Czy Piotr i Paweł mogą doskoczyć do Władka i Tadka?
Inne sporty

Czy Piotr i Paweł mogą doskoczyć do Władka i Tadka?

Gdyby Piotr Lisek i Paweł Wojciechowski zebrali wszystkie swoje medale z imprez mistrzowskich, byłaby z tego całkiem pokaźna kupka. Dwanaście krążków to przecież nie w kij tyczkę dmuchał. Taka zdobycz naturalnie nasuwa porównania do słynnego duetu Władysław Kozakiewicz-Tadeusz Ślusarski, który w czasach Polski Ludowej siał postrach na lekkoatletycznych stadionach. Owszem, wciąż jest to zestawienie nieco na wyrost, bo „Kozak” i „Ślusarz” mają na koncie medale olimpijskie, ale młodzi chcą przecież jeszcze szturmować igrzyska. Jakie są ich szanse na skuteczny atak?

53654626_2243700752554597_5162823647848562688_n

W polskiej tyczce szczęścia chodzą parami. Często układało się tak, że jeśli już żarło nam w tej dyscyplinie, to w tym samym momencie mieliśmy w ścisłej czołówce dwa bardzo mocne nazwiska. Jeszcze całkiem niedawno na podium wskakiwały Anna Rogowska i Monika Pyrek, od kilku lat medale koszą wspomniani Lisek z Wojciechowskim, ale duetem numer jeden pozostaje Władysław Kozakiewicz i Tadeusz Ślusarski.

Pierwszy, wiadomo – w świadomości polskiego kibica już na zawsze pozostanie „tym od wała”. Jego gest wykonany w 1980 r. na złotych igrzyskach w Moskwie stał się dla niektórych najsłynniejszym polskim sportowym znakiem towarowym. Sukces odniesiony na Łużnikach okraszony ówczesnym rekordem świata na poziomie 5,78 przysłonił jednak nieco inne sukcesy Kozakiewicza. A przypomnijmy, nasz wąsaty czempion był też wicemistrzem Europy z Rzymu z 1974 r., a na halowych mistrzostwach Starego Kontynentu sięgnął dwa razy po złoto (1977, 1979) i dwa razy po brąz (1975, 1982).

„Ślusarz” akurat nigdy nie gustował w brązowych medalach i jego dorobek był wyłącznie złoto-srebrny. Przede wszystkim był podwójnym medalistą olimpijskim. Pierwszy, złoty krążek, wyskakał na igrzyskach w Montrealu, gdzie – to trzeba przypomnieć – skorzystał nieco na niedyspozycji Kozakiewicza. Ten był wówczas faworytem do tytułu, ale podczas jednego ze skoków pękła mu torebka stawowa w lewej nodze i skończyło się na 11. miejscu. Drugi medal olimpijski, tym razem srebrny, Tadeusz Ślusarski zdobył w Moskwie oglądając plecy swojego kompana z reprezentacji. Ślusarki był też dwukrotnym halowym mistrzem Europy (1974, 1978).

Obaj panowie tylko pod jednym względem są „gorsi” od duetu Lisek-Wojciechowski – żaden z nich nie ma na koncie medalu mistrzostw świata. Ale prawdopodobnie tylko dlatego, że w czasach, kiedy byli w sztosie, takiej imprezy… po prostu jeszcze nie było. Pierwszy lekkoatletyczny czempionat zorganizowano dopiero w 1983 r. w Helsinkach, a więc w momencie, kiedy obaj powoli zaczynali już zjeżdżać do bazy. W stolicy Finlandii Ślusarski był czwarty, a Kozakiewicz ósmy.

Kumpli po latach rozdzieliła tragedia, do której doszło w sierpniu 1998 r. na trasie z Międzyzdrojów do Szczecina. Tadeusz Ślusarski zginął w wypadku samochodowym, który po latach wciąż budzi niedowierzanie ze względu na straszny zbieg okoliczności. Samochód, którym skoczek podróżował razem z mistrzem kuli Władysławem Komarem, zderzył się z autem Jarosława Marca, medalisty mistrzostw Polski na 400 m. Zginęła cała trójka. Co ciekawe, zaledwie godzinę wcześniej dokładnie tą samą drogą podróżował Kozakiewicz, który tego dnia jechał akurat z Hanoweru do Gdyni.

Lisek? Gladiator

Niedawne halowe mistrzostwa Europy w Glasgow, gdzie Wojciechowski był pierwszy, a Lisek drugi, to kolejny dowód na to, że doczekaliśmy się kolejnego wyjątkowego duetu. Biorąc pod uwagę mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy oraz ich halowe odsłony, były to medale numer jedenaście i dwanaście, jakie ta dwójka łącznie zdobyła od 2011 r. W sumie to nawet dziwimy się, że właściciele sieci supermarketów „Piotr i Paweł” jeszcze nie wpadli na pomysł nakręcenia z nimi reklamy, bo to byłby samograj.

Cieszmy się, że mamy taki duet i możemy go porównywać do Kozakiewicza i Ślusarskiego. Można powiedzieć, że jest on nawet skuteczniejszy jeśli weźmiemy liczbę zdobytych medali, chociaż pamiętajmy, że teraz jest więcej imprez. Z drugiej jednak strony jakość tych medali jest niższa od zdobyczy poprzedników, dlatego wstrzymajmy się jeszcze do Tokio, wtedy będzie można wystawić rzetelną ocenę – mówi Weszło Artur Partyka, srebrny i brązowy medalista olimpijski w skoku wzwyż.

Czy Liska i Wojciechowskiego stać na dorównanie legendom sprzed lat? Stanie się tak właśnie dopiero w przypadku zdobycia medalu olimpijskiego, a to jak wiadomo będzie zadaniem piekielnie trudnym. Gdyby jednak ktoś kazał nam postawić ostatnią stówę na medal któregoś z nich, kasa poszłaby chyba w pierwszej kolejności na Piotra Liska, który u progu sezonu 2019 jest aktualnie liderem światowych list (5,93).

Przypomnijmy, że to właśnie wicemistrz świata z Londynu jest absolutnym rekordzistą Polski. Skacząc w lutym 2017 r. na mityngu w Poczdamie 6 metrów, był dopiero 21. zawodnikiem w historii, który dokonał tej sztuki. To ważne, bo poziom tyczki w ostatnich latach podniósł się niebotycznie i nawet sami zawodnicy przyznają, że w przyszłym roku w Tokio osiągnięcie tej granicy może być warunkiem załapania się na olimpijskie podium.

W wielu dyscyplinach różnica poziomu między ME, MŚ czy igrzyskami bywa znaczna, ale w przypadku tyczki szyld imprezy nie ma ostatnio żadnego znaczenia. Wszędzie trzeba skakać bardzo wysoko, czego dowodem były ubiegłoroczne ME w Berlinie, gdzie poziom konkursu był kosmiczny. Pierwszy Armand Duplantis skoczył 6,05 (między jego brzuchem a poprzeczką hulał jeszcze wiatr!), drugi Timur Morgunow równe 6, a trzeci Renaud Lavillenie 5,95. Lisek był wtedy dopiero czwarty ze świetnym wynikiem 5,90. Taka wysokość dałaby mu brązowy medal na igrzyskach w Rio de Janeiro, bo tam do spełnienia marzeń wystarczyło 5,85.

W Rio też wylądował tuż za podium. Bardzo dobry wynik jak na olimpijski debiut, ale do medalu zabrakło jednak aż 10 cm. Polak z bliska zobaczył też, jak chimeryczna potrafi być tyczka na najważniejszych imprezach jeśli chodzi o faworytów. Rekordzista świata Lavillenie przegrał wtedy niespodziewanie z reprezentantem gospodarzy Thiago Brazem, który po igrzyskach wygrał tylko… mistrzostwo Brazylii i trzy mniejsze mityngi. Mało tego, sam Francuz wciąż nie zasmakował jeszcze nawet mistrzostwa świata.

Uważam, że nie zawiodłem w Rio, chociaż pozostał niedosyt, bo stać mnie było na pokonanie wyższej wysokości, co dałoby miejsce na podium i upragniony medal z mniej lub bardziej cennego kruszcu. Skończyło się zaś medalem drewnianym, jak nazywam nagrodę za czwartą lokatę. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale nie rozpieszczała nas w Brazylii pogoda, a ulewny deszcz spowodował, że konkurs przerwano na półtorej godziny. Ta przerwa trochę mnie rozbiła. Rywale mieli jednak te same trudności, a w najważniejszym momencie imprezy pokazali, że tego dnia są po prostu trochę ode mnie lepsi – mówił Lisek krótko po powrocie z igrzysk „Kurierowi Szczecińskiemu”. Po powrocie z Brazylii medale zdobywał już jednak regularnie. Był m.in. drugi na wspomnianych już MŚ w Londynie, pierwszy na HME w Belgradzie i trzeci na HMŚ w Birmingham.

Piotr Lisek jest w pewnym sensie ewenementem wśród tyczkarzy, ponieważ jest najcięższym oraz jednym z najwyższych obecnie zawodników ze ścisłego topu. Waży 94 kg, a dla porównania cudowne dziecko tyczki Armand Duplantis to przy nim chuchro ważące 68 kilo.

Wszystko to przekłada się oczywiście na rodzaj tyczki. Polak skacze na najtwardszej, dlatego też ma problem, kiedy jego sprzęt nie dotrze na zawody, co już się przecież zdarzało (pozdrowienia dla pracowników lotniska). Jeśli tyczka zaginie lżejszemu zawodnikowi, można taką teoretycznie pożyczyć, ale w przypadku Liska nie wchodzi to w grę. Wiąże się z tym zresztą świetna historia z zawodów w Monako, które Lisek wygrał. Ponieważ jego tyczki nie dotarły na miejsce, musiał skakać na sprzęcie odkopanym w stadionowym garażu. Znalezione tam tyczki szczęśliwie miały takie same parametry. Jak się okazało, był to sprzęt Siergieja Bubki, który przeleżał tam ponad dwadzieścia lat. Twarde tyczki dla silnych gości.

Piotr to taki atleta-kulturysta. Patrząc na niego mam wrażenie, jakbym oglądał wieloboistę i dziś ciężko jest znaleźć podobny typ zawodnika. Bo skoczkowie mają raczej budowę w stylu Sama Kendricksa czy Renaud Lavillenie – podkreśla Partyka. – Na ile warunki Piotrka są zaletą, a na ile wadą? Ciężko powiedzieć. Twardość tyczki dostosowana jest do siły i szybkości zawodnika. Gdybyśmy dali mu miękką, trudno byłoby mu zgrać to z parametrami technicznymi, a być może po prostu by ją połamał.

02.03.2019 WIELKA BRYTANIA , GLASGOW , EMIRATES ARENA, HALOWE MISTRZOSTWA EUROPY GLASGOW 2019 ( EUROPEAN ATHLETICS INDOOR CHAMPIONSHIPS , GLASGOW 2019 ) SKOK O TYCZCE FINAL NZ. PIOTR LISEK SREBRNY MEDAL I PAWEL WOJCIECHOWSKI ZLOTY MEDAL FOTO RADOSLAW JOZWIAK / CYFRASPORT / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Wojciechowski? Artysta

Paweł Wojciechowski wrócił na złoty szlak po ośmiu latach. Właśnie tyle dzieliło bowiem HME w Glasgow od mistrzostw świata w Daegu, gdzie sensacyjnie zdobył złoty medal.

Jego kariera to w porównaniu do historii 27-letniego Liska góry i doliny. Szczególnie jeśli chodzi o  pierwsze lata po sukcesie w Korei, bo przez kontuzje miał je w zasadzie stracone. Na igrzyskach w Londynie nie przebrnął eliminacji (podobnie było w Rio), a na kolejny medal na imprezie mistrzowskiej czekał aż do 2014 r. i ME w Zurychu, gdzie był drugi. Tamten medal i brązowy wywalczony na MŚ w Pekinie rok później pokazały jednak niedowiarkom, że mistrzostwo świata nie było przypadkiem. Bo wątpiących nie brakowało. Wojciechowski wrócił na dobry poziom, chociaż frontmanem polskiej tyczki stawał się już Lisek. Wkrótce odebrał mu zresztą rekord kraju.

A jak można porównać obu zawodników, którzy na stadionie są rywalami, a poza nim dobrymi kumplami?

Paweł Wojciechowski to w porównaniu z Liskiem trochę artysta skoku o tyczce. Po pierwsze, nie jest tak regularny. Kiedy Piotr złapie tyczkę przy pierwszych startach w hali, od razu wali 5,80, pokazuje moc i jego skoki są powtarzalne. Paweł natomiast potrzebuje więcej czasu i startów. Po drugie, jest innym zawodnikiem pod względem emocjonalnym. Widać, że potrzebuje więcej tej wewnętrznej walki ze sobą. Odzwierciedleniem charakteru Liska jest z kolei ten jego krzyk, wręcz ryk tuż przed skokiem. To mówi o nim wszystko – uważa Artur Partyka.

Tak więc są to dwa zupełnie inne typy, ale oczywiście nie tylko jeśli chodzi o głowę. To także nieco inna technika skoku czy sprzęt, bo lżejszy Wojciechowski skacze na bardziej miękkich tyczkach. Kiedy dwa lata temu zapytaliśmy Piotra Liska o cechę, którą chętnie podebrałby koledze, mówił tak: – Od Pawła przejąłbym wysokie założenie. To niuans techniczny. U niego lewa ręka podtrzymująca tyczkę, kiedy wkłada się ją w „dołek”, jest bardzo wysoko. U mnie jest ona ugięta, u niego znajduje się nad czołem.

Wojciechowski, który jest aktualnie numerem cztery na tegorocznych listach, może pochwalić się rekordem życiowym wynoszącym 5,93. Tyle właśnie skoczył dwa lata temu w Lozannie. Gdyby sugerować się wyłącznie życiówką i tym, że 6 metrów może być warunkiem do podium w Tokio, to szanse 30-latka teoretycznie są mniejsze niż Liska. Ale to oczywiście tylko teoria, bo w przypadku tyczki nie zawsze dwa plus dwa daje cztery.

Piotr i Paweł stoją przed trudnym zadaniem, bo postęp w tyczce jest nieprawdopodobny. Trafili na okres boomu, ponieważ jest kilku niesamowitych zawodników. Ale z drugiej strony jest to też właśnie szalenie nieprzewidywalna dyscyplina. W Tokio może być różnie. Sam wielokrotnie tam startowałem i to jest wilgoć, deszcz, wiatr, zmienny klimat. A tyczka to wrażliwa konkurencja na warunki, m.in. dlatego jest taka trudna. Powiem tak: jeżeli Thiago Braz mógł wygrać w Rio de Janeiro, to dlaczego nie może tego zrobić któryś z naszych? – pyta retorycznie Partyka.

I zwraca uwagę, że obaj właśnie na tej wewnętrznej rywalizacji mogą zbudować formę na najważniejsze imprezy.

Wojciechowski goni Liska i to jest świetne, bo oni się napędzają. Obaj utrzymują też stan, który jest bezcenny w perspektywie mistrzostw świata i igrzysk – stan głodu, stresu, niepewności. Oni ciągle mają chęć poprawiania się, bo cały czas jest ktoś obok. I nie mówimy o Duplantisie, Kendricksie czy Lavillenie, tylko koledze z reprezentacji. Piotrek wie, że może przegrać nawet na własnym podwórku mistrzostwa Polski. To najcenniejsza rzecz, jaka w tej chwili mogła ich spotkać.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (0)