Kupujesz mnie? Musisz rozumieć ryzyko, że wypadnę z kontuzją
Weszło Extra

Kupujesz mnie? Musisz rozumieć ryzyko, że wypadnę z kontuzją

– Jeśli kupujesz mnie do swojej drużyny, musisz rozumieć ryzyko, że w którymś momencie mogę wypaść. Jednocześnie możesz być pewny, że będąc zdrowy zrobię wszystko, by tak pozostało, bym był w najlepszej formie i zawsze dał coś ekstra zespołowi. Obecnie od jakiegoś czasu wszystko jest ze mną w porządku, więc po prostu mam nadzieję, że tak pozostanie. Jestem jednak realistą i godzę się z tym, że w którymś momencie może się coś stać.

Kiedy Thomas Rogne jako nastolatek zostawał piłkarzem Celtiku, wielokrotny reprezentant Norwegii Vidar Riseth powiedział o nim: „to największy talent w tym kraju w ostatniej dekadzie”. Miał prawie wszystko, by w piłce na Zachodzie odnieść sukces. Poza zdrowiem.

W rozmowie z Weszło wraca do urazów, które bardzo mocno przystopowały jego karierę – sam nie potrafi zliczyć, czy w Szkocji pauzował czternasto- czy piętnastokrotnie. Mówi też między innymi o swojej roli w Lechu, o największym kosmicie w szatni Celtiku, porzuconej karierze w biegach narciarskich, a także o reakcji na „zatwerkujesz?” Martina Solveiga w kierunku jego dziewczyny, Ady Hegerberg – najlepszej piłkarki świata 2018 roku.

Kogo najczęściej słuchasz na Spotify?

– Spotify co roku robi listę najczęściej słuchanych piosenek i za 2018 na pierwszym miejscu był u mnie bodaj Drake albo Mumford & Sons.

Nie Martin Solveig?

– Szczerze mówiąc przed galą Złotej Piłki nie miałem pojęcia, kim jest ten gość. To nie mój typ muzyki.

Gdy usłyszałeś pytanie o zatwerkowanie na scenie, jak zareagowałeś? Miałeś taką minę jak Kylian Mbappe?

– Powiem szczerze, że nie zrozumiałem pytania, on mówił po francusku? Myślałem w pierwszym momencie, że poprosił Adę, żeby zatańczyła, a ona oczywiście odmówiła.

Solveig swoim pytaniem kompletnie spłycił to wszystko, o czym twoja narzeczona mówiła odbierając nagrodę.

– Nie myślę już o tym. Wtedy czułem radość i dumę. Wiedzieliśmy już wcześniej, że Ada dostanie nagrodę, ale sposób, w jaki ją odebrała, jej przemowa, to było niesamowite. Byłem tak dumny z niej, że nieszczególnie mnie obeszło to, co ten gość powiedział.

Teraz gdy rozmawiacie o piłce i się w jakiejś kwestii nie zgadzacie, często pada z jej ust argument: „nie masz Złotej Piłki, to co ty wiesz o futbolu!”?

– (śmiech) Szczerze mówiąc nie rozmawiamy o piłce praktycznie wcale. Nasze prywatne życie trzymamy z dala od zawodowego, tak jest zdrowiej.

LECH OPĘDZLUJE U SIEBIE ARKĘ? 1,75 W TOTOLOTKU! 

Jaki cel może sobie na ten sezon realistycznie stawiać Lech Poznań?

– W tym klubie sukces to wyłącznie mistrzostwo, wszystko co poniżej tego jest odbierane jako porażka. Lechia w tym momencie jest oczywiście bardzo daleko, więc cokolwiek się stanie, trudno będzie nazwać ten sezon udanym. Nadal mamy jednak o co grać, zarówno indywidualnie, jak i jako drużyna. Chcemy znów grać w Europie. Dla mnie osobiście bardzo ważna jest też duma. Przeszliśmy w tym sezonie przez kilka trudnych okresów, nie byliśmy równi. Musimy pokazać nie tylko kibicom, trenerom, zarządowi, ale też sobie samym, że potrafimy grać lepiej, równiej. Nie chcę mówić, że ta pozycja na koniec jest realistyczna, a tamta nie. Musimy się skupić na tym, żeby grać dobrze w każdym meczu.

Ta odpowiedź, że mistrzostwo to jedyny rezultat jaki uważasz za sukces, spodobałaby się prezesowi Rutkowskiemu, który na pamiętnej konferencji prasowej po zakończeniu poprzedniego sezonu wściekał się, że w jego gabinecie pojawili się zawodnicy twierdząc, że trzecie miejsce to dobry wynik. „Drużynie brakowało zwycięskiej mentalności w poprzednim sezonie” – to też jego słowa.

– Trudno powiedzieć, czego nam w poprzednim sezonie zabrakło. Przez moment byliśmy w gazie, a gdy przyszło rozegrać ostatnich siedem meczów w rundzie finałowej, przestaliśmy punktować. Wiesz, sezon jest długi i kiedy walka o pierwszą pozycję jest tak zacięta, to jest trochę fifty-fifty. Oczywiście potrzebujesz mentalności zwycięzcy i tego typu rzeczy. Ale każdy mecz to odrębny byt, wynik zmienia często delikatna różnica, mały detal. Nie mogę stwierdzić, że to ostatnich sześć-siedem meczów wszystko zawaliło. Kiedy graliśmy z mniejszymi zespołami, powinniśmy byli punktować lepiej.

Jednak zaczynaliście fazę finałową jako lider, więc jakąś przewagę mieliście wypracowaną. Można było odnieść wrażenie, że wszystko posypało się po niewykorzystanym karnym Darko Jevticia w meczu z Koroną Kielce. 

– Nie można całego sezonu sprowadzić do jednego karnego. To nie fair. Po prostu po serii świetnych meczów przyszedł moment załamania i nie byliśmy w stanie dopchać się do linii mety. To było wielkie rozczarowanie.

Musiałeś być rozczarowany podwójnie, bo mogłeś to wszystko oglądać w najlepszym wypadku z ławki rezerwowych, nie dostałeś choćby minuty. Wyobrażam sobie, że nie przyszedłeś do Lecha Poznań grać z KKS Kalisz czy Sokołem Kleczew.

– Pewnie, że nie. Ale gdy w lecie nie udało mi się odejść z IFK Goeteborg, wiedziałem doskonale, że w styczniu dołączę do zespołu, który będzie już ustabilizowany. Trener i prezes mówili mi otwarcie gdy przyszedłem: „musisz być cierpliwy”. Nie jest to coś, co chcesz usłyszeć jako zawodnik, ale zrozumiałem to. Jestem profesjonalistą, realistą i widziałem, że mamy bardzo dobrą parę stoperów, która świetnie się spisuje. Frustracja pojawiła się dopiero, gdy przyszła kontuzja, bo nie mogłem nawet pokazać w treningu, że jestem porządnym piłkarzem.

Bardzo długo czekałeś na swój debiut, choćby w rezerwach. 

– Było mi ciężko. Kiedy trafiasz do nowego klubu, zagrasz kilka meczów i później trafia się kontuzja – wiesz, że coś pokazałeś, że masz jakąś bazę w oczach trenera. Ludzie bardziej cię szanują. Miałem szczęście, że udało mi się zagrać kilka meczów w drużynie rezerw, pomogło mi to pod kątem sprawności, mogłem też zrozumieć lepiej jak funkcjonuje klub. Ivan sporo mi pomógł, gdy grałem dla drugiej drużyny.

Wygrałeś los na loterii, gdy został pierwszym trenerem, bo miał możliwość cię poznać, zaufać ci.

– To na pewno ułatwiło mi początek nowego sezonu. Dał mi dużą pewność siebie, bardzo we mnie wierzył.

Djurdjević wydawał się być trenerem skrojonym pod potrzeby Lecha – rozumiejącym klub, znającym tutaj każdy zakamarek, charakternym. Co więc poszło nie tak? Pogubił się taktycznie? Wielu wskazywało na przejścia z trójki na czwórkę w obronie i z powrotem.

– Gdybym wiedział wcześniej, co było nie tak, powiedziałbym komuś o tym. Myślę, że to był ten sam problem, który wrócił i później – byliśmy nierówni. Przeciwko Pogoni zagraliśmy fatalnie, przegraliśmy 0:3, ale tydzień wcześniej – również grając trójką w obronie – rozegraliśmy bardzo dobre spotkanie przeciwko Koronie. Nie uważam, że formacja odegrała tutaj jakąkolwiek rolę. Wyniki nie były takie jakie powinny, a w takiej sytuacji są dwa wyjścia: wymieniasz całą drużynę albo trenera. Zazwyczaj kończy się tym drugim. Szkoda, ale tak to wygląda.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Lech Poznan - Legia Warszawa. 23.02.2019

Nenad Bjelica w rozmowie z nami mówił niedawno, że największym problemem Lecha jest to, że „wielkie oczekiwania źle wpływają na drużynę”.

– Każdy zawodnik powinien odpowiedzieć na to pytanie sam sobie.

A jak to jest z tobą?

– W moim przypadku nie ma mowy o odczuwaniu presji. Wiem, że oczekiwania są bardzo wysokie i że ludzie wymagają od nas wiele. Ale powiedzmy, że zagrałem zły mecz – nie myślę: „o nie, kibice będą na mnie źli”. Interesuje mnie to, żeby być w porządku z samym sobą. Jestem swoim największym krytykiem. Zawsze po meczu oglądam go jeszcze raz, analizuję. Sam nakładam presję na siebie, nikt nie musi tego robić za mnie. Opinia ludzi mnie nie obchodzi, dystansuję się od tego. Nie prowadzę profili w mediach społecznościowych, bo wiem, że gdybym w to wszedł, miałbym setki tysięcy komentarzy. Nawet jeśli byłyby to pochwały po dobrym meczu – one też mogą źle na mnie wpłynąć. Nie podoba mi się to, że w Internecie coś jest czarne albo białe, że ludzie albo chwalą, albo atakują. Mój świat ma więcej kolorów niż tylko czerń i biel. Interesuje mnie, co ma na mój temat do powiedzenia trener, koledzy, a na końcu najważniejsze – co sam myślę o swojej grze. Nie rozmawiam o piłce nawet z moimi rodzicami, z dziewczyną.

Krótko mówiąc – nie zabierasz pracy do domu.

– Nie, to nie tak. Myślę o piłce przez cały czas, to wszystko co tutaj mam, jako że mieszkam w Poznaniu sam. Ale nie mogę słuchać tego, co myśli o mnie pięćdziesiąt tysięcy kibiców. Oszalałbym.

ARKA STRZELI W POZNANIU? TOTOLOTEK WYSTAWIA KURS 1,60! 

Kiedy Ivan Djurdjević został trenerem, zostałeś jednym z czterech zawodników w radzie drużyny wraz z Tibą, Trałką i Buriciem, mimo że na koncie miałeś zaledwie garstkę meczów. Przy Łazienkowskiej z Legią wyszedłeś jako kapitan w swoim czwartym w życiu meczu ligowym dla Lecha. Jak myślisz, dlaczego?

– Musiałbyś spytać Ivana. Myślę, że uważał mnie za odpowiedzialnego człowieka, że podobało mu się moje nastawienie. Widział, że na boisku i poza nim nie uciekam od odpowiedzialności. Że na treningach zawsze daję z siebie wszystko. To musiały być główne kryteria.

Po odejściu Djurdjevicia waszym trenerem został Adam Nawałka znany z wprowadzania wymagającego reżimu treningowego. Macie za sobą pierwsze zimowe przygotowania pod jego wodzą, było ciężko? Podobno we Wronkach byli zawodnicy, którzy w pewnym momencie mieli problem, by zejść ze schodów.

– Przygotowania przedsezonowe zawsze są ciężkie. W tym roku dodatkowym problemem były warunki pogodowe, musieliśmy trenować na lekko zaśnieżonym boisku ze sztuczną murawą, co nie jest najlepsze dla nóg. Zajęcia były wymagające, ale to norma – jeśli nie przygotujesz się fizycznie, później masz problemy. Z kolei jeśli pytasz o zajęcia u trenera Nawałki w trakcie sezonu, to nie widzę wielkiej różnicy w porównaniu z moimi wcześniejszymi trenerami – zawsze intensywność jest wyższa we wtorki, środy i czwartki, a w piątki i soboty, na ostatniej prostej przed meczem, jest nieco lżej.

W pierwszych meczach rundy – z Zagłębiem (1:2) i Piastem (0:4) wyglądało to jednak tak, jakby nogi nie niosły.

– W drugim meczu nie grałem, więc mogę mówić tylko o spotkaniu z Zagłębiem. Nie wyszedł nam najlepiej. Nie byliśmy w stanie założyć pressingu tak, jak chcieliśmy. Nie byliśmy agresywni, nie doskakiwaliśmy do przeciwnika. Kiedy takie rzeczy się dzieją, pojawiają się problemy z organizacją. Co tu dużo mówić – to był bardzo zły mecz w naszym wykonaniu. Spotkanie z Legią było dużo lepsze – byliśmy agresywniejsi, wygrywaliśmy więcej pojedynków, poruszaliśmy się względem siebie jak zgrany zespół. W efekcie wyglądaliśmy na bardziej zorganizowaną drużynę, mogliśmy trzymać się planu, który wypalił.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Lech Poznan - Legia Warszawa. 23.02.2019

Muszę cię o to spytać – ile tygodniówek byłbyś w stanie oddać za nogi, które nie są tak podatne na kontuzje?

– Bardzo wiele, tyle ile by było trzeba. Kiedy jesteś poza grą, leczysz się, oddałbyś wszystko co masz, byle tylko być zdrowym.

W twoim przypadku bardzo często powtarza się schemat – kilka meczów, kontuzja mięśniowa, powrót, kilka spotkań, uraz. Zwiedziłeś całą masę gabinetów lekarskich, rozmawiałeś pewnie z dziesiątkami specjalistów. Czy ich zdaniem jest w twoim przypadku możliwe, by rozegrać rok, dwa bez jakichkolwiek tego typu problemów? Czy decydując się na Thomasa Rogne w swoim zespole musisz być po prostu świadom, że w pewnym momencie stracisz go na parę meczów?

– W Szwecji przez ostatnie dwa sezony przeszedłem właściwie bez żadnej kontuzji mięśniowej. Tam wszystko grało idealnie – wypracowałem codzienną rutynę, fizjoterapeuci wiedzieli, na co muszą w moim przypadku zwracać uwagę, trenerzy wiedzieli, jak muszą mną i moim zdrowiem zarządzać podczas treningów. Myślę więc, że to możliwe. Ale nie da się ukryć, że historia moich urazów jest bardzo obszerna. Jeśli więc kupujesz mnie do swojej drużyny, musisz rozumieć ryzyko, że w którymś momencie mogę wypaść. Jednocześnie możesz być pewny, że będąc zdrowy zrobię wszystko, by tak pozostało, bym był w najlepszej formie i zawsze dał coś ekstra zespołowi. Obecnie od jakiegoś czasu wszystko jest ze mną w porządku, więc po prostu mam nadzieję, że tak pozostanie. Jestem jednak realistą i godzę się z tym, że w którymś momencie może się coś stać.

Która z kontuzji była dla ciebie najtrudniejsza psychicznie?

– Ta, którą odniosłem w meczu IFK – Gefle. Byłem w Goteborgu od jakiegoś pół roku, świetnie sobie radziliśmy, wygraliśmy puchar, mieliśmy w lidze pięć punktów przewagi nad wiceliderem. Najgorsze było to, że w Goteborgu na nowo odnalazłem radość z gry w piłkę, którą wcześniej trochę straciłem. Wydawało się, że wszystko w moim życiu jest znów na właściwym miejscu. I wtedy wypadam do końca sezonu. Szczególnie oswojenie się z tą myślą było dla mnie bardzo wymagające, długo nie byłem w stanie włączyć powtórki tamtego meczu.

„Kiedy jesteś piłkarzem, trzymasz się z daleka od niektórych dań, ale ja po raz pierwszy w życiu pomyślałem sobie: teraz odpoczywam. Podróżowałem, jadłem dobre jedzenie i nawet piłem trochę wina. Korzystałem z życia, troszeczkę, po prostu” – tak mówiłeś w rozmowie z Aftenposten.

– Potrzebowałem tego. Na co dzień żyję według bardzo ściśle określonych zasad. Zawsze jestem bardzo skupiony na diecie, na odpoczynku, na śnie. To bardzo wymagające, trzeba się tego nauczyć. Wtedy uznałem jednak, że muszę dać sobie mentalnie nieco odpoczynku. Dać swojej głowie wyjechać na wakacje, odpuścić. Jeśli przez miesiąc wyluzujesz, nadal masz pięć kolejnych, by wrócić do najwyższej formy, więc nie zrobi ci to krzywdy.

Gorsze do zniesienia są dla ciebie pojedyncze urazy, po których trzeba pauzować przez kilka miesięcy czy takie, które przytrafiają się regularnie i wyłączają na jeden, dwa, może trzy mecze? I to, i to przerabiałeś po kilka razy.

– Długie kontuzje paradoksalnie są mniej frustrujące. Kiedy to się dzieje, masz plan. Okej, nie będę grał przez sześć miesięcy, operacja wtedy i wtedy, rehabilitacja potrwa tyle i tyle. Dzięki temu możesz odnaleźć nieco spokoju, wyluzować. Z kolei w przypadku kontuzji mięśniowych – te są zawsze wkurzające. Jesteś zdesperowany, by wrócić jak najszybciej, czasami chcesz tego za bardzo, nieco przesadzisz i znów czujesz ból, jakieś ukłucie. Sygnał, że jeszcze nie wszystko jest okej, że może właśnie pogorszyłeś sprawę i zamiast być bliżej powrotu, to się od niego oddaliłeś. Żyjesz niepewnością, to bardzo niekomfortowe.

SOCCER 2012: Real Madrid vs Celtic FC AUG 11

Swój pierwszy poważny uraz zaliczyłeś bardzo wcześnie, jeszcze jako siedemnastolatek, nim dołączyłeś do Celtiku. Nie myślałeś o tym, że wybierasz bardzo wymagającą fizycznie ligę?

– To prawda, ale operacja kolana, konkretnie więzadła krzyżowego przedniego, które zerwałem, była przeprowadzona bardzo skutecznie. Wróciłem do gry, rozegrałem cały sezon bez jakichkolwiek problemów. Nigdy nie musiałem się później martwić o moje kolana, są bardzo silne, żadna kontuzja w Celtiku nie była z nimi związana. Ale to fakt, miałem tam masę problemów ze zdrowiem, czternaście lub piętnaście kontuzji. Piłka nożna była tam bardzo intensywna, poza tym przeniosłem się ze sztucznej murawy na naturalną, co również mogło mi zaszkodzić. Oczywiście nie znałem też swojego ciała tak dobrze. Gdy coś poczułem, nie miałem pojęcia, czy to tylko skurcz, normalny ból, czy może coś poważniejszego. Nauka przychodziła bardzo dużym, bolesnym kosztem.

Teraz mógłbyś pewnie robić za lekarza-diagnostę.

– Teraz wiem dobrze, gdy coś się wydarzy na treningu, czy to uraz, czy może po prostu krótkotrwały ból, który zaraz przejdzie. Dużo łatwiej mi to ocenić. Rano, gdy wstaję z łóżka, wiem czy mogę normalnie trenować, czy powinienem zgłosić trenerowi, że lepiej by było, żebym dziś odpoczął. Wtedy nie miałem tego doświadczenia.

Łukasz Załuska wspominał okres w Celtiku jako ten, kiedy był bardzo rozpoznawalny na ulicach Glasgow, mimo że przecież nie był golkiperem pierwszego wyboru. Też odczułeś taką popularność?

– Tak, Glasgow to bardzo intensywne miasto pod tym względem.

Załuska opowiadał, jak pojechał do sklepu po stronie miasta należącej do Rangersów i został zwyzywany przez grupę nastolatków, było też pamiętne pobicie.

– Nie, nigdy nie wpakowałem się w żadne kłopoty z kibicami Rangersów. Myślę, że wpływ na to miał fakt, że są oni bardzo mocno osadzeni w swojej religii, są zaangażowani politycznie. Nie byłem więc dla nich drażniącą osobą, nie jestem szczególnie religijny, nie mam żadnych chrześcijańskich tatuaży, nie noszę religijnych symboli. No a Łukasz jest jawnym katolikiem, zdecydowanie bardziej niż ja. Jedyne sytuacje, jakie pamiętam, to czasami jakiś kibic Rangersów przechodząc obok mnie na ulicy powiedział na głos „pierdolić Celtic”, nigdy nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego. No ale dało się odczuć, że to miasto żyje piłką, ćwierć miliona ludzi wspiera Celtic, drugie tyle – Rangersów.

Swoją drogą nie tylko w Glasgow potrafiło być gorąco, kibic Hearts w jednym z meczów wbiegł na boisko i próbował uderzyć waszego trenera Neila Lennona. Skończyło się to inaczej niż się spodziewał, bo to on ostatecznie wylądował na murawie i przyjął ciosy od waszego szkoleniowca.

– Mecze z Hearts również były intensywne, są „Rangersami Edynburga”. No ale Lennon to wielka osobowość, gorliwy katolik, więc te spotkania miały dla niego szczególny wymiar. Nie było meczu, przed którym nie mielibyśmy policyjnej eskorty ze względu na niego. Co spotkanie otrzymywał masę gróźb. Choć on w ogóle nie dawał po sobie poznać, by go to ruszało. Niesamowity twardziel.

Nie chciałeś być w pobliżu, gdy mecz nie szedł tak, jak sobie wyobrażał.

– O tak. Kiedy przyszedłem do klubu, pierwszym trenerem był Tony Mowbray, a Lennon trenował rezerwy. W jednym z moich pierwszych meczów, bodaj drugim, graliśmy przeciwko zespołowi z Irlandii na jego boisku. Murawa była w fatalnym stanie, wszędzie pełno błota, deszcz. Schodziliśmy na przerwę przy wyniku 1:1, byłem przekonany, że grałem dobre spotkanie. Miałem jeden, jedyny gorszy moment, poślizgnąłem się i zamiast wybić piłkę w pole, głową skierowałem ją na rzut rożny. Lennon kompletnie stracił panowanie nad sobą z tego powodu. „Jeśli jeszcze raz się poślizgniesz, dopilnuję, żeby cię wyjebali!”. Powiedzieć, że był wściekły, to nic nie powiedzieć. A wiesz, przyszedłem do Szkocji z Norwegii, gdzie nawet gdy kogoś krytykujesz, to robisz to spokojnie, tak by go nie urazić. Z pełnym szacunkiem. Byłem w szoku. Ale w drugiej połowie nie popełniłem już żadnego błędu. Po meczu Lennon postawił mi piwo, powiedział, że bardzo podobało mu się to, co widział. I dużo spokojniej wytłumaczył, że jako obrońca nie mogę się poślizgnąć, gdy piłka leci w moją stronę. To był cały Lennon. Szczery, bezpośredni. Na początku jego nastroje były dla mnie czymś w rodzaju szoku kulturowego, ale… podobało mi się to.

ARKA WYGRYWA Z LECHEM? TOTOLOTEK PŁACI PO KURSIE 5,20!

Gdybym miał wymieniać doskonałych piłkarzy, z którymi występowałeś w Celtiku, siedzielibyśmy tutaj jeszcze długo. Wanyama, Samaras, Keane, Brown, Ljungberg, Forster… Kogo wspominasz najlepiej?

– Największym oryginałem był Samaras. Kosmita, ale jednocześnie fantastyczna postać. Po treningu zawsze szedł do jacuzzi, fizjoterapeuci już wiedzieli, że wszystko ma tam na niego czekać, leżał tam przez dwadzieścia minut, jechał do domu, brał tabletkę na rozluźnienie mięśni, spał trzy godziny, po czym dzwonił po osobistego kucharza, żeby ten przyjechał i ugotował mu obiad. To była jego codzienna rutyna, nie lubił się przemęczać. Ale jednocześnie zawsze dawał z siebie maksa na boisku, dużo czasu spędzał z młodymi chłopakami, pokazywał im, co powinni poprawić. Mega pozytywny człowiek.

Robbie Keane? Legenda. Przyszedł na wypożyczenie na początku mojego okresu w Celtiku, pamiętam jak wielki szum był wokół jego przenosin, jak ważna dla klubu była obecność takiej osobowości w drużynie. Świetny gość. Mieszkaliśmy w tym samym hotelu, zawsze zabierał mnie swoim autem na treningi. Z jednej strony był bardzo zrelaksowany, nie trenował już wtedy za wiele w tygodniu, bo miał problemy z kontuzjami, raczej starano się, by był gotowy na mecze. Ale kiedy nadchodził weekend, spotkanie, od razu się uruchamiał. Gotów umrzeć na boisku, byle strzelić, byle wygrać. Zobacz, jak długo grał w piłkę, to pokazuje najlepiej, jak dbał o siebie, jak profesjonalnie podchodził do zawodu.

Skoro już mowa o legendach – Ole Gunnar Solskjaer czy Ole Einar Bjoerndalen?

– Bjoerndalen!

Podobno za młodu uprawiałeś biathlon, zresztą nie tylko, bo były też skoki narciarskie, piłka ręczna…

– Skoki narciarskie bardzo krótko, ale nie doszedłem do skakania na większej skoczni, więc nie powiem ci, jaki miałem rekord! Ale biathlon, biegi narciarskie, zjazdy – wszystkiego próbowałem, wszystko trenowałem. Miałem szansę, by zawodowo uprawiać biegi narciarskie i piłkę ręczną, podobno byłem niezły. Ale dla mnie liczyła się tylko piłka nożna, to ona była najbardziej ekscytującą dyscypliną.

Podobno w biegach miałeś wyniki, których nie musiałeś się wstydzić, walczyłeś jak równy z równym z Palem Goldbergiem (13 razy na podium Pucharu Świata – przyp. red.).

– Walczyliśmy ze sobą, ale to on był nieco lepszy. Chociaż patrząc dokąd zaszedł, naprawdę nie mam się czego wstydzić!

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. FotoPyK/NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)