Od Łuszczka do Benkovicia. Największe sensacje MŚ w narciarstwie klasycznym
Inne sporty

Od Łuszczka do Benkovicia. Największe sensacje MŚ w narciarstwie klasycznym

Rywalizacja o tytuł najlepszego na świecie trwa w świecie narciarstwa klasycznego od 1925 roku. Z czasem mistrzostwa się rozrastały: dochodziły nowe konkurencje, przyjeżdżało też więcej zawodników i zawodniczek. Zwykle po najcenniejszy – obok olimpijskiego złota – tytuł sięgali najwięksi sportowcy. To normalne i logiczne. Zdarzały się jednak rozstrzygnięcia sensacyjne, gdy złoto zdobywali ludzie, na których u bukmachera nie postawilibyśmy nawet złamanego grosza. I to o nich jest ten tekst.

Królowie sprintu

Zaczniemy od najmniej popularnej w naszym kraju dyscypliny – kombinacji norweskiej. W 2001 roku, gdy mistrzostwa świata rozgrywały się w fińskim Lahti, a pierwsze złoto w karierze zdobywał Adam Małysz, swój wielki moment przeżywał też Marko Baacke. I nie przejmujcie się, jeśli jego nazwisko nic wam nie mówi: to absolutnie zrozumiałe. Ba, jeśli w Google ustawicie wyszukiwanie tylko na język polski, to poza Wikipedią wyskoczą wam o nim jedynie wzmianki z komentarzy użytkowników na stronach poświęconych skokom narciarskim. I to właśnie ten anonim zdobył złoty medal w sprincie 18 lat temu.

Inna sprawa, że Baacke był naprawdę sporym talentem. W Pucharze Świata debiutował na początku 2000 roku, niecałe dwa miesiące przed 20. urodzinami. Z miejsca zdobył punkty, zresztą przywoził je z każdego kolejnego konkursu, na którego starcie się pojawił. Świetnie poradził sobie też na mistrzostwach świata juniorów, gdzie zdobył dwa srebrne medale. Swoją drogą i Petter Kukkonen, i Aleksiej Cwietkow, którzy zdobyli złote medale, to postaci jeszcze bardziej anonimowe niż Baacke. Obaj wśród seniorów zaginęli, nie odnosząc absolutnie żadnego sukcesu.

A Marko się to udało. Zresztą cały sezon 2000/2001 miał naprawdę dobry. Przed mistrzostwami dwukrotnie udało mu się znaleźć na podium, po nich wskoczył na nie jeszcze w Oslo. W klasyfikacji generalnej był siódmy. Nas jednak interesuje Lahti. Tam Baacke skoczył 123,5 metra i przed wyjściem na trasę biegową tracił tylko pół punktu do lidera. W Ruhli, jego rodzinnej miejscowości, ludzie zgromadzili się, by oglądać bieg. Wśród nich Klaus, ojciec Marko, również były kombinator. Wszyscy widzieli, jak Baacke wbiegł na metę pierwszy i… zaczął płakać.

Nigdy nie przeżyłem czegoś takiego, w mojej głowie panowała kompletna pustka. Byłem całkowicie poruszony na mecie, po prostu się rozpłakałem. Mam nadzieję, że ten medal będzie bardzo ważny dla naszego sportu w Niemczech.

Niemców trenował wtedy Hermann Weinbuch, trzykrotny złoty medalista mistrzostw z przeszłości, do tego zdobywca Pucharu Świata. Wzór dla kolejnych pokoleń, w tym dla Marko. Tuż przed mistrzostwami Niemcom średnio wiodło się jednak w Pucharze Świata i narastały wątpliwości dotyczące jego pracy. Na mistrzostwach też zresztą nie było najlepiej. Złoto Baackego było dla Weinbucha wielką ulgą: „Dzięki Bogu, że Marko był z nami” – tak to skomentował, nie wiedząc nawet, że na swoim stanowisku zostanie do… 2014 roku.

Na tym samym dystansie brązowy medal zdobył Ronny Ackermann, dziś trener Niemców, przez lata jeden z liderów ich kadry. Wtedy 23-latek. Mówił, że bardzo cieszy się z sukcesu kolegi, który był fenomenalny, ale „Marko miał łatwiej, bo nie czuł żadnej presji”. Sęk w tym, że to był jeden z ostatnich momentów, gdy Baacke miał łatwiej. Kilka miesięcy później, na innej fińskiej skoczni – w Ruce – przeżył fatalny upadek. Szybka operacja uratowała mu życie, ale stracił śledzionę i nerkę. Do zdrowia i kombinacji wrócił, ale… bał się skakać, przez co nie osiągał dobrych wyników. Karierę oficjalnie zakończył w 2004 roku.

*****

Rok wcześniej, na mistrzostwach świata w Val di Fiemme, Niemiec zajął w sprincie zaledwie 23. miejsce. Po tytuł sięgnął wtedy Amerykanin Johnny Spillane, czyli gość, który w swoim życiu zaliczył dwa wspaniałe sezony. Pierwszy z nich to właśnie 2002/03. Drugi to olimpijski, 2009/10, gdy w Vancouver zdobył trzy srebrne medale. Nie możemy napisać, że sukcesu na mistrzostwach w 2003 roku nic nie zapowiadało, bo dwa miesiące przed nimi trzykrotnie stanął na podium zawodów Pucharu Świata, w tym dwa razy w sprincie. Ale ani razu nie wygrał. Nie przeszkodziło mu to jednak w zostaniu mistrzem świata.

Po latach mówił, że w zdobyciu złota bardzo pomogło mu rozczarowanie z 2002 roku. W sztafecie na igrzyskach Amerykanie zajęli wtedy czwarte miejsce. A startowali u siebie i wierzyli, że stać ich na medal. Rok później, mając w myślach tamten bieg, Johnny wyszarpał mistrzostwo świata. Dosłownie. Finiszował o 1,3 sekundy przed Ronnym Ackermannem i Felixem Gottwaldem. Czwarty Georg Hettich stracił do niego 2,1 sekundy. Napisać, że to był emocjonujący bieg, to jak nic nie napisać.

Johnny wygrał strategią. Zdołał dołączyć do grupy złożonej z dwóch Niemców i Austriaka, po czym zajął miejsce na jej końcu. Gdy w pewnym momencie żaden z nich nie chciał objąć prowadzenia, tempo spadło, a Amerykanin odpoczął. „Potrzebowałem tylko 30 sekund i tyle dostałem. Wtedy znów przyspieszyli i jechaliśmy szybko aż do końca. Na szczęście miałem tyle sił, żeby się przy nich utrzymać. Myślę, że nie zorientowali się, jak szybkie miałem narty. Nasi serwismeni wykonali niesamowitą robotę”.

Na kolejne sukcesy musiał poczekać siedem lat. Ale było warto, bo zostać medalistą olimpijskim to niesamowita sprawa. A co dopiero trzykrotnym. Po kolejnych trzech sezonach zakończył karierę. Trapiły go urazy, chciał też poświęcić więcej czasu żonie i dzieciom. Z tego co osiągnął był dumny, uznał, że może odejść na emeryturę z uśmiechem. Wszyscy koledzy i trenerzy mówili wtedy, że to wielka strata, bo Johnny nawet gdy nie notuje dobrych wyników, jest gościem, który niesie całą kadrę do przodu, wprowadzając dobrą atmosferę. Na igrzyskach w Soczi okazało się, że faktycznie mógłby się Amerykanom przydać. Ale on swoje zrobił – miał dwa wspaniałe sezony i wykorzystał je najlepiej, jak tylko mógł.

Cztery dni, dwie sensacje

Oberstdorf 2005. Marit Bjoergen zdobywa trzy złota, wyrastając na królową nart, Ronny Ackermann dwa razy jest najlepszy indywidualnie w kombinacji, a na skoczni narciarskiej wszystko rozpoczyna się złotem… Roka Benkovicia. Świat skoków jest w absolutnym szoku. Słoweniec ma wtedy niecałe 19 lat, za sobą całkiem niezły sezon 2003/04, ale jego wyniki w kolejnym wskazują raczej na problemy z formą. Przed mistrzostwami tylko raz znalazł się w dziesiątce, często w ogóle nie wchodząc za to do konkursu. W najważniejszym momencie dopisało mu jednak szczęście.

Dziś o taką sytuację byłoby trudno, mamy bowiem przeliczniki za wiatr i belkę. Wtedy Benković wykorzystał znakomite warunki i skoczył 101 metrów na skoczni normalnej. Żaden z pozostałych zawodników nie przekroczył setnego metra, zresztą najlepszym wiało raczej w plecy. Największy faworyt, Janne Ahonen, był czwarty. W drugiej serii wiatr nie pozwalał już na tak dalekie loty, trudno było odrobić straty. Skok na 91 metrów okazał się dla Benkovicia wystarczający do tego, by swoją pozycję obronić i zakończyć konkurs z przewagą 6,5 punktów nad Jakubem Jandą i 7 nad Ahonenem. Sensacyjny mistrz dołożył potem zresztą brąz w drużynie.

To jest wspaniałe. Jestem niesamowicie szczęśliwy. Wygrałem swój pierwszy konkurs i to od razu na mistrzostwach świata. Gdy jako ostatni siadałem na belce startowej byłym zdenerwowany, ale mi się udało – mówił po konkursie, w którym dał Słoweńcom nadzieję na to, że będą mieli wielkiego mistrza na lata.

Z jego kariery nic dobrego jednak nie wynikło. Do tak doskonałego wyniku nigdy już nie nawiązał, a po dwóch sezonach… skończył karierę. Tłumaczył, że czuje wypalenie, ma dość popularności i w ogóle to niech wszyscy dadzą mu święty spokój, bo poszczuje psami. No dobra, może trochę podkoloryzowaliśmy, ale generalnie przekaz był dokładnie taki. Zresztą sam Słoweniec, już rok po swoim sukcesie, mówił skijumping.pl tak:

– Nie wydaje mi się, aby moje życie zmieniło się od sukcesu na MŚ w Oberstdorfie, bo pozostałem tą samą osobą. Zmieniło się jedynie to, że moje marzenie się spełniło i zdobyłem medal na mistrzostwach […] wolałbym aby ludzie mnie nie rozpoznawali, ale jestem skoczkiem, więc o to jest trudno. Szczerze mówiąc, to chciałbym być zupełnie nieznany, ale na to niestety nie ma szans.

A skoro szans nie było, dopóki skakał, to niedługo po tym postanowił zdjąć narty, odrzucić je w kąt i więcej nie zasiadać na belce. Zamiast tego zajął się fotografią i alpinistyką. Choć na najwyższy szczyt, na jaki mógł się wspiąć, wszedł w 2005 roku.

*****

Trzy dni po sukcesie Benkovicia, podobny odniosła szwedzka biegaczka Emelie Oehrstig. Tyle tylko, że ona miała wówczas 27 lat (bez kilku dni) i nigdy nie była wielkim talentem. Od debiutu w Pucharze Świata (sezon 1999/00), jej pozycje w klasyfikacji generalnej prezentowały się tak: 71., 89., 80., 36., 31., 25. i 25. Na podium zawodów tej rangi – podobnie jak Benković – nie stała nigdy w życiu. Gdyby nie mistrzostwo świata, można byłoby wręcz napisać, że większe sukcesy odnosiła w kolarstwie górskim, gdzie jako juniorka była naprawdę wielkim talentem i często zgarniała laury w swoich kategoriach wiekowych. Z kolarstwem zerwała jednak mniej więcej w okolicach swoich 18. urodzin.

Swoją drogą w 2004 roku postanowiła… zakończyć karierę narciarki. Ostatecznie jednak zrezygnowała z tego pomysłu, chciała bowiem wystąpić w mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich. Podjęła wtedy prawdopodobnie najlepszą decyzję w całym swoim sportowym życiu. Choć nikt nie spodziewał się jej sukcesu, nawet ona sama. Wykorzystała jednak słabszą dyspozycję faworytek – w tym Marit Bjoergen, która w sprincie miała wygrać bez większych problemów, a odpadła przed finałem – i sięgnęła po złoto.

Biegałam dobrze przez cały sezon, ale złoto było wisienką na torcie. Byłam w świetnej formie, czułam, że nie mogłabym być silniejsza. To naprawdę niesamowite uczucie. Nie myślałam, że zdobędę złoto, ale kiedy to zrobiłam, byłam bardzo szczęśliwa. Niemal zawsze prezentowałam się najlepiej na mistrzostwach, a wtedy udało mi się „spiąć” wszystko naraz – mówiła Szwedka.

Jej zdaniem kluczowe było to, że ominęły ją kontuzje. Bo już rok później, w sezonie olimpijskim, zabrakło jej odpowiedniego przygotowania, długo zmagała się wtedy z zapaleniem tarczycy. Sporo czasu poświęciła wówcza na powrót do odpowiedniej dyspozycji, ale tak naprawdę mogła powalczyć o tylko jeden medal – w sprinterskiej sztafecie. Trener postawił jednak na Linę Andersson i Annę Dahlberg. Pretensji o jego decyzję Emelie nie mogła mieć, bo jej koleżanki zdobyły złoto. Ona sama po sezonie zakończyła karierę, zgodnie z wcześniejszym postanowieniem

– Czułam się usatysfakcjonowana swoją karierą. To było miłe uczucie. Chciałam odnaleźć inną część życia. Nigdy nie żałowałam, że przerwałam starty, ale dalej lubię ten moment, gdy sezon się zaczyna. Czasem odczuwam tęsknotę, brakuje mi tego, ale to zupełnie co innego niż żałowanie swej decyzji. Śledzę występy szwedzkich zawodników i zawodniczek z wielkim zainteresowaniem. Bardzo cieszy mnie, że pojawiają się kolejne nazwiska, które wnoszą coś do naszych biegów.

Na poprzednich mistrzostwach świata Szwedzi zdobyli w biegach cztery medale. W 2015 roku siedem. Wychodzi na to, że Emelie Oehrstig ma kogo śledzić.

Konkursy cudów

Można powiedzieć, że ten gość to „pierwowzór Roka Benkovicia”. Gdyby mistrzostwa, na których osiągnął swój sukces, odbywały się rok później, zrobiłby to zresztą jako Słoweniec. Ale 10 lutego 1991 roku skakał jeszcze jako Jugosławianin, zresztą ostatni w historii, który na mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym zdobył jakikolwiek medal. W jego przypadku – złoty. Cztery miesiące później Słowenia, jego „nowa” ojczyzna, stała się niezależnym krajem, a on zmienił narodowość. O kim mowa? O Francim Peteku, skoczku, który nie miał prawa zostać mistrzem.

Co – poza złotem i Słowenią – łączy go z Benkoviciem? On też swój największy sukces odniósł jako młody skoczek, miał wtedy 20 lat. Cztery lata później rozstał się ze skocznią, kończąc karierę zdecydowanie przed czasem. W jego przypadku był to jednak efekt poważnego upadku, który przytrafił mu się w Oslo. Trzeba jednak przyznać, że z kariery i tak wyciągnął maksimum. W młodości sporo chorował, stracił nawet jedno płuco. Mimo tego był w stanie wyskakać sobie mistrzostwo świata.

W 1991 roku został w Słowenii sportowcem roku. Jej obywatelom nie przeszkadzało, że złoty medal zdobył jeszcze w barwach Jugosławii. Rok później był chorążym kadry na zimowych igrzyskach olimpijskich w Albertville. Na skoczni dużej wyskakał tam niezłe ósme miejsce. Dwa lata później, w Lillehammer, nie wszedł do drugiej serii. Ostatni występ zanotował na mistrzostwach świata w Thunder Bay w 1995 roku. Był tam 20.

Gdy już odstawił narty na bok, nie zamierzał się lenić. Z zawodu jest geografem i to studia takiego kierunku ukończył w 2001 roku. Potem dołożył do tego doktorat. W 2007 roku przyjął oferowane mu przez słoweński związek stanowisko i został w nim dyrektorem sportowym. Ostatnio można go było spotkać w roli organizatora zawodów w Planicy. I trzeba przyznać, że spisywał się tam równie dobrze, co w 1991 roku na skoczni. Ten ostatni występ możecie podziwiać na poniższym filmie. Polecamy zwrócić uwagę na gustowny sweterek z dekoracji.

Na tamtych mistrzostwach zresztą nie tylko on wszystkich zaskoczył. Po pierwszej serii w obu (!) konkursach prowadził Kazuhiro Higashi. Na skoczni dużej ostatecznie był dziesiąty, na normalnej spadł na piąte miejsce. To była anomalia, Japończyk przez cały sezon wystartował w Pucharze Świata tylko raz, był wówczas 50. W kolejnych albo nie było go na skoczni w ogóle, albo pojawiał się wyłącznie w japońskich konkursach. Mimo tego skakał… aż do 1999 roku. Bijemy brawo za wytrwałość. My wolelibyśmy zająć się czymś innym, choćby sadzeniem marchwi czy hodowlą jedwabników.

Jakby tego było jednak mało, to w tym samym konkursie, srebrny medal wyskakał Rune Olijnyk z Norwegii. Skoro z Norwegii to może dobry skoczek, zapytacie? Nie, wręcz przeciwnie. Nigdy nie stał na podium zawodów Pucharu Świata, a przez dwa miesiące przed zawodami nie potrafił zdobyć nawet punktu. Rok po swoim największym sukcesie zakończył karierę, zaliczając jeszcze po drodze igrzyska olimpijskie, gdzie konkurs na dużej skoczni ukończył na siódmym miejscu. Uwaga, teraz będzie ciekawie! W chwili zakończenia kariery miał… 23 lata. Jak widać to kolejny dowód na to, że sukces na mistrzostwach nie zawsze służy sportowej długowieczności.

Żeby te konkursy oficjalnie zyskały rangę najciekawszych w historii, dodajmy jeszcze, że na skoczni dużej czwarte i piąte miejsce zajęli odpowiednio Heinz Kuttin i Stefan Horngacher. Pierwszy z nich dołożył do tego złoto na normalnym obiekcie. Przyznamy, że chętnie obejrzelibyśmy, co wtedy działo się na mistrzostwach.

Polski akcent

Mistrzostwa świata odbywały się w Lahti wielokrotnie. I często sukces odnosili tam Polacy – choćby wspomniany już Adam Małysz w 2001 roku czy Piotr Żyła i drużyna skoczków przed dwoma laty. W 1978 roku zrobił to Józef Łuszczek, który stał się absolutną sensacją po tym, jak zdobył dwa medale. Zaczęło się od brązowego na 30 kilometrów. Potem przyszedł dystans krótszy o połowę, na którym…

– Miałem numer 73. Startowałem w czwartej grupie, gdzie miałem za rywali czterech mocnych Rosjan. Już w trakcie biegu wiedziałem, że jestem drugi lub trzeci i miałem w głowie, że będzie drugi medal. Wpadłem na stadion, a na zakręcie przed metą trzeba było wyhamować praktycznie do zera. Widziałem wtedy czas, jaki mi pozostał do prowadzącego Jewgienija Beliajewa – to było pół minuty. Pomyślałem, że zdążę. Po wpadnięciu na metę nie wiedziałem jeszcze na pewno czy wygrałem, choć obstąpili mnie z każdej strony dziennikarze. Uwierzyłem dopiero dzień później, jak odegrano mi hymn i w górę poszła polska flaga – mówił Łuszczek Polsatowi Sport.

Nikt nie spodziewał się wtedy, że Polak może wygrać z zawodnikami ze Skandynawii czy Związku Radzieckiego. Osiągnięcie Łuszczka było ogromną niespodzianką. To mniej więcej tak, jakby na skoczni w tym roku triumfował któryś ze Szwajcarów. Bo wiemy, że kilku z nich ma potencjał na niezłe skakanie, ale o złocie – czy nawet medalu – żaden z nich nie powinien raczej myśleć. Marzyć mogą, ten tekst udowadnia, że wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń.

Wracając do Łuszczka – tajemnicą jego sukcesu była przede wszystkim znakomita wydolność organizmu, jedna z najlepszych na świecie. Równać się z nią mogli tylko biegacze ze ścisłej czołówki. Sama w sobie wiele by jednak nie dała. Polak był, jak opisały to fińskie media, „narkomanem treningu”. I to to uzależnienie przyniosło mu największy sukces w karierze. Jeśli ktoś byłby ciekaw szczegółów, może je znaleźć w książce „Droga do Lahti” trenera Edwarda Budnego, który wówczas szkolił Łuszczka i do dziś jest legendą polskiej myśli szkoleniowej.

Za medalami poszły inne wyróżnienia: został uznany najlepszym zawodnikiem całych mistrzostw, potem wygrał też plebiscyt „Przeglądu Sportowego” na sportowca roku w Polsce. Miał 22 lata – a medale zdobywali raczej doświadczeni zawodnicy – i wyznaczone wielkie cele na kolejne sezony. Zwłaszcza ten olimpijski, odbywający się dwa lata po mistrzostwach. Na igrzyskach miał zawalczyć o medal, może nawet złoto. Nie bez powodu został wybrany chorążym naszej kadry. Skończyło się na miejscach w czołówce, ale poza podium. Z jednej strony trudno się dziwić, skoro w kraju nie mieliśmy ani jednego dobrze przygotowanego miejsca, w którym mógłby trenować, a z drugiej może byłoby lepiej, gdyby nie… sam Łuszczek.

Polak zaczął imprezować, coraz częściej odpuszczał treningi. Jak sam wspominał, w rozmowie z Onetem: „Nie chciałem się już podporządkować ostremu treningowi, kiedy zobaczyłem, że niewiele z tego już wychodzi. Nie chciało mi się już poświęcać. W Polsce mogłem prawie w ogóle nie trenować, a i tak byłem najlepszy”. Już po igrzyskach zaliczył wypadek samochodowy. Potem rozstał się z trenerem. Jeśli już czymś imponował, to raczej poza trasami biegowymi, choć zdarzało się, że w Norwegii czy Finlandii nadal potrafił wygrywać.

120727.jpg

Józef Łuszczek z medalami MŚ. Fot. Newspix

Potem problemem stała się dla niego dowolność stylu – w czasach, gdy zaczął dominować styl łyżwowy, on biegał klasycznym. Rywale zaczęli bez problemu z nim wygrywać. Dopiero po kilku latach FIS postanowił oddzielić od siebie oba style. Wtedy – a miał już trzydziestkę na karku – wróciła do niego nadzieja, że w swojej karierze może coś jeszcze osiągnąć. Na mistrzostwa w 1987 roku go jednak nie wysłano. Jak sam twierdził – dlatego, że partyjnym działaczom powiedział wprost: „nie można być pewnym, że zdobędę tam medal”. Ci stwierdzili, że skoro tak, to nie ma sensu wydawać pieniędzy na jego występ. I tyle było z nadziei.

To była jego ostatnia szansa na kolejny sukces. Niewykorzystana, choć tym razem nie z jego winy. Rok później już nie biegał. Dziesięć lat po swoim największym sukcesie postanowił zakończyć karierę. Przypominają mu o niej trofea i medale oraz… problemy zdrowotne. Onetowi mówił:

– Mam powycinane stawy i poodmrażane palce u nóg. Wiele razy miałem buty pełne krwi. Ile razy schodziły mi paznokcie. Sport doprowadził do inwalidztwa. Mam schorowany kręgosłup, bo jak głupi przerzucałem tony ciężarów [nie tylko w trakcie kariery, ale i pracując na budowach – przyp. red.]. […] Pewnie, że było trochę szaleństwa w życiu, ale przy niektórych sportowcach byłem aniołkiem. Pucharów mam masę, medali też, a przede wszystkim mam satysfakcję. Byłem przecież mistrzem świata.  

Znane nazwiska

Zdarzają się konkursy, w których wygrywa gość ze znanym nazwiskiem i wieloma sukcesami na koncie. Patrząc na to z perspektywy czasu, bez wgłębiania się w okoliczności towarzyszące takiemu triumfowi, możecie stwierdzić, że żadnej niespodzianki nie było. I nie będziecie mieli racji. To tak jak z piłkarskim mistrzostwem RFN w 1954 roku. Niby Niemcy, niby wszystko się zgadza, a jednak w finale mieli przegrać z niesamowitymi Węgrami. I to kilkoma bramkami.

Ujmując wszystko chronologicznie: pierwszym z wielkich, którzy nie mieli zostać mistrzami, był Jari Puikkonen. To jeden ze znakomitych skoczków początku lat 80., pewnie byłby znacznie bardziej znany, gdyby nie szalał wtedy jego rodak – Matti Nykaenen. Złoto mistrzostw świata w lotach (1981) czy brązowe medale igrzysk (1980 i 1984) muszą jednak budzić respekt. Na mistrzostwach świata był za to dwa razy srebrny – w 1982 i 1985 roku. A nie wspomnieliśmy nawet o sukcesach drużynowych, których Finowie mieli wtedy mnóstwo.

Sęk w tym, że od 1985 roku zaczął się jego zjazd. Kolejne sezony Pucharu Świata kończył poza pierwszą dziesiątką klasyfikacji generalnej, na podium zawodów stał tylko dwa razy – w Innsbrucku oraz w Lahti. W obu przypadkach był to sezon 1985/86. Wciąż był jednak istotnym punktem drużyny – w 1988 zdobył, będąc jej członkiem, jedyne złoto olimpijskie w swojej kolekcji. Rok później zaskoczył jednak wszystkich, łącznie ze sobą i wyskakał sobie mistrzostwo świata na dużej skoczni. Wykorzystał sprzyjające okoliczności – mistrzostwa odbywały się we wspomnianym Lahti, w którym mieszkał od dziecka, a skocznię znał jak własną kieszeń. Na niższych stopniach podium stanęli Jens Weifsslog i Matti Nykaenen. Legendy, które tym razem musiały uznać wyższość kolegi po fachu.

*****

Już cztery lata później mistrzem świata został Masahiko Harada. Członek wielkiego pokolenia Japończyków, do którego należeli też Takanobu Okabe czy Kazuyoshi Funaki. Sam też przez kilka sezonów zaliczał się do światowej czołówki. Co więc tu robi? To proste: w 1993 roku był 25-latkiem, który na swoim koncie nie miał absolutnie żadnego sukcesu. Co prawda trzeba mu oddać, że w sezonie 1992/93 potrafił wskoczyć nawet na czwarte miejsce w zawodach Pucharu Świata, ale traktowano to raczej jako wybryk, a nie zapowiedź czegoś wielkiego. Tymczasem na normalnej skoczni w Falun prezentował się fantastycznie – w pierwszej serii skoczył zdecydowanie najdalej – 92,5 metra. Poza nim tylko Włoch Ivan Lunardi wylądował poza linią dziewięćdziesiątego metra. W drugiej wystarczyło nic nie zepsuć, bo rywale nie zachwycili. Zrobił to i mógł się cieszyć ze złota.

Jakby tego był jednak mało, to cztery lata później zdobył swój drugi tytuł mistrza świata. Po złoto sięgnął akurat… w absolutnym dołku swojej kariery. O ile sezony 1995/96 i 1997/98 były dla niego bardzo udane, o tyle w tym pomiędzy nimi prezentował się beznadziejnie. Stanął na podium raz – był trzeci w japońskiej Hakubie, którą doskonale znał. Zdobył tam 60 punktów ze 156, jakie zgromadził na swym koncie. A jednak na mistrzostwach znów eksplodował formą. I nie była to kwestia szczęścia czy pojedynczego podmuchu wiatru. Zdobył tam bowiem dwa medale: na skoczni normalnej lepszy był tylko Janne Ahonen, a na dużej na Haradę nie było już mocnych. Na koniec zdobył jeszcze srebro w drużynie. I choć w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata był dopiero szóstym z Japończyków, tak na mistrzostwach został ich absolutnym bohaterem.

*****

Pomiędzy jednym a drugim sukcesem Harady, w 1995 roku, najlepszy na dużej skoczni w Thunder Bay okazał się Tommy Ingebrigtsen. Norweski skoczek może nigdy wybitnym zawodnikiem nie był, ale w pamięci kibiców potrafił się zapisać bardzo dobrymi występami. Przez lata był też ważnym punktem drużyny, z którą zdobywał medale największych imprez.

W 1995 roku Ingebrigtsen był jednak gościem, który na mistrzostwa… właściwie nie powinien pojechać. Uratowało go to, że Norwegie nie była wtedy potęgą w skokach i do kadry ostatecznie się załapał. Inna sprawa, że nie istniały wtedy też tak ścisłe limity – obok Ingebrigtsena w konkursie wzięło udział czterech innych Norwegów, dziś Tommy pewnie byłby tym odpalonym. Ale nikt nie mógł spodziewać się niczego wielkiego po człowieku, który w poprzednim sezonie zgromadził na swoim koncie 52 punkty Pucharu Świata, a w trwającym… wystartował dwa razy i dwukrotnie był 41. A że kanadyjskie mistrzostwa rozgrywano na jego końcu, to zera w rubryce punktów nie udało mu się już zmienić.

Niezbadane są jednak wyroki mistrzostw. Ingebrigtsen wygrał, wyprzedzając Andreasa Goldbergera. Już po pierwszej serii było wspaniale, bo Norweg prowadził o dwa punkty. W drugiej oddał skok życia – wylądował na 137 metrze, podczas gdy drugi najdłuższy w całym konkursie wynosił 127,5(!). To zresztą jego odległość z pierwszej próby. No i Goldbergera, który dwa razy skoczył dokładnie w to miejsce. W normalnych okolicznościach zostałby mistrzem świata, nie było co do tego wątpliwości. Trzeci Jens Weifsslog poszybował odpowiednio na 125,5 i 112,5 metrów. Niemiec tracił do Austriaka ponad 30 punktów. Okoliczności nie były jednak normalne, bo Tommy po prostu rozniósł system.

Swoją drogą dwa lata później skocznie zamknięto, dziś są ruiną. Regularnie pojawiają się co prawda pomysły ich reaktywacji, ale na razie nic z nich nie wynika. Dlaczego o tym piszemy? Bo to oznacza, że od niemal 24 lat rekordzistą Big Thunder jest właśnie Norweg. Nikt nie skoczył tam dalej niż on, gdy leciał po złoto.

Czy i na tych mistrzostwach ktoś sprawi sensację i pokusi się o zdobycie złota? Zobaczymy, zapewne znajdzie się do tego kilku kandydatów. Jeśli któremuś z nich by się to udało, chcielibyśmy, by był to akurat ktoś z biało-czerwoną flagą przy nazwisku.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix