Wyszedłem z konferencji, bo nie mogłem słuchać, że Legia kontrolowała mecz
Weszło

Wyszedłem z konferencji, bo nie mogłem słuchać, że Legia kontrolowała mecz

Jak goście zareagowali na częstochowski „kurnik” i co z nowym stadionem? Dlaczego kibice Legii nie weszli na mecz z Rakowem? Jakiego rywala lepiej uniknąć w półfinale Pucharu Polski? Dziś, gdy emocje trochę już opadły, spotkaliśmy się z Wojciechem Cyganem, by zadać prezesowi Rakowa pytania, które widzicie poniżej. Oczywiście nie tylko te. 

Dotarło już do pana to, co się wydarzyło? 

Tak, już wczoraj wieczorem, gdy widziałem reakcje i to, że tempo przychodzenia sms-ów z gratulacjami było rekordowe. Już na murawie, gdy chłopcy nie zeszli jeszcze z płyty, słyszałem tylko dźwięk komunikujący, że dostałem nową wiadomość. Myślę, że można je liczyć w setkach. Prawie na wszystkie już odpisałem, choć ciągle przychodzą nowe. Tak więc bardzo szybko doszedłem do stanu, w którym człowiek wie, że trzeba realizować kolejne cele. Temat Legii jest już zakończony i patrzymy, co będzie dalej. Teraz z zaciekawieniem czekamy na zbliżające się losowanie. 

I pewnie na dzisiejszy mecz Puszczy z Miedzią, bo wygrany z tego duetu byłby dla was idealnym rywalem. 

Osobiście uważam, że Miedź będzie miała w Niepołomicach ciężką przeprawę. Naturalnie zwycięzca tej pary byłby dla nas najwygodniejszym potencjalnym rywalem, ale jak widać – wyspecjalizowaliśmy się też w eliminowaniu tych bardzo niewygodnych, więc możemy zostawić spekulacje przed losowaniem. Mamy nadzieję, że tym razem nie trzeba będzie go powtarzać! 

Dla pana ten tydzień w ogóle był wyjątkowy. Najpierw wygrana w Katowicach z pana byłym klubem, a teraz Legia. Można w ogóle te dwa mecze stawiać obok siebie? 

Ja pewnie w jakimś stopniu mogę to zrobić, bo emocjonalnie mecz z Katowicami był dla mnie ważny. Choć nie była to żadna chęć rewanżu czy – jak niektórzy podejrzewali – wręcz zemsty, bo ja dalej żywię pozytywne uczucia w stosunku do tego klubu. Mam tam znajomych czy kolegów, z którymi przez kilka lat razem pracowaliśmy, niektórych sam zatrudniałem. Różnica jest taka, że w meczu z Legią jak najbardziej zależało mi na tym, żeby rywala pokonać, a w spotkaniu z GieKSą oczywiście też kibicowałem Rakowowi, ale obecna sytuacja klubu z Katowic powoduje, że patrzyłem z pewną troską w kierunku gospodarzy. 

Choć podobno nie został pan tam przez wszystkich ciepło przyjęty. Ludzie mają panu trochę za złe przyjęcie oferty Rakowa. 

Zauważyłem może jedną osobę, która na stadionie artykułowała swoje wątpliwości w tej kwestii. Temat jest jasny i przejrzysty. Odszedłem z GKS-u po wielu latach ciężkiej pracy nad tym, by ten klub stanął na nogi. Uznałem, że czas przekazać stery komuś innemu, kto może spojrzeć na klub z innej z perspektywy, ze świeżym podejściem. Z tyłu głowy ciągle miałem tę porażkę z Kluczborkiem w sezonie, w którym byliśmy bardzo blisko awansu. Można powiedzieć, że byłem wypalony, a już na pewno zmęczony. Przejścia po kilka miesiącach do innego klubu pierwszej ligi, z którego pojawiała się propozycja, nie należy rozpatrywać ani w kategoriach zdrady, ani zrobienia komuś na złość. 

Miał pan moment zwątpienia w trakcie wczorajszego meczu? 

Przede wszystkim nie zgadzam się z głosami, które się pojawiały. Wyszedłem nawet z konferencji prasowej, bo nie mogłem słuchać, że Legia kontrolowała mecz. 

Widziałem, że dość szeroko się pan uśmiechał, gdy Sa Pinto zaczął swój wywód. 

Może moja perspektywa była trochę zakrzywiona, może trener widział więcej, skoro był blisko murawy, ale ja tego nie zauważyłem. Wiadomo, że mieliśmy w tym meczu słabsze momenty i były też takie, w których Legia chciała przejąć inicjatywę. Z drugiej strony są okresy, w których to my byliśmy bliżej przechylenia szali, czego kulminacyjną chwilą była sytuacja z VAR-em. Natomiast w przekroju meczu, tak przynajmniej uważam, Raków był drużyną lepszą i ten awans jest w pełni zasłużony. 

Zamiast zwątpienia na pewno pojawiła się chwila wściekłości, bo tę bramkę straciliśmy jednak na własne życzenie. Przez drobny błąd, który Legia bez cienia litości wykorzystała. 

Zaskoczyło pana to, że – nic nie ujmując Rakowowi, który zagrał swoją piłkę – Legia wyglądała tak źle? 

Myślę, że to Legia trochę się nie spodziewała tego, jak zagrał Raków. Że mimo wszystko nasza drużyna się nie przestraszyła. Szybka bramka w jakiś sposób ustawiła to spotkanie, bo to był cios, który Legię kompletnie zaskoczył. A co do samej Legii – widziałem jej dwa-trzy mecze na wiosnę i oszałamiającego wrażenia nie robiła, natomiast musimy pamiętać, że to najbardziej utytułowana drużyna ostatnich lat i dziś też jeden z głównych kandydatów do mistrzostwa. Jeszcze nie jesteśmy na etapie, w którym na dziesięć meczów z Legią osiem wygramy, ale też nie jest tak, że wygramy jeden. Myślę, że spokojnie dwa czy trzy. 

Jakie były reakcje ze strony gości na to, jak to wszystko tu wygląda? Odwiedzili was wczoraj wszyscy wielcy.

Uprzedzaliśmy wcześniej prezesa Bońka, żeby się nie zdziwił tym, co zastanie. Przekonywał, że jeździ po niższych ligach, więc jest przyzwyczajony, ale widać było wczoraj na Twitterze, że mimo wszystko zaapelował do prezydenta Częstochowy o konkretne ruchy, bo nie oszukujmy się – stadion wygląda tak, że to po prostu musi się zmienić. W rozmowie z prezesem Mioduskim też informowałem, żeby był przygotowany na wszystko, jeśli chodzi o infrastrukturę. Myślę jednak, że atmosfera spotkania i niezła organizacja sprawiały, że ten mecz mimo wszystko był fajny w odbiorze. Niedogodności zostały zniwelowane. Może ktoś komuś zasłaniał, może trzeba było trochę postać, ale i tak mecz powinien zapaść w pamięci. 

Ten mecz może jakoś realnie wam pomóc w tych działaniach ze stadionem czy to chwilowy szum, po którym wszystko wróci na stare tory? 

Działania związane ze stadionem podejmujemy od kilku dobrych miesięcy, a tak ogólnie od kilku lat. Przy takich meczach, gdy szczelnie wypełnione trybuny głośno skandują „nowy stadion dla Rakowa”, ktoś ten głos słyszeć powinien czy wręcz musi. Na pewno ten oddźwięk, również wspomniany wpis prezesa Bońka, nam w jakiś sposób pomaga. Ludzie, którzy są odpowiedzialni za podejmowanie finalnych decyzji, czują się w obowiązku, bo widzą, że to już nie jest piłka dla trzystu czy tysiąca kibiców. Oficjalnie stadion był wczoraj wypełniony na poziomie czterech tysięcy kibiców, a moglibyśmy zapełnić obiekt na dwanaście czy piętnaście tysięcy. Jak na Częstochowę to duża rzecz. 

Co na dziś możemy powiedzieć na temat nowego stadionu? Chodzi mi o konkrety. Możemy potwierdzić, że zaczniecie ligę w Sosnowcu?

Sytuacja wygląda w ten sposób, że miasto jest na etapie rozstrzygania pierwszego przetargu. Przed nami drugi i wykonawstwo. Jeśli chodzi o terminy, to zakładane opóźnienia powodują, że na pewno nie będziemy gotowi, by od pierwszego meczu w lipcu grać przy Limanowskiego. Zakładamy, że kilka – mam nadzieję, że nie kilkanaście – meczów będziemy musieli zagrać na stadionie zastępczym, co dzięki nowym zapisom Podręcznika Licencyjnego jest w ogóle możliwe. Wiadomo, że szukamy w okolicy i w naturalny sposób najbliżej nam do Sosnowca z uwagi na ułatwienia komunikacyjne. Jeśli chodzi o transfer kolejowy i drogowy, to najlepiej skomunikowana z Częstochową lokalizacja. 

No i nie przeżyjecie szoku. 

Stadion w Sosnowcu nie jest nowoczesny, zresztą tam też ma być budowany nowy obiekt. Ale jako stadion zastępczy to dla nas optymalny wybór. Najpierw czekamy na rozstrzygnięcia pierwszych przetargów, a później na rozmowy. 

Powiedział pan, że organizacyjnie wypadło to fajnie, ale chciałbym zapytać, czy jest coś, co nie zagrało? Choćby brak kibiców Legii na stadionie pozostaje pewną wątpliwością. 

Kibice Legii od dłuższego czasu byli informowani, że pojemność naszego sektora gości to 210 osób. Tyle byliśmy w stanie wpuścić. Z tego co słyszałem, pojawili się oni w liczbie około sześciuset kibiców. Przyjmują zasadę, że albo wszyscy albo nikt. Jednak my nie jesteśmy klubem, który będzie ulegał takiemu szantażowi, że skoro już przyjechali, to my musimy wszystkich wpuścić. Wielokrotnie informowaliśmy, że z wielką przyjemnością ich przyjmiemy, ale w ramach naszych możliwości. Nie wyobrażam sobie, byśmy do takiej klatki wsadzili trzy razy więcej osób, niż liczba miejsc, które się w niej znajdują. Myślę więc, że od początku spodziewali się, że tak się sytuacja rozwinie. Policja odprowadziła ich do samochodów i wrócili do Warszawy, natomiast my jesteśmy gościnnym klubem, co pewnie mogliby potwierdzić i kibice Lecha, i pierwszoligowych zespołów.

Organizacja organizacją, ale z bardziej sportowego punktu widzenia też się u was ostatnio sporo wydarzyło. Dzień przed meczem przedłużyliście kontrakt z Markiem Papszunem. 

Może był to dodatkowy impuls dla chłopaków, którzy zobaczyli, że trener wierzy w ten projekt i chce razem z właścicielem oraz resztą załogi budować coś dużego. 

Negocjacje były ciężkie? Pytam, bo trener na brak zainteresowania nie narzeka.

To w dużej mierze były negocjacje między trenerem a właścicielem, bo to Michał Świerczewski zatrudniał Marka Papszuna. Dlatego jemu najłatwiej było je prowadzić. Nie były to szczególnie długie rozmowy, panowie szybko doszli do konsensu i trener do końca sezonu 2020/21 będzie z nami. 

Na dłużej zostaną też Petrasek i Niewulis. 

Nasze „Dwie Wieże”. 

I piłkarze, którzy też cieszyli się największym zainteresowaniem spośród waszych graczy. 

To też jakiś sygnał, który chcieliśmy puścić w stronę tych, którzy nas trochę lekceważyli. Dochodziły do nas bowiem takie głosy: „nawet jak Raków awansuje, to wybierzemy im łakome kąski, a reszta nie ma szans, by utrzymać drużynę w lidze”. W tym kontekście padały wspomniane nazwiska, więc zależało nam, żeby w miarę szybko ten temat dopiąć, choć te kontrakty nie kończyły się przecież za chwilę. To też kwestia pokazania tym chłopakom, że są dla nas szalenie ważni, kluczowi. Zaczęliśmy od nich, ale myślę, że to nie koniec podobnych informacji. Coś zadeklarowaliśmy i nie chcemy się z tego wycofywać – Raków nie wejdzie do ekstraklasy dokładnie w tym samym składzie, oczywiście jeśli w ogóle wejdzie, natomiast rewolucji nie będzie. Wiele z tych nazwisk, które pojawiły się wczoraj w protokole meczowym, znajdzie się również w skarbach kibica latem. 

Podsumowując – pomimo tego, że cały czas się pan asekuruje, to plan na ekstraklasę już jest. 

Wczoraj wykazywaliśmy pewne objawy szaleństwa po strzelonej bramce, ale wariatami nie jesteśmy. Widzimy, jaka jest nasza sytuacja w tabeli, więc pracujemy nad wariantem „ekstraklasa”, bo jest w tej chwili najbardziej prawdopodobny. Chyba tylko podwójny armagedon mógłby sprawić, że nagle przestalibyśmy grać w piłkę, ale futbol, czy nawet – mówiąc wprost – moje doświadczenia w Katowicach, pokazują, że warto się czasem wstrzymać, bo wszystko jest możliwe. Hasło „pierwsza liga – styl życia” nie wzięło się znikąd. 

To Lechia, Jagiellonia czy wygrany z pary Miedź-Puszcza? 

Lechia byłaby pewnym ukoronowaniem naszej pucharowej drogi, ale wolałbym zagrać z nią w finale. Z pozostałych drużyn wybrałbym zwycięzcę dzisiejszego meczu, aczkolwiek przy ewentualnym spotkaniu z Jagiellonią też przyłożymy się do tego, by kolejnego przeciwnika wyeliminować.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (6)