Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Od jakiegoś czasu ludzie z naprawdę różnych środowisk są zgodni – polski futbol nie cierpi wyłącznie ze względu na to, jaki naprawdę jest, ale również z uwagi na swoją złą sławę. Futbol cierpi nie dlatego, że po murawach Ekstraklasy hasają chuligani uzbrojeni w pałki, ale dlatego, że w oczach społeczeństwa nadal utrwalone są obrazki z lat dziewięćdziesiątych. Choć na wielu stadionach nie da się już zmoknąć a przy odrobinie szczęścia da się kupić popcorn zupełnie jak na meczach NBA, pokutuje opinia budowana latami o zaniedbanych ruderach dla niepoznaki nazywanych trybunami. Choć w wielu klubach władze pełnią młodzi i dynamiczni menedżerowie, biznesmeni nadal są przekonani, że do stołu przyjdzie im siadać z „leśnymi dziadkami” i „betonem”. 

Nade wszystko zaś – choć od lat nikogo nie udało się złapać za rękę, to przecież „wszyscy wiemy”, że „ta cała liga jest ustawiona”.

Z mojej perspektywy kreowanie przekonania, że liga nie jest uczciwa, jest chyba najgroźniejsze dla postronnego kibica. O ile archaiczny stadion czy racowisko pięć sektorów dalej zmniejsza tymczasowo komfort oglądania meczu, o tyle podważenie uczciwości rozgrywek odbiera cały smak nie tyle 90-minutowego spektaklu, ale całej rocznej kampanii, szczelnie zapełnionej meczami.

Próbuję sobie wyobrazić perspektywę „niedzielnego” sympatyka. Iść na mecz, podczas którego przez 5 minut nic nie będzie widać z powodu dymu po odpalonych racach? Zostaje 85 minut spektaklu. Iść na mecz, podczas którego przeszkadzają sypiące się tynki, smród z toi-toiów i deszcz zacinający prosto w twarz? Cóż, przynajmniej nic nie zasłania widoku, można nadal podziwiać zawodników. Ale wybrać się na stadion ze świadomością, że obejrzy się teatr? Ustawione spotkanie, w którym każdy z uczestników ma swoją rolę, w którym ostateczny wynik jest ustalony jeszcze przed pierwszym gwizdkiem?

To zaprzeczenie idei sportu, największy z grzechów. Są grzechy i grzeszki utrudniające oglądanie sportu, komplikujące sytuację oglądających sport czy czasowo uniemożliwiające oglądanie sportu. Ale nieuczciwość to coś więcej, to jest wywracanie do góry nogami całej rzeczywistości, to jest wykluczenie sportu, więc i zmiana katalogu definicji.

A jednak, rokrocznie samo środowisko piłkarskie robi wiele, by utrwalać szkodliwe stereotypy rodem z lat dziewięćdziesiątych. 11 miesięcy temu pisałem:

Prezes ekstraklasowego klubu, pani Danuta Witkowska, w przerwie rozgrywanego przez jej drużynę meczu ładuje na oficjalną stronę komunikat, że jej zdaniem mecz jest ustawiony – bo to chyba jedyna możliwa interpretacja słów o „Piłkarskim pokerze”. Wersję wydają się podtrzymywać inni ludzie z Niecieczy, ponieważ oświadczenie wisi na stronie do dziś, wzbogacone również zostało o kontrowersję w polu karnym. Arkadiusz Aleksander z Sandecji w podobnym tonie zaznacza na Twitterze, że dla jego drużyny nie gwiżdże się rzutów karnych. Potem głos zabiera Ryszard Niemiec, członek zarządu PZPN-u, który stwierdza, że w sumie to sędzia podczas meczu w Niecieczy był stronniczy.

Potem mamy jeszcze (od członka zarządu PZPN-u!) wrzutki, że trwa casting na nowego Lagunę, w dodatku „coś mu podpowiada, że jeszcze raz w życiu przyjdzie mu stanąć na czele ogólnopolskiej komisji, weryfikującej sędziów piłkarskich”.

Niestety, dziś problem wraca z pełną siłą i znów korupcję zarzucają ludzie wpływowi. Stefan Szczepłek w najnowszym magazynie „Press”, zwierza się, że bukmacherka ustawia wyniki na całym świecie, a następnie dodaje, że u nas dziennikarze promują zakłady. W dodatku on do trenerów zaufania nie ma i choć nie pisze wprost, to przemyca swoje wnioski między wierszami. Domyślny czytelnik łączy fakty – oho, u nas ustawiają, ale dziennikarze maskują ustawiających. Skoro tak myśli naprawdę doświadczony dziennikarz, to czy możemy dziwić się działaczom i politykom?

Zagłębie Sosnowiec właściwie oficjalnie stwierdza, że jest kręcone i całe środowisko piłkarskie walczy, by spuścić beniaminka z powrotem do I ligi. Prezydent Sosnowca, Arkadiusz Chęciński, napisał na Twitterze już w grudniu: „może wycofamy drużynę z rozgrywek zamiast tracić pieniądze skoro i tak chcecie naszego spadku”, oznaczając m.in. Zbigniewa Bońka. Na odpowiedź prezesa PZPN-u z prośbą o doprecyzowanie, kto chce spadku Zagłębia, prezydent odpisał: „dziwne, że sędziowie popełniają błędy tylko w jedną stronę. Nawet VAR pokazuje nie to co wszyscy widzą”.

Jeżeli są ludzie przeciwko nam w PZPN czy we władzach ligi, to my i tak mówimy im, że będziemy walczyli o utrzymanie do końca. (…) Po takich meczach piłkarze siedzą smutni w szatni, niektórzy płaczą, a obok – w swojej szatni – sędziowie się śmieją. Cała Polska się z nas śmieje. Nie możemy tego zaakceptować.

To już wypowiedzi Valdasa Ivanauskasa spisane przez Dziennik Zachodni po meczu z Górnikiem Zabrze. Po swojemu skomentował mecz też Chęciński, wrzucając kontrowersyjną sytuację z komentarzem: ciekawe, że tego VAR nie widział. Klub spornym sytuacjom poświęcił nawet specjalną konferencję, na której omawiał błędy sędziów, a dziennikarzom rozesłał listę sytuacji, w których VAR został użyty przeciw Zagłębiu oraz na jego korzyść. Urocza była puenta: to sucha statystyka, klub tego nie komentuje.

Rozumiem frustrację wynikającą z poziomu sędziowania – pamiętam jak kibice ŁKS-u wyliczali pomyłki, które ich zdaniem uniemożliwiły nam awans do II ligi w sezonie, w którym promocję wywalczyła Polonia Warszawa. Sam się wściekałem, sam nieszczególnie ładnie wypowiadałem się o pracy arbitrów, ale nigdy nie wpadłoby mi do głowy, że kręcą nas, bo „Polonia musi awansować”. Zwłaszcza, że sezon później nikt nie gwizdał tak, żeby „Polonia musiała się utrzymać”. Zresztą, o tym jak szybko rolę się odwracają widzę po samym ŁKS-ie. W 2016 roku strona kibiców ŁKS Fans opublikowała film z pomyłkami sędziowskimi, które mogły mieć wpływ na stratę punktową ŁKS-u do Polonii Warszawa. W 2019 roku Stal Mielec na swoim Facebooku opublikowała film z pomyłkami sędziowskimi, które mogą mieć wpływ na stratę punktową mielczan do… ŁKS-u.

Sędziowie nigdy nie będą idealni, to naturalne. Będą się mylić, czasem nawet w taki sposób, że na gorąco i w emocjach będzie można im zarzucić złą wolę. Ba, dopuszczam do siebie myśl, że za jakiś czas – albo nawet jakiś czas temu – w polskiej lidze pojawi/pojawił się skorumpowany sędzia. Tak się jednak składa, że dość mocno pracowałem przy temacie rumuńskich trenerów Floty Świnoujście i wówczas przekonałem się na własne oczy, jak łatwe do wykrycia jest właściwie każde oszustwo.

Czym w ogóle jest to słynne „ustawianie spotkań przez mafię bukmacherską”? Generalnie chodzi o wygolenie z pieniędzy bukmacherów, to oni są tutaj pokrzywdzeni. Ludzie w Azji stawiają duże stawki na nietypowe zakłady w absolutnie nietypowych meczach. Idealne były sparingi Floty Świnoujście, które nikogo nie interesowały, a jednak, były traktowane jako oficjalne mecze towarzyskie ówczesnego klubu I ligi. Wzięciem cieszyły się łamańce – do przerwy prowadzi Flota, cały mecz kończy się jej porażką. Co się dzieje dalej? Bukmacherzy broniąc się przed oszustami współpracują między sobą. Gdy okazuje się, że gdzieś zawierane są podejrzane zakłady, informację od razu otrzymują wszyscy zainteresowani. Raban robi się właściwie jeszcze w trakcie trwania meczu, a po końcowym gwizdku śledztwo prowadzi przynajmniej kilka podmiotów.

Nie da się zrobić tak, że dziś płacisz 100 tysięcy sędziemu, jutro stawiasz 500 koła u bukmachera, a już pojutrze przeliczasz swoje miliony, które otrzymałeś za czerwoną kartkę w obstawionym przez ciebie meczu. Nie. Bukmacherzy mają swoje narzędzia, by się bronić, środowisko piłkarskie swoje, międzynarodowe organizacje swoje, a przecież są jeszcze organy ścigania.

Dlatego bodaj najpopularniejsze przypadki obstawiania spotkań to mecze totalnie na uboczu – jakieś sparingi, druga liga turecka, druga liga chorwacka czy inne tego typu, a najłatwiejsze do ustawienia – najprostsze zakłady, żółte kartki, auty, rożne czy sparingowe łamańce, które przecież wyglądają naturalnie, gdy trener w połowie wymienia podstawowych skład na jedenastu testowanych zawodników.

Hipotetyczne ustawienie spadku Zagłębia Sosnowiec czy braku awansu Stali Mielec musiałoby być tak szeroko zakrojoną akcją, że cały futbol straciłby sens – bo okazałoby się, że właściwie wszyscy są umoczeni. Dlatego zarzucanie jakichś mitycznych spółdzielni jest tak szkodliwe dla wizerunku całej naszej piłki nożnej, zwłaszcza, gdy wciąż żywy w świadomości wielu kibiców jest obraz przedstawiony w „Piłkarskim pokerze”, czy mecze pokroju Zagłębia z Cracovią ponad dekadę temu.

Sami, na własne życzenie, utrwalamy nieaktualny stereotyp, który zniechęca tysiące sympatyków futbolu od śledzenia rodzimej ligi.

Co najśmieszniejsze – przerzucają się na śledzenie PSG, które właśnie w iście czarodziejski sposób ominęło karę od federacji za omijanie zasad Financial Fair Play. Nie jestem naiwny, korupcja istnieje. Ale tam, gdzie naprawdę da się na niej coś ugrać, a nie w polskiej lidze, gdzie do uratowania jednego z największych polskich klubów wystarczył milion euro na trzech.

***

Po derbach Krakowa trwa dyskusja: czy jeśli kibice Cracovii dumnie określają się mianem Żydów, to czy kibice Wisły mogą ich od „żydów” wyzywać i śpiewać haniebne przyśpiewki z jasnym kontekstem. Sam kiedyś byłem przekonany, że wyzywanie się w taki sposób na łódzkich ulicach to lokalny, nieszkodliwy folklor. Do mojego miasta przyjeżdżają liczne żydowskie wycieczki, które często spacerują ulicą Pomorską, uchodzącą za nieszczególnie bezpieczną a już na pewno nieszczególnie tolerancyjną, skoro na co drugim murze są napisy o Żydach. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek właściwych Żydów spotkały jakieś nieprzyjemności ze strony ludzi, którzy na co dzień obrażają „żydów” z drugiej strony miasta.

A skoro tak, to w czym problem? – dopytywałem i przyznaję, było to dość naiwne.

Nie mam wątpliwości, że te dziewczyny z pierwszego planu na Wiśle nie chcą palić żadnych izraelitów, być może nie wiedzą nawet, gdzie ten Izrael właściwie leży. Podobnie jest z łódzkimi dzieciakami, które po prostu powtarzają po starszych, że ci drudzy to „żydzi”. Ale kurczę, nie chodzi o to, kogo identyfikujemy jako „żyda”, chodzi o to, jak traktujemy samo słowo.

Nazywam kogoś „żydem”, bo w moim rozumieniu to obelga. Czyli innymi słowy: uważam, że słowo „żyd” jest obraźliwe, że ma negatywne znaczenie, że jest pejoratywne. To nie jest fair, zwłaszcza, że coraz częściej jest wykorzystywane w cyniczny sposób. Ktoś pyta: a ty byś się obraził, gdyby cię nazwano Polaczkiem? No nie, pewnie bym się nie obraził, jestem dumny z pochodzenia. Ale jednocześnie nie czułbym się komfortowo, gdyby – na przykład – kibice dwóch klubów z Lipska wyzywali się od Polaczków, chcąc w ten sposób dogryźć rywalom. Nie dziwię się, że Żydzi nie czują się komfortowo jadąc ulicą, gdzie ja i moi koledzy z drugiej strony miasta niedawno wyzywaliśmy się od „żydów”.

Dlatego kompletnie nie dziwią mnie działania Chelsea, by wyplenić śpiewy o kibicach Tottenhamu z Yid Army, dlatego nie dziwią mnie reakcje Jarosława Królewskiego na derbowe przyśpiewki i nie dziwi mnie wypowiedź Jurasa sprzed 5 lat, gdy zwierzał się, co śpiewał za młodu o Widzewie, a co uważa dziś za haniebne. Polski język jest na tyle bogaty i plastyczny, że przeciwnikowi można dogryźć na tysiąc sposób, pięćset wulgarnych i trzysta żartobliwych. Nienawidźmy się, w końcu to skrajne emocje, w tym nienawiść, budują popularność piłki nożnej, zapytajcie w Buenos Aires. Ale jednocześnie myślmy.

Mówiąc dosadnie, to co można powiedzieć kumplowi przy flaszce, niekoniecznie nadaje się, by powtórzyć to w obecności jego żony i pracodawcy.

A zanim ktoś zarzuci, że to terror poprawności politycznej, niech jeszcze raz przeczyta „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka.

***

Nie rozumiem i nie zrozumiem za to zmiany polityki w stosunku do pirotechniki. Był taki moment, nawet w karach od Komisji Ligi i Wydziału Dyscypliny PZPN-u, gdy wprowadzono bardzo sztywne rozgraniczenie. Odpalenie racy? No nieładnie, ale to w sumie drobiazg, symboliczna kara finansowa. Rzucenie racy na murawę, w sektor gości, jakiekolwiek użycie poza tym podstawowym, w charakterze oprawy – bardzo ostre grzywny, zakazy i inne niedogodności dla grupy wyjazdowej. Recydywa? Jeszcze bardziej surowe wyroki.

Teraz to rozgraniczenie zupełnie znika, pirotechnika staje się wrogiem numer jeden nawet, gdy po prostu współtworzy oprawę, a monstrualne kary wymierza się już za trzymanie sektorówki, co podciągane jest pod „poplecznictwo” dla osób odpalających pirotechnikę. Moim zdaniem ta zmiana frontu przyniesie odwrotne skutki, ze zmniejszeniem bezpieczeństwa na obiekcie włącznie. Już wcześniej wymuszanie słynnych „przebieranek” czy odpalanie pirotechniki pod flagami stwarzało większe zagrożenie pożarowe niż wcześniejsze status quo. Teraz trybuny wymyślą nowe sposoby na wygranie tej gry w kotka i myszkę, ale ich długofalowe skutki trudno przewidzieć.

A w kwestii kreatywności to naprawdę trudna do pokonania grupa. Szwedzcy kibice zakaz używania elementów maskujących twarz ominęli poprzez kartę-pułapkę. Przywdzianie burki.

Znalezione obrazy dla zapytania swedish fans niqab

No, śmiało, każ im to zdjąć, islamofobie!