Hurkacz ograł jednego z najlepszych tenisistów świata!
Inne sporty

Hurkacz ograł jednego z najlepszych tenisistów świata!

Szósty w światowym rankingu, ale w turnieju rozgrywanym w Dubaju rozstawiony z jedynką. Finalista US Open, medalista olimpijski z Rio i zwycięzca 12 turniejów ATP, w tym jednego na początku tego roku. To Kei Nishikori, doskonale znany fanom tenisa na całym świecie.

Dziś, w meczu drugiej rundy, grał z nim Hubert Hurkacz. 77. w rankingu, bez sukcesów w cyklu ATP. Gość, który w turniejach wielkoszlemowych nigdy nie wygrał więcej niż jednego meczu. Trofea zgarniał jedynie w cyklu Challenger. Innymi słowy: w tenisowej trzeciej lidze. Nigdy nie pokonał też zawodnika z najlepszej dziesiątki na świecie.

Dziś to wszystko nie miało jednak znaczenia. Liczyło się tylko to, co obaj zaprezentowali na korcie. I tu zdecydowanie lepszy był Polak!

Drogę do tego zwycięstwa niejako wytyczył Hurkaczowi Kamil Majchrzak. Patrząc na całokształt kariery obu lepszy jest Hubert, ale to właśnie jego kolega jako pierwszy „napoczął” Nishikoriego. W I rundzie tegorocznego Australian Open Kamil prowadził z Japończykiem już 2:0, ale potem przyszło załamanie, szybko stracone dwa sety i krecz. Gdyby ten mecz odbywał się w turnieju niższej rangi, moglibyśmy odtrąbić zwycięstwo rodaka. To był jednak Wielki Szlem, grało się do trzech wygranych setów, więc musieliśmy poczekać. Jak się okazało: stosunkowo krótko.

Dziś Hurkacz okazał się lepszy od „Samuraja” w pełni zasłużenie. I cieszymy się bardzo, że możemy coś takiego napisać. Swoją drogą, biorąc pod uwagę to, jak zagrał Majchrzak w Australii (mecz jego życia, bez dwóch zdań) i dzisiejszą formę Huberta, dochodzimy do dwóch wniosków:

  1. Nishikori za niedługo będzie mieć koszmary z Polakami w rolach głównych;
  2. W sumie to chcielibyśmy, żeby nasi reprezentanci trafiali na Japończyka jak najczęściej.

Widzieliśmy sporo dobrych spotkań Huberta – choćby w finale wygranego Challengera w Poznaniu (zresztą z Taro Danielem, czyli… innym Japończykiem) – ale nie przypominamy sobie, by na dystansie trzech setów grał tak dobrze przeciwko rywalowi tego formatu. Jak zwykle imponował mocą uderzeń z forehandu, ale dziś Nishikori nie mógł się skupić tylko na tym. Bo gdy trzeba było, to Polak dokładał backhand, który okazywał się równie niszczycielski. Najlepszy dowód? Dwa punkty po linii w ostatnim gemie tego meczu. Polecamy je obejrzeć, bo to zagrania najwyższej klasy, których nie powstydziłby się Novak Djoković. Serio.

Zresztą Hubert pokazał się dziś jako gracz wszechstronny. To nie było tylko bazowanie na mocnym, skutecznym serwisie i potężnych zagraniach następujących po nim, ale też świetna gra kombinacyjna. Bardzo dobrze rozrzucał Japończyka, zmuszał go do biegania i wykorzystywał niemal każdą okazję na skończenie wymiany, jaką dostał. Dobrze czuł też momenty na to, by wybrać się do siatki, imponował wyszkoleniem technicznym. Jakby tego było mało potrafił doskonale się bronić, Kei musiał się często naprawdę postarać, żeby wygrać wymianę. No i przede wszystkim: Hubert kompletnie nic nie robił sobie z tego, że naprzeciw niego stoi gracz z pierwszej dziesiątki rankingu.

W pierwszym secie Japończyk serwował przy stanie 5:4, tylko po to, by za chwilę stracić trzy gemy z rzędu i przegrać całą partię. W drugim Nishikori prowadził już 5:1, a mimo wszystko Hubert doprowadził do wyrównania. Co prawda przegrał potem 5:7, ale i tak bijemy brawo za walkę do końca. Wielu po prostu by odpuściło, czekając na trzeciego seta. A skoro o nim, to tam nastąpił już pokaz żelaznej dyscypliny i chłodnej głowy w wykonaniu Polaka. Hurkacz był jak Arnold Schwarzenegger w „Terminatorze”. Miał określony cel i dążył do niego bez względu na wszystko. Efekt? Wygrał 7:5 5:7 6:2 i awansował do pierwszego ćwierćfinału turnieju rangi ATP 500 w życiu. Przy okazji postawił kolejny ważny krok w swojej karierze. I raczej możemy spodziewać się, że niedługo zrobi kolejne.

Dawid Olejniczak, były tenisista, obecnie trener i komentator Polsatu Sport:

– Żaden polski tenisista nie rozwijał się w tak systematyczny sposób, jak Hubert. Ta kariera jest prowadzona wzorcowo, krok po kroku do określonego celu. To jest nieprawdopodobne, jak profesjonalnie do tego podchodzi. Myślałem, że nie dożyję kogoś, kto będzie w tej kwestii bliski Łukaszowi Kubotowi. A Hubert podobno jest na tym samym poziomie albo nawet bardziej profesjonalny, co wydaje się niemożliwe. Miałem okazję oglądać go jak miał jakieś 12 lat i nie postawiłbym złamanego grosza na to, że zrobi jakąkolwiek karierę. Nie mówię nawet o pierwszej setce, a nawet o miejscu w TOP 300. To jest dowód na to, że nikogo nie można skreślać, my w Polsce to często zbyt szybko robimy. Hubert jednak nie wdawał się w żadne pyskówki z krytykami, tylko robił swoje.

Pytanie brzmi: co to zwycięstwo może oznaczać? Bo jednak pokonanie kogoś z pierwszej dziesiątki to dla tenisisty ogromne wydarzenie. Zwłaszcza takiego, który rok temu był… na 212. miejscu w rankingu, a dziś zbliża się do najlepszej „50”. Więc może to spotkanie będzie takim przełomem, jak dla Jerzego Janowicza były mecze w Paryżu, kilka lat temu? Czy tak powinniśmy je traktować? Olejniczak:

– Nie, absolutnie. Oczywiście, jeden mecz może otworzyć szerzej drzwi do szerszej kariery, ale z drugiej strony jakaś porażka może je natychmiast przymknąć. Oczywiście, to zwycięstwo to wielka sprawa, bo pokonać Nishikoriego, który od początku sezonu był w dobrej formie, to jest coś. Ale to tylko jedna wygrana. Jutro Hubert najprawdopodobniej zagra ze Stefanosem Tsitsipasem [Grek swój mecz II rundy dopiero rozegra, ale jest w nim zdecydowanym faworytem – przyp. red.], kolejnym znakomitym rywalem. Teraz najważniejsze jest, by nie podniecić się za bardzo tym zwycięstwem, tylko zregenerować się, przygotować i jutro też powalczyć.

Jeśli faktycznie to Tsitsipas zostanie rywalem Huberta w kolejnej rundzie, wiemy jedno: o zwycięstwo będzie cholernie trudno. Obaj zresztą grali ze sobą już dwukrotnie w ostatnich kilku miesiącach i dwa razy lepszy był Grek. Ale dziś Polak też miał przegrać, a sobie poradził.

Jednak nawet bardziej niż za wygraną jutro, trzymamy je za to, by ten przełom w stylu Janowicza nadszedł. Z jedną różnicą: niech potem wszystko potoczy się lepiej niż u Jerzego. Bo z każdym kolejnym miesiącem jesteśmy coraz pewniejsi tego, że Huberta stać na wielkie rzeczy.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (1)