Chłopiec, który w końcu stał się mężczyzną. Historia Macieja Lampego
Inne sporty

Chłopiec, który w końcu stał się mężczyzną. Historia Macieja Lampego

Już ponad piętnaście lat minęło od momentu, gdy wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych, by spróbować swych sił w NBA. Niespełna dziesięć od Eurobasketu w Polsce, na którym miał być jedną z gwiazd i sześć od tego w Słowenii, gdzie – razem z Marcinem Gortatem – miał prowadzić nas do medalu. To wszystko skończyło się rozczarowaniem. Ale jego kariera to również gra w dobrych europejskich klubach, mistrzostwo Hiszpanii, gdy został bohaterem Barcelony, i – przede wszystkim – niedawny awans na mistrzostwa świata, kiedy w eliminacjach wreszcie był jednym z liderów polskiej kadry.

Kariera Macieja Lampego mogła potoczyć się lepiej – to fakt. Jednak jak na nasze, polskie warunki i tak była znakomita. A zaczęła się… po drugiej stronie Morza Bałtyckiego.

„Szwed”

Z Polski wyjechał, gdy miał pięć lat, ale całkiem sporo pamięta. Wychował się w Łodzi, podobnie jak Marcin Gortat, ale na innym osiedlu. „Polski Młot” dzieciństwo spędził na Bałutach, Lampe w Retkini. Mieszkał na szczycie ośmiopiętrowego wieżowca, do przedszkola jeździł na rowerze, ale nie umiał dobrze hamować, więc często wjeżdżał w zaparkowane obok samochody. Gdy miał cztery lata uciekł z domu, bo… nie chciał iść z rodzicami w gości. Ci odebrali go z komendy, dostał lanie i pomidorową. Równocześnie.

I to głównie takie wspomnienia ma z życiem w Polsce. Potem do kraju wracał głównie po to, by odwiedzić rodzinę. Sam mieszkał już w Szwecji, szybko opanował tamtejszy język. Dziś zresztą powtarza, że ta przeprowadzka pozwoliła mu też z miejsca nauczyć się angielskiego. Dla niego był to nowy, inny świat, ale taki, w którym bez problemu się odnalazł. Choć nie było łatwo. Rodzina często się przeprowadzała, szukała swojego miejsca na różnych osiedlach i nie mogła sobie też pozwolić na wielkie wydatki. To ostatnie zaważyło choćby na tym, że Lampe nie został hokeistą. Bo to właśnie ten sport uprawiał na początku:

Gdyby nie ojciec, to pewnie coś bym w tej dyscyplinie osiągnął. Miałem całkiem niezłe wyniki. Ale żeby grać na stałe w klubie, trzeba było mieć hokejowy strój. Dla szwedzkich rodziców to był żaden wydatek. Dla moich ogromny. Ojciec narzekał, ale pojechaliśmy wreszcie do sklepu. Na miejscu ojciec powiedział, że nie kupi mi spodni w moim rozmiarze, bo zaraz z nich wyrosnę. Kupił więc trzy rozmiary za duże. Wyglądałem w nich śmiesznie. Byłem szerszy nawet od bramkarza. I ze wstydu przestałem chodzić na treningi. A wtedy cały pokój miałem powyklejany plakatami hokeistów. NHL oglądałem z zapartym tchem, tak jak potem NBA. Dzisiaj myślę, że dobrze się stało, bo hokeista nie powinien być za wysoki. Dwa metry dziesięć to zdecydowanie za dużo. Nie ma tej zwrotności… – mówił „Playboyowi”.

Ojciec był zresztą jego głównym… krytykiem. Maciej wspominał, że nieustannie dawał mu nowe wyzwania, ale gdy już jakieś udało mu się zrealizować, to nigdy nie dostawał pochwał. Wtedy go to dołowało, dziś uważa, że bez ojca nie zaszedłby tak daleko. Zresztą to też nie tak, że senior Lampe nic o sporcie nie wiedział – sam był siatkarzem, grał też w piłkę nożną i uprawiał kolarstwo. Matka Macieja ograniczyła się z kolei do pierwszego z tych sportów, reprezentowała barwy ŁKS-u. Sportowcem był też jego dziadek, ale on postawił na indywidualizm – rzucał dyskiem, w 1940 roku miał jechać na igrzyska, ale te nie odbyły się z powodu wojny. Zmarł jeszcze przed narodzinami wnuka.

Po rezygnacji z hokeja przyszło poszukiwanie „swojej” dyscypliny. Najpierw postawił na piłkę nożną, stał na bramce, ale – jak sam wspominał – chyba tylko on uważał się za dobrego zawodnika. W międzyczasie próbował swoich sił w wioślarstwie, ale i to nie było dla niego. Gdy jednak zaczął szybko rosnąć i jako dwunastolatek miał już metr osiemdziesiąt, skierował swoją uwagę na koszykówkę.

– Na mojej dzielnicy zainstalowali kosze. Mieszkało tam wielu Serbów i innych obcokrajowców. Zaczęliśmy tam grać. Mój tata zauważył, że dobrze sobie radzę no i byłem wysoki. Zapisał mnie do klubu. Trenowałem m.in. z Damirem Markotą [reprezentant Chorwacji, też zaliczył epizod w NBA – przyp. red.], który mieszkał bardzo blisko mnie. To były piękne czasy. W naszym roczniku klub „Polisen Basket” był najlepszą drużyną w historii szwedzkiej koszykówki. Wygraliśmy wszystko, co można było wygrać w całej Skandynawii. […] Wszyscy wyszliśmy spod skrzydeł naszego trenera Joakima Samuelssona [Lampe do dziś powtarza, że to u niego nauczył się wszystkiego, co w koszykówce najważniejsze – przyp. red.]. To wspaniały człowiek. Jesteśmy dumni z tego, że mogliśmy u niego grać i dorastać. Tak to się wszystko zaczęło. Rzuciłem wszystkie inne sporty i skupiłem się już tylko na koszykówce – wspominał w rozmowie z „MVP Magazynem”.

Lampe zakochał się w koszykówce. Dosłownie. Godzinami potrafił przekładać piłkę z rąk do rąk, udając, że podaje i rzuca. Musiał tak robić w domu, bo rodziców denerwował nieustanny odgłos kozłowanej piłki. O jego talencie szybko zrobiło się głośno, do swojej kadry chcieli zgarnąć go Szwedzi. Zresztą podobnie jak Damira Markotę. W obu przypadkach Skandynawowie ponieśli jednak porażkę. W 2000 roku po Lampego wybrali się na północ przedstawiciele Polskiego Związku Koszykówki. I wrócili ze zgodą zawodnika oraz jego rodziny na występy Macieja w biało-czerwonych barwach.

– Słyszeliśmy z różnych źródeł, że w Szwecji gra młody Polak i jako trener związku zainteresowałem się sprawą. Były pewne kontrowersje, po co nam taki zawodnik, czy to potrzebne itp. Jednak Maciek zagrał na turnieju zespołów makroregionalnych, spotkaliśmy się z jego ojcem i ostatecznie wybrali dla niego koszykarską narodowość polską – mówił portalowi gazeta.pl Ryszard Pietruszak, były trener kadry juniorów. A sam Maciej Lampe, na łamach sport.pl, dodawał: –  To była trudna decyzja. Dla szwedzkich reprezentacji młodzieżowych grałem w sparingach. Federacja i koledzy namawiali mnie na Szwecję, rodzina nie chciała o tym słyszeć. Kiedyś przyjechałem na zgrupowanie polskiej kadry kadetów – zaprzyjaźniłem się z Pawłem Malesą, poznałem z trenerem Andrzejem Grabem z mojej rodzinnej Łodzi, pojechałem na turniej do Portugalii i od tej pory reprezentuję Polskę.

Powtarzał zresztą, że zawsze czuł się bardziej Polakiem, bo w domu rozmawiał po polsku, lubił naszą kuchnię (zresztą kto nie lubi?), tradycje, często wracał też do kraju, by odwiedzić babcię. Stąd ten wybór. Jak się później okazało – to w dużej mierze za jego sprawą otworzył sobie drzwi do wielkiej kariery. Choć Szwedzi do końca uznawali go za swojego. Gdy debiutował w NBA pisali, że to „pierwszy Szwed w tej lidze”.

Dzieciak w wielkim klubie

Jak mówił o nim trener Samuelsson, „szybko można było dostrzec, że Maciej ma talent powyżej przeciętnej, który wynikał z kombinacji jego wzrostu i niesamowitego czucia piłki. Ale talent to nie wszystko – Maciej zawsze trenował najciężej i był skupiony na celu”. Latem 2000 roku to wszystko dało efekt. Wraz z kadrą Polski kadetów Lampe wybrał się na turniej do Portugalii. Tam wypatrzyli go przedstawiciele Realu Madryt – jednego z największych europejskich klubów. Rozmowy trwały krótko, bo i nie za bardzo było o czym dyskutować. Takich ofert po prostu się nie odrzuca. Niedługo potem Maciej był w stolicy Hiszpanii.

– Wchodzę do gabinetu klubowego dentysty, a on mówi, żebym zaczekał, bo ma innego pacjenta. Patrzę, a na fotelu siedzi Luis Figo! Po chwili minęliśmy się w drzwiach, on poklepał mnie po plecach, coś zażartował z mojego wzrostu, ale z przejęcia nie zapamiętałem nawet, co powiedział – opowiadał Lampe „Dziennikowi Łódzkiemu”. Nie zawsze było jednak tak kolorowo. Sport.pl po latach mówił, że: – Ojciec poświęcił całe dotychczasowe życie, spakował nas i pojechaliśmy samochodem do Madrytu, bym został gwiazdą. Miałem 15 lat i choć miałem swoje zdanie i tłumaczyłem rodzicom, żeby zostali w Szwecji, to ojciec nie chciał tego słuchać. Tata dużo kłócił się z Realem o kwestie kontraktowe. Na początku nie mogłem grać, a do tego mama się rozchorowała. Było wiele trudnych chwil, ale koszykówka była tym, co mnie trzymało.

Zaczęło się nieźle. Pięć dni przed 17. urodzinami Polak zadebiutował w barwach Królewskich. I to w Eurolidze, najważniejszych rozgrywkach na Starym Kontynencie. W tamtym momencie był to rekord, Maciej był najmłodszym zawodnikiem, który zagrał w barwach Realu. Na parkiet wybiegł w starciu z Skipperem Bolonia, a na sobie miał koszulkę z numerem 5 i zaklejonym nazwiskiem Erika Struelensa. Rozegrał siedem minut, skręcił kostkę, ale zszedł z parkietu dopiero, gdy ściągnął go trener. Zdobył dwa punkty, Real jednak przegrał. Potem wystąpił w białych barwach jeszcze kilkukrotnie, a w sezonie 2002/2003 wypożyczono go do drugiej ligi, gdzie rozegrał pełny sezon. Gdy pytano go wtedy o to, jak widzi swoją przyszłość, odpowiadał, że chciałby zostać w Madrycie przez kilka lat. Wkrótce jednak zmienił zdanie. Dlaczego? Opowiadał o tym „Playboyowi”:

– Oni nie traktowali mnie serio. Byłem królikiem doświadczalnym. Pierwszym zawodnikiem sprowadzonym z zagranicy w tak młodym wieku. Dla nas to była życiowa decyzja, bo do Madrytu sprowadziliśmy się całą rodziną. Tata musiał zrezygnować z wymarzonej pracy – czyli trenera siatkówki. Wszystko w rodzinie zostało podporządkowane mojej karierze. A w Realu przeprowadzali na mnie eksperyment. Przez pierwszy rok nie miałem nawet licencji, żeby grać w oficjalnych meczach. Dlatego kiedy pojawiła się szansa na wyjazd do NBA, w ogóle się nie zastanawiałem.

Miał jednak problem. Z Królewskimi podpisał ośmioletni(!) kontrakt. Kwota jego wykupu wynosiła dwa miliony dolarów. Stąd w drafcie został wzięty dopiero z „30”, choć mówiło się nawet o pierwszej dziesiątce. Stąd też przez kolejne lata spłacał ten kontrakt. Skończył mniej więcej w 2007 roku, już po tym, jak wrócił do Europy.

 – Według tej umowy nie należało mi się żadne wynagrodzenie. Było nam bardzo ciężko, wraz z rodzicami żyliśmy tak naprawdę z miesiąca na miesiąc. Po wyjeździe ze Szwecji wyraźnie odczuliśmy pogorszenie się naszej sytuacji finansowej. Mój ojciec walczył w klubie o jakiekolwiek pieniądze dla mnie. Mój pobyt w Realu nie był lekki i przyjemny, a moje wspomnienia związane z tym klubem nie są takie fajne, jakbym chciał. Jednak w Madrycie dali mi wszystko, czego potrzebowałem, aby móc się kształcić i zdobywać doświadczenie. Umowę z Realem spłacałem jeszcze w swoim pierwszym sezonie gry w Rosji. Na pewno klub zarobił na mnie więcej niż ja na nim – mówił serwisowi probasket.pl.

Tak otwarcie opowiadał o tym jednak dopiero po latach. W tamtym czasie raczej unikał tego tematu, wolał skupić się na tym, co przed nim. Stąd też w młodzieżowej kadrze wielu zawodników myślało, że na zgrupowania przyjeżdża „bogacz z Realu”. A było zupełnie inaczej, pieniądze zaczął zarabiać dopiero w USA. Co ciekawe jednak, gdy pyta się jego kolegów z tamtych czasów o Maćka, mówią, że był „otwarty i nie gwiazdorzył”. Relacje z kadry seniorskiej często bywały zupełnie odmienne. Ale o tym później. Na razie – wraz z Lampe – przenieśmy się za ocean.

Maciej sam w Nowym Jorku

Wiecie już z jakim numerem. Wiecie też dlaczego z nim. Nie wiecie jedynie, jaka drużyna wybrała Maciej Lampego, by został drugim Polakiem w historii – po Cezarym Trybańskim – grającym w NBA. Byli to New York Knicks. I, z perspektywy czasu patrząc, wydaje się, że Lampe nie mógł trafić gorzej. A mogło być zupełnie inaczej: – Przed tym, jak znalazłem się w drafcie, musiałem pojechać na specjalne treningi. Tam poszło mi dobrze i rzeczywiście szansa gry w NBA była realna. Cały czas wierzyłem też, że ktoś mnie weźmie, bo czytałem o sobie dużo dobrego. Kłopotem był jednak ten nieszczęsny buyout z Madrytu. Pierwsi odezwali się włodarze Milwaukee Bucks, którzy chcieli wziąć z mnie z numerem 17. Zażądali jednak, żebym jeszcze parę lat grał w Europie. Wszyscy dookoła mówili mi jednak, że jestem gotowy na NBA. Odmówiłem – opowiadał sport.pl

Ciekawostką jest, że w tym samym drafcie (swoją drogą jednym z najlepszych w historii, to z niego „wywodzi się” LeBron James) brał udział inny Polak – Szymon Szewczyk. Dziś zawodnik Anwilu Włocławek i ekspert TVP, w przeszłości reprezentant Polski. Został wybrany z numerem 35., ale ostatecznie nie zaproponowano mu kontraktu. Wtedy miał jednak możliwość po raz pierwszy spotkać się z Maćkiem. Choć, jak wspomina w rozmowie z nami, nie było to nic wyjątkowego:

– Tak, spotkaliśmy się. Maciek chyba nie wiedział do końca, kim ja jestem. Było widać, że jest zdenerwowany. Ja chciałem się po prostu przywitać, więc to nasze spotkanie wyglądało raczej na zasadzie „No siema”. I tyle. To nie działało tak, że dwóch Polaków się gdzieś spotkało i bardzo czekało na to żeby sobie pogadać. To było nasze pierwsze spotkanie. Potem po jednym z meczów Ligi Letniej mieliśmy pójść razem na kolację, poznałem akurat kilku Polaków, którzy nas zapraszali. Byliśmy umówieni po jego meczu, ale chyba zapomniał, bo do spotkania w ogóle nie doszło, pojechał od razu do hotelu.

We wspomnianej Lidze Letniej Lampe zresztą dobrze się prezentował. Wystąpił w pięciu spotkaniach, a jego statystyki oscylowały w granicach 17 punktów i 7 zbiórek na mecz. Całkiem przyzwoicie jak na osiemnastolatka bez większego doświadczenia w seniorskiej koszykówce. To jednak był ostatni pozytywny akcent jego przygody z Knicksami. Przez kolejne pół roku siedział na ławce, potem został wytransferowany do Phoenix Suns. Jednak zanim tam przeszedł, zdążył się jeszcze solidnie zagubić.

Bo o ile na początku mówił, że kasa nie uderza mu do głowy, a czuje się jedynie nieco oszołomiony Nowym Jorkiem, który przytłacza go swoim rozmiarem (pamiętajmy, że trafił tam bez rodziców i zupełnie nie znał miasta), o tyle potem zdążył się z nim całkiem nieźle zapoznać. Często widywano go w klubach, na meczu swojej drużyny potrafił jeść popcorn, co media od razu podłapały, a na treningach nie przykładał się do pracy. Do tego wszystkiego męczyły go urazy.

– Byłem młody, niedoświadczony. Pierwszy raz żyłem w takim wielkim świecie z taką ilością kasy w kieszeniach. Czułem się jak król życia. Może nie zrobiłem wszystkiego tak jak powinienem i nie do końca wykorzystałem swoją szansę, jaką mi dano, ale byłem wtedy bardzo młodym i niedojrzałym chłopakiem. Na pewno bardzo dużo się tam nauczyłem. Można powiedzieć, że moją prawdziwą karierę rozpocząłem dopiero w Rosji – mówił portalowi probasket.pl.

„Playboyowi” z kolei opowiadał: – Najgorsze, że zacząłem mniej trenować, bo uznałem, że już jestem świetny. Myślałem, że byłem gwiazdą, a byłem nikim. W Nowym Jorku zapatrzyłem się w niewłaściwe wzorce, obrałem niewłaściwych ludzi za przewodników. Miałem 18 lat i pozjadałem wszystkie rozumy. Wydawało mi się, że jestem panem świata. […] Jak grasz w kosza w NBA, to już ci się wydaje, że możesz wszystko. W Nowym Jorku pierwszy raz mieszkałem sam i pierwszy raz miałem trochę kasy w kieszeni. Chciałem być cool, wychodzić wieczorami, spotykać dziewczyny i imprezować. Chciałem, żeby ludzie mnie rozpoznawali, mówili, że to jest ten gość z Polski. Mało kto zdaje sobie sprawę, jakie możliwości młodemu chłopakowi daje emblemat New York Knicks na piersi. Nagle wszystkie dziewczyny chcą ci wskoczyć do łóżka. Poznałem nawet gościa, który za darmo woził mnie limuzyną, tylko po to, żeby mieć reklamę… Jak jesteś zawodnikiem NBA, to odsłania się przed tobą inny świat. Każde drzwi w mieście stoją otworem. Możesz zajrzeć do miejsc, które do tej pory sobie tylko wyobrażałeś. Do każdego klubu wchodzisz bez kolejki i dostajesz najlepsze miejsce. Ja sobie z tym nie poradziłem.

Do kolejnych zespołów przychodził, a potem szybko je opuszczał. Może gdyby został na dłużej w Phoenix byłby w stanie się odbudować. Ale mimo niezłej postawy Polaka władze klubu włączyły go w wymianę z New Orlean Hornets. Tam trafił na trenera, z którym nie potrafił się dogadać. Znów grał słabiej, zresztą cały klub szorował raczej o dno tabeli, co też mu nie pomagało – w Knicks i Suns mógł walczyć o wyższe cele. Później trafił jeszcze do Houston Rockets. To był ostatni akcent jego przygody z NBA, choć mógł zostać za oceanem na dłużej. Uznał jednak, że czas zacząć zarabiać i przeniósł się do Rosji, gdzie otrzymał wyższe wynagrodzenie. Jak sam to ujął: dopiero wtedy zaczął prawdziwą karierę.

Wszędzie dobrze, ale w kadrze… nie

Uwaga, spoiler. Do NBA Lampe już nie wrócił, choć długo na to liczył. W 2010 grał w Lidze Letniej w barwach Cleveland Cavaliers, w 2014 podobno pytała o niego Indiana. Ale ciągnęła się za nim kiepska reputacja z poprzedniej przygody w Stanach. Żaden z tych klubów nie zdecydował się więc na podpisanie z nim kontraktu. Zostawał więc ważnym zawodnikiem kolejnych europejskich ekip. Tylko tyle i aż tyle.

Bo potencjał miał dużo większy. Gdy zapytaliśmy Krzysztofa Sendeckiego, komentatora koszykówki w Sportklubie i dziennikarza Radia ZET, czy to największe rozczarowanie w historii polskiej koszykówki, ten odpowiedział:

– Raczej wielka, niewykorzystana szansa. Myślę, że Maciej doskonale o tym wie, bo przez wiele lat powtarzał, że to NBA mu się marzy i chciałby tam wrócić. Pewnie cały czas w nim to siedzi i on doskonale wie, że tej szansy nie wykorzystał. Przez lata był świetnym koszykarzem, dobrze opłacanym, docenianym i odnoszącym sukcesy w europejskich klubach. To wszystko wiemy. W 2003 roku w drafcie z niższymi numerami wybrani byli m.in. Mo Williams czy Kyle Korver, którzy na wiele lat zostali w NBA. On przyszedł tam jednak osiemnastoletni chłopak i nie udało mu się. Trochę szkoda, miał papiery na to, by tam grać. Wystarczyło – choć to się łatwo mówi – ciężko pracować. Mógłby być przez lata gościem, który odgrywałby ważne role w swoich drużynach w NBA. Przecież na pewno miał większe papiery na granie niż Marcin Gortat. 

Karierę i tak zrobił dużą. Nawet bardzo, biorąc pod uwagę polskie warunki. Chyba tylko wspomniany Gortat może mówić o większej. Grał w Rosji, Izraelu, Turcji i Hiszpanii. W tym ostatnim kraju został bohaterem Barcelony, gdy w końcówce meczu o mistrzostwo trafił za trzy, rozstrzygając jego losy. A, to był koszykarski Klasyk – rywalem Dumy Katalonii był Real Madryt. Swoją drogą jak w Madrycie spotkał Luisa Figo, tak w Barcelonie Gerarda Pique i… nie wiedział, kim on właściwie jest. Za to Pique od razu go rozpoznał i zagadywał o ostatnie mecze.

W Rosji Lampe zdobywał za to tamtejszy puchar i medale mistrzostw kraju. Wygrał też Puchar Europy, rozgrywki niższej rangi, ale jednak ogólnoeuropejskie. Zostawał zawodnikiem sezonu w rosyjskiej lidze. Grał tam też w Meczu Gwiazd, podobnie w Turcji. Brzmi to wszystko całkiem sensownie, prawda? Tym bardziej zaskakuje, że przez niemal całą swoją reprezentacyjną karierę, towarzyszyło mu co najwyżej słowo „rozczarowanie”.

Zaczęło się w 2007 roku, gdy nie pojechał na Eurobasket. Tłumaczył się kontuzją łokcia, którą musiał wyleczyć, ale niedługo po tym zagrał w klubowym sparingu. Rozpoczęła się nagonka, w mediach mówiono, że jest niedostępny, nie chce grać w kadrze i trudno się z nim skontaktować. On sam też odmawiał rozmów dziennikarzom, bo gdy grał jeszcze w USA, to ci tworzyli zmyślone historyjki z nim w roli głównej. Zresztą, nawet gdyby zgodził się na wywiad, to zwykle trudno jest z niego coś wydobyć.

Jak mówi nam Krzysztof Sendecki, Lampe przy takich okazjach „często odpowiada nie zdaniami, a pojedynczymi słowami, rzadko mówi też coś zaskakującego. Jeśli o to chodzi, to jest zupełnym przeciwieństwem Marcina Gortata, który zawsze mówił dużo. Maciej Lampe gada dużo mniej, ale może to akurat nie jest w przypadku sportowców najważniejsze. Ważne, jak ktoś gra i jak spisuje się na parkiecie. Ale faktycznie, Lampe to nie jest typ gaduły. Przynajmniej przed kamerami”.

W kolejnych latach z kadry co i rusz wyciekały nowe informacje. Że Maciej Lampe się wywyższa. Że uważa się za gwiazdę. Że jest wyobcowany i nie zgrywa się z kolegami. Że ich ignoruje. Media wytoczyły cały arsenał. Sam Lampe zresztą nie pomagał, bo gdy już zdarzyło mu się stanąć przed kamerami i cokolwiek powiedzieć, to często była to krytyka samego siebie i kolegów. Tyle tylko, że ta pierwsza część wielu umykała. Podobnie jak to, że zwykle była ona słuszna. Przypominało to nieco zabawę w głuchy telefon, gdzie ostateczny przekaz był na tyle zniekształcony, że nie można było być pewnym czegokolwiek, co wyciekało z szatni reprezentacji. Trudno więc stwierdzić, ile z tych wieści było prawdziwych. Wiemy jedynie, że po rozczarowaniu w 2009 roku, gdy Eurobasket odbywał się w Polsce, to właśnie Lampe stał się kozłem ofiarny.

Czy słusznie? Mówi Szymon Szewczyk, również uczestnik tamtych mistrzostw:

– Powiem w ten sposób: każdy z nas ma swój charakter i swoje podejście do życia czy koszykówki. Skoro media tak donosiły, to widocznie coś było. Każdy z nas miał swoje życie, swoje przygody. Każdy też dojrzewał i Maciek, tak samo jak każdy z nas, dojrzał do pewnych spraw. Jednym udaje się to szybciej, inni robią to później. Ale to co było… to było. Tyle. Najważniejsze jest dla mnie to, jak teraz działa na tę reprezentację. W tym momencie jest to jeden z jej liderów, który bardzo mocno przyczynił się do awansu na mistrzostwa świata. Bez sensu zastanawiać się nad tym, co było i rozpamiętywać czy było dobre, czy złe.

Największe rozczarowanie to jednak nie 2009, a 2013 rok. Wtedy mieliśmy w kadrze Lampego i Gortata, a na ławce dobrego trenera w osobie Dirka Bauermanna. Miało być świetnie, miały być nawet medale. I co? I klapa, tragedia, dramat, kompromitacja. Nie wracajcie do domu. Polacy wygrali tylko jeden, ostatni, mecz i nawet nie wyszli z grupy. Mówiło się wówczas, że to przez konflikt dwóch najważniejszych zawodników.

– Pamiętam zapowiedzi Marcina Gortata, było trochę pompowania balonika. Marcin i Maciej Lampe byli wtedy w najlepszych momentach swoich karier. Ale jedna rzecz to nazwiska na papierze, a druga poukładanie tego. Myślę jednak, że pojawiający się w mediach konflikt między Gortatem a Lampe był mimo wszystko za bardzo nadmuchany. Wiadomo, że nie są wielkimi przyjaciółmi, ale podejrzewam, że nie ma między nimi problemów. Poza tym obaj są profesjonalistami i pewnie dałoby się ich poukładać w jedną drużynę. Wtedy nie wyszło. To był jeden z takich momentów, w których mówiliśmy „szkoda” – mówi nam Krzysztof Sendecki. A Szymon Szewczyk dodaje: – Może nie wyszło właśnie dlatego, że było ich dwóch? Tu jest kwestia tego typu, że widocznie dwóch „samców alfa”, takich kolesi z wielkimi jajami, po prostu nie może być w drużynie. Bo jeden z drugim będzie się wykluczać albo rywalizować w taki sposób, że cierpi na tym drużyna. To był ten problem.

Sam Lampe często komplementował Gortata, zresztą kiedyś zdarzyło mu się powiedzieć, że to właśnie Marcin będzie kolejnym Polakiem w NBA. I w tej kwestii trafił. Pytany o zazdrość odpowiadał, że jej nie odczuwa. Wręcz przeciwnie – cieszy się z sukcesów Marcina, o czym ten wie. Innym razem mówił, że się przyjaźnią, choć nie dzwonią do siebie codziennie. I że żadnych konfliktów między nimi nie ma. Z drugiej strony Gortat często powtarzał: „proszę nie zapominać, że Maciek Lampe i Marcin Gortat to są dwa silne samce alfa, każdy lubi dominować. Czasami małe jeziorko może być za małe dla nas dwóch. Na boisku się jednak dogadamy. A na treningu się… pozabijamy!”. Więc może jednak nie było aż tak kolorowo.

Wschód

Marcin Gortat zrezygnował później z gry w kadrze, żegnając się z nią bez żadnych sukcesów na koncie. Maciej Lampe nigdy tego nie zrobił, ale po objęciu stanowiska przez Mike’a Taylora, to kadra zrezygnowała z niego. Po prostu nie dostawał powołań na kolejne zgrupowania. Sam mówił, że tę decyzję… rozumie. Choćby na łamach „Dziennika Łódzkiego”:

– Aby reprezentacja miała jakąś przyszłość przed sobą, to trzeba w pewnym momencie postawić na młodszych zawodników, dać im szansę, pokazać na czym polega gra w kadrze. Moim zdaniem niepowołanie mnie do kadry to nie jest tragedia. Ja tak naprawdę nie powiedziałem trenerowi ani tak, ani nie w kwestii mojej gry. Odmłodzenie kadry wyjdzie nam wszystkim na dobre. Trzeba stawiać na przykład na 21-letniego Przemysława Karnowskiego, Mateusza Ponitkę, Tomasza Gielo. Oni mają w sobie chęć dążenia do zwycięstwa. Na ich barkach trzeba zbudować nową kadrę. […] Wierzę, że kadra ma strategię długofalową. Nie tylko na te eliminacje, ale sięga też dalej. Trzeba poprzeczkę stawiać wysoko, ale też trzeba być realistą.

Wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi Lampe do kadry jednak wrócił. Po trzech latach nieobecności. Jeszcze jako zawodnik Besiktasu, choć tak naprawdę już jedną nogą poza klubem. Wylatywał bowiem jeszcze dalej na wschód – do Chin. Liga może się zdawać egzotyczna, ale jak mówi Krzysztof Sendecki: „w Chinach gra trochę zawodników z NBA, takich, którzy idą sobie na emeryturę. To nie jest tak, że to przesadnie egzotyczna liga. Wiadomo, nie śledzimy jej na co dzień, ale ze względu na to, jacy zawodnicy tam grają, to warto tam zerkać. Poziom gry jest tam przyzwoity”.

Sam Lampe o swoim transferze, w wywiadzie dla serwisu probasket.pl, opowiadał tak:

– Chiny? Bo we wszystkich innych miejscach byłem już przez ostatnie parę lat (śmiech). A tak na poważnie, to Chiny są bardzo atrakcyjnym miejscem dla koszykarza w moim wieku, bo sezon jest bardzo krótki-trwa zaledwie 5 miesięcy, pieniądze są dobre i przede wszystkim liga CBA dynamicznie się rozwija. Miałem parę innych ofert, zanim pojawiła się propozycja z Shenzen. Właściwie wszystko, co mi tutaj zaproponowali mi pasowało i podjąłem decyzję, aby tu przyjechać.

I faktycznie, biorąc pod uwagę jego dyspozycję, wygląda na to, że w Chinach naprawdę gra się na poważnie. Bo Lampe po prostu jest w świetnej formie, choć momentami da się zauważyć, że swoje lata już ma. Na poważnie w koszykówkę gra już przecież dwie dekady! Kiedy jednak wrócił do kadry, od razu było widać, że będzie wartością dodaną. I dobrze, że tak się stało. Choć trzeba było do tego pecha innych zawodników.

Krzysztof Sendecki:

– Pomogło też to, że trochę wykruszyli się nam podkoszowi. Dopiero teraz wraca do treningów, lżejszy o 20 kilogramów, Przemek Karnowski. Myślę, że to jego brak, w połączeniu z nieobecnością w kadrze Gortata, zrobiła nam się – tam, gdzie przez ostatnie lata mieliśmy największy atut – spora dziura. Trochę nie było innego wyjścia. Fajnie, że ani Mike Taylor się nie wahał, ani Maciek nie był obrażony. Dobrze, że to miejsce się znalazło, bo nie mamy lepszego podkoszowego. I to w dodatku takiego, który potrafi też wyjść na obwód, grać tyłem do kosza czy rzucić za trzy. Bierzemy najlepszych, a Maciek jest jednym z nich.

I to zdecydowanie. W ostatnich meczach eliminacyjnych do mistrzostw świata to właśnie Lampe był jedną z najważniejszych postaci w polskiej ekipie. Odnalazł się w niej znakomicie. Dziś, w wieku 34 lat, stał się tą osobą, którą miał być przynajmniej od dekady. Lepiej późno niż wcale. Tym bardziej, jeśli w połączeniu ze znakomitą grą reszty chłopaków dało to drugi w historii awans na mistrzostwa świata. Tak długo oczekiwany sukces wreszcie nadszedł. Po latach rozczarowań, nad Polską reprezentacją finalnie wzeszło słońce. Tym bardziej, że – co podkreśla Lampe – to wreszcie jest Drużyna. Przez duże „D”. Taka, która wygrywa razem i każdy chce być jej częścią. W tym sam Maciej Lampe.

Krzysztof Sendecki:

– Maciej to po prostu świetny koszykarz. Wszechstronny, dobrze wyszkolony, potrafiący grać tyłem do kosza, zbierać piłki, rzucać z półdystansu i za trzy punkty – idealny do dzisiejszej koszykówki. Wiele razy oczekiwaliśmy od niego, że będzie liderem kadry. Tak było w 2009 roku, tak było też cztery lata później. To nie wychodziło, więc bardzo się cieszę, że na koniec swojej kariery (bo ten prawdopodobnie za niedługo nadejdzie), Maciej wreszcie dorósł. To, że jest jednym z liderów, to świetna informacja. Dobrze, że tak się stało.

Dla Macieja Lampego i polskiej kadry to jednak nie koniec. Został sam turniej, zresztą rozgrywany w… Chinach. Ten za kilka miesięcy, ale już teraz nasi zawodnicy mówią, że marzą o tym, by trafić na USA i zagrać z tamtejszymi gwiazdami. Bo z nich wszystkich taką szansę miał na razie tylko Lampe, ale dobrych trzynaście lat temu. Dobrze byłoby znów zobaczyć go na parkiecie z gośćmi, którzy rządzą tym sportem.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

KOMENTARZE (1)