Plan był taki: albo uda się w Bułgarii, albo idę do pracy. Udało się!
Weszło Extra

Plan był taki: albo uda się w Bułgarii, albo idę do pracy. Udało się!

Daniel Kajzer jeszcze niecałe dwa lata temu zastanawiał się, czy nie nadchodzi czas na szukanie nowego zajęcia. Miał już 25 lat, a wciąż bronił w drugoligowym ROW-ie Rybnik. Latem 2017 niespodziewanie pozyskał go jednak zdobywca Pucharu Bułgarii – Botew Płowdiw. Kajzer większość pierwszego sezonu spędził na ławce, ale w tym jest niekwestionowanym numerem jeden i wyrósł na czołowego bramkarza bułgarskiej ekstraklasy. Już tej zimy interesowało się nim wiele klubów. Kto wie, czy latem nie będzie bohaterem ciekawego transferu.

W rozmowie z Weszło opowiada o realiach bułgarskiego futbolu, meczach ligowych w bazie treningowej zamiast na stadionie, medialnej wrzawie wokół rozmów o nowej umowie, ale też o błędach, które popełnił wcześniej i trenerze bramkarzy, bez którego nie byłby w obecnym miejscu. Zapraszamy. 

We wtorek zremisowaliście na wyjeździe z Łudogorcem. Sukces dla was?

Z jednej strony tak, przed spotkaniem punkt wzięlibyśmy w ciemno. Ale patrząc po przebiegu meczu, mogliśmy nawet zdziałać coś więcej, Łudogorec na początku wiosny nie jest w najwyższej formie.

Botew aktualnie zajmuje czwarte miejsce w tabeli, są realne szanse na podium. Jak to się ma do waszych założeń?

Przed sezonem jedynym jasno określonym celem było wejście do grupy mistrzowskiej. Podobnie jak w Polsce, liga po fazie zasadniczej jest dzielona, punkty zostają. Różnica polega na tym, że w Bułgarii ta lepsza grupa liczy sześć drużyn, a gorsza osiem, nie jest po równo. W mistrzowskiej każdy z każdym gra mecz i rewanż, w spadkowej grają ze sobą po jednym razie, potem są jeszcze jakieś play-offy. Strasznie pokręcone, a dodatkowo na koniec siódmy zespół w tabeli – czyli zwycięzca grupy spadkowej – gra z czwartym zespołem z grupy mistrzowskiej mecz barażowy o Ligę Europy. Chyba że akurat ta siódma drużyna wygra krajowy puchar, wtedy do meczu nie dochodzi. Taka dodatkowa atrakcja i motywacja regulaminowa. Dla mnie to trochę dziwne, ale nie mieszam się. W każdym razie, mamy spokojnie wejść do szóstki i powalczyć w Pucharze Bułgarii. Na razie się udaje, przeszliśmy już dwie rundy i w ćwierćfinale mierzymy się z Czerno More.

Jak środowisko piłkarskie w Bułgarii komentuje takie uatrakcyjnianie ligi?

W klubie nikt zbytnio o tym nie rozmawia. Jak dotąd wchodziliśmy do czołowej szóstki i te bardziej pogmatwane opcje nas nie dotyczą. Ale wielu jest zdziwionych, że ktoś ląduje w grupie spadkowej i mimo to ma potem jeszcze szanse na puchary kosztem kogoś, kto jest w grupie mistrzowskiej. Udziwnianie na siłę.

Dla ciebie ten sezon może być przełomem i trampoliną na jeszcze wyższy poziom. W Botewie jesteś teraz żelaznym numerem jeden.

Wykorzystałem swój moment. Pierwsze pół roku, poza mocnym wejściem w Superpucharze Bułgarii, spędziłem na ławce. Na przełomie marca i kwietnia coś się ruszyło, mój rywal do gry był w słabszej formie, wskoczyłem do składu i już tego nie wypuściłem. Od 30. kolejki tamtego sezonu nie opuściłem żadnego meczu ligowego.

Czujesz, że jesteś w życiowej formie?

Przede wszystkim bronię na dobrym, równym poziomie, nie notuję większych wpadek. Są mecze, w których trzeba pomóc drużynie i najczęściej udaje się to zrobić. Ogólnie jestem zadowolony ze swojej dyspozycji, choć zdaję sobie sprawę, że każdy bramkarz od czasu do czasu zawali jakiegoś gola i prędzej czy później też może mi się to zdarzyć.

Przychodząc do Botewu miałeś świadomość,  że na początku raczej czeka cię ławka?

To się działo bardzo szybko, dostałem telefon i po tygodniu przyjechałem. Wiedziałem, że drużyna zagra w eliminacjach Ligi Europy i tyle. Nie za bardzo nawet czułem, czego powinienem się spodziewać. Nie ukrywam, że początek był dla mnie ciężki. Pierwszy raz za granicą, nowy kraj, przez pierwsze tygodnie mieszkałem sam, a i przeskok sportowy był wyraźny. Przechodziłem przecież z II ligi polskiej do bułgarskiej ekstraklasy. Było mi trudno. Myślałem, że ten występ w Superpucharze Bułgarii z Łudogorcem – wygraliśmy go po karnych, a ja jeden obroniłem – jakoś utoruje mi drogę i okaże się przełomowy, a jednak później nadal byłem rezerwowym. Zacisnąłem zęby, przeczekałem i teraz jest już dobrze – na boisku i poza nim.

We wspomnianym Superpucharze zapadłeś w pamięć, gdy ekspresyjnie cieszyłeś się po obronionym karnym.

Zupełnie się nie spodziewałem, że mogę wtedy wystąpić. Chodziło o prestiżowe spotkanie dla nas i dla kibiców, a Ivan Cvorović był żelazną „jedynką”. Trener jednak chciał mnie sprawdzić i wstawił do składu. Informację o tym dostałem dopiero w dniu meczu. Fajnie wyszło i sądziłem, że może teraz to ja będę grał w lidze, ale znów wylądowałem na ławce. Co nie zmienia faktu, że miło wracać do tamtych chwil. Dla mnie to była wielka sprawa. Dopiero co grałem na trzecim poziomie w Polsce, a tu nagle bronię przeciwko drużynie, która co roku jest w pucharach i jej kosztem zdobywam pierwsze trofeum w karierze. Idealne wejście do nowego klubu.

A co do tej radości – ogólnie lubię ją okazywać po udanych interwencjach. Skoro napastnicy często mocno się cieszą po strzelonym golu, dlaczego ja będąc bramkarzem nie mogę tego zrobić, gdy coś mi ewidentnie wyjdzie? Zaczęło się w Rybniku, samo przyszło i tak już zostało. Teraz jednak nie robię już tego tak często. Nie chcę też wychodzić na pajaca, który cieszy się za każdym razem, gdy złapie piłkę. Ale jak obronię rzut karny? Oczywiście, że będzie radocha!

Czułeś po tym występie, że przekonałeś do siebie wszystkich w zespole?

Bardziej czułem, że przekonałem kibiców. Wiadomo, jak patrzyli na początku. Przychodzi bramkarz z II ligi polskiej, dla nich kompletny anonim, a tu mowa o klubie, który zdobył krajowy puchar, zagra o Superpuchar i w eliminacjach Ligi Europy. Mogłem wtedy udowodnić, że można na mnie liczyć.

Jak w ogóle Botew się tobą zainteresował? Raczej nie wysyłał skautów do Rybnika.

Zaczęło się od życzeń świątecznych, które wymieniłem z Adamem Stachowiakiem. Znaliśmy się z czasów Górnika Zabrze. Wysłałem smsa, odpisał, zdzwoniliśmy się. Zapytał, jak tam moja sytuacja w Rybniku i czy nie miałbym ochoty przyjechać na testy do Botewu. Grał w tym klubie dwa i pół roku, jest w nim bardzo dobrze wspominany. Stwierdziłem, że czemu nie, jadę. Przyjechałem w przerwie zimowej, potrenowałem tydzień. Warunki trudne, przechodziły śnieżyce, ale już wtedy zaproponowano mi kontrakt. Miałem jednak jeszcze pół roku umowy w Rybniku. ROW chciał jakichś pieniędzy za transfer, a Botew trzyma się zasady, że bierze tylko wolnych zawodników. Musiałem przeczekać cztery miesiące i wróciłem.

Cały czas miałeś kontakt z Bułgarami? Wiedziałeś, że pójdziesz tam latem?

Szczerze mówiąc, zapomniałem już o temacie, gdy znów się odezwali. Wywalczyli krajowy puchar, drugi bramkarz się wykruszył i szukali kogoś na szybko. Minął tydzień i już byłem piłkarzem Botewu.

Od razu się zdecydowałeś, czy miałeś jakieś wątpliwości? 

Nie miałem żadnych rozterek. Powiedziałem sobie, że to dla mnie ostatni dzwonek, żeby coś poważniejszego zdziałać w piłce. Najbardziej zależało mi na występach w najwyższej klasie rozgrywkowej. Skoro nie udało się w Polsce, to bułgarskiej szansy nie przegapiłem. Tego potrzebowałem, chciałem się pokazać, a wiedziałem, że z Bułgarii dość łatwo się wybić do lepszej ligi, obserwuje ją wielu skautów. Pod tym kątem patrzyłem.

W Rybniku zaczęły się pojawiać myśli, że jeszcze chwila i trzeba będzie szukać nowego pomysłu na życie?

Tak. Plan był taki, że albo się teraz uda, albo pora iść do pracy. Miałem już 25 lat na karku, trzeba było zacząć układać sobie życie. Zaryzykowałem z tym wyjazdem i nie żałuję.

Do jakiej pracy mógłbyś iść?

Nie miałem sprecyzowanej wizji, nie mam wyuczonego zawodu czy jakichś szczególnych talentów do pozapiłkarskich zajęć. Czułem jednak, że nadchodzi pora rozstrzygnięć. Najpierw niby w Rybniku chcieli przedłużyć mój kontrakt, ale pod koniec sezonu 2016/17 do bramki wskoczył Kacper Rosa, dobrze się prezentował i już tej chęci ze strony klubu za bardzo nie było. Wtedy zacząłem się nastawiać, że być może trzeba będzie poszukać normalnej pracy.

Z drugoligowej pensji mogłeś normalnie wyżyć?

Mogłem, o ile nie było problemów z płatnościami, a one nieraz się pojawiały. Miesiąc czy dwa opóźnienia i zaczynało się robić nieciekawie, bo mieć z takiej pensji górkę finansową byłoby bardzo ciężko. Miałem w tej kwestii kilka kryzysowych sytuacji, ale na szczęście to już za nami.

Pilka nozna. Sparing. Piast Gliwice - Botew Plowdiw. 29.01.2019

Widzę, że dość gorącym tematem w bułgarskich mediach jest ostatnio kwestia twojego nowego kontraktu z Botewem. 

Śmiejemy się z żoną, że od trzech miesięcy nie ma poniedziałku, w którym nie byłoby tutaj nowego tekstu o mnie. Już trzy razy donoszono, że przedłużyłem umowę. Teraz narracja jest taka, że wybrzydzam, że pieniądze mi nie odpowiadają, atakowani są moi agenci. Nie mam pojęcia, kto to wymyśla i pisze. Mam tylko nadzieję, że nie jest to nikt z klubu, bo jednak ufam tym ludziom i lubię ich. Byłbym niemile zaskoczony, gdyby okazało się, że te rzeczy wychodzą od nich. Co do nowego kontraktu – na początku grudnia rozmowy się zaczęły, na początku stycznia zakończyły. Od tego momentu cisza, nikt się za bardzo nie stara do nich wrócić, nikt się z nami nie kontaktuje. A media sobie piszą.

Opierając się na portalu sportal.bg wychodzi na to, że jeszcze przed Bożym Narodzeniem ustaliłeś z klubem pensję na poziomie 6,5 tys. euro, ale wtedy do gry weszła twoja agencja, której musisz odpalić „działkę” i dlatego wynagrodzenie powinieneś mieć wyższe, żeby dla wszystkich starczyło. Dodatkowo agencja miałaby żądać 50 tys. lewów. 

Też to czytałem. Co do kwot, nic tam nie jest prawdą. Na początku mocno się wkurzałem po kolejnych medialnych rewelacjach. Piszą takie pierdoły, że szok. Mieliśmy trzy tygodnie wolnego, obiecaliśmy sobie z żoną, że poświęcamy je w Polsce tylko dla siebie i dla rodziny, a chodziłem jak zombie. Wszystko czytałem, przeżywałem. Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji. Nie mam jednak na to wpływu, staram się już nie denerwować. Tak jak mówię, oby tylko nie były to rzeczy dyktowane przez klub, co miałoby być jakąś formą nacisku na mnie.

Czyli chodziło o normalne rozmowy i okoliczności, nie ma drugiego dna?

Mogę ci powiedzieć tyle, że ze mną klub rozmawiał, natomiast nie może się porozumieć z moimi agentami – Jarkiem Kołakowskim i Łukaszem Krupą. W zasadzie się z nimi nie kontaktuje, wszystko od razu idzie do mnie. A że teraz zaczęła się runda, mamy napięty terminarz i swoje cele do zrealizowania, nie chcę zaprzątać sobie tym głowy. Wychodzę z założenia, że po to reprezentuje mnie agencja, żeby zajmowała się tymi rzeczami. Czekamy.

Faktycznie ustaliłeś już swoją pensję z klubem i wtedy pojawiły się problemy?

Było blisko, ale potem gdzieś się rozminęliśmy. Na razie nic nie wskazuje na to, żebym przedłużył kontrakt. Za każdym razem powtarzam, że chciałbym, ale od chcenia do zrobienia daleka droga.

Według wspomnianego źródła, jeśli nie dogadacie się w najbliższym czasie, zostaniesz odstawiony od składu.

Póki co w klubie nikt nie daje mi tego odczuć. Gdyby chcieli tak zrobić, to sobie też zaszkodzą. Mam kontrakt do czerwca, drugi bramkarz tak samo. Dlaczego miałbym nie grać przez to, że nie podpisałem nowej umowy? To byłoby dziwne. Najchętniej zupełnie odciąłbym się od całego zamieszania, w ogóle o nim nie myślał, ale nie da się skoro regularnie piszą o tobie bzdury.

Kibice nie zaczynają tracić sympatii do ciebie?

Nie, mam bardzo dobry kontakt z kibicami. Oni wiedzą, jak wygląda sytuacja, a wcześniej widzieli, że przez pierwszy sezon bardzo ciężko pracowałem, żeby wywalczyć sobie skład i na boisku nie zawodzę. Jeśli już komentują, to raczej z nadzieją, że uda się porozumieć. Chcą mojego pozostania.

Pisano też, że z „niejasnych powodów” wyjechałeś na kilka dni do Polski i opuściłeś sparing.

Nie zagrałem w ostatnim sparingu przed ligą, ale wszystko odbyło się w porozumieniu z klubem. Mama w sobotę miała urodziny, robiła pięćdziesiątkę i bardzo zależało mi, żeby się na tym wydarzeniu stawić, zwłaszcza że jestem jedynakiem. Porozmawiałem z trenerem, zgodził się. W piątek po południu poleciałem do Polski, w sobotę rano zrobiłem sobie trening, w niedzielę byłem z powrotem. Cała historia. Znów bułgarskie media same nakręciły aferę.

Wychodzi na to, że media w Bułgarii są dość agresywne i plotkarskie.

Na podstawie swoich doświadczeń mogę potwierdzić. Ale może akurat mam pecha i generalizuję. Dziwna sprawa, sam nic nie robię w kierunku tego, żeby o mnie pisano. Żadnych ekscesów, żadnych afer, ale jak widać, ktoś je robi za mnie. Może kiedyś wyjdzie, o co naprawdę chodziło.

Bułgarscy dziennikarze kontaktowali się z tobą, chcieli znać twoją wersję?

Raz skądś napisali, zapytali, jak wygląda sytuacja. Powiedziałem im to samo, co tobie: na ten moment nie ma żadnych negocjacji i tyle.

Podsumowując ten wątek: chętnie zostałbyś w Botewie na kolejne lata?

Zimą pojawiło się parę innych opcji. Nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji, nigdzie nie chcę zamykać sobie drogi. Zobaczymy. Im więcej będę się nad tym zastanawiał, tym gorzej. Sezon trwa, wiele meczów przed nami, na tym się skupiam.

Sygnały z Ekstraklasy też miałeś?

Łukasz Krupa jakiś czas temu dzwonił, że jest zainteresowanie z Belgii i Włoch. Z Polski były dwa telefony bezpośrednio do mnie, jedną rozmowę odbyłem nawet w cztery oczy. Zobaczymy, co się wydarzy latem, niczego nie wykluczam.

Zaistnienie w Ekstraklasie było twoim celem we wcześniejszych latach. 

Grając w II lidze polskiej marzyłem o tym, ale grając w Botewie nie mogę mówić, że Ekstraklasa jest marzeniem, bo jestem w bułgarskiej ekstraklasie, walczymy o krajowy puchar i start w Lidze Europy. Myślę, że sportowo jestem już na tym samym poziomie.

A w kwestii Górnika Zabrze?

Występy dla tego klubu były moim marzeniem. Jestem wychowankiem Górnika, fajnie byłoby zagrać na nowym stadionie przed tak liczną publicznością. Ale marzenia marzeniami, a życie życiem. Gdyby jednak pojawiła się oferta z Zabrza, na pewno poważnie bym ją przemyślał.

Pogawędka z Jarosławem Tkoczem przy okazji styczniowego sparingu Botewu Płowdiw z Piastem Gliwice. Fot. FotoPyk

Pogawędka z Jarosławem Tkoczem przy okazji styczniowego sparingu Botewu Płowdiw z Piastem Gliwice. Fot. FotoPyk

Jak scharakteryzowałbyś ligę bułgarską względem naszej?

Ekstraklasy aż tak bardzo nie znam, oglądałem ją jedynie w telewizji lub z trybun, ale wiadomo, że jakiś ogólny obraz to daje. Moim zdaniem w Bułgarii jest więcej piłkarzy technicznych, więcej swobodnej gry. Śledząc polską ligę odnoszę wrażenie, że większą wagę przywiązujemy do taktyki i siły, a tutaj po prostu bardziej gra się w piłkę. Może to właśnie efekt tego, że częściej sprowadza się Brazylijczyków i Portugalczyków. Ale to tylko moje wnioski, nie muszą być właściwe.

Powiedziałeś niedługo po transferze, że otoczka wokół Botewu robi wrażenie. Co miałeś na myśli? Frekwencyjnie szału nie ma, w tym sezonie na hitowych meczach było 3 tys. widzów, a tak to zdarzało się mniej niż tysiąc.

Trudno tu mówić o frekwencji, bo jak na razie… Botew nie ma stadionu. Stary został wyburzony 5-6 lat temu. Jeden właściciel miał budować nowy, potem drugi. Teraz jest kolejny, który ostro się za to wziął. Jak już ten obiekt powstanie, zespół naprawdę będzie walczył o mistrzostwo, a potem o Ligę Mistrzów. Otoczka wokół klubu jest fantastyczna. Kibice – szacun. Aktualne liczby widzów są w tym względzie mocno mylące. Domowe mecze rozgrywamy w bazie treningowej, z jedną trybuną. Nieraz więcej kibiców jedzie na wyjazd niż przyjdzie u siebie, bo nie ma gdzie ich pomieścić. Jedna trybuna, plus za bramką jakaś klatka na 200 osób. Sektor gości to dwa rzędy krzesełek. Pewnych rzeczy w tym momencie nie przeskoczymy.

I mimo to Botew dostał licencję?

Musiałbyś tu zobaczyć inne stadiony (śmiech). Bułgarzy nie mają tyle pieniędzy co my, żeby praktycznie każdy klub miał nowy obiekt. Najładniejszy stadion posiada Łudogorec. Też jeszcze nie jest w pełni gotowy, ale już robi wrażenie. Tylko że akurat tam nie ma szału z kibicami. Moim zdaniem liga bułgarska mocno odstaje od polskiej infrastrukturalnie, jednak jeśli chodzi o otoczkę i zainteresowanie mediów, większej różnicy już nie widać. Co nie znaczy, że nie mają tu rezerw. Transmisje z meczów są, stoją na niezłym poziomie, ale nie są tak rozbudowane jak te z Canal+. Inna sprawa, że przy brzydkich stadionach żadna technologia nie sprawi, by ładnie wyglądały w telewizji. To nie do przeskoczenia.

Poza Łudogorcem bułgarskie kluby od lat cieniują w pucharach.

Łudogorec cały czas daje radę, praktycznie co roku jest w fazie grupowej Ligi Mistrzów lub Ligi Europy. Wielkich sukcesów tam nie osiąga, ale już sama obecność się liczy. A pozostali? Jest duża presja na Lewskim i CSKA Sofia, żeby wreszcie bardziej zaistniały i przynajmniej wchodziły do grupy LE. To najpopularniejsze kluby, z największym potencjałem kibicowskim. Od nich najwięcej zależy w kontekście tego, jak ogólnie liga bułgarska będzie wyglądać w europejskich rankingach.

Tej zimy Górnik Zabrze sprowadził Ishmaela Baidoo z Septemwri Sofia i Borisa Sekulicia z CSKA Sofia. Kojarzysz ich?

Baidoo kojarzę, graliśmy przeciwko sobie w listopadzie. Jakoś mocno się wtedy nie wyróżniał. Można jedynie było zaobserwować, że jest bardzo, bardzo szybki. Trener uczulał nas na to jeszcze przed meczem. Ogólnie Baidoo nie miał łatwo o liczby, Septemwri broni się przed spadkiem. Ale to młody chłopak, jeszcze wszystko przed nim. Co do Sekulicia, dopiero po jego transferze do Górnika uświadomiłem sobie, że był ktoś taki w CSKA. Grał tam tylko pół roku, nie zdążył się rzucić w oczy. Samemu nie zagłębiam się w drużyny rywali, z kolei na odprawach z trenerem analizujemy głównie grę pomocników i napastników, a Sekulić jest obrońcą.

Kto z rywali najbardziej zalazł ci za skórę?

Najbardziej… mój klubowy kolega Todor Nedelew. Chyba będę go pamiętał do końca życia. To niesamowite, co gość potrafi wyczyniać z piłką, jak ją uderzyć. Naprawdę duża klasa. A z rywali przede wszystkim cała ofensywa Łudogorca, Lewskiego i CSKA oraz napastnik Beroe, Martin Kamburow. Zaraz kończy karierę, ma już 38 lat. Mimo wieku nadal prezentuje wielką klasę. W tym sezonie strzelił już 13 goli, jest w czołówce klasyfikacji strzelców, a ogółem ma w tej lidze ponad 200 bramek. Potrafi zrobić coś z niczego.

Nedelew to nie tylko gwiazda Botewu, ale i całej ligi. Mógłby też grać pierwsze skrzypce w Legii czy Lechu.

Też tak sądzę, tyle że do Polski nie przyjdzie. Było jakieś zainteresowanie, ale ludzie, którzy mu doradzali, mówili, że u nas nie ma piłki dla niego. Mógłby mieć problem z siłowym, agresywnym stylem gry. On jest zawodnikiem technicznym, piłka musi być na ziemi.

Zimą z Grecji przyszedł do was Anton Karaczanakow, spore rozczarowanie transferowe Cracovii.

Bardzo dobrze mówi po polsku, szybko się nauczył. Możemy się swobodnie dogadywać. Ale ogólnie nie ma z tym problemu, szatnia Botewu nie dzieli się na grupki. Trzymamy się razem, jest naprawdę dobra atmosfera.

Na co dzień w jakim języku się porozumiewasz?

Teraz już po bułgarsku. Na początku po angielsku, ale z czasem nauczyłem się bułgarskiego – oczywiście jeśli chodzi o mówienie, do pisania czy czytania nawet nie startuję.

Od początku twoim trenerem w Botewie jest Nikołaj Kirow. Widać coś specyficznego w jego pracy w porównaniu do polskich szkoleniowców?

Duża wagę przywiązuje do gry w obronie, tu wszystko ma być zorganizowane i funkcjonować według nakreślonych schematów. Piłkarze ofensywni mają natomiast swobodę, nie są tak ściśle osadzeni w taktyczne ramy. Oczywiście w jakimś stopniu pewne kwestie też ich obowiązują, ale jest szerokie pole do improwizacji. Mamy swój styl gry, ale nie zabija on luzu z przodu.

Widać sporo podobieństw do kariery twojej i Patryka Procka. Podobny wiek, nieudany pobyt w Zabrzu, on też przewinął się przez Rybnik i grał tylko w niższych ligach, a teraz nieźle radzi sobie w cypryjskim AEL-u Limassol. Dlaczego tak długo pozostawałeś w cieniu i dopiero w Bułgarii możesz wypłynąć na szersze wody?

Ostatnio rozmawiałem z Łukaszem Krupą i zadał mi to samo pytanie: czemu nikt nie zwrócił na mnie uwagi w II lidze, a teraz po w zasadzie jednej rozegranej rundzie w Bułgarii pojawiło się spore zainteresowanie z Ekstraklasy? Tak to trzeba nazwać, bo doszło już do konkretów. Historia „Procy” faktycznie jest tu dość podobna. Nie mam pojęcia, czemu to się tak układało. Nie tylko nasza dwójka znajdowała czy znajduje się w takiej sytuacji. W niższych ligach jest wielu piłkarzy z potencjałem na znacznie większe granie, ale trzeba ich znaleźć i im zaufać.

W Górniku w jednym roczniku rywalizowałeś z Dawidem Kudłą, rocznik wyżej był Łukasz Skorupski. W tamtym czasie chyba nie było widoków na skład?

Byłoby bardzo ciężko się przebić. Dziś jest trend, by stawiać na młodzież i myślę, że gdyby teraz ktoś z nas bronił w juniorach, to dostałby prawdziwą szansę w Górniku.

Ale w pewnym momencie ty i Kudła zrezygnowaliście z wyjazdu na obóz z pierwszą drużyną. O co chodziło?

Byliśmy młodzi i głupi. Dawidowi może tamten ruch wyszedł na dobre, bo wyjechał na Cypr, zrobiło się o nim nieco głośniej, wrócił do Polski i szybciej się przebił. Ja dłużej siedziałem w niższych ligach. A o co chodziło? Chcieliśmy dostać jakiś kontrakt w Górniku, takich planów wobec nas raczej nie było. Uznaliśmy więc, że albo zostajemy we dwójkę, albo nikt nie jedzie. Czuliśmy, że i tak nie mamy szans na skład, że byłaby to trochę sztuka dla sztuki, choć po prawdzie, nie wiem, jakie trener miał wobec nas zamiary. Dziś na pewno postąpiłbym inaczej. Nawet jeśli szanse były minimalne, zawsze warto się pokazać na obozie, nic do stracenia nie ma.

W 2012 roku odszedłeś do ROW-u Rybnik. Pierwszy sezon w tym klubie dotychczas uważałeś za swój najlepszy w karierze.

Grałem regularnie, wywalczyliśmy awans do I ligi. Same pozytywy. Wtedy też myślałem, że może nadchodzi moment przełomowy. Byłem młody, tu już zaplecze Ekstraklasy, na którym też parę meczów się zaliczyło. Życie jednak zweryfikowało moje oczekiwania.

W I lidze straciłeś status młodzieżowca i to był problem.

Tak, bo trener Ryszard Wieczorek nadal wolał, by młodzieżowcem był bramkarz. Ale też nie ukrywam, że moja forma w okresie przygotowawczym nie była na tyle wysoka, by trener mógł na mnie z czystym sumieniem postawić. Dopiero po paru kolejkach wskoczyłem do składu. Pierwszemu bramkarzowi nie szło, nie pomagał na tyle, na ile liczono i wróciłem do gry. Sądzę, że z niezłym skutkiem, ale potem zmieniono trenera, przyszedł Jan Furlepa i u niego nie zaistniałem. Do regularnego grania wróciłem dopiero po spadku i też nie od razu, tylko wiosną.

Przełomem dla ciebie, choć dostrzegalnym później, było zatrudnienie w Rybniku jako trenera bramkarzy Daniela Pawłowskiego.

Bez niego nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Wiadomo, że najważniejsza była moja zmiana i moja praca, ale z trenerów zawdzięczam mu najwięcej i będę to powtarzał. Zmienił mnie mentalnie i otworzył oczy na wiele czysto bramkarskich aspektów, na które nawet bym nie wpadł. Wcześniej z trenerami zawsze był nacisk na pracę jako taką. On w swoich analizach wskazywał mi konkrety – gdzie, co, jak i w którym momencie należy zrobić. Ktoś powie, że w Rybniku byłem o dwa lata za długo, ale gdybym wyjechał wcześniej, nie poznałbym trenera Pawłowskiego i wiele stracił jeśli chodzi o swój rozwój. Współpraca się nie urwała, nadal korzystam z jego analiz. Bardzo go szanuję.

Daniel Kajzer i Daniel Pawłowski. Fot. newspix.pl

Daniel Kajzer i Daniel Pawłowski. Fot. newspix.pl

Daniel Pawłowski prowadzi autorskie szkolenia Trening Decyzji Bramkarzy, gdzie najważniejsze jest podejmowanie decyzji i przewidywanie boiskowych wydarzeń. Na czym polega różnica, skoro tak bardzo to odczułeś?

Na tym, że w grze przestajesz się opierać tylko na instynkcie, na odruchach. Na przykład zamiast odruchowo iść na bliższy słupek, gdy ktoś zamyka akcję strzałem, zostajesz bliżej dalszego, bo liczby pokazują, że większość takich akcji jest kończona właśnie w ten sposób, twoje szanse na obronę rosną z powodu samego ustawienia. Różnicę bardzo szybko odczułem. Nie powiem, że już po pierwszym treningu, bo byłaby to nieprawda. Na samym początku miałem sceptyczne podejście do tych analiz i śmiałem się z nich, ale gdy zobaczyłem, że one naprawdę działają i pomagają, chłonąłem je. Daniel patrzy na piłkę od zupełnie innej strony – liczy jakieś sekundy, ile masz czasu na reakcję, jak to wygląda procentowo, kiedy możesz iść na wyczucie, a kiedy musisz stać do końca i tak dalej. Jest tego tyle, że mógłbym ci dwa dni o tym opowiadać.

Krótko mówiąc: nie chodzi o poprzestaniu na ćwiczeniu refleksu czy zwinności, ale też myślenie, analizę sytuacji.

Dokładnie. Analiza z trenerem Pawłowskim, dobry trening w Bułgarii i przynosi to owoce.

Mówiłeś, że przygotował cię też mentalnie. W jakim sensie?

Okazał się bardzo dobrym psychologiem, podszedł mnie od właściwej strony. Nauczył, na co zwracać uwagę, czym się przejmować, a czym nie. Wcześniej z nikim tak otwarcie nie rozmawiałem. Przy nim mogłem się otworzyć. Wiedziałem, że zawsze mogę na niego liczyć. Wiadomo, czasami się na niego wkurzałem, to chyba nieuniknione w relacjach piłkarz-trener, ale nigdy mnie nie zawiódł.

To na co zwracać uwagę, a czym się nie przejmować?

Mój największy problem polegał na tym, że po przegranym meczu od razu rozważałem, czy nie stracę miejsca w składzie, czy trener nie stracił zaufania. A wcześniej w Rybniku rotowanie bramkarzami było częste ze względu na młodzieżowca. Daniel nauczył mnie, żeby nie podchodzić emocjonalnie do takich sytuacji, bo to tylko piłka, a jeśli trener będzie chciał mnie zmienić i tak to zrobi. Zacząłem koncentrować się tylko na tym, co w pełni ode mnie zależy. Przestałem na zapas projektować sobie w głowie różne negatywne scenariusze, który być może się wydarzą, a być może nie. Teraz wyobrażam sobie sam mecz – nie, czy będę grał, tylko jak będę grał, jakie decyzje podejmę. Pracowaliśmy nad tym przez dwa lata i udało się – złapałem większy luz mentalny.

Przed wyjazdem do Bułgarii twoje zagraniczne doświadczenia ograniczały się do wyjazdu na testy do szkockiego Hamilton Academical.

Ciekawe przeżycie, zetknąłem się z zupełnie inną szkołą bramkarską. Po dwóch dniach szukałem tylko basenu z lodem, bo miałem tak zmęczone nogi, że nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Ale nie odstawałem od innych, liznąłem trochę innego świata. Wtedy poczułem, że mogę grać gdzieś wyżej, że mam taki potencjał, że jednak warto ciężko pracować i czekać na szansę. Realnych szans na transfer nie miałem. Bardziej chodziło o poszerzenie horyzontów u młodego chłopaka.

Przez ostatnie lata zweryfikowałeś też swoje nastawienie jeśli chodzi o odżywianie czy regenerację? Tu nawet szczegóły mogą zrobić różnicę.

W Rybniku było trochę mniej czasu na regenerację. Tak to ujmę. Powroty z meczów bywały ciężkie, u siebie po meczach też bywało różnie. Jest co wspominać. Dziś funkcjonuję inaczej, ale nie będę ściemniał, że tak było zawsze.

Czyli w tamtym czasie takim stuprocentowym Lewandowskim w kwestiach pozaboiskowych nie byłeś?

Nie wiem, czy przy takim porównaniu uzbierałoby się parę procent. Teraz jest zdecydowanie lepiej. Nie mam jakiegoś niesamowitego reżimu żywieniowego, nie stosuję diety pudełkowej. W niedzielę po meczu zdarza się zjeść coś smacznego a niekoniecznie bardzo zdrowego z polskiej kuchni, ale zacząłem zwracać uwagę na to, co i ile jem. Wszystko jednak bez skrajności, nie chodzi o to, żeby się męczyć dzień w dzień, bo byłbyś zmęczony psychicznie. Ale podsumowując wątek, w tych sprawach mogłem we wcześniejszych latach zrobić dużo więcej i może to też jedna z przyczyn, dla których dość długo pozostawałem w cieniu. Warto inwestować w swoje zdrowie i formę również poza boiskiem.

Gdzie dziś są twoje cele, a gdzie twoje marzenia?

Chcę skończyć sezon z Botewem, wycisnąć z niego jak najwięcej. Chciałbym do Superpucharu Bułgarii dołożyć kolejne trofeum lub medal za podium w lidze. A dalej? Nie chcę tak daleko patrzeć. Kolejna nauka od trenera Pawłowskiego – skupiać się na celach krótkoterminowych, na kolejnym meczu. Reszta sama przyjdzie, jeśli ma przyjść. Trudno mi sobie nawet wyobrazić, co może być za pół roku czy za rok.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (2)