Przepiękna impreza. Naprawdę fajnie było. Zresztą co roku jest, ale wtedy było wyjątkowo.

I tak, alkohol tam to żadna nowość czy zaskoczenie. Swego czasu można było spróbować cytrynówki z… wesela Kamila Stocha. Niemal rokrocznie pojawia się też podobno polska śliwowica. A że w Pucharze Świata skaczą też, znani z zamiłowania do mocnych trunków Finowie i Rosjanie, czy też kochający piwo Niemcy, to wiadomo, że czego jak czego, ale alkoholu na skosztowanie tam nie zabraknie (Piotr Żyła wspominał kiedyś, że uwielbia Planicę, wyróżniając w niej dalekie loty i… właśnie kiełbasę z piwem). Zresztą nie brakuje go też wśród kibiców, ale tu uwaga(!) – na trybuny nie można wnosić swojego, zaopatrzyć można się jedynie na stoiskach pod skocznią.

Gdy zawody się już skończą, można pójść w tango. Najpierw trzeba jedynie wrócić do Kranjskiej Gory czy innego miasta. Tam, jeśli traficie do dobrego klubu, istnieje szansa, że spotkacie skoczków, nawet jeśli został im jeszcze jeden dzień skakania. Janne Ahonen zdradził bowiem w swojej autobiografii, że kiedyś sam zabalował i w ostatni dzień sezonu skakał na srogim kacu. Dodał jednak, że zapewne nie tylko on, bo bawiąc się, widział wiele znajomych twarzy.

A skoro o Janne Ahonenie mowa…

Magia

To po wspomnianej libacji skoczył w jednym z najlepszych konkursów w historii… lądując w nim najdalej. Ups, przepraszamy: dolatując w nim najdalej. Wylądować to on akurat nie do końca zdołał. Zresztą już rano czuł, że cała noc balowania nie była chyba najlepszym pomysłem. W swojej autobiografii wspominał, że gdy wyjrzał przez okno i zobaczył Letalnicę, złapał się jedynie za głowę i kolegom – którzy z nim byli, pili i latali – powiedział: „Chłopaki, zaraz będziemy startować na największej skoczni świata”. Swoją drogą refleksja ta naszła go w momencie, gdy stał na balkonie i palił papierosa. Wzór sportowca, co? Na wycofanie się z konkursu było już wtedy za późno, trzeba było usiąść na belce, zjechać w dół rozbiegu, odbić się i…

…dolecieć do 240 metra. Jasne, dziś ta odległość na nikim nie robi już wrażenia, ale – gdyby Janne ustał skok – byłaby rekordem świata przez kolejnych sześć lat, aż do rozbudowy skoczni w Vikersund. Zresztą konkurs, w którym Fin oddał swój skok (a po upadku odpędzał od siebie lekarzy, bo nie chciał, by poczuli zapach alkoholu), był naprawdę niesamowity. W jeden dzień rekord świata pobijano trzykrotnie (raz też wyrównując), przesuwając jego granicę z 231 na 239 metrów. Gdy Bjoern Einar Romoeren w pierwszej serii lądował na odległości 234,5 m, wydawało się, że nikt już nie skoczy dalej. W drugiej odpowiedział jednak Matti Hautamaeki, czyli… poprzedni rekordzista, przeskakując Norwega o metr.

Z odzyskanego rekordu nie cieszył się jednak długo. Bo swój drugi skok oddawał niedługo po nim Romoeren. I huknął tak, że widownia pod skocznią eksplodowała z zachwytu. To była odległość, której nikt nie spodziewał się wówczas w Planicy ujrzeć. Odległość rozbudzająca na nowo marzenia o skokach na 250 metr – zrealizowanych dopiero dziesięć lat później i to w Norwegii. Kilka minut później na trybunach zaległa jednak cisza, bo wywrócił się Ahonen (zresztą tuż przed nim na nartach nie utrzymał się też Tommy Ingebrigtsen, lądując na 236 metrze), któremu jednak nic poważnego się nie stało i niedługo później odbierał Kryształową Kulę za zwycięstwo w całym sezonie. Miał więc nowy powód do świętowania.

Letalnica to oczywiście miejsce szczególne dla rekordu świata w długości skoku. Bito lub wyrównywano go tam 28 razy (a 11 innych prób na rekordową odległość skończyło się podpórką lub upadkiem). Jako pierwszy zrobił to Bjoern Wirkola, osiągając 156 metrów w 1969 roku. Już osiemnaście lat później były to jednak 194 metry. I to ważna data, bo raz, że rekordzistą był Polak, Piotr Fijas, a dwa że nikt w historii nie poszybował dalej stylem klasycznym. Nie tylko w Planicy, w ogóle. Na łamach „Gazety Krakowskiej” wspominał później:

– Na pewno skakało się wtedy trochę trudniej. W tej chwili skacze się bezpieczniej. Styl V, inny sprzęt, zmienione profile skoczni, dzięki czemu nie ma takiego wysokiego lotu. Kiedyś w najwyższym punkcie leciało się 10-12 metrów nad zeskokiem. Teraz takich wysokości w przelocie nie ma, frunie się bliżej zeskoku. A co za tym idzie, do lądowania podchodzi się płynniej i z niższej wysokości, my, można powiedzieć, spadaliśmy na dół. Trudniej było ustać przy lądowaniu. Czy współczesny skoczek wystraszyłby się takiej skoczni? Myślę, że dałby radę skoczyć. Tym bardziej na tym sprzęcie, który jest teraz do dyspozycji. Bez wątpienia prędkości na progu byłyby dużo niższe. My skakaliśmy na prędkościach w granicach 108-110 km na godzinę, a nawet wyższych. 

Poza sprzętem, pojawił się też nowy styl, „V”. I to wraz z jego wprowadzeniem, znów zaczęto pobijać rekordy. Pierwszy z nich ustanowił Martin Hoellwarth, ale o jego skoku nikt już nie pamięta. Dlaczego? Bo tego samego dnia Toni Nieminen został pierwszym gościem w historii, który przeskoczył 200 metrów, lądując o trzy metry dalej (byłby nim Andreas Goldberger, ale upadł po lądowaniu na 202 metrze). Jego rekord utrzymał się… dzień. Bo potem już poszło i najdłuższych skoków było jeszcze sporo. Aż do Romoerena, ostatniego rekordzisty świata z Planicy. Dziś najdłuższa odległość osiągnięta na słoweńskiej skoczni to 251,5 metra Kamila Stocha. Ustana (kontrowersyjnie zresztą), bo dalej lądował m.in. Gregor Schlierenzauer.

I to jest właśnie magia Planicy, której nie da się chyba lepiej wyrazić, niż zrobili to Ahonen, Romoeren i reszta przed trzynastu laty. Żałujemy jedynie, że w mistrzowskiej formie nie był wtedy Adam Małysz, który mógłby do towarzystwa lotników dołączyć. Tym bardziej, że to skocznia, na której te loty po prostu wspaniale się ogląda. Gdy tylko skoczkowie przelecą nad bulą (a robią to z ogromną prędkością i każdy ich błąd może zostać srogo skarcony, zapytajcie Roberta Mateję), profil skoczni sprawia, że unoszą się wysoko nad zeskokiem. Co prawda kilka lat temu – by pozwolić zawodnikom dolatywać jeszcze dalej i rywalizować z Vikersund – nieco go zmieniono, ale widok wyłaniającego się zza buli i wznoszącego wysoko Kamila Stocha czy Stefana Krafta, wciąż wygląda niesamowicie.

Velikanki dwie

Zapowiadaliśmy, że do tego dojdziemy. Bo to, co wielu wciąż zna jako „Velikankę”, to już „Letalnica”. Po polsku możemy powiedzieć, że „Olbrzymka” stała się… „skocznią do lotów”. Nie są przesadnie pomysłowi ci Słoweńcy, co? I od razu, bo trzeba je zadać, inne pytanie: skąd jednak potrzeba tej zmiany? Otóż przez wiele lat w Planicy istniały dwie skocznie, które nazywały się dokładnie tak samo. Czas na krótką lekcję historii.

Generalnie skakać w Słowenii rozpoczęto już w 1921 roku, ale w Planicy dopiero 13 lat później. Wtedy to powstała tam, zaprojektowana przez Stanko Bloudka, Velikanka, mająca pozwolić przekroczyć magiczną wówczas granicę 100 metrów. Udało się po dwóch latach, gdy tyle wyskakał tam Josef Bradl. Kolejne rekordy padały… w trakcie II wojny światowej. Gdy ta się kończyła, trzeba było pobić już 118 metrów. Na Bloudkovej Velikance stało się to jednak tylko raz, gdy Fritz Tschannen ze Szwajcarii skoczył równo 120 metrów. Potem rekord pobijano w Oberstdorfie i Kulm.

Żeby to zmienić, Słoweńcy wzięli się za budowę nowej skoczni, którą zaprojektowali bracia Vlad i Janez Gorišek. I tu się na chwilę zatrzymamy, żeby odpowiedzieć o drugim z nich. Bo to mistrz w swoim fachu, który wciąż – a na karku ma 85 lat – jest aktywny zawodowo. I przy okazji zadbał o to, żeby mieć następcę, bo do fachu przyuczył swojego syna, Sebastiana.

Janez sam skakał, w latach 50. był nawet reprezentantem Jugosławii. Sukcesów jednak nie osiągnął, ale gdyby nie kariera zawodnicza, pewnie nie projektowałby dziś skoczni. Sam wspomina, że wiele dowiedział się od Stanko Bloudka, którego poznał, gdy skakał na skoczni jego projektu. Portalowi skokinarciarskie.pl mówił, że Bloudek…

– Towarzyszył nam w dzieciństwie. Zawsze stał [pod skocznią] i przyglądał się nam. Wszystko to mnie interesowało, dlatego miałem do niego wiele pytań o technikę skoku. Wytłumaczył nam to i tak zdobyłem pierwsze informacje, jak on to wszystko widział. Dla nas był to wielki dar, bo zupełnie nic nie wiedzieliśmy o skokach. Miałem szczęście, że poszedłem na studia i nauczyłem się tych wyliczeń i krzywych… Wszystko to dalej rozwijałem. Bloudek miał jakieś wytyczne opracowane przez innych, ja musiałem do budowy mamuta stworzyć nową koncepcję. Dużą zaletą było to, że sam byłem skoczkiem i mogłem połączyć wiedzę z wrażeniami i odczuciami.

Tak zaczął swoją przygodę z projektowaniem skoczni. A już w wieku 35 lat zaprojektował tę, na której miały być pobijane kolejne rekordy świata – Velikankę. Drugą, jaka stanęła w Planicy. Jak tłumaczył, do tematu podszedł inaczej, niż to robiono do tej pory, starał się odnaleźć nowy, autorski profil skoczni, na którym zawodnicy mogliby latać daleko, ale też czuć się bezpiecznie. Na tyle, ile to możliwe. Wkrótce okazało się, że zrobił to znakomicie, bo w Planicy padały kolejne rekordy. Już na pierwszych zawodach najdłużej na świecie skakano… pięć razy! Sam Gorišek nadzorował zresztą kolejne jej przebudowy, nawet tą z 2013 roku.

Co jednak stało się ze starą Velikanką? Cóż, straciła dużą część ze swojej dawnej chwały, choć zawody odbywały się tam stosunkowo długo. Na początku XXI wieku stara skocznia uległa jednak zniszczeniu. Na jej miejscu wybudowano nową, ale dopiero w latach 2012-2013, z myślą o tym, by zorganizować w Planicy mistrzostwa świata (Słoweńcy chcieli takie w 2017 roku, zorganizują w 2023). Obok niej dobudowano zresztą kolejne, mniejsze, tworząc cały kompleks z – jak twierdzą zgodnie wszyscy skoczkowie – fantastycznym zapleczem.

Swoją drogą, jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego właściwie w Planicy skaczą tak wcześnie rano, to podrzucamy kilka słów od jej projektanta ze wspomnianego już wywiadu:

– Planica ma najsłabsze warunki. Wszystkie inne skocznie mają lepszą nośność ze względu na wysokość nad poziomem morza. Od tego zależy ciśnienie atmosferyczne. My za to mamy do czynienia z krążeniem powietrza pomiędzy dwoma wzgórzami i tak tworzy się termika. W Planicy jest jeden okres w ciągu dnia – od pół godziny do godziny – kiedy sytuacja jest inna. Kiedy słońce daje dużo ciepła, wtedy mamy wiatr od dwóch do trzech metrów na sekundę i jest idealnie. W tym czasie warunki są doskonałe. Jeśli ta przewaga zostanie wykorzystana, skoczkowie będą mogli latać daleko. 

A co właściwie jej projektant na to, że straciła ona rekord świata? O dziwo, cieszył się. I nie, nie zwariował. Po prostu to on zaprojektował też skocznię w Vikersund. I Kulm. I Oberstdorfie. I mniejsze obiekty w Sarajewie. I Erzurum. I słoweńskim Ljubno. I wielu innych. W skrócie: jeśli gdzieś na świecie stoi skocznia narciarska, istnieje prawdopodobieństwo, że maczał swoje palce przy jej budowie lub modernizacji. A jeśli planujecie akurat jakąś wybudować, wiecie do kogo powinniście uderzyć.

I choć Velikanka/Letalnica to skocznia słoweńska, a najlepsi lotnicy na przestrzeni lat pochodzili raczej z Norwegii, Finlandii czy Austrii, to i my zapisaliśmy swoje – całkiem ładne zresztą – karty w jej historii.

Polskie akcenty

Nie Kamil Stoch. Nie Adam Małysz. Nawet nie wspomniany już Piotr Fijas. Więc kto? Stanisław Marusarz! To on otworzył piękną historię polskich skoków w Planicy. Słynny „Dziadek” już 17 marca 1935 roku został tam… rekordzistą świata. To nie błąd. Marusarz skoczył wtedy 95 metrów (lub nie, ale o tym za moment). W konkursie miał wtedy rywalizować z mocnymi Norwegami, ale ci po treningach wycofali się ze startu. Jak wspominał sam skoczek:

– Byłem w doskonałej formie. Dystansowałem wszystkich skoczków o najmniej 2-3 m. Norwegowie byli tym bardzo zmartwieni. Codziennie mieli telefon z Oslo i jak twierdzono zdawali Związkowi szczegółowe raporty z przebiegu treningów. Słyszałem, jak Reidar Andersen krzyczał z uniesieniem kilkakrotnie do słuchawki – „Marusar”. (…) Wśród skoczków zagranicznych krążyła pogłoska, że (…) Norweski Związek Narciarski zabronił zawodnikom skakania w obawie… abym ich nie pokonał.

Oficjalnie mówiło się, że Norwegom zabroniono skakania na skoczniach mamucich. Problem w tym, że rok wcześniej skoki na Velikance oddawali, a już po konkursie zgłosili… chęć pobicia rekordu świata. Wraz z nimi skakał i Marusarz, który wcześniej tego dnia oddał już trzy skoki i to z urazem, jakiego nabawił się wcześniej w Szwajcarii. A przypomnijmy – nie było wtedy wyciągów, zawodnik sam podchodził na belkę.

Na pobicie rekordu „Dziadek” wymyślił swój sposób i na samej krawędzi progu usypał sobie dodatkowy, ze śniegu, który miał mu pozwolić wybić się lepiej i polecieć dalej. Ale, gdy już jechał po rozbiegu, zauważył, że ten… zniknął (dopiero później dowiedział się, że zburzyli go Norwegowie). Wybił się więc w porę i skoczył na 95 metr. I właśnie: tak podają oficjalne tabele dziś. Wtedy mówiło się też podobno, że wylądował dwa metry dalej, a źródła nie są w tej kwestii zgodne. Wiele to jednak nie zmienia, bo chwilę później Reidar Andersen wylądował na 99. metrze i to on – aż do kolejnego roku, gdy wreszcie przekroczono sto metrów – dzierżył palmę pierwszeństwa na liście najdłuższych skoków w historii.

Druga polska karta to wspomniany już Piotr Fijas. Nie będziemy więc znów się o nim rozpisywać, a przejść możemy do tego, co działo się za czasów Adama Małysza. Bo Polak, choć nigdy wielkim lotnikiem nie był, potrafił na Velikance zachwycić. Zresztą pierwszy raz zrobił to na rok przed tym, jak skoczni zmieniono nazwę, 20 marca 2003 roku. Wyrównał wtedy rekord świata Andreasa Goldbergera. Wielu dziś o tym jednak nie pamięta, bo raz, że „wyrównał”, a nie „pobił”, a dwa – tego samego dnia jeszcze trzy razy nowy rekord ustanawiał Matti Hautamaeki.

Adam więcej rekordzistą świata nie był, ale za to czterokrotnie odbierał w Planicy Kryształową Kulę. Po raz czwarty w 2007 roku, gdy Włodzimierz Szaranowicz wreszcie triumfalnie mógł zakrzyknąć „Velikanka wzięta!”. „Orzeł z Wisły” trzykrotnie wygrywał wtedy w Słowenii, wyprzedzając na finiszu Pucharu Świata Andersa Jacobsena i udowadniając, że to jemu najbardziej należała się główna nagroda. I faktycznie, na Letalnicy był wówczas bezkonkurencyjny, nie dało się go zatrzymać. 14 punktów przewagi, jakie miał Norweg przed pierwszym z tych konkursów, zamieniło się w 134 punkty straty do Polaka.

Dla Adama były to jednak jedyne zwycięstwa w Planicy. Choć jeszcze kilkukrotnie był blisko, bo w 2009 roku trzykrotnie był drugi (w tym raz w drużynie, w której znaleźli się też Kamil Stoch, Stefan Hula i… Łukasz Rutkowski). Później, w 2011 roku, żegnając się ze światowymi skoczniami, zajął trzecie miejsce, przekazując pałeczkę lidera kadry Kamilowi Stochowi, który wygrał tamten konkurs. A potem w Planicy młodszy z Polaków triumfował jeszcze dwa razy – w zeszłym roku – gdy odbierał swoją drugą Kryształową Kulę.

W tym sezonie już wiemy, komu zostanie ona wręczona po niedzielnym konkursie. Jak mówił jednak Dawid Kubacki – nie oznacza to, że skoczkowie będą tam, by sobie pozwiedzać. Wręcz przeciwnie. Jeśli czegoś możemy się po nich spodziewać, to wspaniałej rywalizacji i, kto wie, może nowego rekordu świata?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix