Monachium załaMané
Weszło

Monachium załaMané

W ofensywnym trójzębie Juergena Kloppa z poprzedniego sezonu, którego Niemcowi mogła zazdrościć cała piłkarska Europa, Sadio Mane był tym najmniej naostrzonym ząbkiem. I w bramkach, i w asystach ustępował nie tylko niesamowitemu Mo Salahowi. Zdecydowanie przegrywał też z Roberto Firmino. Podobno niestrzelającym napastnikiem, którego najgroźniejszą bronią były nie uderzenia zmierzające niechybnie do celu, a raczej sprawianie, że gra w pobliżu bramki rywala tak doskonale się klei. Senegalczyk był tym nieprzewidywalnym. Tym z tego trio, który najczęściej marnował doskonałe szanse.

Dziś nie zmarnował żadnej. Dał Liverpoolowi prowadzenie w dwumeczu, którego tak naprawdę – mimo wyrównania Bayernu – w kontekście awansu nie oddał choćby na minutę, a potem dobił Bawarczyków, strzelając w końcówce na 3:1.

Salah – 44 goli i 16 asyst. Firmino – 27 goli i 17 asyst. Dorobek Mane wyglądał przy nich raczej przeciętnie. 20 bramek, 9 ostatnich podań. Jako jedyny z tercetu wzbudzającego strach u stojących naprzeciw obrońców nie zanotował double-double, dwucyfrówki w obu najważniejszych dla zawodnika ofensywnego statystykach.

Jeśli bezpośredni udział przy 29 bramkach można w ogóle sformułować w takiej sytuacji w zarzut – zarzut niewystarczającego wkładu w całościowy dorobek wielkiej trójcy – Mane ostatnio przechodzi pełną resocjalizację. Gdy zaciął się Salah, mający w ośmiu ostatnich meczach siedem pustych przebiegów i tylko jeden z golem i asystą, on nie zawodzi. W dziewięciu ostatnich spotkaniach (nie licząc tego dzisiejszego) strzelił osiem bramek. Z Leicester i West Hamem na wagę remisu, z Crystal Palace i Burnley – na wagę zwycięstwa.

Dziś błysnął geniuszem na jednej z największych aren. To, co zrobił przy golu na 1:0, to była czysta poezja. Od momentu przyjęcia długiego zagrania od Virgila Van Dijka, przez przechytrzenie słabiutkiego dziś Rafinhi, obrót z Neuerem na plecach i precyzyjne, techniczne uderzenie do opuszczonej przez Niemca bramki – to wszystko wyglądało lekko jak elegancka jazda figurowa na lodzie, za jaką dostaje się same najwyższe noty.

To tym cenniejsze, że dziś znów nie potrafił strzelić Salah – miał ku temu dwie niezłe okazje, ale raz po kontrze uderzył zza pola karnego prosto w Neuera, a za drugim razem dał sobie wytrącić piłkę Suele w ostatniej chwili przed strzałem. Że z kolei Roberto Firmino w ogóle nie doczekał się dogodnej sytuacji, by powiększyć dorobek bramkowy z tego sezonu, jego jedyny strzał to mocny, ale w sam środek bramki, z ponad dwudziestu metrów w ostatnim kwadransie meczu.

No i wreszcie tym cenniejsze, że Bayernowi udało się też zdobyć gola w pierwszej połowie, gdy mocne zagranie wzdłuż bramki do własnej siatki skierował Joel Matip naciskany przez Roberta Lewandowskiego. A jednak ten wciąż nie zmieniał niczego w kwestii awansu, co z kolei dało The Reds nieco więcej spokoju w drugiej części meczu. Bayern był za to nerwowy, niezorganizowany w środkowej strefie, druga linia Bawarczyków zadziwiała niedokładnością. 

Co gorsza – defensywa w najważniejszych momentach dawała się oszukać. W pierwszej części meczu za głębokie ustawienie Rafinhi pozwoliło Sadio Mane na balet przed bramką gospodarzy, w drugiej bramkowe błędy zanotował Mats Hummels. Mane udało się ustrzelić dublet, wygrywając walkę o dośrodkowanie z wyższym o 16 centymetrów stoperem skreślonym ostatnio z reprezentacji Niemiec, co wystawia najgorszą możliwą cenzurkę stoperowi Bayernu. Wcześniej zaś na 2:1 trafił po rzucie rożnym Jamesa Milnera Virgil Van Dijk, demolując w powietrzu tegoż Hummelsa.

Holenderski obrońca liverpoolczyków dołożył więc coś ekstra do swojego podstawowego dziś zadania – zatrzymania Roberta Lewandowskiego. Wywiązał się z niego nieźle, choć nie perfekcyjnie. Polak kilka razy podniósł ciśnienie graczom The Reds. O naciśnięciu na Matipa, gdy ten strzelił samobója już pisaliśmy. A oprócz tego Lewandowski świetnie obrócił się raz z Van Dijkiem na plecach po zagraniu górą Javiego Martineza. Nim jednak „Lewy” mógł oddać strzał, Holender doskoczył do niego i uniemożliwił uderzenie. Agresywnie, wręcz na granicy faulu, ale bez przewinienia.

Polak dał się też zblokować, gdy szedł zdecydowanie na ostre zagranie Gnabry’ego w pole bramkowe Alissona Beckera. Brakło mu w efekcie kilku centymetrów, by uprzedzić Brazylijczyka i tuż przed nosem wpakować piłkę do siatki.

Próby Lewandowskiego nie dał za to rady zblokować nikt, gdy wyszedł sam na sam z Alissonem. Ale po pierwsze Trent Alexander-Arnold odprowadził futbolówkę aż do linii końcowej, a po drugie na powtórce widać było ewidentnego spalonego, którego po konsultacji z wozem VAR musiałby odgwizdać Daniele Orsato.

Polak nie dał więc awansu, wręczył za to kolejny oręż w ręce krytyków jego występów w najważniejszych meczach fazy pucharowej Champions League. Jakkolwiek trudno nie doceniać klasy piłkarskiej „Lewego” i nie umieszczać go w zestawieniach najlepszych na świecie na jego pozycji, tak wiosenna Liga Mistrzów to ostatnimi czasy zdecydowanie nie są jego rozgrywki. Dwa gole z Besiktasem w ośmiu ostatnich meczach fazy pucharowej to bilans po prostu marny.

Lewandowski nie spełni więc swojego wielkiego marzenia o wygraniu Ligi Mistrzów z Bayernem, Niemcy zaś tracą swojego ostatniego reprezentanta w tych rozgrywkach. I mogą tylko patrzyć z zazdrością na Anglików, którzy już oficjalnie, po raz pierwszy od równo dziesięciu lat obsadzają połowę miejsc w ćwierćfinale Champions League.

Bayern Monachium – Liverpool 1:3
Matip 39′ (sam.) – Mane 26′, 84′, Van Dijk 69′

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (31)