Sezon cudów – Porto na szczycie europejskiego futbolu
Weszło

Sezon cudów – Porto na szczycie europejskiego futbolu

Na stadionowym zegarze wybiła dziewięćdziesiąta minuta meczu, gdy wypełniony po brzegi Teatr Marzeń zamarł w niepewności. Manchester United prowadził co prawda 1:0 z FC Porto i był już jedną nogą w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, ale to goście z Portugalii sposobili się właśnie do wykonania rzutu wolnego, który mógł odmienić losy całego dwumeczu o sto osiemdziesiąt stopni. Wokół ustawionej o kilka metrów przed polem karnym futbolówki stłoczyło się ciasno trzech zawodników. Jeden z angielskich sprawozdawców zaczął z wyraźnym zaniepokojeniem spekulować o „strefie Davida Beckhama”. Zrobiło się nerwowo.

Deco po krótkiej naradzie odpuścił temat i się oddalił, pozostawiając kluczowe uderzenie dwóm pozostałym kolegom. Nie wziął na siebie tej odpowiedzialności. Kroki odliczył najpierw Benni McCarthy, bohater pierwszego starcia z Czerwonymi Diabłami. Rozbieg zasugerował również Ricardo Fernandes, specjalista od stałych fragmentów gry, o którym nikt już zresztą nie pamięta, że w ogóle pojawił się na murawie w tamtym spotkaniu. Że w ogóle grał w piłkę.

– Wszystko może się sprowadzić do tej akcji, to „być albo nie być” dla Porto! – ekscytował się Clive Tyldesley, komentator brytyjskiej stacji ITV.

Kropnął McCarthy.

Przekreślając – jak się okazało – jedyną wielką szansę biednego Fernandesa, by zostać bohaterem drużyny Smoków i w efekcie zagościć w niej na dłużej, niż tylko na jeden sezon. Spędzony zresztą głównie na noszeniu torby ze sprzętem za wspomnianym już Deco, który zaoszczędzony czas poświęcał na nieudolne podrywanie gwiazd popkultury. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że to właśnie dwa gole reprezentanta Republiki Południowej Afryki pozwoliły portugalskiej drużynie wygrać pierwsze starcie 2:1 przed własną publicznością, co przedłużało ich prawo do bezczelnych marzeń o wyeliminowaniu z Ligi Mistrzów wielkiego Manchesteru United. Drużyny meldującej się w ćwierćfinałach Champions League nieprzerwanie od 1997 roku. Jeżeli ktoś miał rozstrzygnąć losy dwumeczu na korzyść Porto, to afrykański napastnik, nikt inny. On wtedy przeżywał swój wielki czas.

Zawsze zresztą podkreślał, że jego największym marzeniem jest zagrać w zespole z Premier League. Zanim udało mu się je ostatecznie zrealizować, przenosząc swoje talenty do zespołu Blackburn Rovers w 2006 roku, McCarthy zadowalał się notorycznym gnębieniem angielskich drużyn bramkami – do czasu rewanżowego starcia z Manchesterem zdobywał gola w każdym meczu, jaki rozegrał przeciwko klubowi z Anglii. Miał siedem takich spotkań z rzędu. – Wierzę, że zostanę zauważony. Gram we wspaniałej drużynie, która co roku występuje w europejskich pucharach, ale każde dziecko w Republice Południowej Afryki śni o występach w Premier League. We mnie to marzenie wciąż nie wygasło. (…) Może i w United mają większe nazwiska od nas, ale to jeszcze nie decyduje o zwycięstwie. Najważniejsze jest pragnienie wygranej.

Na kilka dni przed meczem spragniony wygranej McCarthy narozrabiał – dal się przyłapać na imprezie, gdzie wszelkie możliwe pragnienia gasiło się alkoholem. A w zespole panowały wówczas surowe zasady – jedną z nich była, nazwijmy to, godzina policyjna. Wszyscy zawodnicy musieli leżeć grzecznie w łóżkach o określonej porze, zamiast szlajać się po nocnych lokalach. Wymykanie się ze zgrupowań było surowo karane. Tymczasem Benni lubił się szlajać. – Przyznaję, złamałem zasady. Trener był mną rozczarowany, ale chyba zrozumiał, że każdy ma prawo do błędu, nie ma przecież ludzi idealnych. Przyjąłem karę finansową i odwdzięczę się za wyrozumiałość czymś pozytywnym w meczu z Manchesterem.

W końcówce starcia z Czerwonymi Diabłami miał zatem idealną okazję, by swoje szumne obietnice zrealizować i faktycznie miło się zrewanżować trenerowi za to, że ten nie odsunął go od składu z powodu niesubordynacji, ograniczając karę jedynie do grzywny. Stojąca piłka, dogodna pozycja, newralgiczny fragment meczu. Nic, tylko zostać bohaterem i zapracować na wymarzony transfer do Anglii, sprzedając prztyczka w nos najsłynniejszej ekipie z Wysp.

benni-mccarthy-porto-manchester-united-champions-league-2004_9a3swz6vsctu18yo3k8zkmkyc

Benni McCarthy strzela z rzutu wolnego. fot. goal.com

Niestety – McCarthy uderzył słabo. Precyzyjnie, owszem, lecz jednocześnie bardzo lekko i – wydawać by się mogło – bez wystarczającej rotacji, żeby zaskoczyć dobrze ustawionego bramkarza.

Tymczasem… sprawy nabrały przyspieszonego i nader zaskakującego obrotu.

Tim Howard, zamiast złapać futbolówkę, odbił ją w niekontrolowany sposób. Ta spartaczona interwencja zaprzepaściła na amen jego nadzieje na zrobienie wielkiej kariery na Old Trafford. Sir Alex Ferguson po sezonie zaczął poszukiwania nowego bramkarza, aż w końcu – kilkanaście miesięcy później – postanowił dać sobie spokój z golkiperami na dorobku. Przywrócił do wielkiego futbolu Edwina van der Sara, który następnie przez wiele lat stanowił filar żelaznej defensywy United, przeżywając w Manchesterze drugą, trzecią i czwartą młodość.

DARMOWY ZAKŁAD! 20 ZŁOTYCH ZA SAMĄ REJESTRACJĘ W ETOTO!

WPISZCIE KOD: WESZŁO PRZY REJESTRACJI, BY ODEBRAĆ NAGRODĘ!

Z kolei John O’Shea zagapił się na tę pokraczną interwencję Howarda i nie upilnował swojego zawodnika. Rozpędzony Costinha agresywnie ruszył na piłkę, nie dał się już dogonić Wesowi Brownowi i dopadł do niefortunnie odbitej przez golkipera futbolówki, pakując ją natychmiast do pustaka.

Trybuna zajmowana przez trzy tysiące kibiców gości eksplodowała. Joshua Lino da Costa, wówczas trzynastoletni chłopiec, wspominał tę atmosferę w rozmowie z BT Sport: – Już przed pierwszym gwizdkiem hałas wewnątrz obiektu był ogłuszający. Byłem wtedy dzieckiem i dosłownie mną to wstrząsnęło. Widziałem tylko morze kolorowych flag i transparentów. Wyczuwałem wiarę, że może nam się udać. Czuliśmy, że stać nas na remis. (…) Gola świętować zacząłem jeszcze zanim futbolówka zatrzepotała w siatce. Wokół mnie zaczęli przelatywać ludzie. Jacyś nieznajomi próbowali mnie także podnieść i podrzucić w powietrze. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Gdy zobaczyliśmy pędzącego trenera, oszaleliśmy jeszcze bardziej. Wiedzieliśmy, że awans jest nasz.

– Widząc go, biegnącego w stronę naszego narożnika, dało się odczuć kierującą nim pasję – dodawał da Costa. – Był wtedy dla nas najlepszy na świecie. Był idolem. Młodym trenerem, który w mediach zawsze przemawiał z charyzmą, z sarkazmem. Był też arogancki, ale prawda jest taka, że w Portugalii uwielbia się taką postawę.

– Osunął się nam grunt pod nogami – wspominał natomiast Mick Thorne, sympatyk United. – Miałem miejsca niedaleko tunelu, więc doskonale widziałem ten sprint. Czułem się, jak gdyby ktoś kopnął mnie w ryj. To pierwszy trener, który coś takiego zrobił. Nigdy wcześniej o tym gościu nie słyszeliśmy…

Szkoleniowiec Porto, Jose Mario dos Santos Felix Mourinho, rzeczywiście nie wytrzymał. Musiał dać upust swej ekstazie. Poderwał się z siedzonka, wynurzył z gęstwiny rezerwowych oraz członków sztabu szkoleniowego i pognał wzdłuż linii bocznej, kierując się w stronę narożnika boiska, gdzie radość ze zdobycia gola celebrowali już gremialnie jego podopieczni. Poły ciemnego płaszcza powiewały radośnie, gdy pędzący szaleńczo trener podskakiwał w euforii, starając się jakoś zachować równowagę, wykonując te zaawansowane gimnastycznie wygibasy w swych eleganckich pantoflach. Podnieceniu nie było końca. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni, wciąż podekscytowany, kierujący się już w stronę szatni Jose wymachiwał rękami tak zapamiętale, że prawie wydłubał oko jednej z pracownicy stadionowej obsługi. Przerażona kobieta w odruchowym geście popchnęła rozemocjonowanego Portugalczyka w głąb korytarza, gdzie nie dogoniło go już oko kamery.

Jak można się domyślać – świętowanie sukcesu nieprędko znalazło swą puentę. Ponoć przerwali je tylko Ferguson i Gary Neville, którzy zajrzeli do szatni drużyny przyjezdnej, by pogratulować piłkarzom oraz sztabowi Porto świetnego występu i życzyć powodzenia w kolejnej rundzie Ligi Mistrzów. – Pokazali klasę, jakiej dotychczas nie znałem. W Portugalii takie sytuacje się nie zdarzają – zachwycał się rozanielony Mourinho. – To sceny, które zawsze trzymam głęboko w sercu… Gdy ktoś z drużyny przeciwnej robi taki gest w stosunku do mnie i moich zawodników. Wtedy zrozumiałem, że Ferguson ma dwie twarze. Pierwsza to bezwzględny wojownik, który zrobi wszystko, by osiągnąć cel i wygrać mecz. Druga – człowiek z zasadami, szanujący oponenta i grający fair play. To odkrycie wiele dla mnie znaczyło.

*

– Rozumiem, czemu on jest troszkę zdenerwowany – z szelmowskim uśmiechem przemawiał ten sam Mourinho na konferencji prasowej po pierwszym meczu między Porto a Manchesterem. Gospodarze z Estadio de Dragao wygrali 2:1, a wojowniczo wówczas usposobiony Sir Alex Ferguson nie posiadał się z wściekłości, gdy sędzia wyrzucił z boiska Roya Keane’a, wlepiając mu czerwony kartonik za faul na Vitorze Baii.

Szkocki manager był przekonany, że bramkarz udawał poważne poturbowanie i zmanipulował w ten sposób sędziego. Między szkoleniowcami doszło do ostrej scysji. – Już w tunelu Ferguson mi powiedział, że jego zdaniem nasz bramkarz udawał. Obiecałem, że go przeproszę jeśli tak było, ale najpierw muszę obejrzeć sytuację w powtórkach. Vitor wyznał mi, że poczuł ból. Jeżeli oskarżenia się nie potwierdzą, sam też oczekuję przeprosin. Oczywiście rozumiem, w jakiej Ferguson jest teraz sytuacji. Także byłbym delikatnie zasmucony, gdyby mój zespół został zdominowany od pierwszej do ostatniej minuty przez drużynę zbudowaną za dziesięć razy mniejsze pieniądze. Manchester ma kilku topowych zawodników. Powinni byli trochę lepiej sobie poradzić.

Sam Wallace, dziennikarz The Telegraph, pisał potem o tej wojence, nie kryjąc zdumienia: – Istnieje niepisana zasada, że kiedy przyjeżdżasz na Old Trafford, to nie drażnisz pewnego starego Szkota, który tutaj rządzi. Wszyscy zwykle ściągają kapelusze, kłaniają się z szacunkiem i chwalą ofensywną grę United. Ale Mourinho obrał inną strategię przedmeczową.

– Oni muszą nas tylko pokonać przed własną publicznością. Wygrają, a my odejdziemy do domu z uśmiechami na naszych twarzach – zapewniał Jose przed rewanżem. – Jak ostatni raz Porto tutaj grało, skończyło się to naszą porażką 0:4. Oni mają lepszą drużynę. Wiem, że nie jest im łatwo pogodzić się z poprzednią porażką. Gdyby to oni roznieśli nas 5:0, nikt by już dzisiaj nie rozprawiał o czerwonych kartkach, symulacjach i oszustwach. Muszą przecież tylko wygrać. Zrobią to i koniec tematu, my wtedy wracamy do Portugalii.

– Psychologiczne gierki? – wydął prowokująco wargi Portugalczyk. – Nie przeszkadzają mi, ale oni są w nich lepsi – stwierdził z przekonaniem. By po paru chwilach… zdradzić jedenastkę meczową, pozycja po pozycji, nazwisko po nazwisku. Na dobę przed pierwszym gwizdkiem arbitra.

Wyłożył wszystkie karty na stół w przypływie skrajnej bezczelności albo szaleństwa. W myśl zasady, że kto gra grubo, wygrać musi. I wygrał, a jego kariera nabrała szalonego rozpędu na kilkanaście następnych lat.

gt

Jose Mourinho odpytywany po meczu przez dziennikarzy. fot. SkySports

Inaczej potoczyłby się zapewne losy futbolu, gdyby sędziowie zinterpretowali zagranie Keane’a jako przypadek, a nie celowe zdeptanie przeciwnika. Gorąco zabiegali o to działacze klubu z Old Trafford, lecz ich apelacje nie przyniosły spodziewanych rezultatów.

Inaczej potoczyłby się losy futbolu, gdyby pan Walentin Iwanow uznał drugą bramkę autorstwa Paula Scholesa w rewanżu. Prawidłowo zdobytą bramkę. Wówczas Porto potrzebowałoby do awansu dwóch trafień, jedno gwarantowałoby zaledwie dogrywkę.

Inaczej potoczyłby się losy futbolu, gdyby Tim Howard złapał piłkę po strzale McCarthy’ego, albo chociaż przyzwoicie ją odbił. Do boku, poza bramkę, do wszystkich diabłów. Gdziekolwiek, byle nie w stronę centrum pola karnego.

– Gdyby nie tamten gol, nigdy by się nie narodził „The Special One” – takiego SMS-a wysłał ostatnio Costinha do Jose Mourinho, o czym zresztą opowiedział sam portugalski szkoleniowiec podczas jednej ze swoich licznych posiadówek w studio stacji beIN Sports. I jest w tym spostrzeżeniu sporo prawdy – mit niepokornego, nieokiełznanego Jose ukonstytuował się właśnie tamtego wieczora na Old Trafford, podczas tego szaleńczego, jakże emblematycznego rajdu wzdłuż linii autowej. Zresztą – bardzo możliwe, że ten sam stadion stanowi również trumnę, w której mit „The Special One” będzie już na wieki spoczywał.

Gdy Mourinho – już jako szkoleniowiec Manchesteru United – odpadał z Ligi Mistrzów po fatalnym dwumeczu przeciwko wielokrotnie uboższej Sevilli, tak naprawdę mógł zaadresować własne słowa sprzed lat wobec samego siebie. Każdemu na koniec jego własny dowcip.

TŁUMACZ ZACZYNA DZIAŁAĆ

– Na początku był Chaos. Któż zdoła powiedzieć dokładnie, co to był Chaos? Niejedni widzieli w nim jakąś istotę boską, ale bez określonego kształtu. Inni – a takich było najwięcej – mówili, że to wielka otchłań, pełna siły twórczej i boskiego nasienia, jakby jedna masa nieuporządkowana, ciężka i ciemna, mieszanina ziemi, wody, ognia i powietrza – skoro już o mitach mowa, to początki pracy Jose Mourinho w FC Poro warto przedstawić właśnie cytatem z „Mitologii”, dzieła niedoszłego noblisty, Jana Parandowskiego.

Serio – kiedy portugalski szkoleniowiec objął drużynę Smoków, musiał w wielu kwestiach zaczynać pracę po prostu od wylewania fundamentów, nie czekało go jedynie projektowanie wnętrz i dobieranie obrusów pod kolor kapci z góralskim wzorem. Na niektórych płaszczyznach wystartował od zera, choć otchłań, jak się wkrótce okazało, zaiste pełna była siły twórczej.

Potrzeba było jedynie odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu, by tę siłę uporządkować. I uczynić z niej śmiercionośną broń.

Mourinho trafił do Porto jako szkoleniowiec nieopierzony, niespełna czterdziestoletni, bez budzącego uznanie piłkarskiego dorobku. Najdelikatniej rzecz ujmując. Zawodnikiem był raczej marnym, by nie powiedzieć – beznadziejnym. Syn słynnego bramkarza, który nie odziedziczył zdolności ojca. Żył futbolem, oddychał futbolem, nawet urodził się w dniu, gdy jego tata rozgrywał ważny mecz. Przeżywał piłkarskie tragedie, gdy ojca wywalono z klubu w okresie świat Bożego Narodzenia. A jednak – boży palec go nie dotknął. Nie otrzymał talentu, który samoczynnie poniósłby go ku zrealizowaniu dziecięcych, naiwnych, futbolowych marzeń.

Mourinho-father

Syn i ojciec. fot. ChelseaNews24

Pozostała mu zatem ta mniej przyjemna, a bardziej kręta droga wiodąca do sukcesu – ciężka praca. – Zawodową karierę zaczynałem od nauczania dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi. To było wielkie wyzwanie. Nie byłem merytorycznie przygotowany, żeby pomagać tym dzieciakom. Potrafiłem z nimi pracować tylko dlatego, że starałem się nawiązać relację emocjonalną. Dokonywaliśmy razem małych cudów, bo łączyły nas wspaniałe relacje. Czułość, dotyk, empatia – to przynosiło efekty. Pamiętam jednego chłopca, który przez całe życie odmawiał wchodzenia po schodach. Drugiego, który nie potrafił skoordynować dwóch najprostszych ruchów. To były dziesiątki drobnych problemów, a my przełamywaliśmy je dzięki łączącej nas więzi.

Wkrótce potem, Mourinho zajął się już trenowaniem zdrowej młodzieży w profesjonalnych klubach. Poznawał futbol od kuchni, chcąc wedrzeć się do świata piłki oknem, skoro nie wpuszczono go tam drzwiami. I przy okazji – a może przede wszystkim – stale uczył się ludzi. Jako pomocnik i tłumacz Sir Bobby’ego Robsona, z którym poznał się w Sportingu, mógł obserwować sposób, w jaki jowialny Brytyjczyk radzi sobie z zespołem, jak układa relacje z zawodnikami, jak reaguje na ich humorki i szlifuje chropowate charaktery. Robson był wirtuozem codziennych drobnostek, małych uprzejmości, subtelnych gestów sympatii. Jose czerpał z jego metod garściami, kolekcjonując nowe doświadczenia.

Sam jednak zwykł trzymać się bardzo blisko drużyny. Utrzymywał z piłkarzami relacje braterskie, podczas gdy Robson preferował raczej pozę ojcowską. – Spędzanie czasu w jego towarzystwie ubogacało. Co było w nim niesamowite – budował w swoim rozmówcy wrażenie, że jest jego doskonałym znajomym. Zawsze miał czas na dyskusję, uwielbiał dzielić się pasją do futbolu – mówił o Robsonie wieloletni działacz angielskiej federacji piłkarskiej, Richard Scudamore. Trudno lepiej scharakteryzować legendarnego szkoleniowca.

– Gdy poznałem Jose, był tylko wuefistą – wspominał natomiast sam Robson. – Ja zaczynałem pracę w Portugalii, on miał po prostu o mnie dbać. Nieźle mówił po angielsku i posiadał odpowiednie zaplecze, jeżeli chodzi o wiedzę na temat futbolu. Szybko jednak udowodnił, że potrafi wnieść do zespołu niesamowitą wartość. Wspierał mnie i nawiązywał świetne relacje z zawodnikami, pracując ze mną w trzech kolejnych klubach. Gdy tylko potrzebowałem jego wsparcia, był na miejscu, nawet jeżeli to oznaczało, że musi się poświęcić i wystawić siebie na ostrzał.

W tej materii wiele się nie zmieniło. To wypowiedź Jose z bieżącego roku: – Najważniejszy jest dla mnie ten klub, w którym aktualnie jestem. Przychodzę pierwszego dnia i zakładam jego koszulkę, a ściągam ją dopiero dnia ostatniego, gdy odchodzę. Brudną, cuchnącą, spoconą. Walczę dla mojego klubu, mam w nosie mój osobisty wizerunek. Nie dbam o konsekwencje.

Robson: – Jeszcze w Sportingu wysłałem go kilka razy, żeby obserwował dla mnie najbliższego przeciwnika. Jego praca mnie zszokowała. Wracał z notatkami, które były absolutnie pierwszorzędne. Nigdy nie otrzymywałem lepszych. Taki gołowąs, ledwie wówczas trzydziestoletni, bez doświadczenia trenerskiego czy piłkarskiego, a sporządzał dla mnie najlepsze raporty spośród wszystkich, jakie kiedykolwiek dostałem!

REMIS W MECZU PORTO I ROMY? KURS 3.80 W ETOTO!

Trzecim i ostatnim etapem wspólnej podróży Robsona i Mourinho – więcej niż tłumacza – była Barcelona. Portugalski współpracownik Bobby’ego początkowo nie był szczególnie mile widziany na Camp Nou. Władze Blaugrany były raczej skore, by stanowiska w sztabie nowego managera obsadzić ludźmi ściśle związanymi z Barcą i doskonale zaznajomionymi z filozofią trenerską Johana Cruyffa.

Ale Robson chciał mieć przy sobie Mourinho. Nie chciał być zresztą wiernym kontynuatorem dzieła Holendra.– Nazywano go „Tłumaczem”, lecz był już wtedy kimś znacznie więcej. Był po prostu asystentem pierwszego trenera. Kiepsko szło mu łączenie tych ról, co było ewidentne już po kilku pierwszych konferencjach prasowych. Czasami nawet nie próbował tłumaczyć słów Robsona, wygłaszał własne opinie. Często stawał w obronie szefa, wykłócał się z dziennikarzami. Musieliśmy go przywoływać do porządku – opowiadał w rozmowie z magazynem FourFourTwo jeden z członków sztabu szkoleniowego Dumy Katalonii. Wydawało się jasne, że Jose odgrywa w zespole istotną funkcję, ważniejszą nawet niż formalny asystent. Działał jako prawa ręka Robsona.

Santi Gimenez, reporter gazety AS, miał podobne spostrzeżenia: – Mourinho pełnił rolę tłumacza podczas pierwszej przedsezonowej konferencji prasowej i od razu było jasne, że sam ma za dużo do powiedzenia, żeby sprawdzić się w tej funkcji. Przecież część dziennikarzy też znała angielski. Doskonale rozumieli, że wybierał sobie tylko niektóre ze słów wypowiedzianych przez Robsona. Opinie trenera były zwykle krótkie i treściwe, Mourinho wygłaszał głębokie i przemyślane stwierdzenia.

1494155072_132509_1494156839_noticia_normal

Robson i Mourinho. fot. newspix.pl

Lu Martin z pisma El Pais, także na łamach FourFourTwo: – Wychodził z nami na miasto przed większością wyjazdowych meczów w europejskich pucharach. Był znakomitym kompanem, sympatycznym wujkiem. Czas wszystkich nas zmienia, ale człowiek, którego widuję dzisiaj w kontaktach z mediami to nie ta sama postać, którą pamiętam z czasów Barcelony. Wybrałem się kiedyś z Jose i fotografem na stadion w Belgradzie, żeby obejrzeć tamtejszą drużynę w ramach przygotowań do starcia w europejskich pucharach. W Serbii atmosfera była napięta, trwały jakieś kłopoty z tamtejszym rządem, ale nasza wycieczka przebiegła w doskonałych nastrojach. Żartowaliśmy z pogłosek, jakoby Jose miał romans z Robsonem, bo ciągle widywano ich razem. „Zostaw mnie sam na sam ze swoją siostrą, to przekonasz się, czy jestem gejem” – śmiał się Mourinho.

– Do dziś pamiętam zdanie, które wtedy powiedział: „Nie mam zamiaru tracić czasu na zastanawianie się, czy ktoś mnie kocha albo nienawidzi” – kontynuował Martin. – Podczas tej samej podróży złapaliśmy gumę. Nie potrafiłem zmienić opony, fotograf też nie. Mourinho przeklął szpetnie – od razu wysnuł teorię, że oponę przebił nam ktoś z klubu, który szpiegowaliśmy. Wysiadł i sam wymienił koło na zapasowe. 

Również Christo Stoiczkow, wtenczas super-gwiazda Barcelony, prędko zrozumiał, że najbliższy zausznik trenera zajmuje się zadaniami dalece wykraczającymi poza lingwistykę: – Obserwowałem go każdego dnia. Był typowym gościem, którego interesuje dosłownie wszystko. Szatnie, autobusy, pełna kontrola. Wszystko. Dlatego ma taki twardy charakter. Lubił, gdy wszystko wokół niego dzieje się na sto procent. Dyscyplina, organizacja. (…) Dziś się czasem śmiejemy, że jestem jedynym człowiekiem związanym z Katalonią, który nie ma ochoty go zamordować.

W końcu drogi Mourinho i Robsona się rozeszły – gdy Anglik żegnał się z Barceloną, jego wierny towarzysz chciał znów podążyć za nim, wykazał się stuprocentową lojalnością. Ale Sir Bobby gwałtownie zaprotestował. Uznał, że Jose za wiele by stracił, odpuszczając sobie możliwość pracy w takim klubie jak Barcelona i u boku takiego managera jak Louis van Gaal, który przybył do stolicy Katalonii właśnie w miejsce ustępującego Robsona. – Jedną z najważniejszych rzeczy, których nauczyłem się od Bobby’ego Robsona jest to, że kiedy wygrywasz, nie możesz zacząć postrzegać siebie jako najlepszego na świecie. A kiedy przegrywasz, nie powinieneś myśleć o sobie jak o ostatnim śmieciu. (…) Bobby nigdy nie interesował się specjalnie systemem gry, planowaniem sesji treningowych. Był człowiekiem boiska. Cenił sobie bezpośrednie relacje z zawodnikami, uwielbiał ofensywny futbol. Jeżeli podzielimy plac gry na trzy obszary, on skupiał się na ostatnim. To oznaczało, że moja praca skoncentrowana była wokół kwestii defensywnych.

Relacje na linii Mourinho – van Gaal były już bardziej skomplikowane, nie tak zażyłe. Choć Holender uważał swojego nowego współpracownika za skończonego aroganta, niezwykle cenił sobie jego opinie i uwielbiał wdawać się z nim w konstruktywne spory. Takie utarczki traktował jak intelektualną inspirację. Portugalski asystent funkcjonował jako skaut przed najważniejszymi spotkaniami Barcy, obserwował też jej spotkania z wysokości trybun, żeby uzyskać inną perspektywę niż van Gaal, operujący przy linii bocznej. Podczas pomeczowej analizy panowie długo wymieniali się uwagami.

W taki sposób zapamiętał Portugalczyka inny eks-piłkarz Barcy, Michael Reiziger. – Był ciepłą osobą. Szczerze się każdym interesował, chciał znać każdy szczegół i być częścią grupy. Nie interesowały go tylko sprawy piłkarskie – ciekawiło go, co się u nas dzieje. Zawodnicy to uwielbiali, choć trener van Gaal chyba nie zawsze był zadowolony z tej zażyłości. Obaj zawsze lubili mieć ostatnie słowo. Jose nie był normalnym asystentem, tu się to objawiało – zawsze było jasne, że on na koniec chce coś jeszcze dodać od siebie.

I to chyba pełny obraz trenera, kształtowanego na przestrzeni lat przez rozmaitych ludzi i jeszcze rozmaitsze doświadczenia. Trenera, który w 2000 roku – swoją droga, w niezbyt sympatycznej atmosferze – opuścił Barcelonę, by zacząć wreszcie pracę na własny rachunek. Najpierw była niefortunna przygoda w Benfice, potem bardzo udany czas w Uniao de Leiria. Wreszcie – 23 lutego 2002 roku – Jose Mourinho został oficjalnie ogłoszony nowym managerem FC Porto.

BUDOWA

Gdy pyskaty szkoleniowiec przejął we władanie ekipę Smoków, jako się rzekło – znajdowała się ona w sporym kryzysie. Na tytuł mistrzowski czekała od 1999 roku, zaś sezon 2001/02 był już beznadziejny do kwadratu. Gdy Mourinho przejął ster, Porto znajdowało się w tabeli na piątym miejscu, niżej nawet od kameralnego klubu z Leirii, wciśniętego do ligowej czołówki przez samego Jose. Europejskie i krajowe puchary były już przegrane, szanse na mistrzostwo także – rzecz jasna – iluzoryczne. To uwłaczało klubowi o takiej renomie. Nic zatem dziwnego, że Portugalczyk postanowił od początku narzucić gwałtowną retorykę i walnąć pięścią w stół. Dosłownie – podczas jednej ze swoich pierwszych konferencji prasowych grzmotnął z pełnym impetem w blat biurka, zapewniając wszystkich dziennikarzy obecnych na sali, że wkrótce przywróci klubowi z Estadio de Dragao na należne mu miejsce w ligowej hierarchii.

Należne, czyli pierwsze.

Odnotowali to wszyscy reporterzy, których nie powalił atak serca, spowodowany gwałtownym wybuchem Mou. Przy okazji Portugalczyk nie omieszkał nadmienić, że w tej chwili Porto dysponuje najcieńszą kadrą od kilkudziesięciu lat, sytuacja jest generalnie do chrzanu i że będzie potrzebował wielu transferów, jeśli jego pięknie pomyślany projekt ma wypalić. Teatrzyk rozpoczęty.

Zanim jednak nadeszło letnie okno transferowe, należało, chcąc czy nie, dograć do końca nieszczęsny sezon 2001/02. I Mourinho z miejsca udowodnił swój taktyczny kunszt. Wygrał jedenaście z piętnastu meczów, wprowadził drużynę na trzecie miejsce w lidze oraz, co chyba najistotniejsze, zaproponował styl gry, który natychmiast porwał stałych bywalców Estadio de Dragao i przywrócił im nadzieję na lepsze jutro. Choć przecież nie brakowało krytyków, gdy zaproponowano posadę szkoleniowca niedoświadczonemu i słynącemu z kłótliwej natury Mou.

Uwaga! Jeżeli ktoś skażony stereotypowym myśleniem kojarzy mourinhowskie Porto wyłącznie z żelazną defensywą, albo – nie daj Boże – z taktyką sprowadzającą się do murowania dostępu do własnej bramki, ten niech natychmiast zrewiduje swój pogląd. Smoki grały pasjonujący futbol. Prosty, nie da się ukryć. Ale efektowny, dynamiczny i na swój sposób piękny. Zwłaszcza wówczas, gdy późniejszy, samozwańczy „The Special One” poukładał już kadrę po swojemu.

Screenshot_2019-03-06 FC Porto - Appearances Primeira Liga 2000 2001

Statystyki ligowe zawodników w sezonie 2001/2002. fot. worldfootball.net

Po dokończeniu swojego pierwszego sezonu w Porto, Mourinho natychmiast, albo i jeszcze szybciej zażyczył sobie kilku zawodników. Do drużyny trafili między innymi jego starzy znajomi z poprzedniego klubu, Derlei, Tiago i Nuno Valente. Z wolnego transferu został też przechwycony wyrzutek Maniche, zaś z wypożyczenia powrócił doświadczony Jorge Costa, który pozostawał w konflikcie z poprzednim szkoleniowcem. Jose momentalnie załagodził sprawę. Costa został liderem i kapitanem drużyny.

Za pieniądze zarobione ze sprzedaży Jorge Andrade, Mourinho wzmocnił kilka pozycji. Ściągnął Nuno Espirito Santo na bramkę, Paulo Ferreirę na bok obrony i – między innymi Edgarasa Jankauskasa do ofensywy. Żadnych tłustych zakupów – przede wszystkim piłkarze niechciani przez swoich poprzednich pracodawców, a dzięki temu do wzięcia w promocji. Mnóstwo piłkarzy zatrudnionych za darmoszkę, na zasadzie: „a nuż się uda”.

Screenshot_2019-03-06 FC Porto - Appearances Primeira Liga 2002 2003

Statstyki ligowe zawodników w sezonie 2002/2003. fot. worldfootball.net

Po sezonie 2002/2003 Mourinho znów postanowił wszystkich zbulwersować – pozbył się jednej z największych gwiazd zespołu, Heldera Postigi. Młodziutki napastnik kapitalnie się rozwijał, ale manager wraz z działaczami klubu uznał zapewne, że oferta z Tottenhamu była nie do odrzucenia. Mou odesłał też z klubu Nuno Capucho, który dotychczas grywał w barwach Porto regularnie. W ich miejsce po raz kolejny zakontraktowano wielu zawodników, obstawiających rozmaite wakaty. Benni McCarthy wzmocnił siłę rażenia, podobnie jak młodziutki Carlos Alberto. Ofensywny pomocnik wypatrzony w Brazylii.

Rotację w składzie wzmocnili też Sergio Conceicao, Jose Bosingwa, Maciel i Rossato.

Screenshot_2019-03-06 FC Porto - Appearances Primeira Liga 2003 2004

Statystyki ligowe zawodników w sezonie 2003/2004. fot. worldfootball.net

Jak grało Porto obmyślone i dopracowane przez Mourinho? Tiago Estevao z portugoal.net dokładnie to przeanalizował.

– Vitor Baia oczywiście musiał pozostać pierwszym bramkarzem, tak długo jak omijały go kontuzje. Ale najważniejsze był złoty duet, który został wykuty przed nim – Ricardo Carvalho i Jorge Costa. Ten drugi był typowym, twardo grającym stoperem, który doskonale oddawał charakter całej drużyny. Jose Mourinho wykonał świetną pracę, żeby odzyskać go dla zespołu. Z kolei Carvalho właśnie u Mourinho zagrał swój pierwszy, pełny sezon w Porto. Wcześniej był seryjnie wypożyczany. Solidny z piłką przy nodze, zawsze perfekcyjnie ustawiony, z niesamowitym wyczuciem. Nic dziwnego, że Jose zabrał go później ze sobą do Londynu i do Madrytu – dowodził analityk.

Estevao: – Drużyna była też znana z zamaszystej gry w ofensywie, co było przede wszystkim spowodowane duetem szeroko grających bocznych defensorów. Nuno Valente z lewej i Paulo Ferreira z prawej strony – obaj ściągnięci przez managera już podczas pierwszego okna transferowego. Valente był bardziej ofensywną postacią w tym duecie – to dość typowe, Mourinho ma tendencję do tego, by tylko jednemu z bocznych defensorów pozwalać na bardzo ofensywną grę, a drugiemu dawać więcej zadań obronnych dla zachowania balansu. Ferreira był jednak bardziej kompletnym zawodnikiem – nie grał efektownie, ale często sprawdzał się w kluczowych momentach. Pedro Emanuel i Ricardo Costa tworzyli głębię składu.

– W środku pola wyrosło prawdziwie legendarne trio. „Pan Minister”, czyli Costinha – po powrocie do Porto z Francji znalazł się pod silnym wpływem Mourinho, który znacznie poprawił jego grę. Świetny pozycyjnie, pewnie czujący się z futbolówką przy nodze, już nigdzie się tak dobrze nie odnalazł jak pod okiem Jose. Przed nim poruszał się na boisku Deco – podstawa ofensywy zespołu, w sezonie 2003/2004 grał już praktycznie jako dziesiątka, stanowił moc kreatywności. Jego umiejętność kontroli nad futbolówką w wąskich przestrzeniach i zagrożenie tworzone przy stałych fragmentach gry było nie do przecenienia. Natomiast gdzieś między tą dwójką pojawiał się Maniche, który nie przebił się do składu w Benfice. Dodawał niesamowitej energii i siły ognia w środkowej strefie. Zarówno z dystansu, jak i wewnątrz pola karnego. Pełnił rolę klasycznego box-to-boxa.

– Czwartym do brydża często bywał Pedro Mendes, zdejmujący część odpowiedzialności za defensywę z barków Costinhii. Aleniczew, bardziej ostry, zawsze stanowił dodatkową opcję do środka pola, albo dla Carlosa Alberto. Nastoletni Brazylijczyk grywał zarówno jako ofensywny pomocnik, jak i cofnięty napastnik.

300px-Celtic_vs_Porto_2003-05-21.svg

Finałowe jedenastki Porto. Z lewej Pucharu UEFA 2003, z prawej Liga Mistrzów 2004.

– Jeżeli chodzi o napastników, to praktycznie wszystkich wymyślił sobie osobiście Mou. Ściągnął Derleia, którego prowadził w Uniao de Leiria. Podobnie z Jankauskasem, z którym zetknął się przed moment w Benfice. Ten pierwszy był strzałem w dziesiątkę, natomiast reprezentanta Litwy można wymieniać wśród niewielu zawodników ściągniętych przez nowego trenera, którzy nie sprawdzili się w Porto. Dwudziestoletni Helder Postiga zajął jego pozycję w zespole i grał bez wątpienia znacznie częściej, niż mógł na tamtym etapie kariery oczekiwać. Oprócz tego Benni McCarthy, autor dwudziestu pięciu goli w sezonie 2003/04.

– W zamyśle taktycznym Mourinho napastnicy musieli być szalenie mobilni, żeby maskować braki w ruchliwości jeżeli chodzi o pozostałe pozycje. Ich zadaniem było wywieranie ciągłej presji na defensywę przeciwnika. W pierwszym sezonie Mourinho, jego zespół robił furorę i dał się zapamiętać jako drużyna grająca szalenie ofensywny futbol, agresywnie i nieustanie pressując przeciwników na ich połowie. Praca napastników była w tym względzie nieoceniona. Jeżeli zaś mowa o ataku pozycyjnym – Porto grało bardzo bezpośredni futbol. Długie podania ze strony bocznych obrońców bądź Ricardo Carvalho, zwykle po przekątnej, w poszukiwaniu napastników, opadające między liniami. Maniche i Aleniczew, zwykle grający po skrajnych stronach diamentu w środkowej strefie, byli zobligowani do atakowania z piłką w pełnym biegu, podczas gdy Costinha i Deco grali raczej statycznie, trzymając się środkowej strefy – podsumował Estevao.

No, tak to mniej więcej wyglądało od strony taktycznej. A jak taktyka została prowadzona w praktykę?

Bez wątpienia Mourinho miał sporo problemów natury wychowawczej z grupą zawodników, której dał palec, a ta często chciała chapnąć za jednym zamachem całą, pomocną dłoń. – Nie wymienię nazwiska piłkarza, ale dałem mu szansę gry w pierwszej drużynie. Po paru tygodniach jego ojciec rzucił pracę, jego matka rzuciła pracę. Zaczęli z niego żyć, żyć jego życiem, podejmować za niego decyzję. Trudno się prowadzi takich chłopaków. To jeden przykład z tysiąca. Dzieciaki muszą mieć szczęście do rodziców. Muszą mieć szczęście również do agentów. Potrzebują edukacji. Miałem też zawodnika, który podjechał do mnie nowym samochodem. Pytam: „Kolejne? Po co? Masz dom, masz oszczędności?”. Nie miał. Zapewniał, że nie kupił tego samochodu, bo jego ojciec wziął je w leasing, a on tylko podpisał papiery. Myślał, że to oznacza samochód za darmo. Nikt mu tego nigdy nie wyjaśnił. Musiałem z nim usiąść i wytłumaczyć, na czym polega leasing.

– Ja w Porto, w 2003 roku, dostałem naprawdę dobre pieniądze do ręki. Pierwszy raz w życiu. Byłem po trzydziestce, miałem dom, rodzinę. Byłem gotowy. Dzieciaki, które mają po kilkanaście lat, nie są gotowe, nie potrafią zareagować – opowiadał portugalski szkoleniowiec.

PODBÓJ EUROPY

Jeżeli chodzi o ligę krajową – zarówno w sezonie 2002/2003, jak i 2003/2004 Porto nie miało sobie równych. Smoki odniosły zaledwie cztery porażki na 68 ligowych spotkań, naprawdę demolując konkurencję. Strategia zwana z portugalska „pressao alta” (wysoki pressing) robiła robotę do tego stopnia, że podopieczni Jose Mourinho już w pierwszym pełnym sezonie jego pracy z zespołem ustanowili nowy rekord punktowy w portugalskiej ekstraklasie. Obietnicę przywrócenia klubu na należne mu miejsce wypełnił i to z donośnym przytupem.

Poza boiskiem Mou chętnie instalował w drużynie kolejne nowinki z zakresu technologii czy też metodologii treningowej. Każde ćwiczenie podczas zajęć miało określony cel i głęboko przemyślany sens, każdy ruch zawodnika podczas treningu był dokładnie przeliczony i naukowo uzasadniony. Szkoleniowiec starał się jak najmniej zostawić przypadkowi, do rozwoju dopingował członków swojego sztabu, których pieczołowicie selekcjonował. Efekt? Kondycja wystarczająca do tego, by z drużyną w dużej mierze złożoną z żółtodziobów, jeśli chodzi o walkę na wielu frontach, zdobyć potrójną koronę. Z marszu.

Walka o Puchar UEFA zaczęła się dla Porto od triumfu nad… Polonią Warszawa.

Ekipa Jose Mourinho zwyciężyła 6:0, ale w rewanżu poległa już 0:2. – Właśnie wtedy zobaczyłem Mourinho takiego, jak teraz widzę w telewizji. Biegał, krzyczał, miał pretensje do sędziów. Naprawdę nie chciał przegrać, choć awans miał zapewniony – opowiadał w rozmowie z portalem sport.pl Janusz Białek, wówczas szkoleniowiec Czarnych Koszul. – W pierwszym meczu oni poruszali się jak zaprogramowani przez komputer, byli absolutnie poza naszym zasięgiem – opowiadał natomiast Antoni Łukasiewicz, który w pierwszym, zakończonym klęską spotkaniu rozegrał kilkadziesiąt minut. – Na początku mieliśmy nawet ze dwie okazje strzeleckie. Ale potem oni zdobyli jedną, drugą, aż worek się rozwiązał. Nie ma się co dziwić, przecież tamta drużyna była jedną z najlepszych w Europie.

PORTO WYGRA Z AS ROMĄ? KURS 1.95 W ETOTO!

– Polonia pokazała, że jest dobrą drużyną i niech nie myli wynik pierwszego spotkania sugerujący o tak dużej różnicy poziomu między obydwoma zespołami. Cieszę się, że mogłem zobaczyć ten pojedynek, który udowodnił, że jeszcze nie osiągnęliśmy wszystkiego. Gratuluję piłkarzom Polonii, że tym razem zagrali bez kompleksów – komplementował polską ekipę sam Mourinho, cytowany przez portal dumastolicy.pl

W kolejnych rundach portugalska ekipa odprawiała dość gładko Austrię Wiedeń, Lens z Jackiem Bąkiem w składzie, a następnie turecki Denizlispor. Kłopoty zaczęły się dopiero na etapie ćwierćfinału, gdy Smoki z niemałymi kłopotami uporały się z Panathinaikosem. Pierwszy mecz wygrali Grecy, w dodatku na wyjeździe, a żelazną defensywę Porto zaskoczył nie kto inny, tylko Emmanuel Olisadebe. – Jeden zespół chciał wygrać, nie udało mu się to. Drugi przyjechał tylko wybijać piłkę i odniósł sukces. To był mecz dwóch wielkich drużyn, na boisku toczyła się walka o każdy cal murawy. Najważniejsze jest jednak dla mnie to, co powiedziałem trenerowi Panathinaikosu po meczu: „Nie imprezujcie na razie, bo to jeszcze nie koniec”. Wciąż możemy awansować. Mam tylko nadzieję, że mecz poprowadzi taki sędzia, przy którym nie będę z góry pewien wyniku meczu – dokazywał w swoim stylu Jose na pomeczowej konferencji. Wiele się na przestrzeni lat nie zmienił, jeżeli chodzi o sztuczki retoryczne.

W Atenach, po dogrywce, zatriumfowali przyjezdni. Grecka drużyna była przed własną publicznością niepokonana od ośmiu meczów pucharowych, ale musiała uznać wyższość portugalskiej maszyny.

W półfinale Porto zdeklasowało natomiast pogromców krakowskiej Wisły. Na Estadio de Dragao gospodarze rozjechali Lazio 4:1, a tamto spotkanie po dziś zdaniem wielu kibiców Porto jest najlepszym występem klubu za kadencji Jose Mourinho. – Oglądając ten mecz po wielu latach, trudno uniknąć zachwytu – pisał Vasco Mota Pereira na portu portugoal.net. – Po pierwsze – z wrażenia na widok młodego Jose Mourinho, sprawiającego takie wciry jednemu z najsłynniejszy klubów z dużej, europejskiej ligi. Po drugie – ten mecz pozwolił Portugalii zrozumieć, że nawet jeżeli przeciwnicy są na papierze mocniejsi, to dobrze poprowadzona i zmotywowana drużyna może im dorównać. Mourinho prowadził wtedy Porto dopiero od roku i cały czas dopracowywał swój system taktyczny, uchodzący za jeden z najtrudniejszych do zaimplementowania w lidze portugalskiej. Porto starało się wówczas odpoczywać z piłką przy nodze, co później do perfekcji doprowadził Guardiola. Po trzecie – ten mecz dał niesamowitego kopa do rozwoju portugalskim piłkarzom na całym świecie, a perspektywa Euro 2004 w naszym kraju jeszcze to poczucie wzmocniła.

W finale – kolejna dogrywka, znów nieprawdopodobna wymiana ciosów. I triumf 3:2 na Celtikiem. Na dwa gole Henrika Larssona swoim dubletem odpowiedział niezawodny na europejskiej arenie Derlei, brakujące trafienie dokooptował Aleniczew. Rosjanin był zresztą jedynym zawodnikiem Porto w kadrze meczowej spoza świata portugalskojęzycznego. Mou zawsze podkreśłał, że triumfy z drużyną pełną rodaków sprawiały mu szczególną satysfakcję. – Kiedy skończył się ten mecz, wydawało mi się, że umarłem – opowiadał po latach Jose. – To najintensywniejsze spotkanie, jakie kiedykolwiek rozegrałem. Jeżeli chodzi o wyniesienie emocji na szczyt wytrzymałości, to tamten finał Pucharu UEFA nie ma sobie równych. Zawsze kiedy spotykam Martina O’Neilla, przypominam sobie tamten wieczór. Miałem mnóstwo szczęścia. To był najbardziej ekscytujący mecz, w jakim wziąłem udział. Nieprawdopodobne. 

690

Deco i Balde w walce o piłkę. fot. GiveMeSports

Porażka w finale rozegranym w Sevilli była szczególnie bolesna dla szkockiej ekipy, która przeszła do historii jako „The Bhoys of Seville”. Prawie sto tysięcy kibiców z Wysp wybrało się do Hiszpanii, żeby przeżyć ze swoją drużyną chwile triumfu, tymczasem spotkała ich klęska. – Widziałem wiele finałów, europejskich finałów. Około dwudziestu pięciu, jak sądzę. Ale nigdy nie wiedziałem takiego dopingu, jaki tutaj zapewnili kibice Celticu. To niebywałe – zapewniał Barry Davies, komentator BBC.

Cóż – doping dopingiem, a wynik wynikiem. Zwyciężyło Porto. Podobnie jak rok później, w finale Champions League.

Wielu wspomina finał z 26 maja 2004 roku jako jeden z najmniej pasjonujących w historii. Z różnych względów. Po pierwsze – zmierzyły się w nim ekipy Monaco i Porto. Niezbyt elektryzujące nazwy. Firmy duże, lecz nie największe. O ile ta pierwsza drużyna cieszyła się dość dużą i powszechną sympatią, tak Portugalczykom raczej niewielu wówczas sprzyjało. W ćwierćfinale wyeliminowali oni słynący z ofensywnej postawy Lyon, w półfinale – po okrutnych męczarniach i paskudnie defensywnej grze – wykończyli Deportivo La Coruna, niekwestionowanych bohaterów tamtej edycji Champions League. A jednak – to Smoki zameldowały się na stadionie w Gelsenkirchen, by po raz ostatni w tamtych rozgrywkach  wysłuchać podniosłej melodii hymnu Ligi Mistrzów.

SuperDepor było w stanie zmiażdżyć mocarny Milan czwórką do zera, ale kiedy Mourinho zaryglował dostęp do własnej bramki, nie potrafili ugrać niczego. Nie było to piękny dwumecz, lecz bez wątpienia może on uchodzić za defensywy majstersztyk ze strony Portugalczyków. Nie bez kozery Ricardo Carvalho przez tyle lat utrzymał się później na topie.

Benni McCarthy opowiadał o swoim byłym kumplu z zespołu: – To delikatny gigant. Jego kariera została uratowana przez Jose Mourinho, który doskonale rozumiał swoich zawodników. Ricardo na treningach był jak dziesięciolatek. Mówiłeś coś do niego, ale jego umysł uciekał, był gdzieś indziej. Nachodził poniedziałek i Jose krzyczał: „Ricky! Ricky! Idź do domu!”. A on nawet tego nie słyszał. Po chwili się przebudzał i mówił: „Przecież tutaj jestem, mamy trening!”.

– Marzyciel, głupek, nazywajcie to jak chcecie. Czasami naprawdę miałem ochotę tak go walnąć, że mózg zatrząsłby mu się w czaszce. Ale Mourinho wiedział, że w sobotę będzie mecz, a najlepszy na boisku będzie… Kto? Ricardo Carvalho. Ten facet poniżej poziomu 7/10 nie schodził nigdy.

Czemu jeszcze tego finału nie wspomina się zwykle ze szczególnym rozrzewnieniem?

Cóż, nie zagrały w nim najbardziej oczywiste gwiazdy, piłkarze największego kalibru. Nie było tam Messich tego świata, nie było to starcie marzeń dla wszelkich sponsorów, wielkich firm, futbolowych magnatów. Podobnie jak przeciwko Celticowi rok wcześniej, tak i przeciw Monaco doskonałą partię rozegrał Deco, bodaj największa postać starcia finałowego. A poza nim? W drużynie z Księstwa znalazłoby się paru piłkarzy, których dało się lubić – Morientes, Rothen, Giuly, w późniejszym czasie na szerokie wody wypłynął także Evra. Porto to była niesamowicie zgrana banda arcy-solidnych rzemieślników, którym zdarzały się przebłyski wirtuozerii.

Sęk w tym, że Monaco w tamtym finale robiło za paprotkę. Ekipa z Estadio de Dragao miała dla nich tyle samo litości, co Drogon dla Randylla Tarly’ego. – Mieliśmy ten mecz od początku do końca pod kontrolą – przechwalał się potem Mou. – Nie było lepszego sposobu, żeby zakończyć moją przygodę z Porto. To najlepszy finał z możliwych. Byłem tu przez dwa i pół roku, czułem się absolutnie fantastycznie. Obudziliśmy ten klub, bo zaczynał trochę przysypiać. Stworzyliśmy fantastyczną grupę ludzi. Jestem z tego bardzo dumny. Dlatego nadszedł czas, by odejść. To moje pragnienie. W Portugalii nie mam już czego wygrać, wyzwanie nie jest dla mnie dość duże. (…) – Gdybym chciał łatwej pracy, to zostałbym w Porto – piękny niebieski fotel, Puchar Ligi Mistrzów, Puchar UEFA. Bóg, a po Bogu ja.

– Gdyby FC Porto było klubem funkcjonującym w kraju o innej sile ekonomicznej, mogłoby być potęgą na skalę europejską. Zespół, który tam zebrałem był najlepszym, jaki kiedykolwiek trenowałem. Zniszczono go ze względów ekonomicznych. Ale naszych osiągnięć nie da się już zniszczyć. Ta historia pozostanie – powiedział po latach Mou.

*

Można oczywiście dowodzić, że Mourinho miał wtedy więcej szczęścia niż rozumu. Wstrzelił się w sezon kryzysu tradycyjnych, europejskich potęg. W fazie grupowej jego Porto radziło sobie przecież cokolwiek kiepsko w starciach z Realem Madryt, który potem głupio się potknął na ekipie z Księstwa. Można teoretyzować, że na dziesięć finałów do rozegrania, Monaco dziewięć razy zaprezentowałoby się o klasę lepiej niż feralnego dnia, gdy zawiodło na całej linii. Można wypominać nieuznaną bramkę Scholesa i kilka innych, też dość kontrowersyjnych sytuacji.

Można, ale po co?

Lepiej chyba z uznaniem się pochylić przed wyczynem Jose Mourinho i jego FC Porto. Cokolwiek o tym aroganckim facecie powiedzieć – sprawił, że Carlos Alberto z mięcielowym plastrem na nosie, że Dmitrij Aleniczew, że Benni McCarthy, Pedro Emanuel, Nuno Valente, Jorge Costa, Costinha czy Derlei przez ten jeden, cudowny wieczór znaleźli się na europejskim szczycie. Spojrzeli z góry na konkurencję. Oni mają w dorobku Puchar Mistrzów. Nie ma go Ronaldo Nazario, nie ma go Buffon, nie mają go Vieira i Bergkamp.

I to chyba zdrowe dla futbolu, żeby czasem Aleniczew miał coś, czego brakuje do kolekcji Buffonowi. Tak jak zdrowe jest, żeby Grecy czasem wygrali mistrzostwo Euopy (2004, cóż to był za rok!), żeby Leicester sięgnęło po tytuł w Premier League. Żeby Ajax czasem zmiażdżył Real Madryt. Nawet jeżeli to tylko złuda dawnego, futbolowego romantyzmu – łudźmy się.

Michał Kołkowski

fot. newspix.pl

KOMENTARZE (13)