Koledzy nabijali się, że jestem onkocelebrytą, ale musiałem wyrzucić z siebie to gówno
Weszło Extra

Koledzy nabijali się, że jestem onkocelebrytą, ale musiałem wyrzucić z siebie to gówno

– W czasie rzeczywistym ja tej śmieszności kompletnie nie widziałem. W czasie rzeczywistym bywało raczej tak, że siedziałem na Metrze Wilanowska i po prostu płakałem. Humor pojawia się dopiero z perspektywy. Komedia to tragedia plus czas. Potrzebowałem go trochę mniej niż zwykły człowiek, bo dwóch czy trzech miesięcy, ale wtedy gdy to się działo, byłem zdruzgotany dokładnie tak, jak byłby każdy w tej sytuacji – mówi Antoni Syrek-Dąbrowski, komik z grupy Stand-up Polska, który w swoim głośnym programie „Sierpień” opowiedział o guzie mózgu. Oczywiście z perspektywy osoby, którą dotknął ten dramat. Słaby temat do żartów? To możecie ocenić sami. 

Lub po prostu przeczytajcie długą rozmowę ze stand-uperem. Nie tylko o „Sierpniu”. Zapraszamy. 

Stresuję się trochę, bo wydaje mi się, że wywiad z komikiem powinien być zabawny. A ten prawdopodobnie nie będzie. 

Gwarantuję ci, że nie będzie! To nie jest żart. Są komicy, którzy robią wszystko, by zawsze było śmiesznie, ale ja wychodzę z innego założenia. Fuck it. Jestem człowiekim, nie mogę być ciągle w roli. Jak jesteś lekarzem, to po wyjściu z gabinetu nie chodzisz po ulicy, żeby leczyć ludzi. Ja poza sceną nie będę się silił na to, by ciągle ich bawić. 

To musi być przekleństwo, gdy wymagają tego od ciebie na każdym na kroku. 

Ci, którzy mnie nie znają. Czasami słyszę od takich osób: „ty w ogóle nie jesteś śmieszny”. No tak, jestem normalnym człowiekiem. Musiałbym być psychopatą, żeby non stop kręcić bekę. Ci, którzy mnie znają, już mają wyrąbane i z nimi mogę się normalnie bawić. Na szczęście ludzie też są już na tyle kumaci, że nie podbijają ciągle po żart. Gadamy po występach, zbijamy piątki i jest fajnie. No chyba, że kompletnie nie spodziewają się, że mogę powiedzieć im coś śmiesznego i powinienem się zacząć martwić! 

Swoją nieśmieszność w życiu codziennym podkreślasz na każdym kroku. 

W każdym wywiadzie, ale celowo. To też kwestia oczekiwań. Gdy wszyscy nastawiają się na to, że cały czas będzie zabawnie, to są małe szanse, że tak wyjdzie. Gdy pozwolą mi trochę pobyć tym człowiekiem, to ten śmiech może z tego w naturalny sposób wypłynąć. 

Ostatnio zostałeś najpopularniejszą parówą w Polsce. 

Niestety tak. Lata temu zagrałem hot doga w reklamie T-Mobile. 

I jedyną rzeczą, którą mogłeś dziś z tym zrobić, to obśmiać sytuację. 

Poszło, zrobiłem to. To nie był duży ból w moim życiu, ale uznałem, że to tak kretyńskie i ośmieszające, że muszę wyjść do ludzi i o tym opowiedzieć. Pewnie ktoś wygrzebałby to za kilka lat i wtedy mógłbym tylko zrobić głupią minę i powiedzieć: „no tak, to ja”. A tak mam to z głowy, posprzątane. To naprawdę najlepsza metoda, by zmierzyć się z czymś, co jest trudne, dziwne, głupie. 

Ale cała ta sytuacja chyba dobrze pokazuje, jak daleką drogą przeszliście jako branża. Bo ty o bycie tą parówą rywalizowałeś z innymi komikami. 

Zdecydowanie. Stary, to naprawdę był duży casting, w trakcie którego musieliśmy zaczepiać ludzi na ulicy, a oni nagrywali nas z jakiegoś ukrycia. Chodziliśmy z Karolem Kopcem po Placu Bankowym i wkręcaliśmy ludzi. Nie wiem, dlaczego wybrali mnie, bo Karol jest lepszym improwizatorem. Może bardziej pasowałem do roli parówy. Robiliśmy wtedy takie rzeczy, chcieli nas później do jakiegoś KFC i tak dalej. No, straszna kupa. Ale dzisiaj nie musimy już brać rzeczy, które w jakimś stopniu śmierdzą, więc jest okej. 

Zajmowałeś się wtedy wieloma sprawami. Twój profil na Filmwebie przypomina, że zagrałeś w „Prawie Agaty”. 

Nie ja go założyłem, ale tak – ktoś mi to wytknął. 

Ale napisałeś też scenariusz filmu, który był nawet nominowany do nagrody. W swoim stand-upie opowiadałeś, że pracowałeś w KFC czy w Ecco. Długo szukałeś pomysłu na siebie. 

To prawda, zacząłem robić stand-up w wieku 28 lat. Wcześniej nie miałem pojęcia, czym mogę się w życiu zająć. Byłem też tłumaczem, pracowałem w barze, sprzątałem w knajpach… Tyle tego było, że wszystkiego nie wymienię. Moja dziewczyna śmieje się, że co i rusz przypominam sobie o moich pracach. Strasznie ze mnie bekuje. Zobacz, minęła chwila i mogę lecieć dalej: rozdawałem ulotki, byłem w Anglii i pracowałem przy produkcji kibli. 

Za jaki odcinek tego procesu odpowiadałeś? 

Sprawdzałem, czy nie są obtłuczone. O, była też farma ziemniaków. Dobra, nie będę wymieniał wszystkiego, ale jest tego dużo. 

To podsumujmy. Mamy gościa, który nie wie, co ze sobą zrobić. W dodatku sam przyznaje, że w życiu prywatnym nie jest śmieszny. Co popycha go w stronę stand-upu? 

Szczerze mówiąc, depresja. Dzisiaj to są ledwie anegdoty, ale ja naprawdę nie miałem pojęcia, co mam zrobić ze swoim życiem. Siedzisz na dupie i zadajesz sobie pytania, na które nie znajdujesz odpowiedzi. W końcu wymyśliłem, że założę knajpę stand-upową. Skoro rodzi się jakiś ruch, to ja dam ty ludziom miejsce i będę sobie patrzył. 

Pracowałem wtedy w klubie Chłodna 25, skąd – tak nawiasem mówiąc – też mnie wyrzucili. Akurat tam dlatego, że nie dogadywałem się z ludźmi – oni byli młodzi, jarali jointy i robili różne inne rzeczy, a ja byłem tym, który mówił: „sprzątnijmy i idźmy do domu”. No ale nieważne, bo robiłem to głównie po to, żeby dowiedzieć, jak działa knajpa, by później otworzyć swoją, do czego na szczęście nie doszło. Poznałem tam reżysera „HBO na stojaka”, Konrada Sztukę. Przychodził na próby i zaczęliśmy gadać. Namawiał mnie, żebym sam spróbował. Długo odpowiadałem: „spójrz na mnie, nie nadaję się na scenę, nie ma w ogóle takiej opcji”. Zgodziłem się po kilku miesiącach i napisałem tekst. Powiedział, że jest słaby i musimy zrobić coś innego. Pomógł mi z tym pierwszym tekstem i wepchnął na scenę. Od tamtej pory, od 2010 roku, stoję na niej nieprzerwanie, choć kompletnie tego nie planowałem. 

Trudno było to planować, bo stand-up raczkował i nie wiadomo było, czy w ogóle się przyjmie. 

Scena nie istniała. W Warszawie był Karol Kopiec, Czarek Jurkiewicz, Maciek Adamczyk i Krzysztof Unrug. Dwaj pierwsi się dogadali i wchodzili do barów takich jak ten, w którym siedzimy – podłączali mikrofon i gadali do ludzi, którzy wcale nie chcieli ich słuchać. Potem zaczęli organizować występy, na które przychodziłem. Później założyłem na Facebooku grupę Stand-up Polska, żeby promować ich twórczość. 

Co było przełomem? 

Jakieś zrządzenie losu. Rok 2010 stwierdził, że będzie rokiem stand-upu. Co prawda statystyczny Polak o tym nie słyszał, ale wewnątrz branży dało się to odczuć. Zacząłem robić stand-up w marcu, a w czerwcu były pierwsze nagrania do „HBO na stojaka”. Występowaliśmy jako support dla znanych aktorów opowiadających żarty – to i tak było dużo, bo po raz pierwszy zaproszono do udziału w czymś takim młodych twórców, którzy wyszli z klubów. No ale potem w gazetach pisali, że jesteśmy dużo śmieszniejsi od nich, bo byliśmy komikami, a nie aktorami udającymi komików. Miesiąc później Comedy Central powiedziało, że chce robić z nami program. W międzyczasie poznaliśmy Huberta Urbańskiego, którego zaprosiliśmy na pierwszy roast. To znaczy było kilka wcześniej, ale ten był pierwszym, który odbił się szerszym echem. Przez te wszystkie rzeczy urośliśmy. No a potem był skandal Abelarda, którym mówił pamiętne rzeczy o papieżu.  

To było takie pierwsze przesunięcie granicy – ludzie dowiedzieli się, że można żartować z tematów, które wcześniej były święte. Twój „Sierpień” był kolejnym? Wychodzisz na scenę i robisz sobie żarty z tego, że miałeś guza mózgu i mogłeś umrzeć. Strzał z armaty. 

Tak, ale ja nie byłem w tym postrzegany jako skandalista, tak jak niektórzy dziwni ludzie myśleli o Abelardzie po akcji z papieżem. To cholernie ciężki temat, ale on dotyka tylko mnie. Żaden prawicowy… ktoś nie mógł do mnie przyjść i wykrzyczeć, że nie mam prawa o tym mówić. Mam! To moja choroba, więc możecie się walić. Na Abelarda naskoczyli tacy ludzie z różnymi debilizmami. Ode mnie musieli trzymać się z daleka. 

Choć dla mnie to było bardziej oczyszczenie, niż jakaś chęć przesunięcia granicy. Przeżywałem największe gówno w moim życiu. Myślałem, że po prostu umrę. Gdy okazało się, że wszystko skończy się dobrze, postanowiłem o tym opowiedzieć. 

Kiedyś dokładnie uznałeś, że warto to zrobić? 

W sierpniu, od razu. Stary, ja nie miałem czasu! 

Wybacz, ale naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś, kogo dotyka coś takiego, ktoś, kto za chwilę może umrzeć, myśli sobie: „napiszę o tym stand-up”. 

To ja miałem w drugą stronę. Byłem tak zdruzgotany psychicznie, że nie wyobrażałem sobie, że mogę o tym nie pisać. Pod koniec sierpnia wyszedłem na scenę. Miałem powiedzieć swój normalny tekst, ale tego dnia stwierdziłem, że zrobię coś kompletnie innego. Cały czas pisałem pamiętnik, wypluwałem z siebie to gówno, próbując sobie jednocześnie z tym poradzić, więc wyszedłem na scenę i po prostu opowiedziałem ludziom o tym, co się ze mną dzieje. 

Na początku wszyscy byli uchachani, ale z czasem uświadomili sobie: „kurwa, to naprawdę ma miejsce w życiu tego człowieka”. Rozniosło się, dostałem po występie wiele wiadomości.

Ludzie, którzy przeżyli coś podobnego, zapewniają, że mijają lata, a oni dalej nie potrafią o tym mówić, a co dopiero z tego żartować. 

Ale to są ludzie, którzy nie żyją z opowiadania tekstów na scenie. Jeśli to robisz, granica ci się trochę przesuwa. Ten Typ Mes miał operację na otwartym mózgu i też opowiadał o tym w swoich utworach. Jeśli z tego żyjesz, to naturalne jest inkorporowanie tego do swojej narracji. Gdybym miał inną pracę, pewnie myślałbym tak samo – że nie można o tym opowiadać, że to nieśmieszne i tak dalej. 

Na początku ludzie ci nie wierzyli? Chyba nieprzypadkowo zacząłeś na występy zabierać zdjęcia. 

Na początku miałem bliznę, która była dowodem, ale po trzech miesiącach wszystko się zagoiło i ludzie myśleli, że pierdoły opowiadam. Że koleś wymyślił sobie jakąś chorobę i wciska im to ze sceny dla beki. Do tej pory czasami pytają, czy ja tak na serio.

Od razu czułeś, że to będzie hit?

Szczerze mówiąc, gdy robisz coś tak samolubnego – a to było samolubne na maksa, bo chciałem to tylko z siebie wyrzucić – nawet nie zastanawiasz się nad tym, jaki będzie odbiór. Chciałem tylko jednego – żeby ludzie umieli to przyjąć. Musiałem zrobić to na tyle lekkostrawnie, by się nie wycofali. Albo jeszcze gorzej – żeby nie zaczęli mi tylko współczuć. Mimo trudnej historii mieli się bawić. 

Dopiero gdy zacząłem gadać z nimi po występach, gdy dowiadywałem się, że mieli podobne przeżycia, bo przychodzili na to ludzie i po operacjach, i przed operacjami, dostrzegłem, jaką strunę to w nich poruszyło. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mogę to zrobić. 

Wiesz, jaki jest problem, gdy chcesz uzyskać obiektywną opinię w takiej sytuacji? Wszyscy się z tobą cackają. „O Boże, biedaku, ojej”. 

Mówisz o tym w programie. Że w zasadzie mógłbyś się wbić do kolegi, naszczać mu na dywan, a on powiedziałby tylko: „biedy Antoni”. 

Dokładnie. To ciućkanie, jakbyś był nie wiadomo czym, po prostu irytuje, bo mimo wszystko chcesz się poczuć normalnym człowiekiem. Jakkolwiek to zabrzmi – tym programem chciałem w jakiś sposób odzyskać trochę tego człowieczeństwa.

Jak na twój materiał zareagowali koledzy z branży? 

Miałem sam pozytywny feedback, co mnie nawet zdziwiło, bo spodziewałem się, że ktoś będzie się oburzał.

Nikt ci nie zarzucił, że żerujesz na – w tym wypadku swojej – tragedii. 

Koledzy nabijali się, że uprawiam onkocelebrytyzm, co mnie bardzo rozbawiło, ale to tyle. Przynajmniej o niczym innym nie wiem. Chyba, że ty wiesz. Mów kto!

Mówiliśmy o tym, że na początku ludzie ci nie wierzyli. A zdarzało się, że wierzyli ci za bardzo? Bo umówmy się – nie wszystko w tym programie jest prawdą, część rzeczy wynika z konwencji, którą nie wszyscy musieli złapać. Jeśli na przykład mówisz, że pierwszy raz poszedłeś do lekarza, bo przestało ci się podobać porno, to rozumiem, że jest to zabieg, który ma wzmacniać przekaz. 

Nie było dokładnie tak, że to przez porno, bo naprawdę na wizytę namówili mnie znajomi, ale to był jeden z prawdziwych objawów. To nie jest żart. Oglądałem porno, krzywiłem się i zastanawiałem się, co to za gówno! Myślałem tak: „przecież to nie jest romantyczne, oni w ogóle nie szanują kobiet w tym filmach!”. Brzmi absurdalnie, ale tak to właśnie wyglądało, bo wylew tak zmienił mój mózg, że zaczął on działać trochę tak jak u małego dziecka. Wszystko mnie jarało, ale jak zobaczyłem porno, to nie – to nie dla mnie. Lekarzowi o tym nie powiedziałem, ale był to prawdziwy element, który wziąłem później do materiału. 

To który fragment „Sierpnia” jest najmocniej podkoloryzowany? 

Nie wiem, nie pamiętam. Wszystko jest prawdziwe w mniej więcej 80 procentach. 

Trochę postrzelam. Motyw mirabelek? 

Prawda! Tyle tylko, że nie powiedziałem swojej dziewczynie następnego dnia, żeby powąchała te mirabelki. Ale to, że łaziłem po lesie z Karolem Kopcem oraz jego dziewczyną, zbierałem te mirabelki i jabłuszka, żartem nie jest. To był tak popierdolony okres, że aż trudno było tego nie wykorzystać. Większość z tych rzeczy jest absurdalna… Motyw z goleniem jąder – prawda. To, że lekarz robił mi arteriografię i recenzował występ u Wojewódzkiego – też prawda. Działy się takie bzdury, że byłem w szoku. 

Trójkąt z 19-latkami? 

Prawda, ale miały po dwadzieścia jeden. Uznałem, że dziewiętnaście będzie lepiej brzmiało. A w zasadzie to głupiej. Wydawało mi się to creepy. Obniżałem ten wiek na Tinderze i gdy dojechałem do osiemnastu, pomyślałem sobie: „Jezu, jakim ty jesteś zboczeńcem”. Miałem wyrzuty sumienia. Potem obniżyłem ten wiek w programie, żeby zrobić z siebie zbola. 

To może to, że tak zachwyciło je przeczytanie książki? 

Akurat ta konwersacja nie miała miejsca, ale jakiś motyw z książką był. Już nie pamiętam, o co dokładnie chodziło. Rozbawiło mnie to, że słuchała tylko techno. To wszystko jest bardzo mocno osadzone w prawdzie, ale tak poprowadzone narracją, żeby bawiło ludzi.

Ktoś nieznający konwencji w zasadzie może pomyśleć, że guz mózgu to ciąg niecodziennych i zabawnych sytuacji. 

Wiesz, trochę zajęło to, żeby tak to brzmiało. W czasie rzeczywistym ja tej śmieszności kompletnie nie widziałem. W czasie rzeczywistym bywało raczej tak, że siedziałem na Metrze Wilanowska i po prostu płakałem. Humor pojawia się dopiero z perspektywy. Komedia to tragedia plus czas. Potrzebowałem go trochę mniej niż zwykły człowiek, bo dwóch czy trzech miesięcy, ale wtedy gdy to się działo, byłem zdruzgotany dokładnie tak, jak byłby każdy w tej sytuacji.

Musimy dodać, że Sierpień nie mówi tylko o tym, że dotknęła cię choroba. W tym samym czasie zostawiła cię dziewczyna i miałeś wypadek samochodowy. 

Tylko jest to trochę ściśnięte w czasie. Dziewczyna zerwała ze mną nie w tym samym tygodniu, w którym dowiedziałem się o chorobie, a tydzień wcześniej. Przekłamałem, ale historia sama w sobie jest porąbana. No i wypadek też miałem. Po nim wrzuciłem na Instagram zdjęcie z rozbitym wozem i później wiele osób sprawdzało, czy rzeczywiście tak było. Tego nie da się oszukać, nie mogłem cofnąć się w czasie, żeby je wrzucić. 

Jakkolwiek patrzeć, trochę głupio z tą dziewczyną wyszło. 

Nie gadaliśmy ze sobą przez kilka miesięcy. 

Powiedziałeś później, że specjalnie przemilczałeś w programie wątek waszych późniejszych relacji. 

Bo to nie było śmieszne – to było po prostu trudne. Trochę regulowaliśmy później tę naszą relację, teraz jesteśmy przyjaciółmi i jest zajebiście, ale potrzebowałem na to kilku miesięcy. Miałem tak trudny okres, że wywróciło mi się w głowie. Ona bardzo chciała mi pomóc, a wtedy ja powiedziałem, że tej pomocy nie chcę i wolę być sam. Musiało być to dla niej bardzo trudne, że tak ją odtrąciłem, ale wszystko dobrze się skończyło. Dziewczynę mam już nową. W zasadzie narzeczoną. 

Twoi bliscy często mają pretensje o to, co mówisz na scenie? Ona nie wyszła na czarny charakter, bo nie miała prawa wiedzieć, ale jednak mogła poczuć się dotknięta. 

Jeśli zrobiłbym to brutalniej, to mogłaby się tak poczuć, ale tego bardzo nie chciałem. W naszym związku nie układało się od wielu miesięcy. Chodziliśmy na terapię dla par i tak dalej, ale w pewnym momencie stwierdziła, że to koniec. Choroba była później, a ja sam również czułem, że to nie działa. 

Dziś, wracając do twojego pytania, największe obiekcje ma moja narzeczona. Zabrania mi opowiadać o niektórych rzeczach, a wydarzyło się naprawdę wiele śmiesznych. Tobie też nie mogę o nich opowiedzieć, choć strasznie chcę. Ona myśli, że stawiałoby to ją w złym świetle. Gdy próbuję przekonywać i mówię, że i tak ludzie w to nie uwierzą, słyszę, że nie, bo ma poważną pracę i nie chce być obiektem drwin. Szanuję to i staram się powstrzymywać. Czasami ją wybłagam, ale w większości przypadków się nie udaje. I co zrobię? Napiszę tekst kosztem relacji z bliską osobą? To się w ogóle nie opłaca. Staram się brać jak najwięcej z życia, ale nie chcę nikogo krzywdzić. 

Ty chyba w ogóle inaczej za bardzo nie potrafisz. Są komicy, którzy bardziej bazują na obserwacjach i przeżyciach innych, a są tacy, którzy głównie lecą autobiografią. 

Jest taki fragment Crashing, w którym The Lucas Brothers opowiadają o tym, że są dwa rodzaje komików. Ci, którzy w szkole gnębili innych i ci, którzy byli gnębieni. Ci pierwsi są agresywni, atakują innych, a ci drudzy – bardziej introwertyczni, mówią o sobie i tak dalej. Ja jestem raczej z tych lamusów, dlatego wolę gadać o sobie, a nie poniżać innych. Nie leży to w mojej naturze. Uwielbiam roasty, ale nie robię na nich niczego z zawiści. Po prostu chcę się z kogoś ponapierdalać, ale jestem gotowy przyjąć to samo na klatę. 

W skali świata „Sierpień”, opowiedzenie o czymś tak trudnym jak guz mózgu, to coś unikatowego? 

Absolutnie nie. Tig Notaro wydała materiał o tym, że rzuciła ją dziewczyna, ma raka piersi i musiała przejść podwójną mastektomię, do tego cierpi na chorobę jelita i zmarła jej matka. W porównaniu z nią ja przeszedłem lajcik. To było bardzo prawdziwe, genialne. Ron Funches na przykład opowiada o synie z zespołem Downa. Za granicą doszło do tego, że komicy nabijają się, iż stand-up to teraz „same smutne historie o zmarłych ojcach”. Tak więc moja nie jest żadnym ewenementem. Może jest jedyna w Polsce, ale gwarantuję ci, że już niedługo. 

Czujesz, że mogłeś kogoś zainspirować? Że zaraz ktoś wyskoczy z czymś mocniejszym? 

Niektórzy komicy mówili mi o tym, że teraz poruszą mocniejsze tematy, pogadają o depresji i tak dalej, ale na razie to nie nastąpiło. Przy czym to nie tak, że ja kogoś zachęciłem. Wszyscy stand-uperzy w Polsce patrzą na scenę amerykańską czy brytyjską i tam szukają inspiracji. Doskonale wiedzieli już wcześniej, że takie rzeczy się tam robi. 

W nowym programie rozliczasz się z tym, co wydarzyło się po „Sierpniu”. Mówisz o tym, że boisz się, iż wszystko co przed i po nim okaże się gównem. Na ile to żart, a na ile realna obawa? 

To jest realna obawa, którą zaszczepiła mi pani w trakcie wywiadu dla Wirtualnej Polski. Zapytała mnie mniej więcej tak: „no dobrze, ale co jeśli teraz nie zrobisz już nic lepszego niż to?”. O kurwa, nie pomyślałem o tym! Czym mógłbym to przebić? Czy ogóle powinien chcieć to przebijać?! Odpowiedziałem tam coś wymijającego, ale od tego czasu zacząłem się schizować. Długo o tym myślałem. Ten lęk we mnie żył, więc chciałem o nim opowiedzieć – wypluć i mieć już spokój. 

Choroba coś zmieniła w twoim życiu? Skoro – chyba można to tak ująć – dostałeś od losu jeszcze jedną szansę, to do głowy musiała przyjść myśl, że wykorzystasz ją najlepiej jak tylko się da, prawda? 

Myślałem, że nagle stanę się oświecony. Że będę wiedział, na czym to wszystko polega, ale przykro mi – nic z tych rzeczy. Cały czas jestem debilem, ale bogatszym o trudne doświadczenie, które daje mi ten komfort, że potrafię się odnieść do trudnych doświadczeń innych ludzi. Kumam te tematy – wiem, gdzie byli i jak się wtedy czuli. 

Jest inna rzecz – przekonałem się, że stand-up to jest to, co chcę w życiu robić. Gdy jeszcze nie było wiadomo, czy to nowotwór złośliwy, czy nie, pytałem sam siebie, czego chciałbym zaznać, doświadczyć przed śmiercią. Może podróżować? Nie, wyszło mi, że chciałbym jeździć i występować.

Mówiłeś, że chciałbyś spróbować heroiny! 

Myślałem o tym! Podobno to zajebiste uczucie, lepsze niż seks. Jeśli zostawałoby mi kilka tygodni życia, to czemu nie? Przecież i tak się nie uzależnię, bo nie zdążę! 

Dlaczego zrezygnowaliście z roastów? 

W pewnym momencie zaczął przychodzić na nie typ publiczności, który nie jest najfajniejszy. Jest za to żądny krwi i igrzysk, a to nie do końca o to chodzi. To ma być fajna zabawa i tylko jeden z elementów naszego repertuaru, a nie rzecz, która będzie dominować. Dlatego musieliśmy się od tego odciąć. Należało pokazać ludziom, że warto skupić się też na samym stand-upie, bo niekoniecznie trzeba się obrażać, żeby robić popularną komedię.

Być może polskie społeczeństwo po prostu nie jest gotowe na rozrywkę, którą jest roast. 

To też przesuwanie granic, o czym dzisiaj mówiliśmy. Ludzie nie są przyzwyczajeni, że dziesięć osób na scenie obrzuca się gównem. 

No właśnie, ludzie tak to interpretują, ale tu chodzi tylko o zabawę między ziomami. No kto nigdy nie wymieniał się z kumplami różnymi pojazdami? Nie na zasadzie zranienia, ale dobrej zabawy w grupie osób. Różnica jest tylko taka, że zapraszamy innych, by to śledzili. Roast to zabawa intelektualna. Szukamy rzeczy, za które możemy sobie pojechać i staramy się to zrobić w jak najciekawszy sposób.

Potrafię sobie wyobrazić, że ktoś na hasło „zabawa intelektualna” w kontekście roastu powie…

Że co on pierdoli… Rozumiem, kumam to. Ale łatwo jest tak pomyśleć, że to chamstwo, gdy siedzisz z drugiej strony. A spróbuj usiąść, wymyślić to, połączyć wszystkie kropki. Dla mnie to właśnie intelektualna zabawa.

Zawsze ciekawiła mnie techniczna strona tego wszystkiego. Pewnie nie wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że jak Norbi miał na roaście bardzo słaby występ, to dlatego, że taki mu napisaliście. 

Nie, to było niezamierzone! Staraliśmy się, żeby miał dobry, ale coś sprzęgło mu się w głowie i nie wyszło. Ale to dało paliwo całej imprezie. To był roast Michała Wiśniewskiego, a wszystkim najmocniej w pamięci wrył się właśnie on. Jest uroczym człowiekiem, życzę mu jak najlepiej, ale był tak genialnie głupi… 

Zawsze staramy się, żeby każdy nasz gość wypadł jak najlepiej, najśmieszniej i najinteligentniej. Znów złe słowo? To sprawdźcie sobie, jakie są komentarze pod roastem Huberta Urbańskiego. To wpisy typu: „pojechał im”, „pokazał, jak się robi komedię, niech się uczą”. Właśnie o to chodziło – napisaliśmy mu tekst, on wykonał go w taki sposób, że ludzie umierali ze śmiechu, impreza była super, więc wszyscy wygrywają. Ale nie każdy jest Hubertem Urbańskim i różnie nasze gwiazdy do tego podchodzą, nie wszyscy ćwiczą swoje teksty przed wyjściem na scenę, a czasami zjada ich trema. Kajetan Kajetanowicz musiał najpierw walnąć shota, ale poszło mu bardzo fajnie, mimo że stresował się potwornie. 

Pojawiały się wielkie pretensje po roastach? 

Z zewnątrz, bo prasa uwielbia skandale. Były jakieś pierdoły o pojechanej Dereszowskiej. Przecież wszyscy, włącznie z nią, wiedzieli, na co się piszą. Mamy przed roastami taką zasadę, że pytamy gwiazdy, z czego nie możemy się śmiać. Załóżmy, że komuś zmarł rodzic lub jest świeżo po rozwodzie i są to tematy bolesne. Taką sytuację miał na przykład Hubert Urbański przed roastem Kędziora. Nie chcieliśmy, żeby się zagotował, ale on dał nam zielone światło i mogliśmy go rąbać tak, jak chcieliśmy. Gdyby dał inny sygnał, wszystkie żarty na ten temat wylądowałaby w koszu. 

Powiedziałeś, że jeszcze trzy czy cztery lata temu musiałeś jeździć do rodziców na obiadki. Dziś stand-up pozwala dobrze zarobić? 

Jest cała rzesza komików, którzy już od dłuższego czasu nie muszą wykonywać dodatkowych prac, bo żyją z występów. W moim przypadku to już prawie siedem lat. Nie znaczy to, że od razu zarabiałem super – czy nawet, że teraz tak zarabiam – ale o ile na początku udawało się ledwie zapłacić rachunki, kupić bilet miesięczny, coś zjeść i dojechać pociągiem na występ, o tyle teraz jest coraz lepiej. Na poziomie kabaretów nie jesteśmy, ale doszliśmy do fajnego momentu, co jest super, bo wyrzeźbiliśmy to od zera. Od występów, na których każdy udany żart musiał się skończyć shotem bimbru, bo tego żądała publiczność gdzieś w Głownie czy innym miejscu. Wyboru nie było, bo w innym wypadku darliby mordy i nie pozwolili prowadzić występu. Prawdziwa historia, choć akurat nie moja. Ale każdy komik ma w pamięci takie lub jeszcze gorsze początki. 

Czego można ci dziś życzyć?

Nie wiem. Żeby to wszystko szło do przodu? 

Nic o zdrowiu? 

Zdrowie już teraz mam. To wszystko za mną, tylko pić nie mogę. Można mi życzyć dobrego stand-upu. 

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

KOMENTARZE (5)