Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Moja przygoda z piłką nożną składała się raczej z porażek niż zwycięstw. Tak jakoś się dziwnie złożyło, że dwa razy spadałem z ligi okręgowej, a w niektórych meczach wyłapywałem tak dotkliwe oklepy, że nieliczni kibice łódzkiego Startu zgrzytali zębami. Brałem udział w porażkach 0:6 z zawsze groźnym Orłem Parzęczew (drugą połowę graliśmy w siedmiu), 2:7 z PTC Pabianice (Pabianickie Towarzystwo Cyklistów strzeliło nam 7 goli!) czy 2:6 z rezerwami MKS-u Kutno.

2:6 z Górnikiem Łęczyca nie było aż tak bolesne, bo przynajmniej sobie strzeliłem gola, a strzelałem gola tak raz na dwa sezony.

5c6cfe664a764_o

Żadna z porażek kilkoma bramkami nie była jednak tak bolesna, jak pucharowy bój z drużyną z Kutna. Graliśmy na wyjeździe z teoretycznie mocniejszym rywalem. Puchar Polski w tamtym okresie był jednak traktowany jak zło konieczne, więc i jedni, i drudzy wykorzystali okazję, by dać pograć żelaznym rezerwowym. W ten sposób znalazłem się w składzie i ja, to był jeden z pierwszych meczów, w których zagrałem od pierwszej do ostatniej minuty.

Kiedyś już zresztą o tym pisałem. 1:1 po 90 minutach. 1:1 przez większość dogrywki. W jednej z ostatnich akcji (w ostatniej akcji?) sfaulowałem rywala na linii pola karnego. Jedenastka, gol, 2:1, wylot z Pucharu Polski. Nikt raczej nie miał do mnie pretensji – klub nie miał kasy na podróże po województwie w pucharze, dlatego tego gola przyjął z delikatną ulgą. Trenerowi też nie marzył się Puchar UEFA po wejściu do tych rozgrywek przez boczne drzwi Pucharu Polski. Zupełnie nie był zdziwiony, że najsłabszy z obrońców (w dodatku szalenie doświadczony, 17-letni) zawala mecz, pretensji żadnych nie miał – w gruncie rzeczy jemu też doszła wolna środa w przyszłym tygodniu, którą przy awansie musiałby poświęcić na wyjazd na jakąś wichurę. Tylko ja to przeżyłem, na tyle, że płakałem całą drogę z boiska do szatni.

Nigdy nie rozkleiłem się po żadnym 0:6, 2:7, 2:6, po jednym spadku z ligi, po drugim spadku z ligi. Rozbiła mnie nieznaczna porażka 1:2 w nieistotnym meczu pucharowym, która w sumie była na rękę wszystkim poza mną. Nie chodziło o moją oczywistą winę – byłem głównym winowajcą wielu porażek, od orlików po okręgówkę. Nie chodziło o to, że rywal był do ugryzienia.

Chodziło o marzenia, coraz bardziej realne z każdą minutą meczu. Budowane tygodniami – bo od początku sezonu było wiadomo, że w pucharze zagrają ci słabsi, tacy jak ja – a zniszczone w ułamku sekundy. Jeden nierozważny ruch nogą, gwizdek i cyk – coś, na co przygotowywałem się naprawdę długo zostaje bezlitośnie ucięte.

Złodzieje marzeń to w futbolu prawdziwa plaga, szczególnie w ostatnich latach. Są ligi, gdzie marzeń się nie kradnie, od początku wszystko jest w nich jasne – przykładem Paris Saint Germain, które od pierwszej minuty sezonu nie pozostawia złudzeń rywalom z Marsylii czy Lyonu. Ale są ligi, gdzie lokalne MKS-y Kutno pozbawiają marzeń lokalnych Olkiewiczów.

Włochy. Serie A. Ten sezon w mniejszym stopniu, bardziej ubiegły. Tysiące ludzi na ulicach Neapolu, jawne olewanie meczów europejskich pucharów, całe życie miasta podporządkowane jednemu wydarzeniu: zdobyciu mistrzostwa Włoch. Przerwanie dominacji znienawidzonego Juventusu, ale przede wszystkim udowodnienie, że to wyśmiewane, wyszydzane i nielubiane południe jest najlepsze w całym kraju. Ten gol w 90. minucie bezpośredniego starcia… Kalidou Koulibaly wprowadził Neapol w stan takiej ekstazy, że mój kumpel od razu zabukował bilety na mistrzowską fetę. Na największym lotnisku w Kampanii piłkarzy po tym zwycięstwie witało ponoć nawet 20 tysięcy fanatyków. Sieć obiegły zdjęcia tatuażu: Koulibaly ’90, Juve – Napoli 0:1.

Sposób, w jaki skradziono marzenia tym wszystkim ludziom to wyrafinowana tortura. Rozbudzenie w nich nadziei, przekonanie, że świat należy do nich, pozwolenie na dotknięcie i przytrzymanie pucharu za triumf w lidze włoskiej. I puff. Twarda pobudka w świecie, gdzie Napoli jest zawsze drugie, a znienawidzony Juventus zawsze pierwszy.

Anglia. Premier League. Być może za wcześnie ich skreślam, być może będę przyjemnie zaskoczony finałem, ale pamiętajmy: to Liverpool. Liverpool odziera swoich fanów z marzeń z tak imponującą regularnością, że Trybunał w Hadze miałby zapewne sporo pracy w przypadku ewentualnego pozwu zbiorowego sfrustrowanych kibiców The Reds. Bliźniaczo podobna sytuacja, widziałem screeny z początku stycznia, polscy sympatycy drużyny Jurgena Kloppa zaczynali powoli planować przyjazd do miasta, by obejrzeć na własne oczy paradę zdobywców tytułu. Dziesięć punktów przewagi. DZIESIĘĆ. Tak, City mieli mecz mniej, ale mimo wszystko – to wydawało się nie do roztrwonienia.

Ale w lidze, gdzie Pep Guardiola robi z Manchesteru City przerażającą maszynkę do punktowania, nawet najlepszy sezon od lat może nie wystarczyć. Jakie to jest cholernie niesprawiedliwe – robisz wszystko najlepiej, jak potrafisz, przygotowujesz się optymalnie, realizujesz wizję, która przyniosłaby mistrzostwo pięć, siedem, dwanaście i piętnaście lat temu. Niestety – trafiasz na taki okres, gdy „dać z siebie wszystko” to za mało. W sumie nie wiem co bardziej zasługuje na uwagę asów sądownictwa z Hagi – sadyzm Liverpoolu wobec swoich kibiców, czy brutalna zabawa Guardioli z The Reds? To jest terroryzowanie bidulki w czerwonej koszulce, który już tyle się w ostatnich latach nacierpiał.

Niemcy, Bundesliga. Raaany, to jest szczególnie bolesne, bo trudno o bardziej wyrazistych bohaterów. Arogancki bogacz wykupujący wszystkich utalentowanych graczy z całej ligi kontra klub, który do niedawna miał problemy, by dotrwać do pierwszego. Ten drugi przebiera w piłkarskim trzecim świecie, tworząc gwiazdę z nieco patykowatego młodziana z egzotycznej polskiej ligi. Ten pierwszy po prostu bierze gwiazdę rywala, od razu z dwoma innymi kolegami, którzy wyróżniali się w biedniejszym z tych dwóch klubów. Ale każdy kolos musi czasem się potknąć. Wydawało się, że to właśnie ten sezon, że rozleniwione latami sukcesów kocury będą musiały ustąpić miejsca na szczycie młodym bezczelnym wilczkom z Dortmundu.

Kolejny tytuł dla Bayernu wydawał się tak odległy w momencie kolejnych kryzysów sportowych i wizerunkowych, które targały klubem w 2018 roku. Borussia wyglądała wtedy jak maszyna do zwyciężania, jak murowany faworyt, jak… Liverpool w Anglii. W ostatnich pięciu meczach Bayern zdobył o 7 punktów więcej niż Borussia. Kto zostanie mistrzem? Chciałbym się mylić, ale szajka złodziei marzeń to naprawdę niebezpieczni ludzie.

A już to, co wyczynia najbardziej zuchwały z nich w starciach z Atletico Madryt to szczyt szczytów, wczorajsza cieszynka ze wskazaniem, kto ma największe jaja była jak założenie siatki koledze z klasy podczas łączonego WF-u z dziewczynami na trybunach. Upokorzenie ostateczne.

Intuicja podpowiada mi, że za moment Legia (znów!) okradnie z marzeń Lechię czy Jagiellonię, ale to już inny temat.

Co jest magicznego w Lidze Mistrzów?

Najbardziej magiczne w Lidze Mistrzów są momenty, gdy złodzieje marzeń stają do walki z innymi złodziejami marzeń. Dlatego choć dzisiaj niemieccy bezdusznicy prawdopodobnie wyprowadzą kolejny cios w umęczony Liverpool, to już w kolejnej rundzie zmierzą się z angielskimi, włoskimi czy portugalskimi rzezimieszkami od krojenia ze złudzeń. Ktoś wtedy wreszcie dostanie za swoje.

Każdy sympatyk Atletico, Borussii, Napoli, Liverpoolu i Realu ma już gotowe memy na ten moment.

Tylko MKS Kutno pozostanie bezkarne.

KOMENTARZE (1)