Pan Niedoceniany. Szeremeta czeka na wielki test i wielką kasę
Inne sporty

Pan Niedoceniany. Szeremeta czeka na wielki test i wielką kasę

Jeszcze do niedawna jego nazwisko nie budziło większych emocji i było znane tylko pasjonatom krajowego boksu. Kamil Szeremeta (19-0, 4 KO) długo wydawał się pięściarzem do bólu poprawnym i przeciętnym. Dziś jest klasyfikowany w czołówkach rankingów wielkich federacji, a po sobotnim zwycięstwie w obronie tytułu mistrza Europy poważnie mówi się o nim w kontekście walki z samym z Giennadijem Gołowkinem (38-1-1, 32 KO). „Jeśli przyjdzie oferta od takiej legendy światowego boksu i wszystkie warunki będą się zgadzać, to grzechem byłoby nie podjąć rozmów” – tłumaczy w rozmowie z Weszło Andrzej Wasilewski, promotor Polaka.

Tytuły w boksie zawodowym to skomplikowana sprawa. W zdecydowanej większości innych dyscyplin „mistrz świata” lub „mistrz Europy” to ktoś, kto w konkretnych okolicznościach udowodnił swoją wyższość nad szeregiem rywali. Szermierka na pięści rządzi się jednak własnymi prawami. „Mistrzów świata” może być w tym samym momencie nawet czterech, bo tyle mamy liczących się federacji (WBC, WBA, IFB i WBO). Gorzej robi się wtedy, gdy jedna z organizacji równocześnie honoruje trzech (!) czempionów, by więcej zarobić na opłatach sankcyjnych, ale to już temat na odrębną dyskusję.

Wiele z tych wiodących marek przyznaje także tytuły „europejskie”, jednak za mistrza Europy powszechnie uznaje się posiadacza pasa European Boxing Union (EBU). To federacja, która powstała w 1910 roku, a pod obecną nazwą jest znana od 1946 roku. Stoją za nią prestiż, tradycja i zysk – nie tylko ekonomiczny. Od lat posiadacze mistrzowskiego pasa EBU są znakomicie pozycjonowani w rankingu organizacji WBC, co wydatnie skraca ich drogę do walki o tytuł. Przekonał się o tym choćby Albert Sosnowski, któremu to trofeum zapewniło niemal z miejsca walkę z Witalijem Kliczką w 2010 roku.

Polak znalazł się wtedy we właściwym miejscu o właściwym czasie. Dzisiejsza sytuacja Kamila Szeremety wygląda podobnie. W rankingu federacji WBC i WBA Polak zajmuje drugie miejsce, z kolei w zestawieniu IBF jest czwarty. To musi robić wrażenie przynajmniej z dwóch względów. Po pierwsze, waga średnia (limit 72,5 kg) to dziś jedna z najmocniej obsadzonych i najbardziej prestiżowych kategorii na świecie. O najwyższe trofea biją się poza Giennadijem Gołowkinem (38-1-1, 32 KO) między innymi Saul „Canelo” Alvarez (51-1-2, 35 KO), Daniel Jacobs (35-2, 29 KO) czy Jermall Charlo (28-0, 21 KO).

Na tle największych kozaków w tym limicie pięściarskie CV Szeremety nie wygląda specjalnie imponująco. Polak nie wygrał z żadnym rywalem zaliczanym do TOP 20 w tej kategorii. Wśród 19 pobitych przeciwników jest tylko jeden były mistrz świata, ale Kassim Ouma (29-12-1, 18 KO) po najwyższe laury sięgał w 2004 roku – ponad dekadę przed tym zanim spotkał się z pięściarzem z Białegostoku. Ten pojedynek okazał się jednak ważny z jeszcze jednego względu – od niego rozpoczęła się współpraca z Fiodorem Łapinem. Trener, który prowadził do mistrzowskich tytułów Krzysztofa Głowackiego i Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka, dostrzegł w niepozornym Szeremecie ten błysk, którego szuka u wszystkich podopiecznych.

 

„Kamil był zawodnikiem mało aktywnym. Do tej pory próbował wygrywać niewielkim nakładem siły. Prezentował taki delikatny minimalizm w ringu, nie dążył do wykazania miażdżącej przewagi w obszarach, w których był wyraźnie lepszy od przeciwnikach. (…) Po pierwszych treningach widzę Kamila naprawdę wysoko” – ocenił w sierpniu 2016 roku trener Łapin w rozmowie z portalem Ringpolska.

Do jednej bramki

Z czasem te słowa zaczęły się spełniać, a Szeremeta pod wodzą nowego szkoleniowca stawał się bardziej poukładanym zawodnikiem. Do tej pory wygrał przed czasem zaledwie dwie walki i nie słynął z nokautującego uderzenia. Łapin nie zrobił z niego może wybuchowego punchera, ale jego podopieczny potrafił efektownie skończyć Alessandro Goddiego (33-2-1) już w drugiej rundzie. Włoch nie był zawodnikiem z czołówki, ale tak szybkie znokautowanie gospodarza w Rzymie i powrót z pasem mistrza Europy sprawiły, że o Polaku po raz pierwszy zrobiło się głośniej poza granicami kraju.

Samo zdobycie pasa federacji EBU w nie jest w historii polskiego boksu zawodowego czymś powszechnym. Przed Szeremetą i wspomnianym Sosnowskim tej sztuki dokonywali tylko Przemysław Saleta, Rafał Jackiewicz, Grzegorz Proksa, Piotr Wilczewski i Mateusz Masternak. Jak na niemal 30 lat zmagań Polaków na zawodowych ringach, zdecydowanie nie jest to liczba powalająca.

Niewidzianą wcześniej siłę pięściarz z Białegostoku zademonstrował także w pierwszej obronie tytułu. We wrześniu 2018 roku w Łomży ciężko znokautował Rubena Diaza (25-1-2). Trzecią walką z pasem mistrza Europy w tle było właśnie sobotnie starcie z Francillettem (21-1-1). Francuz nie był wysoko notowany w rankingach, a jedyną porażkę w karierze odniósł z tym samym Goddim, którego potem Szeremeta szybko znokautował.

„Trener Fiodor Łapin przewidział przebieg tej walki na długo przed jej rozpoczęciem i dlatego specjalnie jej nie chciał. Mówił, że to będzie walka brzydka, mało emocjonująca i jednostronna. Kamil próbował zamęczyć rywala, ale akurat pod względem kondycyjnym Francuz był rzeczywiście naprawdę dobrze przygotowany” – tłumaczy nam Andrzej Wasilewski.

Pierwsze trzy rundy były wyjątkowo jednostronne, a gospodarz w ogóle nie próbował nawet zadać mocnego ciosu. Polak dominował pod każdym względem – z lekkością składał kombinacje, a szczególne wrażenie robiły regularnie bite ciosy na korpus. W kolejnych rundach Francillette miewał jedynie przebłyski, ale ani przez moment nie groziło mu zwycięstwo. Po dwunastu rundach sędziowie punktowali jednogłośnie i wysoko na korzyść obrońcy tytułu (120:108, 117:112, 117:112).

„Walka nie była emocjonująca, ale nie możemy popadać ze skrajności w skrajność. Nie wiem, czy rywal wygrał w ogóle którąś rundę. Kamil miał wszystko pod kontrolą od pierwszej rundy, chociaż ściany mogły sprzyjać gospodarzowi. Chyba nikt nie zwrócił na to uwagi, ale ja nie pamiętam już dawno tak wielkiego ringu. To wszystko było po to, by Francillette mógł przed Kamilem skutecznie uciekać przez całą walkę, co od początku było jego celem” – dodaje Andrzej Wasilewski.

W kolejce do GGG?

Wygrana Szeremety odbiła się szerokim echem. Portal Boxingscene jeszcze tego samego dnia napisał o nim jako o kandydacie do walki z Gołowkinem. Pochwał nie żałowali też zagraniczni eksperci. „Polak jest twardy, silny, pracowity i dobrze bije ciosy na dół. Rywal miał swoje momenty, ale Szeremety nie dało tego dnia zniechęcić” – skomentował Graham Houston, który o boksie pisze od ponad pięciu dekad.

Solidne fundamenty 29-letniego pięściarza nie wzięły się znikąd. Na ringach amatorskich stoczył blisko 200 walk. Wygrywał tytuł mistrza kraju i triumfował na turnieju imienia Feliksa Stamma. W tamtym czasie w ringu pokonywał także Macieja Sulęckiego (27-1, 11 KO), z którym dziś wspólnie atakuje najwyższe szczyty kategorii średniej. Na zawodowstwie doświadczenie zdobywał za to między innymi na sparingach z mistrzami świata – Danielem Jacobsem (35-2, 29 KO) i Liamem Smithem (26-2-1, 14 KO).

Dziś kolejnym etapem tej drogi wydaje się wielka walka. Gołowkin przed kilkoma dniami oficjalnie podpisał umowę z firmą DAZN. To platforma streamingowa, która z przytupem wkroczyła na amerykański rynek i marzy o zostaniu „sportowym Netfliksem”. Kazach w oczekiwaniu na wynik majowego starcia Jacobsa z Canelo ma stoczyć walkę na przeczekanie, zrzucenie rdzy i pokazanie się przed nową publicznością.

Szeremeta w tym scenariuszu wydaje się idealnym kandydatem do takiego wyzwania – jest jedynym niepokonanym pięściarzem bez mistrzowskiego pasa w TOP 15 kategorii średniej według statystycznego portalu Boxrec. Można też przypuszczać, że obóz „GGG” nie będzie się takiej walki obawiał, bo nie ma ku temu specjalnych podstaw. Zainteresowanie osobą Polaka potwierdził dobrze poinformowany Dan Rafael. „To właśnie jego nazwisko pojawia się najczęściej w kontekście kolejnej walki Gołowkina” – zdradził w środę. Jak wyglądają szanse na zorganizowanie takiego pojedynku?

„Jestem w stałym kontakcie z Tomem Loefflerem, promotorem Gołowkina. Z tego co wiem, to kontrakt z platformą DAZN był już podpisany dużo wcześniej, ale widocznie pewne rzeczy wymagały jeszcze doprecyzowania. Mamy dobre relacje i jeśli pojawi się zainteresowanie, to rozmowy powinny być łatwe. Ale na razie nie ma jeszcze żadnych konkretów” – zaznaczył Andrzej Wasilewski. Do kolejnego występu Kazacha ma dojść 11 lub 18 czerwca na gali w USA.

„Takich walk się nie odmawia. To dla takich pojedynków się trenuje i pracuje nad sobą przez te wszystkie lata. (…) Wiem, że Gołowkin będzie o mnie myślał w kategoriach łatwej walki. Ja nie będę zapowiadał, że jeśli dojdzie do naszej walki to go znokautuję. Wyjdę z takim nastawieniem jak zawsze i zrobię wszystko, żeby wygrać. Gołowkin też jest tylko człowiekiem. Jest świetnym pięściarzem, ale ma dwie ręce i dwie nogi, tak jak ja” – to już opinia samego Szeremety, którą podzielił się po sobotnim zwycięstwie w rozmowie z portalem Ringpolska.

Nie jest jednak tak, że walka z Kazachem to jedyna opcja. Zainteresowany walką z Polakiem był podobno także Callum Smith (25-0, 18 KO), który po wygraniu pierwszej edycji turnieju World Boxing Super Series jest powszechnie uznawany za najlepszego pięściarza w wyższym limicie kategorii superśredniej (76,2 kg). Ten kierunek nie zyskał jednak aprobaty trenera Łapina, który wolałby widzieć swojego podopiecznego w starciach z zawodnikami o podobnych do siebie gabarytach.

Trzecią opcją jest kolejna obrona pasa mistrza Europy. Następny w kolejce do walki z Szeremetą jest Matteo Signani (27-5-3, 10 KO), który również nie jest rywalem z pierwszych stron gazet. Dobijający do czterdziestki Włoch jest prowadzony bardzo ostrożnie, ale wcale nie rwie się do walki o ten tytuł.

„Rozmawiałem we wtorek z promotorem Signaniego. ‘Już raz pobiliście mi Goddiego i wystarczy’ – powiedział i nie był entuzjastycznie nastawiony do kolejnej walki swojego zawodnika z Kamilem. Boks jest nieprzewidywalny – zwłaszcza w tych kategoriach wagowych, gdzie pojawiają się ogromne pieniądze. Trzeba być cały czas czujnym” – dodaje Andrzej Wasilewski.

Praca wykonana z Szeremetą musi robić wrażenie, choć można odnieść wrażenie, że droga na szczyt została pokonana z pominięciem kilku szczebli. Wielu kibiców i dziennikarzy obawia się przez to, że wyjście do Gołowkina może zakończyć się brutalną weryfikacją, ale w boksie takich wyzwań po prostu się nie odmawia. W hipotetycznej konfrontacji ciężko wskazać jakieś atuty Polaka. „GGG” nigdy nie leżał na deskach jako amator i zawodowiec. Przez wiele lat był najbardziej unikanym pięściarzem w bokserskim świecie o morderczym ciosie. Wychodząc do kolejnej walki będzie miał już 37 lat. Możliwe jest również to, że wyniszczające wojny z „Canelo” zabrały mu także nieco zdrowia.

Okoliczności są jednak niepowtarzalne, a walka w tej chwili wydaje się tak łatwa do zorganizowania jak nigdy. Za pół roku sytuacja na szczycie może być o wiele bardziej napięta i Polak może stracić dobre miejsce w kolejce. Ewentualna porażka z jednym z najlepszych pięściarzy XXI wieku nie musi być przecież końcem świata. Cała sprawa ma także aspekt historyczny, bo pojedynek z Grzegorzem Proksą (28-1) był pierwszą walką Gołowkina na HBO. Wiadomo, że z DAZN związał się na sześć walk, które będą prawdopodobnie ostatnimi w jego karierze.

KACPER BARTOSIAK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (0)