Nie chcę być już tylko solidnym ligowcem, to ostatni dzwonek
Weszło Extra

Nie chcę być już tylko solidnym ligowcem, to ostatni dzwonek

Martin Konczkowski od prawie pięciu lat niemal co tydzień gra w Ekstraklasie, ale chyba większość z was nie może o nim zbyt wiele powiedzieć. Co najwyżej, że jest solidny i… solidny. Piłkarz Piasta Gliwice chce jednak wejść na wyższy poziom – zarówno jeśli chodzi o kwestie wizerunkowe, jak i poziom swoje gry. To, że tak dobrze zaczął rundę wiosenną, nie jest dziełem przypadku, tylko efektem zaplanowanych wcześniej działań. Nadszedł więc idealny moment, żebyście lepiej go poznali. Nikt nie przepytał go jeszcze tak dokładnie, jak my.

Czy jest synkiem Waldemara Fornalika? Co go łączy z Kaiserslautern? Dlaczego nazywa się Martin, a nie Marcin? Czemu regeneracja jest u niego ważniejsza niż podręcznikowo zdrowe odżywianie? Skąd tak szybko dopadły go wątpliwości, czy warto zostać w Chorzowie? Co mu daje bycie praktykującym katolikiem? Zapraszamy.

***

Niedługo dobijesz do dwustu meczów w Ekstraklasie, a nadal przeciętny obserwator ligi co najwyżej wie o tobie tyle, że jesteś cichy, bezkonfliktowy i lubisz ciężko pracować. To zaplanowane działanie?

Myślę, że to właśnie pokazuje, jakim jestem człowiekiem: skromnym i spokojnym. Do niedawna starałem się unikać mediów. Nie lubiłem pokazywania się w telewizji czy udzielania wywiadów na szerszą skalę. Od pewnego czasu jednak powoli się to zmienia. Zacząłem pracować nad swoim wizerunkiem, nad jego poprawieniem – w tym sensie, by jakoś bardziej wyjść do świata. Tak jak mówisz, nazbierało mi się tych meczów, a mało kto coś o mnie wie. Niedawno pojawiłem się w TVP3 Katowice. Było trochę stresu i nerwów, zwłaszcza że jechaliśmy na żywo, nie moglibyśmy niczego wyciąć. To było moje pierwsze doświadczenie tego typu. Denerwowałem się bardziej niż przed meczami.

Ale to bardziej odmawiałeś dziennikarzom, czy po prostu się tobą nie interesowali?

Telewizji wcześniej parokrotnie odmówiłem, a konkretnie Oldze Rybickiej. Myślałem, że po tylu próbach da już spokój i odpuści temat, ale praktycznie co tydzień pytała i w końcu uznałem, że pójdę. To właśnie efekt tego, że trochę wcześniej zaczęła się refleksja w kwestii mojej medialności. Jeśli chodzi o rzeczy pisane, zazwyczaj się godziłem. Nie jest tego może zbyt wiele, ale przed czy pomeczowe rzeczy z moim udziałem co jakiś czas się ukazywały. Dotyczyły jednak tylko bieżących tematów, nikt mi nie proponował czegoś dłuższego, żebyśmy usiedli sobie na godzinę i pogadali znacznie szerzej.

Teraz zmieniasz podejście. Skąd wziął się impuls?

Duża rola moich obecnych agentów, którzy trochę otworzyli mi oczy na niektóre sprawy. Już na jednym z naszych pierwszych spotkań stwierdzili wprost, że dla większości jestem postacią anonimową, mimo że praktycznie co tydzień gram w Ekstraklasie. Trafiło to do mnie, zacząłem nad tym pracować. Do wywiadu w telewizji zdążyłem się przygotować, żeby nie skończyło się na tym, że poszedłem i powiedziałem kilka formułek. Do tego odpowiedni ubiór, odpowiednia poza – nawet to, jak siedzisz na krześle czy jak układasz ręce ma znaczenie, żeby dobrze wypaść. A co najważniejsze – zacząłem na nowo, pod trochę innym kątem pracować nad swoim graniem. Wszystko inne może funkcjonować odpowiednio tylko wtedy, gdy na boisku będzie dobrze. Mam prawie 200 meczów w lidze, często spotykałem się ze stwierdzeniem, że jestem solidnym zawodnikiem, gram solidnie, nie popełniam jakichś większych błędów, ale też nie ma żadnych fajerwerków. Chcę to zmienić.

No właśnie, we wrześniu skończysz 26 lat i wydaje się, że nadchodzi dla ciebie decydujący czas w kontekście tego, czy pozostaniesz już tylko solidnym ligowcem, czy jednak wypłyniesz jeszcze na szersze wody.

To już ostatni dzwonek. Rok czy dwa lata temu ktoś stwierdził pół żartem, pół serio, że rekord Łukasza Surmy w liczbie ekstraklasowych meczów może być zagrożony. Nie byłby to dla mnie żaden powód do wstydu, wręcz przeciwnie. Mnóstwo zawodników pragnęłoby być na moim miejscu, a nie mogą. Doceniam ten fakt, ale nie chcę do końca kariery być jedynie „tym solidnym”. Chciałbym osiągnąć coś więcej, więc muszę to pokazywać na boisku – jakąś bardziej spektakularną akcją, większymi konkretami w ofensywie. Mam tylko dwa gole w Ekstraklasie, asyst ostatnio notowałem 4-5 na sezon, czyli nie tak źle, ale może być lepiej. Wiadomo, nie wszystko zależy wyłącznie od ciebie, statystyki z asystami czasami są mylące. Możesz bardzo dobrze dogrywać, a nie będzie to zamieniane na gole. Airam Cabrera w ostatnim meczu Cracovii powinien mieć cztery asysty i… nie miał żadnej.

Jednak jeśli chcesz wejść na ponadprzeciętny poziom, to głównie poprzez liczby z przodu. Tak zdecydowanie najłatwiej się wyróżnić na twojej pozycji. Wystarczyły trzy dobre wiosenne mecze i już jest o tobie znacznie głośniej. 

Dokładnie, tak to działa. Gram teraz na prawej pomocy, więc siłą rzeczy trochę łatwiej o śrubowanie statystyk, ale asysty z Lechem i Arką wzięły się również z mojego przygotowania od strony mentalnej. W przerwie zimowej usiedliśmy spokojnie z agentami, przeanalizowaliśmy wszystkie aspekty. Doszedłem do wniosku, że warto bardziej się otworzyć na media i być odważniejszym na boisku. Jestem teraz pewniejszy siebie, mocniej ryzykuję, nie gram już głównie piłek na alibi, żeby tylko nie stracić i mieć czyste papcie. Nie boję się zrobić czegoś więcej i pomóc drużynie, co przekłada się na asysty i wydatny udział w ostatnich zwycięstwach.

Czyli konkrety ofensywne nie wzięły się tylko z tego, że zostałeś przesunięty z obrony do pomocy?

Nie, choć z pozoru tak to mogłoby wyglądać: poszedł bardziej do przodu, więc od razu ma liczby. Ale chodzi też właśnie o zmianę myślenia, inne nastawienie. W pierwszej wiosennej kolejce na Cracovii grałem jeszcze w obronie i też miałem duży udział przy golu Jorge Felixa, choć koniec końców asysty mi wtedy nie zaliczono, bo piłkę jeszcze odbił obrońca. Mam nadzieję, że następne konkrety wkrótce przyjdą.

Dopuszczałeś teraz myśl o grze na prawej pomocy, czy to była potrzeba chwili?

W sumie się nie spodziewałem. Trener Fornalik przed meczem z Lechem miał kilka wariantów. Jednym z nich było wystawienie mnie wyżej. W seniorskiej piłce chyba nigdy wcześniej tak nie grałem, ale nie zamykałem się na takie rozwiązanie. Niemal do końca nie wiedzieliśmy, kto wystąpi na tej pozycji. Padło na mnie i choć nie miałem doświadczenia w roli skrzydłowego, byłem pewny swoich umiejętności i powiedziałem sobie, że obojętnie, w jakiej roli zagram, spróbuję zrobić coś ponad minimum przyzwoitości.

Z tego co mówisz, wynika, że twój charakter – cichy i spokojny – trochę przenosił się na boisko. Są zawodnicy o takim usposobieniu, którzy jednak po rozpoczęciu meczu zieją ogniem. 

Jest w tym sporo prawdy. Byłem zawodnikiem chcącym jedynie zabezpieczyć tyły, nie popełnić żadnej gafy, a z przodu ewentualnie jak coś się uda, to będzie fajnie. Teraz mam inne nastawienie i to przynosi efekty.

Na wyobraźnię zapewne działają ci też ostatnie przykłady z Ekstraklasy. Nie trzeba być zawodnikiem Legii czy Lecha, żeby za miliony wyjechać do dobrej ligi. Można to zrobić z Wisły Płock, Cracovii czy Górnika Zabrze, więc z Piasta Gliwice również.

Dokładnie, mamy coraz więcej przykładów, że jest to osiągalne. Widzimy, jak szybko Krzysztof Piątek przeskoczył ze statusu wyróżniającego się napastnika Ekstraklasy do gwiazdy Serie A. Jeszcze 5-6 lat temu trudniej było trafić z Polski do atrakcyjnego klubu zagranicznego, teraz te drzwi są szerzej otwarte, zwłaszcza we Włoszech. Jest to motywacja, żeby jeszcze bardziej dokręcić śrubę. Dla wielu wyjazd do mocniejszej ligi jest marzeniem i dla mnie także. Oczywiście najlepiej do europejskiej TOP5.

Masz wśród nich swoją ulubioną?

Bundesligę. Od lat się nią interesuję. Mam dużo rodziny w Niemczech. Jeszcze z 10 lat temu jeździłem tam na wakacje i wujek zabierał mnie na mecze FC Kaiserslautern. Dziś to może mało znany klub, trzecia liga niemiecka, ale dwie dekady temu była to ekipa na ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Słynny 1998 rok, z którego skład wymieniał nawet Tomasz Hajto.

Twoje kontakty z piłką zagraniczną dotychczas są skromne. Dwa mecze w eliminacjach Ligi Europy z Vaduz w barwach Ruchu Chorzów plus kilka występów dla kadry U-20, w której m.in. dwukrotnie mogłeś się zmierzyć z Włochami. 

Mało tego, może po tym sezonie coś się zmieni z Piastem. Z Vaduz na dobrą sprawę mogę sobie zapisać jeden występ, w rewanżu wszedłem tylko na zmianę taktyczną. A tak to zostawały mi sparingi podczas przygotowań, wtedy zagranicznych rywali mamy dość często. Zawsze takie spotkania są jakąś lekcją, bo każda liga oznacza nieco inny styl gry.

Gdybyś miał dziś wskazać najlepszego zawodnika, przeciwko któremu grałeś, to pewnie zajrzelibyśmy do składu Włochów U-20. Andrea Belotti czy Matteo Politano to już bardzo znaczące nazwiska.

Pamiętam pierwszy mecz z Włochami, notabene rozgrywany właśnie tutaj, w Gliwicach. Trener już przed meczem uczulał mnie na lewoskrzydłowego rywali, pokazywał kilka jego zagrań i sztuczek. Mimo że wiedziałem, że teraz zrobi jedną ze swoich sztuczek, wykonał ją tak szybko, że nie byłem w stanie go powstrzymać. Byłem pod dużym wrażeniem. Włosi mocno się po nas przejechali [1:3 i 1:6, PM].

Wracając do wątku niemieckiego, możesz wyjaśnić, dlaczego nazywasz się Martin. Jak słyszy się pierwszy raz „Martin Konczkowski”, można pomyśleć, że chodzi o Niemca z polskimi korzeniami.

To była świadoma decyzja moich rodziców. Bardzo długo było to dla mnie naturalne, że jestem Martin, nie widziałem w tym nic wyjątkowego. Dopiero, gdy trafiłem do Ekstraklasy i ludzie się czasami dziwili, zapytałem rodziców, dlaczego akurat tak, a nie Marcin. A chodziło o to, że podczas jednej z wizyt u rodziny w Niemczech dostali w prezencie body dla noworodka z napisem „Martin”. Tak im się spodobało, że postanowili, że jeśli będzie chłopiec, to tak go nazwą. Nie jest to jakieś dziwadło, normalne imię, tyle że nie typowo polskie, dlatego wzbudzało trochę zainteresowania.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Ruch Chorzow - Legia Warszawa. 10.08.2013

Uchodzisz za jednego z najbardziej niedocenianych piłkarzy Ekstraklasy, zwłaszcza teraz, ale za swoje dośrodkowania byłeś chwalony już kilka lat temu. Andrzej Twarowski stwierdził nawet na Twitterze, że w dobrych wrzutkach bez przyjęcia jesteś tak regularny jak stempel na poczcie.

Jakieś pojedyncze wyróżnienia się zdarzały. Pamiętam, że o tym niedocenieniu pisaliście na Weszło 2-3 lata temu, po jednej z rund zostałem wybrany w „Przeglądzie Sportowym” najlepszym prawym obrońcą Ekstraklasy, miałem interwencję kolejki. Kilka bardzo pochlebnych opinii na temat swoich dośrodkowań też usłyszałem. Ale myślę, że mogę dzięki nim osiągać lepsze liczby. Jak mówiłem, w ostatnich latach mam 4-5 asyst na sezon, więc chciałbym wykręcić więcej.

Tym bardziej, że masz komu dośrodkowywać, przeważnie gracie na wysoką „dziewiątkę” w osobie Piotra Parzyszka lub Michala Papadopulosa.

Zgadza się, ale w Gdyni pokazałem, że to nie musi być jedyne rozwiązanie. Joel Valencia świetnie się porusza bez piłki, dograłem mu płasko w pole karne i z tego padł gol. W tym sezonie ogólnie jest nam trochę łatwiej, jakoś tak automatycznie człowiek chętniej podejmuje większe ryzyko. W tamtym do ostatniej kolejki walczyliśmy o utrzymanie i każdy gdzieś w głowie miał zaciągnięty hamulec ręczny, bo poważniejszy błąd zawsze mógł się zakończyć straconą bramką, co przy naszej sytuacji w tabeli byłoby kosztowne. Nie prezentowaliśmy wtedy pełni możliwości jako zespół. Dziś jest zupełnie inaczej, bardzo dobrze zaczęliśmy, trzy zwycięstwa i od razu grasz inaczej, pojawia się zdrowy luz na boisku.

Jeszcze chwila i możecie mieć pełen luz. Dwie wygrane i grupę mistrzowską macie w zasadzie pewną.

We wcześniejszych latach chyba 40-41 punktów dawało awans, teraz może być potrzebnych nieco więcej. Jesteśmy naprawdę bardzo dobrą drużyną, mamy fajną atmosferę w szatni, każdy jest pewny swoich umiejętności i to chyba widać podczas meczów. Nie boimy się pojedynków, nie boimy się gry w piłkę, mimo że boiska o tej porze roku często są w złym stanie, jak chociażby w poprzedniej kolejce.

Ale z tego co słyszę, uważacie w swoim gronie, że macie kadrę na ligowy top. Na każdej pozycji jest dwóch dobrych zawodników i gdybyście nie nazywali się „Piast”, to bylibyście pod tym kątem inaczej postrzegani.

To prawda, uważam, że w tym względzie jesteśmy trochę niedoceniani. Piast to nadal dość „świeży” klub jak na Ekstraklasę, dopiero tworzy swoją historię. Mogę jednak przytoczyć słowa zawodników, którzy niedawno tutaj przychodzili – Pawła Tomczyka czy wcześniej Kuby Czerwińskiego i Tomka Jodłowca. Byli pozytywnie zaskoczeni wysokim i wyrównanym poziomem prezentowanym przez drużynę na treningach. Wystarczy zresztą spojrzeć, kto w ostatnim czasie nie łapał się nawet do meczowej osiemnastki.

Chociażby Mateusz Mak i Aleksander Jagiełło, którzy swoje dobre chwile w tym sezonie już mieli. 

Paweł Tomczyk też jeszcze poza kadrą. Trener Fornalik nieraz wspominał, że ma problem bogactwa już nawet nie tylko w kontekście wyjściowego składu, ale i meczowej osiemnastki. Przez cały poprzedni sezon broniliśmy się przed spadkiem, ale powtarzałem kibicom i znajomym, że ten zespół jest naprawdę mocny i powinien grać o wyższe cele. Zakopaliśmy się jednak na początku, trudno było się z tego wydostać.

Skąd wzięła się ta zapaść? Nawet Waldemar Fornalik przyznawał, że nie spodziewał się wiosną aż tak trudnej przeprawy, a już naprawdę dużo w piłce widział, więc musiał mieć podstawy, by zakładać spokojniejsze utrzymanie.

Początek rozgrywek zawsze jest bardzo istotny, naprawdę. Niejako ustawia ci pozycję na kolejne miesiące. Brakowało nam 3-4 wygranych z rzędu, co zdarzyło się w tym sezonie. Wtedy byśmy odskoczyli od strefy spadkowej i gralibyśmy swobodniej. A tak każdy głowę miał trochę zblokowaną, nie graliśmy ze zbyt dużym polotem. Mimo to dość powszechna była opinia pod koniec wiosny, że Piast się utrzyma, bo prezentuje niezły styl. Od pewnego momentu problemem stały się tracone gole. Nie wiem, czy bardziej chodziło o brak koncentracji, czy o brak szczęścia. No i ten mecz z Górnikiem Zabrze przegrany walkowerem na pewno miał znaczenie, to właśnie mógł być początek serii zwycięstw. Prawdziwa siła Piasta wyszła dopiero na sam koniec, gdy rozbiliśmy Termalikę 4:0.

Skoro macie tak mocną i wyrównaną kadrę, szkoda byłoby tego nie wykorzystać…

Nie będziemy głośno mówić, o co gramy. Nie ma co sobie dokładać dodatkowej presji. Na pewno jednak grupa mistrzowska nie jest celem samym w sobie i jak go osiągniemy, to już nam wszystko jedno i odliczamy dni do wakacji. Każdy chce walczyć o jak najwyższe cele i wydaje się, że są sprzyjające okoliczności, by tak się stało. Również mentalne. Po porażce z Cracovią na inaugurację wiosny zrobiło się trochę gorąco co do utrzymania miejsca w ósemce, a tu przyjeżdża Lech chcący gonić lidera i nie było z naszej strony żadnej paniki, czuliśmy się mocni. Wiedzieliśmy, że jedna porażka nie przekreśli naszego planu. Zagraliśmy i z wielkim spokojem, i z wielką determinacją. Zmazaliśmy plamę z Krakowa.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Wisla Plock - Piast Gliwice. 27.10.2018

Wracając do tematu dośrodkowań. Teraz z nich słyniesz, ale podobno na początku było wręcz przeciwnie?

Potwierdzam. Nie urodziłem się z takim dośrodkowaniem. Byłem już w pierwszej drużynie Ruchu i delikatnie mówiąc, moje wrzutki stały na niskim poziomie. Najczęściej nie przechodziły pierwszego obrońcy w polu karnym. W końcu kiedyś trener Jan Kocian wziął mnie na bok i dokładnie zaprezentował, którą częścią stopy uderzać, żeby dośrodkowanie było mocne i wysokie. Wtedy sobie postanowiłem, że będę to regularnie ćwiczyć. Szlifowałem ten element po treningach przy każdej możliwej okazji. Z miesiąca na miesiąc coraz lepiej mi to wychodziło i od jakichś dwóch lat można powiedzieć, że prezentuję już zadowalający poziom. Ale nie nasyciłem się tym, nadal w każdym tygodniu staram się wszystko „utrwalać” i doskonalić.

Chodzi przede wszystkim o dośrodkowania bez przyjęcia?

Właśnie nie, na treningach głównie z przyjęciem. To rozsądne gospodarowanie siłami. Jeżeli jesteśmy po mocniejszym treningu, nie ma co sobie dokładać jeszcze sprintów w pełnym biegu, żeby 20-30 razy tak dośrodkować. Mogłoby być tego za dużo. Najczęściej wrzucam z miejsca i już mniej więcej ustawiłem sobie stopę jak należy. Cieszę się, że w meczach to widać i ludzie z zewnątrz coraz bardziej ten fakt doceniają.

Zawsze ćwiczysz z kimś.

Tak, w Ruchu przeważnie byli to Michał Helik i Michał Koj, a teraz to grono jest szersze. Marcin Pietrowski także chętnie podchodzi i wrzuca, a odbiorcami są Piotrek Parzyszek, Damian Byrtek czy nawet Patryk Dziczek, który szlifuje strzały głową, mimo że nie należy do najwyższych zawodników.

Jesteś zawodnikiem zdecydowanie prawonożnym. A co z lewą nogą – pracujesz nad nią, czy wolisz skupiać się na tej lepszej?

Szczerze mówiąc, we wcześniejszych latach pracowałem nad lewą, ale jakiś czas temu poszła trochę w odstawkę. Teraz znów ją „odkurzam”, bo jednak parę razy zdarzały się na treningach takie zagrania, że aż wstyd tej nogi używać. Skupiając się tylko na prawej jestem też łatwiejszy do rozszyfrowania, to mój mały mankament, dlatego staram się tę różnicę zniwelować. Nie łudzę się, że lewa noga dorówna prawej, ale niech będzie chociaż przyzwoita.

Mówiłeś kiedyś, że będąc w Młodej Ekstraklasie Ruchu Chorzów naszły cię wątpliwości, czy coś z tego wszystkiego wyjdzie, pojawił się kryzys. Dlaczego, skoro dopiero zaczynałeś, miałeś czas i nic się rozstrzygało chociażby w kontekście wieku? 

Do juniorów Ruchu przychodziłem mając 16 lat. Co ciekawe, jako skrzydłowy lub napastnik, o czym mało kto wie. Po pół roku trafiłem już do drużyny Młodej Ekstraklasy, ale praktycznie w ogóle nie grałem. Miałem problem, żeby znaleźć się w meczowej osiemnastce. Możliwe, że przez pierwszą rundę nawet nie doczekałem debiutu. Stawało się to frustrujące. Wtedy jeszcze nie nastawiałem się, że muszę grać w piłkę zawodowo, że to będzie mój sposób na życie. Bardziej cieszyłem się z samego grania i głównie na nim mi zależało. W ME tego grania nie dostawałem. Zacząłem się zastanawiać, czy nie lepiej odejść do IV ligi, gdzie chciał mnie znajomy trener i po prostu sobie kopać, mieć z tego frajdę. Zacisnąłem jednak zęby, najbliżsi pomogli mi przyjąć taką postawę. Powtarzali, że obecność w Ruchu oznacza dużą szansę na rozwój, na wybicie się, więc trzeba dalej robić swoje i dać sobie więcej czasu.

Kiedy nastąpił przełom?

Po kolejnym meczu, w którym nie znalazłem się w osiemnastce, siedmiu zawodników z ME zeszło do juniorów. Każdy z nas grał w ofensywie, a przy ustawieniu 4-4-2 wszyscy byśmy się nie pomieścili. Jeden musiał przejść do tyłu i akurat padło na mnie. Zostałem wystawiony na prawej obronie. Wielu było zaskoczonych, ale ja cieszyłem się, że wreszcie nie czeka mnie kolejny tydzień bez meczu. Nie czułem dodatkowego stresu. Dostałem kilka wskazówek od trenera i rozegrałem bardzo dobre spotkanie. Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Zmienili mi pozycję, dwa tygodnie później jako obrońca zadebiutowałem w Młodej Ekstraklasie i od tamtego czasu występowałem już niemalże od deski do deski.

Później sprawy potoczyły się dość szybko i w lutym 2013 roku zadebiutowałeś w Ekstraklasie, ale był to ciężki debiut.

Ciężki, bo zagrałem na… lewej obronie i przegraliśmy u siebie z Lechem 0:4. Wszystko zaczęło się podczas zimowego obozu w Turcji. Po jednym ze sparingów nasz podstawowy lewy obrońca doznał kontuzji i trener Jacek Zieliński wziął mnie na rozmowę. Zapytał, czy kiedykolwiek grałem na tej pozycji, bo chciałby mnie tam przetestować i czy byłby to dla mnie problem. Pomyślałem sobie, że dopiero od roku gram na prawej obronie, a tu już miałaby dojść lewa, ale wiedziałem, że jeśli bym zaprotestował, to następnego pytania mogę się nie doczekać. Oczywiście się zgodziłem, mówiąc, że nie ma problemu. Okazało się, że w sparingu wypadłem całkiem nieźle, bo do końca okresu przygotowawczego nie zmieniałem pozycji. I tak też zadebiutowałem w tych trudnych okolicznościach.

Po takim wejściu pojawiły się wątpliwości, czy nie za wcześnie na Ekstraklasę, że może trzeba jeszcze poczekać?

Aż tak nie, ale na pewno otrzymałem mocny cios. Pierwszy mecz w seniorskiej piłce i od razu taki łomot – mogło zaboleć. Ale drużyna zachowała się bardzo fajnie. Na drugi dzień podczas rozruchu kapitan Marcin Malinowski podszedł do mnie i powiedział kilka naprawdę budujących słów. Pamiętam też mały artykuł, że mimo wysokiej porażki byłem najjaśniejszym punktem drużyny. To trochę ułatwiło otrząśnięcie się, ale od razu sobie powiedziałem, że to tylko jeden mecz. Za tydzień jest kolejna szansa i można się zrehabilitować. Na szczęście było mi to dane, zagrałem od razu w następnym spotkaniu, wygraliśmy 3:0 z Widzewem, niejako się wyrównało. I tak to poleciało, powoli oswajałem się z Ekstraklasą.

Martin Konczkowski w swoim debiucie obok cieszących się piłkarzy Lecha.

Martin Konczkowski w swoim debiucie obok cieszących się piłkarzy Lecha.

Przez pierwsze dwa sezony chyba jeszcze się definiowałeś w lidze. Najpierw 10 meczów, w tym pięć na lewej obronie. Potem 15, również zdarzała się lewa obrona.

Na początku nie byłem w pełni przygotowany fizycznie, nie ukrywam. Szybki przeskok najpierw z juniorów do Młodej Ekstraklasy, a potem do Ekstraklasy dał się we znaki. W pewnym momencie trener po prostu pozwolił mi odpocząć, choć sportowo dawałem radę. Widział, że byłem zmęczony. W polskiej lidze przeważnie gra się raz w tygodniu, więc – mówiąc wprost – nie wypadało odczuwać zmęczenia, mimo że chodziło o mój debiutancki sezon. Zaczęły mi się też przytrafiać drobne kontuzje i wtedy bardziej wziąłem się za siebie. W trakcie tych dwóch lat zmieniałem swoje nastawienie i stałem się pełnym profesjonalistą co do szeroko pojętego prowadzenia się.

A dokładniej?

Szczegóły żywieniowe, regeneracja, dodatkowy trening zmniejszający ryzyko kontuzji.

Regeneracja chyba jest tu kluczowa. Łukasz Surma nie dlatego tak długo dawał radę w Ekstraklasie, że nie pił piwa podczas urlopu, ale dlatego, że zawsze dbał o odpoczynek. Mówił, że co z tego, że pójdzie na imprezę przed meczem i będzie pił tylko wodę, skoro i tak straci 2-3 godziny snu.

Po części właśnie poprzez Łukasza uświadomiłem sobie pewne sprawy. Zwracał olbrzymią uwagę na regenerację. Od dobrych kilku lat sen jest dla mnie najważniejszy. Staram się spać około dziewięciu godzin na dobę, a po meczach nawet dziesięć. Jak na 25-letniego mężczyznę to duża dawka.

Drzemki w trakcie dnia?

Owszem. Wczoraj [w poniedziałek] mieliśmy dwa treningi, dziś był jeden, dwa mocniejsze dni. Po wywiadzie przyjdę, zjem obiad i pójdę się zdrzemnąć. Ale to niczego nie zmienia w kontekście nocnego snu, nie będę go sobie odejmował, bo chwilę kimnąłem się po południu. Najpóźniej o 23:00 jestem w łóżku gotowy do spania. Dzięki temu jestem wypoczęty, nie odczuwam zmęczenia i mogę rozgrywać wiele meczów z rzędu. No i mam jeszcze siły na dodatkowe treningi. Szybko się regeneruję po meczach, na początku tygodnia mogę popracować indywidualnie i nie wpłynie to negatywnie na moje samopoczucie.

Jaki to trening?

Najczęściej na siłowni, ale bardziej rozciągający, na gumach i tak dalej. Ciężarów ekstra raczej nie dźwigam, chodzi głównie o przygotowanie mięśni pod cały tydzień, zwłaszcza do dnia, w którym są dwa treningi.

Waldemar Fornalik nie ma nic przeciwko? Trenerzy nie zawsze są zwolennikami takich praktyk.

Nie. Trener dobrze mnie zna, od dawna współpracujemy i wie, że to mi pomaga. Potrzebuję mocniejszych zajęć.

Podobno nawet podczas urlopu sobie nie odpuszczasz.

Nie potrafiłbym przeleżeć tygodnia na plaży. Jeden, drugi, trzeci, czwarty dzień odpuszczę i piątego już czuję się fatalnie. Jestem zmęczony nicnierobieniem. Bardziej to odczuwam niż ciężki trening. Już teraz wiem, że po karierze zachowam aktywność fizyczną. Może już nie na takiej intensywności, ale będę musiał coś robić, bo nie usiedzę.

Nie przez przypadek masz opinię konia do biegania. To już piąty z rzędu sezon, gdy grasz prawie wszystko.

Myślę, że od strony fizycznej jestem już gotowy do gry na Zachodzie. Właściwa regeneracja daje efekty.

Zgadzasz się z tezą, że regeneracja plus porządny trening są ważniejsze niż do bólu skrupulatne odżywianie? Mariusz Stępiński niedawno stwierdził w „Przeglądzie Sportowym”, że u nas zbyt mocno patrzy się na te dodatkowe kwestie typu rygorystyczna dieta, trening mentalny i tym podobne, a za mało jest po prostu ciężkiej pracy na treningach.

Coś w tym jest, podchodzę do tego podobnie. Przede wszystkim mój organizm lepiej reaguje przy takim podejściu. Jeśli miałbym wybrać stuprocentową dietę przygotowaną pode mnie i sześć godzin snu czy jedzenie w miarę zdrowe i rozsądne, ale bez liczenia kalorii plus dziewięć godzin snu, to bez wahania stawiam na drugi wariant. Przy takiej intensywności jaką mamy dziś w zawodowej piłce, trudno spalone kalorie nadrobić samym ryżem czy makaronem. Gdybym jadł w stu procentach zdrowo według jakichś podręcznikowych założeń, mógłbym mieć problem, żeby spożyć odpowiednią dla mnie liczbę kalorii. Uważam, że gorzej jest zjeść zdrowo i za mało niż lekki fast food czy jakąś czekoladę, żeby uzupełnić braki energetyczne. Wiele też zależy od genów, nie każdy na wszystko reaguje tak samo.

Co do tego, że za mało u nas potu i łez – nie przez przypadek większość zawodników wyjeżdżających z Polski za granicę jako jedną z pierwszych różnic wskazuje mocniejsze i intensywniejsze treningi. Gdy osiągasz określony poziom wytrenowania organizmu, nie zaszkodzisz sobie żywieniowym odstępstwem od czasu do czasu. Nie chodzi też o to, żeby zawodnicy się katowali i odmawiali sobie czterech kostek czekolady, bo skutki będą jeszcze odczuwali przez następny tydzień. Bywa, że zjedzenie czegoś mniej zdrowego pomaga w tak prozaicznej sprawie jak zaśnięcie po meczu. To przyjemność również psychiczna, ułatwia rozluźnienie. Dieta jest istotna, pewne granice są obowiązkowe, ale to nie zastąpi samego wytrenowania.

konczkowski

Który okres w Ruchu był dla ciebie najlepszy? Pod względem liczb najokazalej wypadłeś wtedy, gdy spadaliście…

Ale tego sezonu nie wskażę. Może niektórych zaskoczę, ale będzie to mój drugi sezon w Ekstraklasie, gdy zajęliśmy trzecie miejsce. Nie zawsze wtedy grałem, uzbierało się 15 meczów. Straciłem trzy miesiące z powodu naderwania łydki, to jak na razie moja jedyna poważniejsza kontuzja. Medal nadal jest w mieszkaniu, miłe wspomnienia. Do pierwszego roku też mam sentyment, mimo że broniliśmy się przed spadkiem. Dla chłopaka ze Śląska granie w Ekstraklasie dla Ruchu stanowiło spore przeżycie. 2-3 lata wcześniej w życiu bym nie przypuszczał, że coś takiego może się zdarzyć.

Nim przeszedłeś do Chorzowa, zdążyłeś liznąć okręgówki u siebie.

Nie wiem, czy ten przepis wciąż obowiązuje, ale wtedy musiałeś mieć skończone 16 lat, żeby grać w seniorach. W każdym razie trzy dni po szesnastych urodzinach zacząłem występować dla Wawelu Wirek z Rudy Śląskiej w okręgówce. Był tam trener, który mówił mi, że jak dalej będę się tak prowadził i grał, to za parę lat będę biegał w Ekstraklasie. Nie wierzyłem mu, nie traktowałem tych słów poważnie. Zawsze jednak robiłem swoje i cieszyłem się grą.

Raz wykazałeś się nawet małym heroizmem, pomagając drużynie będąc chorym.

Tata grał dla Wawelu, pracował też na kopalni, prawie każdy z każdym się tam zna. Trenera również znał. No i pewnego razu mamy mecz, ale trener widzi, że kiepsko wyglądam i bardzo źle się czuję. W nocy miałem wysoką gorączkę, nie spałem. W przerwie trener pyta rodziców, czy może mnie wpuścić do gry. Mama oczywiście, że nie, że muszę odpocząć, a tata w drugą stronę: da radę, jest twardy. Wszedłem na ostatnich 10 minut i w samej końcówce strzeliłem zwycięskiego gola.

Ten przeskok z okręgówki do Ekstraklasy miałeś naprawdę szybki.

Jak się nad tym zastanowić, to tak. Po ukończeniu szesnastu lat chyba przez trzy miesiące grałem w Wawelu, zimą poszedłem do juniorów Ruchu, gdzie po kilku miesiącach przesunąłem się do Młodej Ekstraklasy. Tam przez pół roku nie grałem, ale po zmianie pozycji na dobre wskoczyłem do składu, rozegrałem sezon i potem była już Ekstraklasa. Wszystko trwało więc niewiele ponad dwa lata. Szybko pokonałem kilka szczebli.

Przychodzący z niższych lig często mają trudne do wyeliminowania braki taktyczne. U ciebie nie musiało to być problemem. 

Pomagali mi trenerzy oraz bardzo doświadczona szatnia. Miałem to szczęście, że od początku było się od kogo uczyć. Łukasz Surma, Marcin Malinowski, Marek Zieńczuk, Marcin Baszczyński i paru innych. Trenowanie z nimi odbierałem jako przyjemność, zawsze potrafili zwrócić uwagę na jakiś szczegół i mi to przekazać. Wszystkie uwagi traktowałem w kategorii korzyści na przyszłość. „Malina” grał jako prawy stoper, ja obok niego. Bardzo często mnie ustawiał, wołał. Nieraz się gdzieś zapędziłem czy zawiesiłem, on kierował mną jak padem na PlayStation. Miałem trochę ułatwione zadanie, żeby nabrać taktycznej ogłady.

Czyli jako młokos doświadczyłeś tylko dobrej strony funkcjonowania w doświadczonej szatni?

Raczej tak. Nigdy nie rzucałem się w oczy. Jak wchodziłem do drużyny, nie próbowałem nikogo rozstawiać po kątach, znałem swoje miejsce w szeregu. Jeśli ktoś zwrócił mi uwagę, nigdy nie pyskowałem, wiedziałem, że przeważnie mówi to dla mojego dobra. A jak odbyłem pierwszy czy drugi trening i zobaczyłem, jaki jest poziom kolegów, pomyślałem, że zaraz zjeżdżam z powrotem do Młodej Ekstraklasy. Ale jakoś dałem radę.

Spadek Ruchu musiał być najtrudniejszym momentem w karierze.

Mocno go przeżyłem. Byłem i jestem związany emocjonalnie z Ruchem. Spadek bolał tym bardziej, że mimo wielu problemów pozaboiskowych, wcale nie był oczywisty. Spędziłem w Chorzowie ponad sześć lat, jestem tutaj ze Śląska, wielu moich znajomych to kibice „Niebieskich”. Jeździłem na wiele akcji marketingowych, na nie akurat nigdy się nie zamykałem. Wiadomo, jak potem potoczyły się losy klubu, musiałem podjąć bardzo trudną dla mnie decyzję…

Złożyłeś wniosek o rozwiązanie kontraktu.

Wcześniej też wysłałem wezwanie do zapłaty. Nie nastawiałem się od samego początku, że odejdę. Problemy za bardzo się nawarstwiały, w pewnym momencie sama piłka zeszła trochę na bok, ale postanowiłem sobie, że bez względu na wszystko do końca sezonu zostaję w Ruchu i walczę, żeby się utrzymać, a potem będę myślał, co dalej.

Koniec końców Ruch wylądował w I lidze, a ty w Piaście. Nie spotkały cię później nieprzychylne komentarze? Doświadczył ich chociażby Michał Helik, co jeszcze nakręcił prezes Janusz Paterman.

U mnie było bardziej po cichu. Mignęło mi może z kilkanaście krytycznych komentarzy, starałem się nie wczytywać, ale na pewno odbyło się to znacznie spokojniej niż u Michała. Wobec mnie prezes Paterman zachował się w porządku. Tuż przed rozwiązaniem kontraktu spotkaliśmy się z całym zarządem, przedstawiłem swoją sytuację, swoje powody. Zarząd przyjął je do wiadomości. Chciał, żebym jeszcze został, ale nie na zasadzie „jeśli postanowisz inaczej, to już ci ręki nie podamy”. Rozstaliśmy się w normalny sposób.

Gdy w trakcie rundy wiosennej pokład opuścił Waldemar Fornalik, musieliście to odczuć mentalnie. Skoro trener zasłużony dla klubu i tak z nim związany w takiej chwili decyduje się na odejście, powody musiały być naprawdę poważne.

To chyba najlepiej pokazało, jak ciężka była sytuacja klubu. Zostało nam siedem meczów, trener niespodziewanie się pożegnał i nawet nie wiedzieliśmy do końca, kto za niego przyjdzie. Drużyna czuła się trochę rozbita. Z każdej strony dostawaliśmy ciosy, bo doszły jeszcze te minusowe punkty.

Pozostanie na Śląsku stanowiło dla ciebie priorytet, czy akurat tak wyszło?

Nie zakładałem, że koniecznie muszę zostać na Śląsku, choć od urodzenia na nim mieszkam i dobrze się tutaj czuję, więc lokalizacja Gliwic stanowiła dodatkowy atut. Piast okazał się najkonkretniejszy, od razu się skontaktował, szybko doszliśmy do porozumienia. Kontrakt podpisaliśmy tuż przed pierwszym treningiem. Na tym również mi zależało, żeby nie mieć na starcie żadnych zaległości.

Wtedy Piasta prowadził jeszcze Dariusz Wdowczyk, ale niedługo potem zastąpił go Waldemar Fornalik. Podejrzewam, że nie zasmuciła cię ta wiadomość. Uchodzisz za „synka” byłego selekcjonera.

Przylgnęła do mnie taka łatka, kilka razy słyszałem takie opinie. Ale jednak w Piaście to ja byłem pierwszy, nie dostałem się po znajomości (śmiech). Plusem jest fakt, że doskonale znam sposób pracy trenerów Fornalików. W Piaście na początku to ja demonstrowałem chłopakom, jak należy wykonać jakieś ćwiczenie czy zagranie, gdy coś było niejasne. Trener wiedział, że wiem, o co chodzi, robiłem więc za manekin treningowy. I to tyle z przywilejów (śmiech). Początek tego sezonu pokazał, że nie cieszę się żadnymi specjalnymi względami. Po raz pierwszy w karierze doznałem kontuzji w okresie przygotowawczym, nie przepracowałem go całego. Najpierw przerwa miała trwać 7-10 dni, ale pauza się przeciągała i nie wystąpiłem w żadnym sparingu. Dopiero na tydzień przed ligą wróciłem do normalnych zajęć. Wiedziałem, że przez pierwsze kolejki będę grał niewiele i tak było. Marcin Pietrowski dobrze się spisywał, musiałem czekać. Na dobre do składu wróciłem dopiero po październikowej przerwie na kadrę.

Czyli z Fornalikiem wzajemnie sobie pasujecie co do etosu pracy, ale na tym koniec, nie ma wielkiej zażyłości?

Można tak to ująć. Trener wie, na co mnie stać, jakim jestem typem zawodnika i co mogę zrobić na boisku. A ja wiem w stu procentach, czego ode mnie oczekuje.

W Ruchu zdarzało ci się być kapitanem, ale mówiłeś, że nie najlepiej odnajdujesz się w takiej roli.

Czułem się zaszczycony, ale krzyczenie na kolegów czy dyskutowanie z sędziami to nie jest mój żywioł. Nigdy jeszcze emocje nie poniosły mnie na boisku, nie zdarzyło mi się niesportowe zachowanie czy nawet po prostu czerwona kartka. Kapitan musi żyć na boisku, często jest najgłośniejszy, a ja raczej wolałem być z boku i robić swoje. Inna sprawa, że wtedy byłem trochę młodszy, niektóre cechy charakteru nabywa się z wiekiem. Jestem coraz starszy i coraz bardziej doświadczony, może dziś byłoby mi łatwiej, ale w tamtym czasie wiedziałem, że na dłuższą metę nie jest to rola dla mnie.

Wychodzi na to, że twoi rodzice mieli spokój jeśli chodzi o dorastającego Martina, nie sprawiałeś problemów?

Sądzę, że nie mogli narzekać. Rzadko się zdarzało, żebym narozrabiał w szkole, a na treningach to już w ogóle, zawsze słuchałem trenerów. No a jak zacząłem już chodzić do klasy sportowej, praktycznie nie było mnie cały dzień. Przychodziłem do domu, jadłem coś i leciałem na drugi trening. Wracałem wieczorem i jeśli zostawało trochę czasu, szedłem jeszcze pokopać piłkę na dworze i do spania. Nie miałem nawet za bardzo okazji, żeby zaleźć za skórę w domu, a w szkole byłem grzeczny i tylko czekałem, aż skończą się lekcje, żeby już móc iść grać.

Nie ukrywasz swojej religijności i odnoszę wrażenie, że nie ma tu żadnego dysonansu między zewnętrzną pozą a życiem codziennym.

Praktykowanie wiary zawsze było obecne w moim życiu. Jako dziecko chodziłem do kościoła z rodzicami i często traktowałem to jako obowiązek, zwyczaj, nie zawsze mi się chciało. Niewiele jeszcze rozumiałem. Z czasem sam doszedłem do tego, że wiara jest w życiu ważna, że ma na nie istotny wpływ. Idąc na mszę po prostu lepiej się czuję, gdy pomodlę się za siebie i za rodzinę. Pan Bóg czuwa, wiedzie mi się, mam szczęśliwe życie. Wiadomo, że czasami nie ma możliwości, żeby w niedzielę zjawić się w kościele. Jeśli w ten dzień gramy na wyjeździe i w sobotę wyjeżdżamy na mecz, pewnych rzeczy nie przeskoczę, ale wtedy jestem rozgrzeszony.

Kościół był dla ciebie dobrym miejscem do rozważań na temat swojej kariery. 

Zawsze modląc się przed spowiedzią rozmyślałem też o sprawach sportowych, mogłem się wyciszyć i skupić.

Twoja narzeczona również jest wierząca?

Tak, dla niej to także ważne sprawy.

Rok temu deklarowałeś, że ślub za półtora roku. Czyli teraz zostało kilka miesięcy.

Zgadza się, nic się nie zmieniło, 8 czerwca się pobieramy. Jako piłkarz mam w zasadzie dwa terminy do wyboru: przełom roku lub przerwę letnią. Woleliśmy lato, może będzie fajna pogoda.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. własne/FotoPyk/Michał Stawowiak/400mm.pl

KOMENTARZE (1)