„Messidependencia” w najlepszym możliwym wydaniu
Weszło

„Messidependencia” w najlepszym możliwym wydaniu

Wiecie, o co najtrudniej Messiemu? O wielki wyczyn. O kolejny rekord, skoro w życiu pobił ich już tak wiele. No bo co byłoby jeszcze wielkim wyczynem dla tego genialnego piłkarza? Pewnie zaciągnięcie swojej reprezentacji do mistrzostwa świata, ale poza tym, przenosząc uwagę na piłkę klubową? Naprawdę trudno wznieść się wyżej, więc tym bardziej należy docenić rzeczy mniejsze, ale tak samo warte uwagi. Kto wie, być może najbardziej niedocenianym z wyczynów Messiego jest to, że jest zabójczo regularny, a mówimy o regularności we wchodzeniu na kosmiczny poziom, bez względu na klasę przeciwnika.

Dziś Messi dał koncert, gdy na przeciwko stanął Lyon. Lyon, który miał prawo liczyć na sprawienie sensacji, skoro w pierwszym meczu wyszarpał bezbramkowy remis. Jedna przypadkowa bramka na Camp Nou i Barcelona staje pod ścianą. Tyle z teorii, bo pierwsza połowa kazała sądzić, że Katalończycy będą mieć do ćwierćfinału drogę najłatwiejszą z możliwych, wręcz autostradę. Taką bez opłat przy wjeździe, bez jakichkolwiek przeszkód, wreszcie – bez niesprzyjających warunków drogowych. Lyon nie istniał, nie oddał ani jednego celnego strzału. Ot, próbował Dembele, ale na tym koniec.

A Barca? Szybko objęła prowadzenie po strzale z rzutu karnego Messiego, jeszcze szybciej dobiła rywala po typowo południowoamerykańskiej akcji. Mimo że Lyon bronił się głęboko – przy sytuacji bramkowej tylko Ter Stegen pozostał na połowie Katalończyków – to nie miał za wiele do powiedzenia, gdy Arthur popisał się mocnym, przeszywającym podaniem do Suareza, który nic nie robiąc sobie z dwóch rywali wokół siebie wszedł pomiędzy nich i dograł do Coutinho, który trafił do pustaka.

Wówczas Barcelona zaczęła zabawę. Piętki, sztuczki techniczne, efektowne rajdy. Pełen luz, wielka swoboda, przystająca do drużyny, która – wydawało się – zapewniła sobie awans.

Właśnie, wydawało się. Nie było tak, że Lyon wstał z kolan, to za dużo powiedziane, nawet zdecydowanie za dużo, ale zdołał jeszcze trochę Barcelonę postraszyć. Gdy po zamieszaniu w polu karnym trafił Tousart, zrobiło się tak nerwowo, że przez następne kilka minut mało kto był w stanie poznać gospodarzy, którzy wcześniej robili, co chcieli. Tymczasem zaczęły piętrzyć się straty, pojawiła się niedokładność, generalnie Barcelona pozwoliła Lyonowi uwierzyć. Złapać oddech.

Ale wtedy do akcji wszedł Messi.

Najpierw zamarkował uderzenie lewą nogą, przełożył dwóch piłkarzy i położył na ziemię w polu karnym jednego z nich, konkretnie Marcelo. Gdyby obrońcy Lyonu brali udział w tańcu synchronicznym, to za sam taniec dostaliby wysokie oceny, ale w piłce trzeba jeszcze bronić (właściwie tylko bronić, tańczyć niekoniecznie), więc można ich wyłącznie zganić. Ale warto również docenić kunszt Messiego, który podwyższył prowadzenie Barcelony.

Później genialnie asystował do Pique, a na koniec posłał dopieszczone podanie, z idealną siłą do dobrze ustawionego Dembele. I cyk, zrobiło się 5:1, głównie za sprawą genialnego Argentyńczyka, który po raz kolejny wspiął się na wyżyny, potwierdzając swoją zabójczą regularność. Barcelona uratowała honor hiszpańskich drużyn w tym sezonie LM.

Barcelona – Lyon 5:1 (2:0)
1:0 Messi 18′
2:0 Coutinho 31′
2:1 Tousart 58′
3:1 Messi 78′
4:1 Pique 81′
5:1 Dembele 86′

Fot. Newspix.pl