Nawet Juventus nie powstydziłby się cynizmu Barcelony
Hiszpania

Nawet Juventus nie powstydziłby się cynizmu Barcelony

Barcelona, jak to Barcelona za panowania Ernesto Valverde, usypiała niczym nasi ligowcy, ale jak się przebudziła, uderzyła z takim impetem, że piłkarze Solariego będą mieli problem, by pozbierać się do ligowego El Clasico. Mistrz Hiszpanii nie tylko dziś wygrał, ale ciężko znokautował swojego odwiecznego rywala. Pozbawił go złudzeń, że kryzys minął. Zgasił światełko w tunelu, które zapłonęło po remisie na Camp Nou i wygraniu derbów Madrytu.

Pamiętacie mecz na Camp Nou? Vinicius Junior brał grę na siebie, co miało swoje dobre i złe strony z punktu widzenia madryckiego obozu. Na swoim terenie Brazylijczyk grał na podobnej intensywności, ale ponownie pożytku z tego wielkiego nie było. Nastolatek dochodził do pozycji strzeleckich tak często, że defensywa Blaugrany powinna czuć lekki wstyd, ale kary za to nie poniosła. Zawodnik Realu Madryt przede wszystkim miał problem z trafieniem w światło bramki. A jak już dobrze przymierzył, uderzył zbyt słabo, by zaskoczyć świetnie dysponowanego Marc-Andre ter Stenga.

Być może Vinicius miałby lepszy humor, gdyby arbiter odgwizdał rzut karny, gdy w polu karnym sfaulował go Nelson Semedo. Co prawda przypadkowo, ale mimo wszystko Królewskim należał się rzut karny. Sędzia jednak nie gwizdnął, a osiemnastolatek nie zamierzał zaprzestać dryblingów. Na jeden z nich nabrał się Gerarda Pique, lecz ponownie bramki z tego nie było, ponieważ 18-latek zbyt długo zwlekał z podaniem. Jak udało się dograć do Reguilona, który oddał dobry strzał głową, kapitalną interwencją popisał się golkiper Barcelony.

Momentami mieliśmy wrażenie, że „Duma Katalonii” w pierwszym meczu zapewniła sobie solidną zaliczkę, bo niespecjalnie napierała na gospodarzy. Klepała, czekała, klepała, czekała, klepała… I tak cały czas, jakby bramka nie była potrzebna do awansu. A przecież była, o czym podopieczni Valverde jednak bardzo dobrze wiedzieli. Po prostu czekali na odpowiedni moment, by znokautować rywala.

Pierwszy cios zadali Ousmane Dembele i Luis Suarez. Ten pierwszy wbiegł z futbolówką w pole karne, a następnie wycofał piłkę do Urugwajczyka, który pewnym strzałem wpakował piłkę do bramki. Długo nie trzeba było czekać, a Francuz zabawił się w ten sam sposób, lecz tym razem na prawej stronie. Różnica jeszcze taka, że tym razem adresat podania – Luis Suarez nie doszedł do futbolówki, ponieważ wślizgiem uprzedził go Raphael Varane. Stoper Realu interweniował jednak w tak niefortunny sposób, że wpakował piłkę do własnej bramki.

Niby było już pozamiatane, ale mistrz Hiszpanii poczuł krew i zdzielił raz jeszcze odwiecznego rywala. Po raz kolejny w akcję bramkową zamieszany był Luis Suarez, ponieważ w polu karnym sfaulował go Casemiro. Piłkę na jedenastym metrze ustawił sam poszkodowany, co okazało się złą wiadomością dla Navasa. El Pistolero czuł się już na tyle pewnie, że uderzył w stylu Panenki. Efekt? Golkiper Realu Madryt na przestrzeni dwóch kwadransów po raz trzeci musiał wyciągnąć piłkę z siatki.

Gra Barcelony była dziś co najwyżej średnia, a Real momentami wyglądał na drużynę dużo lepszą. Można powiedzieć, że wynik jest niesprawiedliwy, ale nie pierwszy raz w tym sezonie Królewscy marnują znakomite okazje na strzelenie gola. I nie pierwszy raz w tym sezonie Blaugrana jest do bólu wyrachowana i cyniczna. Podopieczni Valverde czasami wygrywają mecze, które co najwyżej powinni zremisować, gdyż są skuteczni i mają w bramce wielkiego bramkarza. Tak, tak… Marc-Andre ter Stegen po raz kolejny był jednym z najlepszych zawodników na boisku.

Trudno powiedzieć, czy taka gra Barcelony wystarczyć, by wygrać Ligę Mistrzów, ale na Copa del Rey jest jak najbardziej wystarczają. Szósty finał z rzędu w Pucharze Króla musi robić wrażenie, nawet jeśli mówimy o rozgrywkach mniej prestiżowych niż Champions League i Primera Division. 

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (22)