Run, Lewy, run!
Inne sporty

Run, Lewy, run!

Zawsze potrafił się mentalnie zbudować. Kiedy wchodził w wiek seniora i zaczynaliśmy biegać razem, prawie na każdych zawodach mówił „Ale moc! Ale odpalę!”, chociaż później często biegał tak samo. Nawet lekko podśmiewywaliśmy się z niego pytając „Jak tam Lewy? Jest moc?” – wspomina z uśmiechem Paweł Czapiewski.

Teraz moc jest i to jak cholera, czego dowodem jest świeżutki tytuł halowego mistrza Europy z Glasgow na 1500 m. Marcin Lewandowski, chociaż nie jest już wcale najnowszym modelem, wciąż wrzuca wysoki bieg. Czy dojedzie na nim do igrzysk w Tokio? 

53654626_2243700752554597_5162823647848562688_n

Za młodu może bywało z tym różnie, ale teraz Lewandowski to naprawdę słowny gość. Gdy jeszcze szlifował formę w Afryce, zapowiedział, że w sezonie halowym będzie ogień. Mało tego, otwarcie mówił, że zasadza się na poprawę rekordu Polski na 1500 m pod dachem, dlatego zaprasza kibiców, bo będzie widowisko. I jak powiedział, tak zrobił – na początku lutego podczas mityngu Orlen Copernicus Cup przeciął linię mety z czasem 3:36.50. Przy okazji spełniając też kolejną obietnicę, ponieważ całą premię oddał na cele charytatywne.

Słowa dotrzymał też podczas niedawnych halowych mistrzostw Europy w Glasgow, bo tam również dojechał z formą. W finale 1500 m faworytem był cudowny dzieciak norweskich biegów Jakob Ingebrigtsen. Ubiegłoroczny mistrz Europy na stadionie zaledwie chwilę wcześniej wygrał też zawody w Düsseldorfie objeżdżając przy okazji halowego rekordzistę świata Samuela Tefera. Lewandowski, który jest starszy od niego aż o trzynaście lat, miał jednak swój cwany plan. Uprzejmie puścił utalentowanego małolata przodem, dał mu się wyprztykać, a następnie wykończył go na ostatnim okrążeniu.

Przecież Marcin zostawił tego 19-latka na finiszu jak furmankę, bez większego problemu. Nie jestem zaskoczony jego wynikami w tym wieku, bo on jest fanatykiem sportu, fanatykiem treningu, do tego niesłychanie dobrze zorganizowanym. Od dziesięciu lat w zasadzie nie schodzi poniżej pewnego poziomu, wpadki zdarzały mu się bardzo rzadko. Prawdę mówiąc, im starszy jest, tym lepiej biega – mówi Maciej Petruczenko, ekspert lekkoatletyczny i  od lat dziennikarz „Przeglądu Sportowego”.

Dzięki temu Lewandowski jest dziś już czterokrotnym mistrzem Europy. Dwa razy był najlepszy na dystansie 800 m (ME 2010 i HME 2015) i dwa razy na 1500 m (poprzednio w Belgradzie na HME 2017). A przypomnijmy, że na tym dłuższym dystansie jest też ubiegłorocznym wicemistrzem świata z hali w Birmingham. Medali na imprezach rangi światowej teoretycznie miał nawet więcej, ale podczas HMŚ w Sopocie przed pięcioma laty odebrano mu brąz za to, że w jednym kroku przekroczył wewnętrzną granicę toru. Mimo to jego dorobek medalowy i tak jest pokaźny.

Chociaż gdyby zapytać go, czy jest spełniony, pewnie się skrzywi. Wciąż brakuje mu bowiem tych najważniejszych krążków – z igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata na otwartym stadionie. Ale kto wie, może takie niedługo też zapowie?

No i co z tego, że buty za duże? Dawaj

A miał być prawoskrzydłowym. Przez kilka sezonów kopał piłkę w klubie z Polic i już wtedy zdradzał ponadprzeciętną wydolność. Kiedy kumple zdychali, on zasuwał od jednego pola karnego do drugiego. Grywał też jak wielu rówieśników w siatkówkę czy koszykówkę, ale w końcu przyszedł czas na biegi. Przez moment łączył treningi piłkarskie z biegowymi, aż w wieku 15 lat pojechał na gimnazjadę. Tam na miejscu pożyczył od swojego brata Tomka (dziś trenera) za duże kolce i w takim sprzęcie, z trochę chlapiącą się stopą, ustanowił rekord makroregionu. Był to też jeden z najlepszych wyników w kraju w tej kategorii wiekowej. Skoro więc zaczęło mu tak żreć w lekkiej, wykopał piłkę na dobre.

Paweł Czapiewski, wicemistrz świata z Edmonton na 800 m, od osiemnastu lat rekordzista Polski na tym dystansie (1:43.22): – Bardziej znałem się z jego bratem Tomkiem, nawet biegaliśmy kiedyś razem w sztafecie. Marcina pamiętam, jak miał właśnie 15 lat. Tomek mówił, że ma brata z potencjałem i później sam zaczął go trenować. Marcin robił postępy, chociaż początkowo nie wierzyłem za bardzo, że wskoczy na wysoki poziom. On miał zawsze mocniejszą budowę, był dobrze przygotowany fizycznie, dlatego za juniora szybko doszedł do niezłych wyników. Tacy zawodnicy zwykle mają jednak potem problem z rozwijaniem się w wieku seniora i Marcin też przez dwa lata biegał 1:45. Ale okazało się, że po tym przestoju nagle ruszył. W 2009 r. pobiegł 1:43 i dopiero wtedy w niego uwierzyłem.

Kiedy zmaltretowany kontuzjami „Czapi” powoli schodził z bieżni, Lewandowski miał być jego naturalnym następcą na 800 m. I początkowo tak to wyglądało, bo poleciał na igrzyska do Pekinu, gdzie dobiegł do półfinału. Not so bad. Miał jednak trochę pecha, bo za chwilę w poważnym bieganiu pojawił się Adam Kszczot, który był jeszcze lepszy. Dwa lata młodszy kolega pokonał go chociażby na młodzieżowych mistrzostwach Europy w Kownie. Lewandowski znalazł się w jego cieniu, chociaż zdarzało się, że później bił go na osiem setek. Tak było na przykład na ME w Barcelonie w 2010 r., gdzie to „Lewy” był pierwszy. Poza bieżnią zawsze byli jednak dobrymi kumplami, na wyjazdach dzielili razem pokój.

Kszczot, który od początku stawiał głównie na 800 m, został później dwukrotnie wicemistrzem świata na stadionie i raz mistrzem świata w hali. Lewandowski, który biegał też na 1500 m, w stawce 800-metrowców na MŚ był najwyżej czwarty. – Ale i tak bardzo pomogła mu ostra rywalizacja z Kszczotem. Na ogół przegrywał batalie o najważniejsze medale, bo w przeciwieństwie do Adama on finiszuje takim bardzo długim, rozciągniętym krokiem, który jest mało skuteczny. Kszczot to natomiast typowy sprinter, przecież on potrafi pobiec setkę poniżej 11 sekund. Adam jest niesłychanie skuteczny na finiszu, Marcin mniej, dlatego zaczął stopniowo przestawiać się na 1500 m. I to był bardzo dobry, naturalny ruch, bo na 800 m rywale trochę mu odjeżdżali. Na 1500 m jego finisz pasuje jak ulał i jest tam naprawdę groźny – mówi Petruczenko.

Lewandowski zawsze zresztą powtarzał, że z biegiem lat będzie chciał coraz mocniej przesuwać się w stronę 1500 m i mniej więcej od dwóch lat to się dzieje. Z sukcesem, czego dowodem jest chociażby świetny ubiegły rok, gdzie był na tym dystansie drugi na HMŚ w Birmingham oraz ME w Berlinie.

Marcin jak dla mnie zawsze był typowym zawodnikiem pod 1500 m, chociaż oczywiście 800 m też miał mocne – dodaje Czapiewski zwracając też uwagę, że skakanie po tych dystansach często jest problemem: – Tutaj nie wystarczy tylko przestawić trening na 1500 m. Niby to pokrewne dystanse, ale one jednak bardzo się różnią, szczególnie na tym najwyższym światowym poziomie. Sam kiedyś też myślałem o „półtoraku”. Ostatecznie plany pokrzyżowały mi kontuzje, ale dla mnie dodatkowym problemem między tymi dystansami była też kolosalna różnica mentalna. Kiedy w biegu na 800 m zaczyna boleć, to zaciskasz zęby, bo wiesz, że zostało tylko 300 m. Człowiek jakoś to przetrzyma, jak noga „podaje”, to doleci. Natomiast na 1500 m, gdzie już po 600 m jest niefajnie, trzeba wytrzymać więcej. Zawodnik musi się zahibernować, nie myśleć ile dystansu jeszcze zostało, czego ja nie potrafiłem. Boże, ja już miałem dość. U Marcina jest zupełnie inaczej.

Wszystkie drogi prowadzą do Afryki

Nasz 1500-metrowy Marcin jest zresztą zupełnie inny pod wieloma względami. Przykład pierwszy z brzegu – trening. Przed dziesięcioma laty zaczął regularnie wyjeżdżać na dłuższe obozy do Kenii. Kiedyś formę szlifował tam m.in. mistrz olimpijski Bronisław Malinowski, ale biegacze ten kierunek generalnie omijali raczej szerokim łukiem. Oczywiście dlatego, że warunki były tam nieporównywalnie gorsze niż chociażby w Republice Południowej Afryki, która zawsze była obłożona lekkoatletami. On jednak ptasiego mleczka nigdy specjalnie nie potrzebował.

Kto wie, być może wynika to z zamiłowania Lewandowskiego do pogoni za przygodą? Jak sam kiedyś przyznał, od najmłodszych lat był zafascynowany chociażby historiami związanymi ze starożytnymi herosami. Mity, legendy, życiorysy wielkich wodzów, którzy wygrywali najważniejsze bitwy i wojny – zawsze to uwielbiał. Ponoć lubi sobie wyobrażać wygrywającego sportowca jako wojownika, herosa (już zapowiedział, że po zakończeniu kariery chciałby sprawdzić się w MMA, które w przeszłości nawet trenował).

Pierwszy raz wybrał się do Kenii na zaproszenie wywodzącego się stamtąd mistrza olimpijskiego z Pekinu na 800 m Wilfreda Bungei. Towarzystwo wyborne, gorzej z warunkami. W klubie, gdzie odpoczywali po treningach, nie było prądu, kuchenki gazowej, wielu podstawowych sprzętów. Nawet posiłki przyrządzano na żywym ogniu. Raz dostał też ciężkiej biegunki, bo makaron który zjadł został prawdopodobnie ugotowany na kranówce. A ta kenijska – co tu kryć – nie jest raczej Kroplą Beskidu. Obowiązkowe były więc też szczepionki, żeby nie złapać żadnej z tamtejszych chorób. Później trenował również w Etiopii, ale w tym roku ponownie wrócił na stare śmieci do Kenii. On sam ma świadomość, że nie jest to może najpiękniejsze miejsce na Ziemi, ale treningowo najwyraźniej go nakręca.

Nie ukrywam, że wracałem do Iten co najmniej ze średnim nastawieniem. Kenię kojarzyłem z brudem, problemami z prądem i ciepłą wodą, słabym jedzeniem i brakiem internetu, czyli brakiem kontaktu z najbliższymi. Ale teraz śmiało mogę stwierdzić, że w tym roku jeszcze tu wrócę. Od ostatniej wizyty wiele się zmieniło. Teraz jest tu ekstra. Robota idzie straszna, mam wszystko czego potrzeba do treningu, pogoda wymarzona no i ta wysokość 2300 m n.p.m. – relacjonował w styczniu w mediach społecznościowych.

W Kenii luksusów nie ma, treningi często odbywają się wręcz w prymitywnych warunkach, ale te pobyty na pewno bardzo mu pomogły. Marcin trenuje pod okiem swojego brata. Różnie to się sprawdzało, w Polskim Związku Lekkiej Atletyki często mieli zastrzeżenia co do metod Tomasza, ale wychodzi na to, że ich współpraca układa się dobrze i zmierza w coraz lepszym kierunku – przyznaje Maciej Petruczenko.

03.03.2019 WIELKA BRYTANIA , GLASGOW , EMIRATES ARENA, HALOWE MISTRZOSTWA EUROPY GLASGOW 2019 ( EUROPEAN ATHLETICS INDOOR CHAMPIONSHIPS , GLASGOW 2019 ) BIEG 1500 M MEZCZYNN FINAL NZ JESUS GOMEZ , MARCIN LEWANDOWSKI , JAKOB INGEBRIGSTEN FOTO RADOSLAW JOZWIAK / CYFRASPORT / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

„Koksiarze do lochu”   

Marcin Lewandowski nie tylko treningowo wyróżnia się jednak z lekkoatletycznej masy. Wystarczy tylko posłuchać go lub przeczytać pierwszy lepszy wywiad, jakiego udzielił. Kiedy wielu przedstawicieli królowej sportu trzyma język za zębami i wygładza swoje oficjalne wypowiedzi nawet w najbardziej błahych sprawach, on lubi walić prostu z mostu. Zdecydowanie nie jest to typ, który dałby się okiełznać specom od PR-u, co widać chociażby po takich oto wypowiedziach:

I kolejny oszust! Do lochu z nim!” – to o Jamesie Mwangi Wangari, który zaliczył wpadkę dopingową.

Yes, yes, yes! Następny czołowy zawodnik na średnich dystansach złapany na stosowaniu dopingu! Jako członek europejskiej rady zawodniczej sprawy walki z dopingiem traktuje priorytetowo! – to nieskrywana satysfakcja z dopingowej wpadki Sadika Mikhou.

Ale właśnie za taką szczerość cenią go kibice. Jego naturalność i pewność siebie widoczne są też na zawodach, gdzie zawsze szedł na pewniaka. – Nigdy nie słyszałem, żeby Marcin mówił, że jest słabo z formą. On jest bardzo świadomy swojej wartości, zawsze potrafił się mentalnie zbudować. Kiedy wchodził w wiek seniora i zaczynaliśmy biegać razem, prawie na każdych zawodach mówił „Ale moc! Ale odpalę!”, chociaż później często biegał tak samo. Nawet lekko się z niego podśmiewywaliśmy pytając „Jak tam Lewy? Jest moc?”- śmieje się Paweł Czapiewski. – Jego buńczuczne wypowiedzi być może komuś się nie podobają, ale to fajna cecha, a on jest normalnym facetem. Na pewno mu to pomaga.

Maciej Petruczenko z „Przeglądu Sportowego” przyznaje, że dla mediów taki rozmówca to złoto. – Jest lubiany w dziennikarskim światku, niektórzy towarzyszyli mu nawet w Kenii podczas treningów. Lewandowski nie stosuje takich metod jak niektórzy, co przez kilka lat nie odbierają telefonów. On zawsze odbierze, a jeżeli nie może, to oddzwania. Wywiady z nim są ciekawe, bo rozwija się na każde pytanie – mówi.

I dodaje: – Dla mnie jest przeciwieństwem naszego mistrza kolarstwa Stanisława Szozdy, który kiedyś na głębokie pytanie Włodka Szaranowicza „Co panu najbardziej zostało w pamięci, skoro zdobył pan tyle tytułów i zwiedził cały świat?”, odpowiedział bardzo treściwie, że tylko „przednie koło”. Lewandowski to zupełnie inna osobowość.  

Czy dogoni uciekające marzenia?

Czy ta trochę szalona osobowość wymieszana z dobrym poziomem sportowym pozwoli mu jeszcze wskoczyć na wyższą półkę wśród biegaczy? Jakie są jego realne szanse na ustrzelenie medalu mistrzostw świata lub igrzysk olimpijskich?

Lewandowski na igrzyskach startował dotychczas wyłącznie na 800 m. Po półfinałach w 2008 i 2012 r., w Rio de Janeiro zameldował się już w finale, gdzie był szósty. Bardzo dobry wynik, ale do podium było jednak daleko. Znacznie bliżej upragnionego medalu był na światowym czempionacie, gdzie finiszował czwarty w Daegu i Moskwie. Dziś trudno oczywiście cokolwiek wywróżyć, ale eksperci są zgodni co do jednego – jeśli Lewandowski chce w ogóle marzyć o medalu tych najważniejszych imprez, musi postawić wszystkie swoje żetony na 1500 m.

Marcin potencjał na medal olimpijski ma znacznie większy na 1500 niż na 800 m. Tym bardziej, że jak już wykuruje się David Rudisha, to pewnie znowu nie będzie zmiłuj. Trzeba byłoby złamać 1:43, a to chyba za szybko dla Marcina – twierdzi Paweł Czapiewski. – Oczywiście na 1500 m też nikt nic nie da za darmo, o medal będzie bardzo ciężko, ale Lewandowski na pewno będzie miał nad wieloma rywalami przewagę szybkościową wyniesioną z 800 m. Może nie jest to materiał na mistrza świata, ale uważam, że na igrzyskach może być bardzo wysoko. W Tokio będzie miał 33 lata, a to optymalny wiek. Myślę, że mógłby tam powalczyć nawet o medal. Na ostatnich igrzyskach na tym dystansie zawodnicy pobiegli tak wolno, aż niektórzy żartowali, że to było wolniej od paraolimpijczyków. Oczywiście było to przerysowanie, ale to pokazuje jednak, jak czasami wyglądają finały olimpijskie. Tam nie trzeba biegać 3:30.

Ponieważ na głównych imprezach finały 1500 m nie są zwykle rozgrywane w jakimś kolosalnym tempie, to decydujący jest właśnie finisz. Marcin potrafi rywalizować z najszybszymi na świecie, co daje bardzo ciekawą, być może nawet medalową perspektywę na igrzyska w Tokio. Lewandowski nie ma jeszcze medalu wielkiej imprezy światowej na otwartym stadionie, a szkoda, bo na to zasłużył – uważa Petruczenko.

Na ile to wróżenie z fusów ma jednak sens, przekonamy się najwcześniej jesienią, kiedy ruszą lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Katarze. Oby w Doha Lewandowski mógł znów powiedzieć, że jest moc.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (0)