Treningi pod okiem Haye’a – tak polskie pięściarki z Teamu 100 walczą o IO
Inne sporty

Treningi pod okiem Haye’a – tak polskie pięściarki z Teamu 100 walczą o IO

Wyobraź sobie, że masz 20 lat i trenujesz boks. Na koncie masz medale młodzieżowych mistrzostw świata, a na horyzoncie walkę o igrzyska olimpijskie. W schowanym pod ringiem pudle ze starymi kaskami i rękawicami znajdujesz lampę z dżinem, który obiecuje spełnić twoje trzy życzenia. O co go prosisz? Może o comiesięczne stypendium na rozwój kariery, serię treningów z jednym z najlepszych bokserów świata i medal olimpijski? Cóż, dwa życzenia zamiast dżina właśnie spełniła Polska Fundacja Narodowa. O trzecie trzeba będzie powalczyć samemu.

W Londynie nie sposób się nudzić. Miasto jest ogromne, pełne turystycznych atrakcji, genialnych restauracji, klimatycznych pubów i słynnych na cały świat teatrów. Miłośnicy sportu także będą zadowoleni. Nigdzie na świecie nie ma takiego zagęszczenia znakomitych klubów piłkarskich na metr kwadratowy (Chelsea, Arsenal, Tottenham, West Ham, Fulham i Crystal Palace w samej Premier League, kolejne Brentford, Millwall i Queens Park Rangers w Championship). Jakby tego było mało – najsłynniejszy trawnik świata, czyli korty All England Lawn Tennis & Crocquet Clubu na Wimbledonie oraz kilka znanych bokserskich miejsc. Jedno z nich to oczywiście Wembley, zamieniający się na walki Anthony’ego Joshuy w największy pięściarski stadion świata. Czternaście mil na wschód, znacznie bliżej centrum, znajdziecie inne kultowe bokserskie miejsce – York Hall. To dobijająca stu lat niewielka arena, mieszcząca nieco ponad tysiąc widzów. W niczym nie przypomina budowanych dziś nowoczesnych obiektów, które mają może masę ułatwień, są wygodne i pachnące, ale brakuje im duszy. W York Hall czuć, że to miejsce było świadkiem setek gal bokserskich, widziało wielkich mistrzów, epickie pojedynki i spektakularne nokauty. Czuć, że boks jest w DNA tej hali. Nieprzypadkowo właśnie York Hall wskazuje jako jedno z ulubionych miejsc David Haye, mistrz świata dwóch kategorii wagowych, z którym mieliśmy okazję się spotkać w Londynie.

Musisz przejść przez piekło

To właśnie w York Hall debiutował w 2002 roku, kiedy zaczynał zawodową karierę. Już wtedy było wiadomo, że to dzieciak z ogromnym potencjałem, w końcu – amatorski wicemistrz świata z Belfastu. Na dzień dobry zdemolował bardzo doświadczonego Tony’ego Bootha (41 zwycięstw, 72 porażki, 8 remisów), potem wracał do York Hall wielokrotnie. To tam wywalczył swój pierwszy pas – zawodowego mistrza Wielkiej Brytanii, to tam z powodzeniem dwukrotnie walczył o mistrzostwo Europy wagi junior ciężkiej. Zwłaszcza warty zapamiętania był jego ostatni pojedynek w tej hali.

To była walka z Giacobbe Fragomenim o pas mistrza Europy. Była ważna dla mnie, bo w amatorskiej karierze przegrałem z nim w Niemczech 1:10, choć moim zdaniem sędziowie nie mieli racji. Kilka lat później miałem szansę zmierzyć się z nim ponownie. Tym razem go znokautowałem. To była bardzo trudna walka, on był bardzo silny, miał świetną obronę i wyjątkowo mocą szczękę. W siódmej rundzie trafił mnie i spowodował bardzo głębokie rozcięcie. W dziewiątej na szczęście przebiłem się przez jego szczelną defensywę i pozbawiłem go przytomności. To zwycięstwo dało mi pozycję oficjalnego pretendenta do tytułu mistrza świata wagi junior ciężkiej. Pamiętam to także dlatego, że to była piekielnie ciężka fizycznie walka, musiałem dać z siebie naprawdę wszystko. Tak naprawdę to był pierwszy taki przypadek w mojej karierze. Wtedy sobie uświadomiłem, że jeśli chcesz coś osiągnąć w boksie, zostać mistrzem świata, musisz przejść przez piekło – opowiadał David Haye w wywiadzie dla Weszło.

7

Kiedy Haye został mistrzem świata, York Hall była już dla niego za mała, przeniósł się do większych hal, gdzie oglądały go dziesiątki tysięcy widzów. Atmosferę tego miejsca jednak wspomina do dziś. I nie da się ukryć, że sam stworzył miejsce z podobnym klimatem. W przeciwieństwie do York Hall (5 Old Ford Road), miejsca, o którym mowa tak łatwo nie znajdziecie. No dobra, w ogóle nie znajdziecie, o ile David Haye nie poda wam nie tylko adresu, ale także dokładnych wskazówek. To miejsce to jego prywatny gym, tajna baza, w której szykował się do wszystkich walk o mistrzostwo świata. Gdybyście wybrali się na wiosenny spacer po najsłynniejszych miejscach Londynu, wiecie: Big Ben, Downing Street 10, Pałac Westminsterski, London Eye – jest spora szansa, że byście ten dom byłego mistrza świata dwóch kategorii wagowych minęli. Właśnie: „minęli”, a nie „zauważyli”. Zauważyć go można by tylko wtedy, gdyby David Haye akurat wchodził do niego z torbą treningową. Ale na to akurat są małe szanse, bo zazwyczaj podjeżdża samochodem i parkuje w środku. Na miejscu ma wszystko, czego potrzebuje: biuro, kuchnię, profesjonalnie wyposażoną siłownię, worki, gruszki i inne przybory bokserskie, prysznic i oczywiście – pełnowymiarowy ring.

Jestem tu od prawie 10 lat. Zawsze chciałem mieć gym, w którym jest wszystko, czego potrzebuję i nic więcej. Trenuję tu tylko ja, czasem moi przyjaciele. Jest cicho, spokojnie, więcej osób zagląda tylko na sparingi. To jest prywatny gym, nikt niepowołany o nim nie wie. Mnóstwo ludzi bardzo by się zdziwiło, gdybyś im powiedział, że ja tutaj trenuję. Mam tu garaż, biuro, kuchnię. Czasem wpadają przyjaciele, żeby potrenować. Kocham to miejsce – opowiada o swoim azylu.

Gym znajduje się w jednym z lokali pod nasypem kolejowym. Jest cicho i spokojnie, chyba, że akurat górą przejeżdża pociąg. Żeby było ciekawiej, dosłownie pół mili dalej, pod tym samym nasypem kolejowym, w niemal identycznym lokalu, znajduje się Fitzroy Lodge Boxing Club, czyli miejsce w którym blisko trzy dekady temu Haye rozpoczynał swoją przygodę z boksem.

Dobze, dobze!

Tak czy inaczej, do swojego gymu Haye zaprasza tylko rodzinę, przyjaciół i wąskie grono zaufanych ludzi. Zaprosił także Elżbietę Wójcik (blondynka) i Natalię Marczykowską (brunetka). Możecie tych dziewczyn nie kojarzyć, bo duże sukcesy dopiero przed nimi (oby). Pierwsza – 23-latka – to młodzieżowa mistrzyni świata i Europy, od czterech lat etatowa mistrzyni Polski seniorek, walcząca o przepustkę na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie. Kilka lat temu światowa federacja AIBA uznała ją za najlepszą młodą pięściarkę na świecie. Druga – 20-latka – to brązowa medalistka młodzieżowych mistrzostw świata i także jedna z naszych medalowych nadziei na przyszłość. Obie są jedynymi reprezentantkami boksu w gronie beneficjentów programu Team 100. To stosunkowo nowy projekt Polskiej Fundacji Narodowej i Ministerstwa Sportu i Turystyki, zapewniający finansowanie dwustu młodym, obiecującym sportowcom. Każdy z nich otrzymuje rocznie 40 tysięcy złotych na pokrycie kosztów treningów, wyjazdów na zawody i inne wydatki, pomagające w rozwoju kariery.

24

Polska Fundacja Narodowa prowadzi także program „100×100”, w ramach którego z okazji stulecia odzyskania niepodległości zaprasza do Polski sto znanych osobistości z różnych dziedzin – aktorów, muzyków, sportowców, naukowców. Jednym z gości był w ubiegłym roku David Haye. Odwiedził Warszawę, spotkał się z dziennikarzami, udzielił kilku wywiadów, poprowadził wykład i wrócił do domu. Kontakt został jednak nawiązany i od słowa do słowa – narodził się pomysł, że może były mistrz świata mógłby pomóc dwóm podopiecznym Fundacji. Właśnie w ten sposób Wójcik i Marczykowska niemal prosto z turnieju w Sofii, trafiły do Londynu, do wspomnianego już „ukrytego gymu”.

Ruben Tabares to bokserski trener, współpracujący z Haye’em. Ma polską żonę, więc pojedyncze słowa w naszym języku zna. „Dzień dobry”, „dziękuję”, plus oczywiście takie, które do cytowania się zdecydowanie nie nadają. „Dobze, dobze!” pokrzykuje na dziewczyny, kiedy zaczynają trening. Dodatkowa motywacja jest jak najbardziej wskazana, bo tempo treningu jest wysokie, ćwiczenia trudne i często – zupełnie nowe. Natalia i Ela uczą się nowych technik, a Haye i Tabares zwracają uwagę na mnóstwo szczegółów: poprawiają pracę nóg, wprowadzają nowe kombinacje ciosów, korygują drobne błędy w defensywie. I dokładają, dokładają, dokładają. Wiadomo, w czasie trzech treningów nie da się przeprowadzić rewolucji, ani kompletnie zmienić stylu. Ale można nanieść pewne korekty, zwrócić uwagę na niedociągnięcia, spróbować znaleźć te pola, na których można się najszybciej poprawić. Można też dziewczynom solidnie dać w kość i sprawić, że weekendu w Londynie na długo nie zapomną.

Po drabinie na wieżowiec

Dwie maszyny stoją koło siebie. Jedna to rower treningowy, który zamiast kierownicy ma ruchome uchwyty. Należy jednocześnie pedałować i pracować rękami tak, jakby zadawało się ciosy proste. Obok stoi coś w rodzaju rusztowania ze specjalnymi uchwytami na ręce i nogi. Praca na niej trochę przypomina wchodzenie po drabinie. Ale jeśli chcecie to sobie wyobrazić, to nie wizualizujcie sobie drabinki na stryszek, a raczej drabinę strażacką przy płonącym wieżowcu. Czyli: bardzo szybko i bardzo wysoko.

Jedna na jedną, druga na drugą i jedziecie. Minuta ćwiczenia, minuta przerwy i zmiana maszyn – zarządza Haye. Dziewczyny z uśmiechem wybierają sprzęty i ruszają. Jest fajnie. Przez pierwsze trzydzieści sekund. Trener każde podkręcić tempo. Na rowerku jest jeszcze w miarę, drabina to prawdziwa mordęga, a obie mają pracować w tym samym tempie. Jeszcze piętnaście sekund, dziesięć. Łatwo powiedzieć, kiedy pod koniec ćwiczenia każda sekunda zdaje się trwać w nieskończoność. Minuta przerwy i zmiana maszyny. Minuta przerwy i kolejna. Po czterech takich rundkach dziewczyny są ledwie żywe. Dosłownie. Pot się z nich leje strumieniami, wyglądają, jakby wyszły spod prysznica. A to w sumie tylko osiem rund po minucie każda. – Kiedy ja szykowałem się do walk o mistrzostwo świata, spędzałem na tych maszynach mnóstwo czasu. Najpierw robiłem normalny trening, technikę, przyrządy, tarcze i tak dalej, a potem przychodziłem tutaj. I na tych dwóch maszynach robiłem 12 rund po trzy minuty każda – mówi David Haye i się śmieje. Dziewczynom zdecydowanie nie jest do śmiechu…

27

Następny trening to technika. Najpierw Ela trenuje z Haye’em, a Natalia z Tabaresem, potem następuje zamiana. Obaj bardzo dużo widzą. Ela zbyt szeroko rozstawia nogi, przez co traci równowagę. Natalia powinna pracować nad ruchliwością, na razie jej głowa jest zbyt łatwym celem do trafienia. Obie muszą być bardziej nieprzewidywalne i powinny pilnować tego, żeby schodzić z linii ciosu. Ale nawet, jeśli czasem nieco brakuje im kondycji, czy techniki, zdecydowanie mają to, co najważniejsze: serducho do walki. Widać to doskonale, kiedy dochodzi do tego, co tygrysy lubią najbardziej, czyli do boksowania. Nie na sucho, nie z trenerem na łapach, nie na worku, czy gruszce – do prawdziwego boksowania z żywym rywalem. Bo oprócz treningów Haye zaplanował dla zawodniczek Team 100 także sesję sparingową. Żeby dziewczyny nie musiały walczyć ze sobą (chociaż już im się to zdarzało, póki co górą była bardziej doświadczona Wójcik), zorganizował dla nich sparingpartnerów. Chłopaków. A właściwie – dorosłych mężczyzn, zawodowych bokserów.

Egzamin będzie później

W ringu – jak się można domyślić, facet zrobi wszystko, żeby nie dać się pobić dziewczynie. Dziewczyny chcą się bić, każda chce jak najlepiej wypaść przed mistrzem świata. Rywale nie stosują żadnej taryfy ulgowej. Anglia to kraj dżentelmenów, ale tutaj to nie ma prawa obowiązywać – skoro weszłaś do ringu, to walcz. I dziewczyny walczą, ciosy fruwają, aż miło, widać po nich sportową złość. Bo lekko nie jest – rywale to wielkie chłopy, większe od nich, w ciągłym treningu, szykujący się do kolejnych zawodowych walk (obaj są niepokonani). Potrafią uderzyć, potrafią się przepchnąć i zdecydowanie nie pozwalają sobie zrobić krzywdy. – Dobre sparingi – komentuje David. – Naprawdę dobre. W sparingu chodzi o to, żeby jak najwięcej skorzystać, jak najwięcej się nauczyć. Sparingu nie da się wygrać, albo przegrać. Jeśli ktoś podchodzi do sparingu tak, jak do walki, ma problem z ego. To jest jak lekcja w szkole: musisz uważać i jak najwięcej się nauczyć. Egzamin będzie później.

1

Kolejna lekcja odbywa się w O2 Arena, wielkiej hali, w której Haye toczył ostatnie cztery walki. Po sparingach były czempion zaprasza dziewczyny na kolację, a po niej – na galę bokserską, której głównym wydarzeniem jest pojedynek De Gale – Eubank Junior. Obie na galach bywały, ale nie z taką oprawą, nie z udziałem takich gwiazd i nie przy takiej wielotysięcznej publiczności. Natalia jest zachwycona, ogląda, komentuje, analizuje. Ela szybko się nudzi, prawie przysypia na trybunach (inna sprawa, że walka wieczoru jest wyjątkowo smętna). – Boks to ja lubię uprawiać, nie oglądać – ucina.

W międzyczasie jeszcze zwiedzanie Londynu, pamiątkowe zdjęcia, szybkie zakupy – i do domu. Czy i ile dały im treningi pod okiem jednego z najlepszych bokserów ostatniej dekady – dopiero się okaże. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Elżbieta Wójcik za szesnaście miesięcy będzie się pakować na igrzyska do Tokio. I wtedy przyjdzie czas, by spróbować spełnić także trzecie życzenie…

JAN CIOSEK, LONDYN

KOMENTARZE (0)