Opowieść o brudnych, ale ciekawych czasach. Recenzja „Szmaty”
Weszło

Opowieść o brudnych, ale ciekawych czasach. Recenzja „Szmaty”

To nie przypadek, że tak niewiele fikcji – seriali, filmów, powieści – osadzonych jest w świecie piłki. Futbol bez niczyjej pomocy został dilerem porywających historii, raczy nimi z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień. Kibic nie wie co to nuda, bo w futbolu zawsze dzieje się coś istotnego. To ocean opowieści, z którym piekielnie ciężko jest rywalizować.

Ale kibic ma do wglądu tylko końcowy produkt:

Mecz.

I zdaje sobie sprawę, że to tylko końcowy produkt, zaledwie wycinek piłkarskiej rzeczywistości.

Dzisiejszy kibic tym się nie zadowala, chce więcej. Na tym głodzie między innymi urosło w siłę dziennikarstwo sportowe: poprzez wywiad, reportaż, informatora siedzącego w szatni, można wpuścić kibica za kulisy.

Tam też zaprasza nas Tomasz Łapiński powieścią „Szmata”. Mówi: rozsiądźcie się wygodnie w szatni. Zobaczcie jej brud, bynajmniej nie w postaci zagrzybionej szatni. Zobaczcie co tak naprawdę wpływa na końcowy wynik, który częściej niż sumą umiejętności jest karkołomnym równaniem za cyfry mającym międzyludzkie zależności.


Uwielbiam ten fragment, który pojawia się zaraz na początku.

„Wszyscy myślą, że nasz legendarny trener, Kazimierz Górski, mówił mądre rzeczy o piłce. Ja jestem przekonany, że nie chciało mu się tłumaczyć zawiłości dyscypliny laikom, bo wiedział, że i tak szkoda na to czasu.
Piłka jest okrągła, a bramki są dwie…

i odpierdolcie się.

I tak nic nie zrozumiecie.

Zależności fizyczno-mentalne, psychologiczno-komunikacyjne na każdym kroku, ilość zmiennych, wszechstronne, wzajemnie się wykluczające wymagania fizyczne, za dużo wytrzymałości, szybkość spada… Niezły burdel czy to w sferze fizycznej czy psychicznej”.

O tym dokładnie jest książka, która traktuje szatnię bezlitośnie, bez cienia lukru, pokazując jej ludzką twarz. Poprzez mecze i wywiady da się dozować treść, da się założyć maskę, wcisnąć kit – po lekturze „Szmaty” będziecie się zastanawiać co tak naprawdę piszczy w szatni waszej ulubionej drużyny.

Głównym bohaterem jest Roman Dzwonecki, defensor Centrum Warszawa, topowy stoper swoich czasów, nieprzekupny jeździec na białym koniu. Jeździec na białym koniu, bo rzecz dzieje się w zgniłych dla polskiej piłki czasach, kiedy nasz futbol kręcił się wokół układów, sprzedajnych arbitrów, sprzedajnych piłkarzy, ślepego z wyboru PZPN-u, chuliganerki i zadym, biura spadków i awansów, a nawet biura mistrzostw kraju, bo jeśli przyłożyć ucho tam gdzie trzeba, usłyszymy, że na palcach jednej ręki można policzyć całkowicie uczciwe mistrzostwa Polski zdobyte w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Osadzenie powieści akurat w tym momencie dziejowym, jeszcze przed pielgrzymkami ludzi ze środowiska na przesłuchania do Wrocławia, to zasianie ziarna na żyznym gruncie. W tamtych czasach najwięcej było skandalicznych z punktu widzenia kibice gierek, ale które są skarbem dla każdej fabuły.

Tomasz Łapiński, którego kariera przypadła na lata 1987 – 2004, doskonale zna ówczesne realia i to widać od pierwszej sceny, kiedy główny bohater, Roman Dzwonecki, podsłuchuje w przerwie meczu rozmowę „kolegów” z drużyny o sprzedanie meczu. Swoją drogą, książka bawi się z nami w  ciuciubabkę – zastanawiamy się, które ze scen oparte są na prawdziwie zaistniałych, a które postacie są wzorowane na znanych piłkarzach i trenerach, których spotkał w swojej karierze Łapiński.

Za pośrednictwem Dzwoneckiego poznamy szefostwo piłkarskiej mafii, fikcyjny odpowiednik „Fryzjera”, kalejdoskop osobowości składających się na drużynę, gdzie równie często co przyjaźń pojawia się nienawiść, ale też prozę życia, czyli jak to wszystko się na życie prywatne piłkarza, małżeństwo, relację z synem.

PRZECZYTAJ FRAGMENT „SZMATY” – KLIK

Poznamy to wszystko, bo Dzwonecki schodzi na złą drogę. Dociera do ściany, ma tak dość całego bagna, jakim jest piłka, że sam decyduje się w końcu ubrudzić i przynajmniej zarobić na tym trochę pieniędzy. Przez to poznajemy mechanizm ustawiania meczu, a także jak… jest to trudne. Kibicom wydaje się pewnie, że odpuszczenie meczu to nic trudnego, ale w praktyce Dzwonecki ma parę dni do kluczowego meczu, a sabotaż musi przeprowadzić w taki sposób, by nie padły na niego podejrzenia. Sztuka niełatwa.

Samego Dzwoneckiego w pewnym momencie przestałem lubić. To ciekawy zabieg, bo w miarę rozwoju fabuły i poczynań głównego bohatera, zmieniamy na jego temat opinię kilkukrotnie. To relacja, niemal jak prawdziwa, mająca w sobie cechy interakcji: najpierw Dzwoneckiemu kibicujemy, bo nie daje się nikomu złamać. Jesteśmy z nim, gdy się łamie, bo rozumiemy dlaczego chce się zemścić. Ale w trakcie zemsty, w moim odczuciu, Dzwonecki łamie wszystkie bariery, zachodzi tak daleko we flircie ze złem, że staje się postacią odpychającą. Również dla samego siebie, ale więcej zdradzić nie mogę – w każdym razie znajomość czytelnika z Dzwoneckim ma wiele barw. I zakończenie debiutującego Tomasza Łapińskiego muszę pochwalić, nie jest łatwo w dzisiejszych czasach zaskoczyć finiszem, tutaj się udało. Konia z rzędem temu, kto będzie w stanie przewidzieć jak rozwinie się cała intryga, na pozór przewidywalna.

Co mi się w książce nie podobało, to momentami aż zbyt mocne sceny. Nawet rozmawiałem o nich z autorem: przekonywał, że chciał oddać wierność tamtym czasom. Piłkarze to, zazwyczaj, prości ludzie. Nie czytają Tołstoja, raczej telegazetę, nie chodzą do opery, prędzej do burdelu. To z tym ostatnim wiąże się moim zdaniem najsłabszy moment książki, któremu przydałby się hamulec.

Ale całość i tak jest najlepszą powieścią, jaką przeczytałem w realiach futbolu. Znam kibiców zrażonych do fikcji, którzy wolą sięgnąć po biografię, stawiając zapis prawdziwych wydarzeń zawsze wyżej od czegoś, co urodziło się tylko w wyobraźni autora. Ale „Szmata” fikcją jest podlana, można ją spokojnie potraktować jako biografię – biografię brudnego, ale ciekawego momentu polskiej piłki. Dla mnie to nie była wyłącznie rozrywka: po lekturze patrzę na drużyny piłkarskie inaczej. Jeśli niezły skład przegra cztery mecze z rzędu, przyczyn na pewno nie będę szukał w brakach technicznych czy zawalonym treningu zakładania pułapek ofsajdowych.

KUP „SZMATĘ” NA LABOTIGA.PL

Leszek Milewski

KOMENTARZE (3)