Brexit wyrzuci Mercedesa z Formuły 1? Jakie jeszcze spowoduje skutki?
Inne sporty

Brexit wyrzuci Mercedesa z Formuły 1? Jakie jeszcze spowoduje skutki?

Do 29 marca został nieco ponad miesiąc. Co to za data, spytacie? Nie, nie chodzi o treningi przed wyścigiem o Grand Prix Bahrajnu, czy finały turniejów ATP i WTA w Miami. To data Brexitu, czyli wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Czemu jednak piszemy o tym na Weszło? Bo decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu Wspólnoty będzie miała ogromny wpływ na świat sportu. Już dziś słychać głosy, że Mercedes może odejść z tego powodu z Formuły 1. Dla świata sportów motorowych to brzmi mniej więcej tak samo, jak Barcelona czy Real, rezygnujący z gry w Lidze Mistrzów. Jakie jeszcze konsekwencje może mieć dla sportu twardy Brexit?

Brytyjczycy w referendum zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej. Jednym się to podoba, innym nie, ale faktem jest, że klamka zapadła. Rolą premier Theresy May nie jest dziś decydowanie na tak, czy nie, a jedynie wynegocjowanie z unijnymi przywódcami warunków wyjścia. Pierwsza propozycja została odrzucona przez Parlament i nie brakowało głosów, że to największa porażka brytyjskiego rządu od bardzo wielu lat.

Już dziś wiadomo, że decyzja z referendum będzie miała ogromny wpływ na całą Europę – w zasadzie pod każdym względem. Już dziś Brytyjczycy mocno odczuwają pierwszy skutek – ekonomiczny: funt mocno stracił na wartości względem euro. Jeszcze na początku sierpnia 2015 roku przelicznik wynosił 1,4:1 na korzyść funta. Dziś to zaledwie 1,1:1. W codziennym życiu mieszkańców Anglii może nie ma to jakiegoś gigantycznego znaczenia – ot, wakacje we Francji czy Hiszpanii będą nieco droższe. Ale gdy spojrzeć szerzej, zaczną się kłopoty.

W największym uproszczeniu: przynależność do Wspólnoty oznacza mnóstwo ułatwień w codziennym życiu – dla turystów to usprawnienie podróżowania i ograniczenie formalności do minimum. Dla przedsiębiorców – otwarty rynek i bezproblemowy przepływ towarów i usług. Po Brexicie to się zmieni.

Dziś na Wyspach najbardziej rozchwytywane są firmy, oferujące wynajem dużych powierzchni magazynowych. Czemu? Bo mnóstwo przedsiębiorstw jest zależnych od towarów, czy półproduktów importowanych z krajów Unii Europejskiej. W chwili, kiedy na horyzoncie już widać twardy Brexit, zaczyna się coraz większa panika. Bo co ma zrobić na przykład producent składanych rowerów, firma Brompton, który zdecydowaną większość części importuje? Już dziś każda wolna przestrzeń w dwóch fabrykach jest zajęta przez pudła z elementami rowerów, z Belgii, Francji, Niemiec, czy Portugalii. Zamknięcie wolnego przepływu towarów pod koniec marca dla takiej firmy musiałoby oznaczać gigantyczne straty. Znacznie lepiej więc znaleźć zewnętrzne magazyny i zapłacić za przechowanie w nich niezbędnych komponentów. Kłopot w tym, że przestrzenie magazynowe to dziś towar pierwszej potrzeby. Bez cienia przesady można napisać, że dziś w Wielkiej Brytanii nic nie sprzedaje się lepiej. Zdaniem „Financial Timesa” dziś na Wyspach jest najwyższy poziom zapasów od ponad 25 lat, a cytowany przez gazetę minister gospodarki Richard Harrington mówi wprost: „Praktycznie każdy metr kwadratowy magazynów w kraju jest teraz zajęty”.

Świata sportu wspomniane osłabienie waluty także dotyka bardzo konkretnie. Bo na przykład – zapłacić 30 milionów euro za piłkarza z Hiszpanii nagle oznacza wydatek 27,2 mln funtów, zamiast 21,5, czyli prawie 6 milionów więcej. Zresztą, pieniądze to jedno. Generalnie Premier League i cała brytyjska piłka nożna może mieć znacznie większe kłopoty. Podobnie, jak rugby, krykiet, i wiele innych sportów, z Formułą 1 na czele.

Sami Anglicy, zwykli kibice, także przewidują, że z Brexitu nie wyniknie nic dobrego dla sportu. Z sondażu przeprowadzonego już po decyzji w referendum przez agencję SMG Insight, oceniają, że ich kluby będą miały większe problemy z podpisywaniem kontraktów z czołowymi zawodnikami, a sama Wielka Brytania będzie miała mniejsze szanse na organizację wielkich imprez. Co się jeszcze tyczy imprez – kibice spodziewają się, że koszty podróży na mecze, zawody i turnieje znacznie wzrosną.

Formuła bez Mercedesa?

Mercedes to zwycięzca pięciu ostatnich sezonów, zarówno wśród konstruktorów, jak i kierowców. Wygrał w tym czasie równo połowę wyścigów, podium opuszczał mniej więcej raz na pięć startów. Słowem: pełna dominacja. W rozpoczynającym się za kilka tygodni w Australii sezonie 2019 bukmacherzy i eksperci większych zmian nie przewidują, za zdecydowanego faworyta uważają niemiecką ekipę. Właśnie: niemiecką. Dlaczego więc piszemy o Mercedesie w kontekście Brexitu? Ponieważ Mercedes jako koncern motoryzacyjny faktycznie ma siedzibę w Stuttgarcie. Ale już Mercedes jako zespół Formuły 1 rezyduje w Brackley, w hrabstwie Northamptonshire, sto kilometrów na północny zachód od Londynu. W fabryce, która od lat produkuje najszybszy bolid na świecie, pracuje ponad tysiąc osób, wiele z nich spoza Wielkiej Brytanii. Wszystko działa, jak w idealnie zaprogramowanej maszynie, z Brackley od kilku lat wyjeżdża najlepsze auto w stawce, a dodatkowo ekipa ma kontrakt z najlepszym kierowcą w F1 – Lewisem Hamiltonem. Sporo jednak wskazuje, że lada dzień zespół może stanąć przed poważnymi dylematami.

David Richards, szef Motorsport UK, ciała zarządzającego brytyjskim sportem motorowym nie widzi przyszłości zespołu w jasnych barwach.

Patrząc na inwestycje, jakie Mercedes poczynił w Brackley, i całą infrastrukturę, która jest teraz na miejscu, twardy Brexit może zmusić ich do wycofania się z Formuły 1. Może też sprawić, że niektóre zespoły przeniosą się do Europy. To wielka infrastruktura do przeniesienia, na pewnie nie będzie to łatwe. Brexit nie ułatwi życia żadnemu zespołowi Formuły 1 z siedzibą w Anglii – stwierdził Richards podczas przedsezonowych testów F1 w Barcelonie. – Byłem bardzo zdziwiony, że z szefów zespołów tylko Toto Wolff z Mercedesa na poważnie się tym przejmował, zdawał sobie sprawę z problemów. Transport z i do Wielkiej Brytanii pomiędzy europejskimi wyścigami będzie głównym bólem głowy. Jeśli dojdzie do twardego Brexitu bez umowy, początkowa część sezonu będzie ogromnym wyzwaniem dla wszystkich zespołów. Wydaje mi się, że część z nich jeszcze o tym nie zaczęła myśleć.

Wspomniany Toto Wolff, szef mistrzowskiej ekipy, swoje zdanie na temat Brexitu ma jasno wyrobione. Opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię bez umowy nazwał „scenariuszem z najgorszego koszmaru, który może stworzyć matkę wszelkich bałaganów w tym sporcie”. Wolff wspominał, że Mercedes może rozważyć przeniesienie swojej bazy, co oczywiście nie będzie ani łatwe, ani tanie, biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia i liczbę zatrudnionych ludzi. Co ważne, umowa niemieckiego producenta z Formuł 1 jest ważna jeszcze przez dwa sezony. Co potem? Żadnego scenariusza nie można rozważyć. Podobnie, jak w przypadku pozostałych bazujących w Anglii zespołów. Dodajmy: jest ich aż osiem w dziesięciozespołowej stawce (w tym oczywiście Williams Roberta Kubicy).

Co z Premier League?

Angielska liga, przez wielu uważana za najlepszą na świecie, także będzie musiała stawić czoła poważnym problemom. Czemu? Bo w przeciwieństwie do wielu innych lig zawodowych, w Premier League nie ma obecnie limitu obcokrajowców w składzie drużyny. Dokładniej mówiąc: np. u nas obecnie limit dotyczy graczy spoza Unii Europejskiej, ponieważ wewnątrz Wspólnoty obowiązują zasady wolnego rynku. Słowem: w barwach Legii, czy Jagiellonii może zagrać dwóch piłkarzy spoza Unii Europejskiej, ale już na przykład 11 Czechów czy Słowaków (zmieni się to od przyszłego sezonu, ale to temat na inny tekst). W Anglii takich ograniczeń nie ma. Taki Ole Gunnar Solskjaer, gdyby chciał, mógłby wystawić do gry 11 Brazylijczyków. Jedyny warunek dla graczy spoza Wspólnoty jest taki, że muszą posiadać wydane przez odpowiedni urząd pozwolenie na pracę.

Przepisy są surowe, ale tylko na papierze: aby wniosek został rozpatrzony pozytywnie, delikwent starający się o prawo gry w Anglii, musiał grać w odpowiednio wysokim procencie meczów o stawkę swojej reprezentacji w ostatnich dwóch latach. Jak jednak pisaliśmy w dużym raporcie na ten temat, „tak naprawdę ten system jest jednak dziurawy jak sito, bo – jak twierdzi chociażby Danny Mills z FA – jakieś 95 procent pierwotnie odrzuconych wniosków po złożeniu odwołania rozpatruje się pozytywnie i finalnie dopuszcza piłkarza do gry. Dzięki temu – tu przykład pierwszy z brzegu – przed czterema laty Arsenal mógł pozyskać 24-letniego wtedy Gabriela Paulistę, który nigdy nie zaliczył nawet jednego meczu w reprezentacji Brazylii”.

W 2015 roku angielska federacja wprowadziła nowelizację zasad. Według nich, gracze spoza Unii Europejskiej dalej muszą regularnie grać w pierwszej reprezentacji, ale – zależnie od jej notowań – nie musi to być aż 75 procent spotkań. W przypadku ekip z pierwszej dziesiątki rankingu FIFA wystarczy 30 procent meczów o punkty, gracze z kadr z miejsc 11.-20. muszą rozegrać 45 procent, następna dziesiątka – 60 procent, a w przypadku reprezentacji notowanych poniżej 31. miejsca – pozostaje trzy czwarte meczów (wszystko w okresie 12 miesięcy przed złożeniem wniosku o pozwolenie na pracę).

West Ham United - Liverpool

Szybki rzut oka na statystyki i hipotetyczną sytuację, w której dziś Łukasz Fabiański musiałby składać powyższy wniosek: w ciągu ostatnich 12 miesięcy Polska zagrała 13 spotkań. Bramkarz West Hamu bronił w 6 z nich (w części po połowie, ale to nie ma znaczenia). Polska w rankingu FIFA na dziś jest 20. I tylko to ratuje skórę „Fabianowi”, bo wystarcza mu 45 procent, a 6 z 13 to 46,1 procent. Gdyby jednak kadra zaliczyła spadek choćby o jedno miejsce, angielskie przepisy będą wymagały od niego 60 procent meczów.

Nie wiadomo jeszcze dokładnie, jakie zasady będą obowiązywać po 29 marca. Jak jednak wyliczyli dziennikarze „The Telegraph”, gdyby pod uwagę wziąć te obowiązujące dzisiaj, ponad 100 piłkarzy grających obecnie w Premier League nie otrzymałoby pozwolenia na pracę (w tym choćby N’Golo Kante i Anthony Martial). W przeszłości o odpowiednim dokumencie mogliby tylko pomarzyć tacy piłkarze, jak David Ginola, Thierry Henry, czy Cristiano Ronaldo. O ich wpływie na rozwój brytyjskiej piłki nie ma nawet sensu pisać.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że po informacji o Brexicie błyskawicznie pojawiły się pytania o to, jak decyzja Brytyjczyków wpłynie na ich ligę. Władze Premier League już wtedy, w czerwcu 2016 roku, wydały komunikat. „Premier League to sportowa rywalizacja z wielkimi sukcesami, przyciągająca uwagę w kraju i na całym świecie. Tak pozostanie, bez względu na wynik referendum. Biorąc pod uwagę niepewny charakter tego, co może nastąpić po głosowaniu za opuszczeniem Unii Europejskiej, nie ma sensu zgadywać konsekwencji, dopóki nie będziemy mieli większej jasności. Oczywiście, wciąż będziemy współpracować z rządem i innymi organami, niezależnie od wyników jakiegokolwiek procesu”.

Problemy w innych sportach

Formuła 1 i Premier League to oczywiście niejedyne przykłady. Na razie w Wielkiej Brytanii obowiązują na przykład Porozumienie Cotonou oraz Zasada Kolpak, według których gracze z Afryki, Karaibów oraz krajów Pacyfiku mają takie same prawa, jak ci z Unii Europejskiej. Czemu to ważne? Bo właśnie stamtąd rekrutuje się wielu czołowych zawodników dwóch sportów kochanych na Wyspach: rugby i krykieta. Ci gracze nie tylko wzmacniają poziom angielskiej ligi, ale także – bez niespodzianki – stanowią o sile reprezentacji Anglii. Jak podaje „The Telegraph”, w latach 2004-2015 w 139 meczach angielskiej kadry krykieta w składzie startowym pojawiali się gracze urodzeni w Republice Południowej Afryki. Podobnie zresztą jest w przypadku rugby. W lidze gra ponad 70 graczy, którzy trafili do Anglii w myśl Porozumienia Kolpak. Z dniem opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii, Porozumienie wygaśnie, a wspomniani gracze będą musieli być traktowani jako zagraniczni.

Liga na tym ucierpi, straci swój kosmopolityczny charakter, który jest tak atrakcyjny dla widzów i sponsorów. Najbardziej atrakcyjny model to taki, w którym zagraniczni gracze rywalizują z lokalnymi i wytrenowanymi na miejscu – mówi cytowany przez dziennik Christian Abt, dyrektor Essentially Sports Management Group.

Co jeszcze z ważnych imprez w Wielkiej Brytanii? Oczywiście, Wimbledon. Tu jednak wielkich problemów przy organizacji być nie powinno, choć dla graczy skutki Brexitu oczywiście będą zauważalne. Po pierwsze – będzie jednak znacznie więcej formalności przy przylocie i wylocie z Londynu. Po drugie – o czym już wspominaliśmy – kurs funta mocno zjechał i realna wartość wygranych na trawiastych kortach będzie niższa. Ale w porównaniu z tym, co czeka na przykład 8 z 10 zespołów Formuły 1, które mogą zostać zmuszone do przeniesienia swoich fabryk, albo w ogóle do wycofania się ze sportu – to przecież tylko problemy pierwszego świata…

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (9)