Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Jaką wystawiłbyś reprezentację Polski, gdybyś mógł ułożyć ją z dowolnych polskich piłkarzy, których pamiętasz?

Kogo wziąłbyś z kadry Engela? Kogo z lat dziewięćdziesiątych, kogo z grającego w Lidze Mistrzów Widzewa, kogo z Wisły Kasperczaka?

Wczoraj wrzuciłem na Twittera dwie jedenastki. Polska przełomu wieków, w nowatorskim 8-1-1: Matysek – Wałdoch, Zieliński, Bąk, Łapiński, Żewłakow, Hajto, Ratajczyk, Kłos – Świerczewski – Juskowiak. Rywalem Polska 2019, z nowatorskim 1-0-9: Fabiański – Glik – nikt – Kownacki, Wilczek, Teodorczyk, Milik, Piątek, Stępiński, Świderski, Świerczok, Lewandowski.

D0b6qf2UUAEVyRS

Oczywiście można się pospierać nad personaliami, ale cel był inny: pokazanie dysproporcji między pokoleniami. Raz bogactwo obrońców, raz bogactwo napastników.

A co gdyby te pokolenia połączyć? Taki tok myślenia nasunął mi jeden z czytelników i postanowiłem się nad tym pogłowić więcej niż dziesięć minut.

Uprzedzam: nie bawię się w obiektywność. To nie jest ani ranking liczby meczów w reprezentacji, ani liczby strzelonych bramek, ani udziałów w turniejach. To nie jest ani ranking osiągnięć klubowych, ani reprezentacyjnych. Decydujący czynnik jest tylko jeden: moje subiektywne odczucia, wrażenia artystyczne, pamięć, także ta skrajnie wybiórcza.

Proponuję wam zabawę – zabawę w selekcjonera totalnego. Z góry ustalonego przedziału czasowego nie ma, a raczej jest on ruchomy – dotyczy tych, których pamiętasz, choćby jak przez mgłę z dzieciństwa.

ARTUR BORUC

Artur może nie zatrzymał Szewczenki z jedenastu i pięciu metrów w finale Champions League, może nie miał szpaleru pożegnalnego w Realu Madryt, może nie grał w tak mocnych ekipach jak obecny Juventus i Arsenal czasów Szczęsnego, ale dla mnie to reprezentacyjny numero uno.

Zdecydowany.

Odkąd pamiętam, z golkiperami problemu nie mieliśmy, nawet jeśli była to rotacja Sidorczuk/Matysek, to mówiło się, że jest w kim wybierać, a problemy są gdzie indziej.

Z tym, że w kluczowym momencie okazywało się często, że mocne karty, nasze asy i walety, jednak z orzełkiem na piersi zapominają pół warsztatu. Pamiętam drobiazgowe analizy parady Dudka po meczu z Łotwą – czy dobrze zrobił, że strzał Laizansa próbował bronić tą, a nie drugą ręką? Wyczyny Szczęsnego z Euro 2012 i zeszłorocznego mundialu pamiętam aż za dobrze, nadają się na scenariusz kolejnych części „Koszmaru minionego lata”.

Artur to natomiast bohater meczu Boruc – Niemcy na niemieckim FIFA Fußball-Weltmeisterschaft 2006. Powinien być oficjalnie ujęty w tabeli wszechczasów, a ze swoim bilansem 0 punktów, 0:1 w bramkach zajmuje 70. miejsce, przed Boliwią, Irakiem, Togo, Kanadą, Indonezją, Panamą, ZEA, Chinami, Haiti, Kongo i zawsze groźnym Salwadorem. Podobnie zresztą powinna potraktować Boruca UEFA za Euro 2008, gdzie bez Artura nawet z Austrią, którą tamtejsi kibice kilka miesięcy chcieli wycofać z turnieju w obawie przed kompromitacją, byłoby do przerwy 0:3.

A wyjazd na Irlandię Północną?

E tam. Ta piłka naprawdę podskoczyła na kępie trawy. Co poradzisz.

39-letni Boruc, który miał uchodzić za przykład nieprofesjonalizmu, który w Playboyu przyznawał się do ciskania telewizorami z okna hotelowego, który często pojawiał się z zaokrąglonym brzuszkiem i sięgał po papierosa, wciąż gra w Premier League, lidze niedostępnej dla szeregu utalentowanych polskich piłkołapów. Jak to nie świadczy o wybitnym talencie, to nie wiem już co.

KAMIL GLIK

Jaki jest Glik, każdy widzi. Twardo grający, wkładający głowę tam, gdzie kto inny bałby się spojrzeć, do tego skuteczny pod bramką rywala. Możecie  zacząć teraz litanię argumentów, według których Bednarek jest lepszy od Kamila – może i jest aktualnie lepszy, ale to moja wydumana jedenastka, mogę wybrać którego Glika chcę, a wybieram Glika w życiowej formie. Do takiej dyspozycji pięknie rozwijający się Bednarek wciąż się nie zbliżył.

Mi Glik będzie się zawsze kojarzył z 0:0 z Niemcami na Euro. Widzicie, dla postronnego widza był to beznadziejny mecz. Pół sytuacji. Jedne wielkie szachy, może nawet warcaby, może nawet rozgrywane pod wodą. Ale nawet zwycięstwo na Narodowym, kamień węgielny reprezentacji Nawałki, to była długimi minutami obrona Częstochowy. Bicie po autach, najlepszy mecz Szczęsnego w bramce, słowem: nasza linia defensywna wyglądała w starciu ze światowym potentatem tak, jak zwykle, czyli dziurawo.

16 czerwca 2016 roku na Stade de France byliśmy równorzędnym partnerem. Graliśmy na wielkiej scenie z mistrzem świata i nie daliśmy mu zrobić sztycha. Cały ćwierćfinał Euro, nasz najlepszy reprezentacyjny wynik od 1982, zbudowany był na defensywie, której najważniejszym elementem – sorry Pazdan – był zawodnik grający w ochraniaczach Piasta Gliwice.

TOMASZ ŁAPIŃSKI

Powiecie: ale jak to, jaki Łapiński, który całe życie kopał się tylko w polskiej buraczano-cebulowej lidze?

No tak, kopał się. Ale z własnego wyboru, a raczej przez spadający samolot, w którym otarł się o śmierć i potem nie chciał latać. Oferty Łapa miał takie, że klękajcie narody; to był europejskiej klasy defensor, który mógł grać o tytuły w Bundeslidze czy Serie A.

„Nie wiem ile było prawdy, a ile legendy w ofercie Liverpoolu. Kilka drużyn z ligi włoskiej – w tym Roma – brało mnie na pniu. HSV Hamburg: Frank Pagelsdorf przyjeżdżał mnie obserwować. Był na meczu Legia – Widzew 2:3, musiał wyjść na dziesięć minut przed końcem ze względu na samolot. Ponoć wychodząc mówił – jak mi szkoda tego Franka! Najkonkretniejszy był West Ham, którego wysłannicy zjawili się z kontraktem w klubie. Trzeba było wyłącznie testów medycznych, żebym został „Młotem”. Ale ja to zawsze ucinałem, nie dopuszczałem do rozmów”.

Niektóre mecze Widzewa wyglądały w ten sposób, że Smuda wyganiał wszystkich na atak – Siadaczka, były napastnik, na lewej obronie, to samo z Michalczukiem – a z tyłu zostawał sam Łapiński.

I radził sobie.

A pamiętajmy, że walory boiskowe swoją drogą, stawiając na Łapę wybieramy też człowieka z niebanalnym intelektem, a mądrzy ludzie potrzebni są wszędzie, nawet w tak oderwanej od intelektu dziedzinie życia jak piłka nożna.

MAREK KOŹMIŃSKI

Marek Koźmiński to nuda, wiem. Ile zapadło wam w pamięć ciekawych akcji Koźmińskiego? Na pewno asysty z Ukrainą w Kijowie za Engela, ale poza tym? Umiał zagrać do przodu, ale Roberto Carlosem nie był. Znacznie częściej było po prostu solidny.

Ale trzeba pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze o tym, że na lewej obronie nie mieliśmy naprawdę mocnej kandydatury zapewne od czasów Zygmunta Anczoka.

Po drugie, Koźmiński grał w Serie A, gdy calcio trzęsło światem piłki, biło rekordy transferowe, a każdy zawodnik chciał grać tutaj, bo tutaj grali wszyscy najlepsi. Mało tego: Koźmiński grał w Italii, choć wówczas panowały ścisłe limity obcokrajowców, a jednak prezesi Udinese i Brescii decydowali się postawić na niego, a nie technika z Ameryki Południowej czy kogokolwiek z bardziej uznanej niż Polska reprezentacji europejskiej, o co w tamtych latach nie było trudno.

Fakty. Debiut Koźmińskiego w Serie A: przeciwko Interowi w 1992, rywalami Schillaci, Sammer, Szalimow i Pancev. Dwie kolejki później gra przeciwko Chiesie, Manciniemu i Jugoviciowi, zaraz potem Zola i Careca z Napoli, chwilę później Baggio, Di Canio, Moller i Platt w barwach Juve, wreszcie rywalami Van Basten, Savicević, Jean-Pierre Papin podczas remisu z Milanem.

Koźmiński to prawdopodobnie jedna z bardziej niedocenianych klubowych karier polskich piłkarzy. Bo nie grał o tytuły, bo reprezentował – w najlepszym wypadku – średniaków. Ale to, przeciwko jakim zawodnikom grał tydzień w tydzień, kładzie na łopatki.

Grał przeciw Ronaldo, Kluivertowi, Tottiemu, Crespo, Claudio Lopezowi, Simeone, Nedvedowi, Stankoviciowi, Veronowi, Weahowi, Leonardo, Ziege, Recobie, Del Piero, Zidane’owi, Deschampsowi, Effenbergowi, Batistucie, Boksiciowi, Casiraghiemu, Signoriemu, Fuserowi, Bobanowi, Albertiniemu, Lentiniemu, Simone, Ravanellemu, Rui Coscie, Roberto Carlosowi, Zanettiemu, Ince’owi, Stoiczkowowi, Inzaghiemu, Brolinowi, Sforzie, Djorkaeffowi, Zamorano, Delvecchio, Fiore, Asprilli, Trezeguet, Cafu, Nakacie, Szewczence, Montelli, Sukurowi, Di Vaio.

Dwie asysty Koźmińskiego z Milanem:

Być wtedy w Serie A to szczyt piłkarskich marzeń, Liga Mistrzów kolejka w kolejkę.

ŁUKASZ PISZCZEK

Polska odpowiedź na Cafu. Pamiętam jak kiedyś szkoliło się w Polsce bocznych obrońców:

– Do linii! Dalej nie przechodź! Zostań!

Nasi defensorzy byli więc zazwyczaj fałszywymi stoperami, niezłymi w tyłach, ale z przodu prezentującymi tyle polotu, co stylisko łopaty.

Ale Piszczek wśród prawych obrońców to jeden z najlepszych piłkarzy swojego pokolenia – oczywiście na świecie. Długowieczny, po dziś dzień prezentujący klasę międzynarodową w barwach BVB, choć w czerwcu skończy 34 lata.

Już jestem ciekaw jak u będzie szło w rodzinnych Goczałkowicach, gdzie skończy karierę.

PIOTR ŚWIERCZEWSKI

Chcecie to wybierajcie Krychowiaka, miał swój sezon konia w La Liga, nie odbieram mu tego. Wygrywał Ligi Europy, w Sevilli zrobili z niego skuteczny plaster na Leo, w reprezentacji Nawałki także momentami imponował, będąc generałem środka pola.

Ale to mój ranking, mój wybór.

I chcę w drużynie Świra.

Postawię na tradycję polskiego futbolu, a więc defensywnego pomocnika, który wie jak trzasnąć rywala łokciem tak, żeby sędzia nic nie widział; wie jak wjechać godnymi igrzysk olimpijskich sankami; wie jak sprawić, żeby rywal miał ochotę przerzucić się na brydża.

Piotr Świerczewski, ostatnia bokserska nadzieja białych, mający na rozkładzie udaną walkę nawet z Zidanem, to idealny do tych celów zawodnik, jest tu enforcerem, futbolową odpowiedzią na karierę Krzysztofa Oliwę w NHL. Nieustępliwość, wybieganie, waleczność, jak to u podwójnego górala – w połowie polskiego, a w połowie korsykańskiego.

A jeśli jest prawdą, że w drużynie potrzebny jest człowiek od atmosfery, to tym bardziej rola Świerczewskiego rośnie, bo to dusza towarzystwa.

No i nie zapominajmy, że tyle lat grać w Ligue 1 to jednak trzeba umieć coś kopnąć, choć prawda, że Engel prędzej zrobiłby rozgrywającego z Adama Matyska.

JAKUB BŁASZCZYKOWSKI

Pamiętacie, jak Jerzy Engel w 2002 wpuścił na boisko Sibika? Jak pojechaliśmy na ten turniej bez żadnego prawoskrzydłowego poza graczem Odry Wodzisław, a wystawiany na boku był Maciej Żurawski?

Tak, nie zawsze mieliśmy komfort jeśli chodzi o tę pozycję.

Błaszczykowski to jeden z najłatwiejszych wyborów, bo czysto piłkarsko bije na głowę całą konkurencję. Do tego dla kadry zawsze był gotów dać się pokroić, biało-czerwona koszulka wywołuje w nim niezmiennie dodatkową adrenalinę. Pod względem osiągnięć mamy ponad sto meczów, był też naszym najlepszym piłkarzem podczas Euro 2016, największego sukcesu kadry od dekad.

A przecież do tego dochodzi jeden z najmocniejszych charakterów w polskiej piłce, bo cóż znaczą boiskowe wydarzenia, jeśli poradziłeś sobie z tak wielką życiową tragedią.

Można się zżymać na obecną sytuację, wiadomo, że powoduje niezręczne pytania. Ale zbyt wiele meczów Kuby w formie widzieliśmy, by nie pamiętać jak często ciągnął kadrę za kołnierz.

W tej reprezentacji kapitan na kapitanie, ale opaskę i tak nosiłby Kuba.

JACEK KRZYNÓWEK

Najlepszy polski piłkarz pierwszej dekady XXI wieku. Krzynówek to blisko setka spotkań, piętnaście bramek. Krzynówek to trzy udziały w wielkich turniejach, a na nich dziewięć meczów i trzy asysty – tak, w tym całym dziadostwie, jeśli cokolwiek jednak się udawało, to zazwyczaj za przyczyną Krzynówka. Był jednym z niewielu, którym po Korei niczego nie dało się zarzucić, nawet w meczu z gospodarzami stwarzał najwięcej zagrożenia.

Pamiętam jak z braku prawoskrzydłowego Janas wymyślił, że będą zmieniać się pozycjami z Kosą; przyniosło to 3:1 z Italią, Krzynek gol i asysta.

Pamiętam fantastyczne eliminacje za Janasa, kiedy stemplował kolejne bramkowe akcje; pamiętam jak bodaj dzień po śmierci ojca zagrał mecz i zadedykował mu bramkę; pamiętam gola z Portugalią, pamiętam też tę rewelacyjną jesień w Bayerze Leverkusen, kiedy mogliśmy na krótką chwilę przekonać się jak to jest kibicować – tak tak – graczowi światowego formatu. Krzynówek oczywiście światowego formatu piłkarzem nie był, ale wtedy, w Lidze Mistrzów, wychodziło mu wszystko – nawet w Kickerze za prawie każdy mecz dostawał notę 1, czyli właśnie weltklasse.

A wszystko zrobił zwykły chłopak spod Radomska, który do osiemnastego roku życia kopał w A-klasie. Krzynówka nic nie zmieniły sława i pieniądze, pozostał normalnym, równym chłopem, zawsze chętnym do pomocy i gotowym do pracy.

LESZEK PISZ

Pewnie najbardziej kontrowersyjne nazwisko, ale przypominam: kto chce się silić na obiektywność, niech się sili, ale obiektywność… będzie nudna.

Każdy, kto czyta te felietony dłużej niż tydzień, wie, że legionistą nie jestem, nie zaćmiły mi więc też umysłu żadne emocje związane z jakimś legijnym zwycięstwem.

Ale stawiam na tradycję, stawiam na klasycznego playmakera, który potrafi podać piłkę na nos, regulować tempo, jednym podaniem zmienić oblicze meczu. Zbyt wiele widziałem reprezentacji Polski przez te lata, by wiedzieć jak BRAK kogoś takiego ranił nasz zespół zespół. Sto tysięcy razy byliśmy skrajnie przewidywalni, mimo niezłej paczki. Bywało, że mieliśmy świetnych fachowców od noszenia pianina, ba, od noszenia trzech pianin i to w niezłym tempie, ale brakowało kogoś, kto by na nim zagrał.

Pisz w kadrze praktycznie nie zaistniał. Dlaczego? Akurat trafił się jeden jedyny raz, gdy Polska miała nadmiar talentu na dziesiątce, czyli tam, gdzie aż do teraz – pozdrowienia dla wiecznych oczekiwań wobec Piotra Zielińskiego – nie ma komfortu. Wtedy Piotr Nowak brylował w TSV 1860 Monachium, w Widzewie asystę za asystą notował Ryszard Czerwiec, w Brazylii podania z Romario wymieniał Mariusz Piekarski, za wielkie talenty uchodzili Ryszard Staniek i Tomasz Wieszczycki, nie tylko Wójcik widział rozgrywającego w Brzęczku. W każdej drużynie ligowej był jakiś Janusz Kaczówka, który potrafił rzucić dokładną piłkę na czterdzieści metrów z zamkniętymi oczami.

Ale choć to Nowak miał swoje wielkie chwile w Bundeslidze, stawiam na Pisza. Był prawdziwym dyrygentem. Nie wiesz co zrobić, podaj do Pisza, on już będzie wiedział co jest najkorzystniejsze. Nigdy nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że większa stawka mogłaby go sparaliżować – to on odmienił losy dwumeczu z IFK Goteborg, to on poprowadził do zwycięstwa nad Rosenborgiem, nie mówiąc o mistrzostwach Polski i półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Wzór kapitana, nie musiał krzyczeć, powiedział słowo i każdy wiedział, że tak ma być.

Do rozgrywania Pisz dokłada swoje rzuty wolne, a strzelał ich multum, średnio co czwarty mecz bramka – znakomita statystyka, a przecież nie liczymy tu, ile jego precyzyjnych wrzutek wykańczali koledzy. Bez eksperta od stałych fragmentów w dzisiejszej piłce dzisiaj ani rusz, o lepszego będzie trudno. To jak często trafiał potwierdza jego niesłychaną regularność, co tydzień dawał ten sam, wysoki poziom, zawsze można było na niego liczyć, co nie jest normą u wyżej wymienionych kandydatów do koszulki z dychą.

W Kavali jest po dziś dzień futbolowym bogiem, najlepszym obcokrajowcem w historii klubu. Ludzie tam nie wierzyli, że trafił im się tak dobry piłkarz.

Jego kariera przypadła na czasy, kiedy Polakom, po pierwsze, nie było łatwo wyjechać, po drugie, nie byli tak cenieni bo przeżywaliśmy absolutny dół, po trzecie, żaden z selekcjonerów na niego odważnie nie postawił. Najbardziej dziwi, że nie zrobił tego Wójcik, stawiając raczej na Brzęczka, choć Pisz wtedy ledwo przekroczył trzydziestkę i grał fenomenalnie w mocnej lidze greckiej.

Brak wykorzystania talentu Pisza w reprezentacji Polski to jeden z grzechów głównych szesnastolecia bez finałów wielkiej imprezy, kto wie, może tego szesnastolecia jedna z głównych przyczyn.

MAREK CITKO/PAWEŁ KRYSZAŁOWICZ

Za ten wybór mnie zabijecie, ale nic nie poradzę: byłem dzieckiem Citkomanii 1996 roku. Taki Citko jak wtedy, z Wembley, z meczu z Włochami, z Ligi Mistrzów, to idealny wolny elektron. Daje ten element nieprzewidywalności, piłkarskiej magii, potrafi wyczarować coś z niczego. Oczywiście wszyscy wiemy, jak to się dalej potoczyło, oczywiście jego kariera w kadrze ostatecznie była epizodyczna, oczywiście wielu napastników miało znacznie większe zasługi – niemniej dla mojej drużyny Citko sprzed 23 lat byłby nie do zignorowania.

Serio, emocje na bok: po prostu taki facet pasowałby do układanki jak ulał.

A dlaczego łamany, ze wszystkich napastników, akurat z Kryszałowiczem? Nie z piłkarzami, którzy strzelali w Lidze Mistrzów, nie z którymś z kozaków, których mamy teraz?

A to dlatego, że wszyscy napastnicy podkreślali jak dobrze się grało z Kryszałem. Kryszałowicz to jeden z najbardziej pracowitych polskich piłkarzy ostatnich trzech dekad. W czasach, gdy zawodnicy lubili zatrzymać się na fajkę podczas biegów po górach, on biegł w pierwszej parze, jednostajnym szybkim tempem. W czasach, gdy szli na osiem piw, on się pilnował. Uwielbiał zajęcia u Petrescu, doskonale współpracowało mu się z Magathem, który ma opinię kata.

Kryszałowicz nie był seryjnym łowcą bramek, ale wystarczy taki jeden, dwóch będzie sobie przeszkadzać – lepiej dobrać pracusia, który będzie zasuwał na gole drugiego, z korzyścią dla drużyny.

Zależnie więc od rywala lub boiskowych wydarzeń, stawiam albo na magika, albo na stachanowca.

ROBERT LEWANDOWSKI

Uzasadnienia nie potrzeba. Najlepszy polski piłkarz od czasów Zbigniewa Bońka. W praktyce jedyny z tego towarzystwa, który mógłby rzucić wyzwanie wielkim, Lubańskiemu, Zibiemu czy Deynie i zająć pierwsze miejsce w rankingu polskich piłkarzy wszech czasów. Mógłby, gdyby zdobył medal z Polską na wielkiej imprezie. Zegar tyka.

ŁAWKA

Jerzy Dudek – Na karne.

Tomasz Hajto – Na długie wyrzuty z autu.

Tomasz Wałdoch – bo do końca wahałem się czy on czy Łapiński i wszyscy powiecie, że wybrałem źle.

Adam Ledwoń – jak Świr się zmęczy.

Grzegorz Krychowiak – na ósemkę, jak będę jej potrzebował.

Mirosław Szymkowiak – rozgrywający, który grywał nawet na prawej obronie. Przyda się dla wszechstronności.

Kamil Kosowski – dla zamieszania na skrzydle.

Igor Sypniewski – jak będę w beznadziejnej sytuacji i uratować będzie mnie mogło tylko coś kompletnie nieracjonalnego.

Krzysztof Warzycha – W takiej ekipie, przy tylu dobrych zawodnikach i tak mądrym selekcjonerze, drugi najlepszy po Lewandowskim polski napastnik ostatnich trzech dekad musiałby się odblokować.

Leszek Milewski

POJEDŹ PO AUTORZE, ŻE NIE ZNA SIĘ NA PIŁCE, A Z CITKI MÓGŁBY SIĘ WRESZCIE WYLECZYĆ, NIE WYPADA PO TRZYDZIESTCE

PS: Jakie są wasze drużyny i dlaczego? Zapraszam do zabawy.

KOMENTARZE (40)