Jak co tydzień… ELDO
Blogi i felietony

Jak co tydzień… ELDO

Sport i Celebryci.

Dwa powody, dla których media telewizyjne jeszcze istnieją. Rynek filmów i seriali został przejęty przez graczy, którzy zrozumieli zupełnie nowe zasady gry. Nieszablonowe działania spowodowały, że walkę o nowego widza tradycyjne telewizje przegrały. Jeśli przegrywa się walkę niektórzy zaczynają działać chaotycznie, machają rekami, krzyczą bądź w panice szukają rozwiązania, na które zazwyczaj jest za późno.

Utrzymywanie się na powierzchni możliwe jest dzięki znajdowaniu kolejnych formatów, kupowaniu kolejnych licencji na coraz to bardziej cyrkowe programy. Mieliśmy już tańce celebrytów na lodzie, skoki do wody, a aktualnie w modzie jest wysyłanie gwiazdeczek na sponsorowane wakacje połączone z wykonywaniem durnych zadań. Albo są to zadania dla „Janusza” na wczasach, który na lotnisku Okęcie zapomniał o manierach. Albo pseudo „ekstremalne” zadania w kontrolowanym środowisku, w którym nic nie może się stać. Wszystko ma na celu przykuć uwagę widza, który albo obśmiewa swojego idola, kompromitującego się w zderzeniu z codziennością. Albo drży o zdrowie popularnej wokalistki, która za moment ma skoczyć na linie w przepaść…

Niestety lista osób rozpoznawalnych dla czytelników „Życia na gorąco” jest stosunkowo krótka a transfery gwiazd między stacjami są niemożliwe ze względu na specyfikę podpisywanych umów. Obsada tegorocznej edycji „Tańca z gwiazdami” pełna jest „celebrytów” o których nikt nie słyszał. Presja na to żeby jakkolwiek te osoby zareklamować jako osoby publiczne doprowadziła do tego, że osoba znana jako żona sportowca jest zapowiadania jako „znana blogerka”. Hmmm? Jest taki filmik z blogerką z Rosji, który najlepiej podsumowuje całe to zjawisko.

Jeśli natomiast kończy się Państwu w telewizji koncepcja proszę uważnie przyglądać się polskiemu internetowi. On dostarczy Państwu pomysłów na formaty i dostarczy osoby, którym „fejm” się zgadza. Nie trzeba niczego wymyślać, to prawdziwki pełną gębą.

Fame MMA.

Ktoś kto kupi do tego prawa wygra.

Pomysł nie jest nowy. MTV w 1998 roku wyprodukowała Celebrity Deathmatch, animowany serial, w którym dochodziło do walk znanych postaci świata mediów. Jeśli nie mieli Państwo okazji zobaczyć, gorąco polecam, szczególnie odcinek, w którym Hugh Hefner walaczy z Larrym Flyntem o miano króla prasy. Na „Arenie Śmierci” walczyły jednak plastelinowe kukiełki nie ludzie.

Polskie federacje MMA swoją rozpoznawalność budowały również na walkach typu „freak fight”, w których zestawiano osoby rozpoznawalne, niekoniecznie mające cokolwiek wspólnego ze sportem. W jakiś sposób podziwiam takie osoby. Świadomie narażać swoje zdrowie dla zwiększenia popularności i zarobienia pieniędzy. Odważne, zważając na to, że życiorysy niektórych „zawodników” wskazywałyby raczej na śmierć na ringu niż laury na skroni.

Nowi gracze na rynku reklamują się jako królowie „freak fightów” i platforma gdzie popularni Youtuberzy i influencerzy mogą zmierzyć się na ringu.

Nie wiedzą państwo kim są Magical albo Isamu? Ja też nie wiem. Ważne, że wiedzą miliony ludzi. Proszę spojrzeć na liczby, które przytoczył Kuba Olkiewicz w swoim ostatnim felietonie.

Konferencję przed walką Fame MMA oglądało na żywo 200 tysięcy osób. Według wyliczeń Tomasza Włodarczyka z Przeglądu Sportowego oraz wcześniej udostępnionych przez Eurosport danych, najchętniej śledzone mecze Ekstraklasy w tym sezonie śledziło odpowiednio 305 i 259 tysięcy widzów. (…) Ekstraklasa rzuciła to, co ma najlepszego do zaoferowania. Top topów. A i tak wynik okazał się na tyle mały, że prędzej można zestawić ją właśnie z walką dwóch internetowych celebrytek niż z wynikami oglądalności poważnych lig.

Fejm się zgadza bardziej niż komukolwiek z nas (ja na instagramie mam 12 400 obserwujących, mój kanał z teledyskami ma 56 000 subskrypcji). Format jest ekscytujący, walki obfitują w niespotykane zestawienia, gdzie na przykład ważący sto piętnaście kilogramów zawodnik walczy z człowiekiem ważącym siedemdziesiąt kilogramów. Ciosy a czasami „luje” i „ogłuszacze”, jeśli walczy zawodnik Bonus BGC, padają gęsto i z pełnym autorytetem. Możemy też zobaczyć efektowne kontuzje co zważając na brak sportowego przygotowania fighterów nie powinno dziwić. Wyżej wspomniany patostreamer Magical koszmarnie złamał nogę i tego filmu akurat państwu nie polecam oglądać.

Konferencja prasowa promująca nadchodzącą trzecią już galę Fame MMA przyciągnęła rekordową liczbę widzów. To co wydarzyło się podczas niej spowodowało, że filmy obrazujące zdarzenia prawdopodobnie pobiją kilka rekordów polskiego internetu. Jeśli uszy Państwo macie niewrażliwe to bez problemu znajdziecie jakieś zgrabne „resume” tego towarzyskiego spotkania dam (tak, panie również dołączyły) i gentlemanów. Wypowiedzi Artura Szpilki o „robieniu dzieci” przeciwnikom, to naprawdę język przedszkolaków przy standardach wschodzącej federacji. Myślę, że właściciele mogą pomyśleć o zatrudnieniu po karierze pana Artura w roli ambasadora marki.

Zastanawia mnie gdzie jest granica tego, do czego posunie się człowiek pragnący popularności. Jeśli wzrost internetowych subskrypcji i kilka tysięcy złotych stanowi wystarczający powód do tego żeby dokonywać takich wyborów pójdźmy dalej. Proponuje na przykład delikatny tuning programu American Ninja Warrior. Do wody pod przeszkodami należy wpuścić krokodyle. Wprowadzić czarcią zapadkę z wysuwającymi się kolcami jak w grze „Prince of Persia” a w finałowej scenie zlecić uczestnikowi brawurową jazdę na motorynce po wypiciu butelki wódy z gwinta. Wszystko wśród dopingu publiczności zagrzewającej bohaterów okrzykami „jazda z kurwami” i „ryj, kurwa ryyyyj”.

Nie przejdzie?

Zakład?

***

Ps. Stop zwolnieniom z WF’u.

KOMENTARZE (17)