No i po pucharze. Kobayashi zapewnił sobie Kryształową Kulę
Inne sporty

No i po pucharze. Kobayashi zapewnił sobie Kryształową Kulę

No, to pozamiatane. Do dziś mogliśmy się łudzić, że Kamil Stoch dokona remontady wszech czasów w skokach narciarskich i wyszarpie Puchar Świata Ryoyu Kobayashiemu. Obrońca tytułu potrzebował do tego praktycznie samych zwycięstw do końca sezonu i totalnego zaniku formy rewelacyjnego Japończyka. Było to bardzo mało realne, ale matematycznie możliwe. Już nie jest. Dziś w Oslo Stoch zaliczył słaby występ, Kobayashi skończył tuż za podium i zapewnił sobie Puchar Świata.

Kobayashi to objawienie sezonu. Coś, jak Krzysztof Piątek w Serie A. Przed starciem sezonu nikt nawet szczególnie na niego nie patrzył, a już na pewno nie zakładał, że będzie trafiał z regularnością szwajcarskiego zegarka i walczył z Cristiano Ronaldo o koronę króla strzelców. Z Japończykiem było podobnie. Przed rozpoczęciem rywalizacji nawet w Kraju Kwitnącej Wiśni nikt szczególnie na niego nie stawiał. Trudno się zresztą dziwić. W poprzednich latach – delikatnie mówiąc – szału nie było. Od kiedy zdobył dwa brązowe medale na mistrzostwach świata juniorów w 2016 (indywidualnie i w drużynie), wiadomo było, że ma talent. W Pucharze Świata jednak długo nie mógł tego potwierdzić. Sezon 2016/17 – osiem razy odpadał w kwalifikacjach, w pozostałych przypadkach awansował do konkursu, ale ani razu nie przebił się do drugiej serii. W poprzednim sezonie było lepiej, bo w drugiej serii meldował się regularnie, a w Lahti wyskakał nawet szóste miejsce. W klasyfikacji generalnej uplasował się na 24. miejscu, gdzieś między Maciejem Kotem, a Tilenem Bartolem.

W lecie wygrał dwa konkursy Letniego Grand Prix (oba u siebie w kraju), potem zaliczył dwa miejsca w pierwszej dziesiątce i 14. miejsce na koniec rywalizacji. Dało mu to 7. miejsce w klasyfikacji generalnej. Cudów po sezonie zimowym nikt nie oczekiwał. A tymczasem Ryoyu odpalił tak, jakby skakał na kodach. Na inaugurację w Wiśle był trzeci, a potem rozpoczął swój one man show. Pierwsze, pierwsze, trzecie, pierwsze, siódme i – uwaga – sześć razy z rzędu pierwsze! Gdzieś w okolicach święta Trzech Króli, kiedy jako trzeci w historii zdołał wygrać wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni, sprawa rywalizacji w Pucharze Świata w zasadzie była rozstrzygnięta.

Japończyka trzeba docenić przede wszystkim za niewiarygodną regularność. W sporcie, w którym wahania formy są na porządku dziennym i w którym zdarzają się konkursy totalnie losowe ze względu na warunki atmosferyczne, on miał jedne zawody Pucharu Świata w sezonie, których nie ukończył w pierwszej dziesiątce. Jedne. Oczekiwania kibiców tak rozbudził, że mogli być zawiedzeni brakiem medalu indywidualnego na mistrzostwach świata (tylko brąz w drużynie). Na dużej skoczni Kobayashi był czwarty, na małej – w kuriozalnych zawodach, które wygrał Dawid Kubacki – czternasty, choć prowadził po pierwszej serii.

Dziś w Oslo Kobayashi przypieczętował triumf w Pucharze Świata, jako pierwszy Japończyk w historii. Wystarczyło do tego piąte miejsce (wygrał Robert Johansson), bo Kamil Stoch zaliczył drugi najsłabszy występ w sezonie i był dopiero trzynasty. Jeśli chodzi o Polaków na Holmenkollen to wypada napisać tylko tyle, że wystąpili. Biało-czerwoni przyzwyczaili nas do zdecydowanie lepszych wyników niż dzisiaj. Dość powiedzieć, że trzynasty Stoch był i tak najlepszym z naszych. Jakub Wolny skończył na 19. lokacie, mistrz świata Dawid Kubacki na 24., dwa miejsca przed Piotrem Żyłą, reszta ekipy nie przebrnęła pierwszej serii. W sumie biało-czerwoni zdobyli ledwie 44 punkty, co jest nie tylko najgorszym wynikiem w tym sezonie, ale w ogóle za kadencji Stefana Horngachera.

Na wielkie poprawki czasu nie ma, bo zawody Raw Air przenoszą się do Lillehammer, gdzie już jutro odbędą się kwalifikacje do wtorkowego konkursu. Dobra wiadomość jest taka, że jeśli chodzi o biało-czerwonych, to równie fatalny konkurs po prostu nie ma prawa się powtórzyć.

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (3)