Beznadziejny hokeista, znakomity rabuś. Historia Attili Ambrusa
Inne sporty

Beznadziejny hokeista, znakomity rabuś. Historia Attili Ambrusa

Niespełna siedem lat temu wyszedł z więzienia. Dziś zarabia na życie lepieniem garnków z gliny, a profil z jego wyrobami na Facebooku lubi ponad 60 tysięcy osób. Ceramiki nauczył się zresztą za kratkami. Trafił tam, bo przez sześć lat regularnie napadał na węgierskie banki. W tym samym czasie zawodowo… grał w hokeja. Choć na lodzie radził sobie znacznie gorzej niż z pistoletem w ręce.

*****

W ręce policji Attila Ambrus wpadł 27 października 1999 roku. Nie pierwszy raz, wcześniej zdążył już się wymknąć z więzienia. Planował uciec za granicę, ale wcześniej chciał „zrobić jeden, ostatni skok”. Jeden zamienił się w trzy, trzeci faktycznie był ostatnim, choć nie dlatego, że on sam tak chciał. Po prostu tym razem wygrali funkcjonariusze. Zresztą niemal cały Budapeszt został wtedy sparaliżowany obławą, więc inny wynik byłby zaskoczeniem. Po latach, w wywiadzie dla portalu blog358, Attila mówił, że aresztowanie go uratowało:

– Żyłem na krawędzi, dużo piłem i po dwudziestym napadzie zdecydowałem, że się nie poddam, że nigdy nie wyjdę z banku z podniesionymi rękami. Ostatnie napady stawały się coraz bardziej brutalne i wymykały się spod kontroli. Były strzelaniny, pościgi. Raz przez 27 minut komandosi przetrzymywali mnie w banku. Dochodziło już do dantejskich scen. Nie miałem gdzie uciec. Więzienie nie było dobre. Ale dostałem amunicję do życia. Stałem się lepszy, pomimo że trwałem w więziennym marazmie.

Pił tyle, że jego zwyczaj wychylenia szklaneczki whisky przed napadem (lub dwóch, na odwagę, bez tego nie byłby w stanie okraść banku), od którego zyskał zresztą jeden ze swoich pseudonimów, zamienił się w wyzerowanie całej butelki. Napadu nie dokonał wtedy z uśmiechem na twarzy, spokojnie, jak to zwykle czynił. Tym razem wpadł do banku, krzycząc, że nie ma nic do stracenia. Gdy pracownicy oddziału oddali mu pieniądze, szalejąc z radości, zgubił klucz do drzwi, które przed chwilą sam zamknął. W trakcie ucieczki z kolei oddawał strzały w powietrze, a przed policją schował się pod zaparkowanym nieopodal samochodem.

Niemal udało mu się uciec. Niemal, bo zgubił nie tylko klucze od drzwi, ale też kartę telefoniczną, która naprowadziła policjantów na jedną z jego kryjówek. Czterystu ludzi, tylu było oddelegowanych do złapania Attili Ambrusa. Nic zresztą dziwnego – wymykał się wymiarowi sprawiedliwości od sześciu lat (z krótką przerwą), dokonując w tym czasie 29 napadów. Zrabował 195 milionów forintów, czyli dobrze ponad 800 tysięcy dolarów. W pewnym momencie żył jak król, a Węgrzy uczynili go swym bohaterem narodowym. Do dziś zresztą wielu za takiego go uważa, choć on sam się z nim nie zgadza.

Nie jestem żadnym bohaterem. Zrobiłem, co zrobiłem i odsiedziałem za to swoje lata. Nie wydaje mi się, że coś straciłem. Teraz jestem już ponad moje dziecinne marzenia, nie obchodzą mnie już drogie rzeczy. Nie zmieniłbym swojej przeszłości. Jeśli ponownie zrobiłbym cokolwiek tak głupiego, poprosiłbym o igłę i nitkę, po czym zaszył sobie usta.

*****

Wychował się w małej wiosce na wschodzie Transylwanii. Jej nazwa, Fitod, nic wam nie powie, zresztą po wpisaniu jej w Google, wyskakują podpowiedzi, które sugerują, że pomyliliśmy się przy naciskaniu klawiszy. Stronę na Wikipedii ma za to gmina, w skład której wchodzi Fitod – Csíkszentlélek bądź też Leliceni. To pierwsze to nazwa węgierska, drugie rumuńska. Ci obyci z geografią mogli już się domyślić, że najbardziej znany budapesztański rabuś, urodził się w Rumunii. Ale jest Węgrem, z krwi i kości.

Młodość Attili nie była łatwa. Gdy miał półtora roku, jego matka opuściła rodzinę i została Świadkiem Jehowy. Umarła zresztą, gdy był jeszcze dzieckiem. Wychowywała go głównie babcia, z ojcem nigdy nie miał dobrego kontaktu. Ona jednak też zmarła. Wprowadził się więc do ciotki, a niedługo po tym jego nowym domem stał się poprawczak. Trafił tam za kradzież sprzętu muzycznego, choć nie był to dla niego pierwszy konflikt z prawem.

– Poza sportem interesowała mnie jeszcze muzyka. Nawet z kolegami chcieliśmy założyć zespół, ale nie mieliśmy pieniędzy na instrumenty, więc wymyśliliśmy, że jak ukradniemy jakiemuś zespołowi sprzęt i go sprzedamy, to zdobędziemy pieniądze na swój. Ale traf chciał, że mój kolega sprzedał te skradzione instrumenty… właśnie tym osobom, którym je ukradliśmy (my też nie wiemy, jak to możliwe – red.). Jako że wcześniej miałem trochę spraw z policją na sumieniu, to tym razem wsadzili mnie na dwa lata do poprawczaka – mówił na łamach blog358.

Jeszcze wcześniej regularnie wylatywał ze szkół. W każdej z nich był w stanie wpakować się w jakieś kłopoty. Głównie dlatego, że się nudził, bo – jak sam twierdził – przeczytał większość książek, które omawia się w szkole, jeszcze zanim poszedł do podstawówki. Potem chwycił więc za kryminały, również te oparte na faktach. Nie był jeszcze nastolatkiem, a znał nazwiska najsłynniejszych bandziorów i rabusiów z całego świata. Ojciec nie zwracał na to większej uwagi, zresztą mało prawdopodobne, że to cokolwiek by zmieniło – Attila pamięta, że nie widział w jego osobie żadnego autorytetu. Takimi stali się za to ludzie z kart książek.

Poza książkami uwielbiał jeszcze sport. Trenował hokej, w Miercurea Ciuc, klubie z Siedmiogrodu. Był bramkarzem, przeskoczył do wyższej grupy wiekowej, bo trenerzy uznali, że może grać ze starszymi, głównie ze względu na jego szybkość. Jego kariera skończyła się jednak, jeszcze zanim się tak naprawdę zaczęła – wraz z trafieniem do zakładu poprawczego. A przynajmniej tak się wtedy wydawało.

Gdy w 1988 roku wyszedł na wolność, przez trzy miesiące pracował wraz z ojcem w fabryce produkującej dzianiny. Potem zwiał na Węgry. W czasach, gdy legalnie nie dało się przekroczyć granicy, musiał kombinować. Ucieczka mu się udała, bo… wszedł pod wagon pociągu, odpowiednio się tam ułożył i, przez nikogo niepokojony, przejechał aż do innego kraju. Policja z jego rodzinnych stron wydała wkrótce nakaz aresztowania, nie stawił się bowiem na tamtejszym komisariacie, co miał robić raz na miesiąc.

Jego już to jednak nie obchodziło. Rozpoczął nowe życie.

*****

No dobra, nie tak od razu. Nie trafił przecież do innego świata. Węgry też były państwem komunistycznym. I fakt, że ten system upadł zaledwie rok po tym, jak Ambrus znalazł się Budapeszcie. Ale korupcja, kumoterstwo czy wymuszenia nie zniknęły wraz z nim. Nikt nie miał magicznej różdżki, która by to zapewniła. W miesiącach po wejściu kapitalizmu rozpętała się mania prywatyzacji – drobny ułamek Węgrów skorzystał na tym, zarabiając fortuny, reszta musiała zadowolić się ochłapami. Na Węgrzech określono to terminem „wolny rozbój”. Wcześniej używano go w określeniu do plądrowania Budapesztu przez nazistów.

W tym wszystkim odnaleźć próbował się Attila Ambrus, który został bezpaństwowcem. Z Rumunii uciekł, a węgierskiego paszportu – mimo że Węgrem był – otrzymać nie mógł. Imał się różnych prac, bywał grabarzem, akwizytorem, wyprowadzaczem psów czy kierownikiem budowy. Potem zajął się szmuglowaniem zwierzęcych futer. To szło mu zresztą całkiem nieźle, ale wkrótce zmienili się celnicy – odeszli ci, którym płacił za przymykanie oka na jego przeprawy poza granice kraju (według innej wersji na stanowiskach zostali ci sami ludzie, ale zaczęli się domagać coraz większych pieniędzy). Sam wspomina, że gdy jechał do Budapesztu, nie miał absolutnie żadnego pojęcia, co chciałby tam robić. Po prostu pragnął wyrwać się z Rumunii.

Wrócił więc do tego, co dawało mu radość, gdy był dzieckiem. I nie chodzi tu o kradzieże (wspominał: „stwierdzenie, że byłem kleptomanem, byłoby sporym niedopowiedzeniem, zwijałem wszystko, co wpadło mi w ręce”), a o hokej. Gdy zabrakło mu innych pomysłów, zajrzał do książki telefonicznej i zadzwonił do UTE, trzynastokrotnego mistrza Węgier. Powiedział, że kiedyś grał i to całkiem nieźle. Nadmienił też, że robił to w Transylwanii. Nie wymienił co prawda nazwy żadnej z ekip, ale w tym regionie istniało wówczas kilka, które faktycznie radziły sobie bardzo dobrze.

Dostał więc zaproszenie do klubu. Na testach zaprezentował się wręcz beznadziejnie, ale zaoferowano mu pracę. W roli woźnego. W końcu stanął jednak w bramce budapesztańskiej ekipy. Ta po kilku sezonach straciła bowiem pierwszego bramkarza, a równocześnie nie miała żadnych środków, by móc pozwolić sobie na zatrudnienie kogokolwiek innego. Attila grał za to za ochłapy.

Dosłownie. W pewnym momencie spał w malutkim pokoiku na terenie siedziby klubu, a obiady jadł w pobliskim kościele. Poza tym, że był woźnym, pełnił też funkcję gościa, który zajmował się lodowiskiem. Sympatię kolegów z drużyny zyskał swoim oddaniem – ci często powtarzali, że nie opuścił ani jednego meczu czy treningu (to ostatnie nie jest do końca prawdą) przez osiem lat, które spędził w klubie. „Myśleliśmy: to po prostu niesamowite, że ktoś chce grać w naszym zespole aż tak bardzo, choć było widać, że nie miał prawie w ogóle do czynienia z hokejem w swoim życiu” mówił George Pek, kapitan drużyny. Od kolegów Ambrus dostał przydomek „Pantera z Csiku”. Nie mówcie jednak o tym żadnej panterze. Mogłaby się obrazić.

Ambrus w trakcie meczów był bowiem dokładnie taki jak na testach czy treningach – absolutnie beznadziejny. W 1995 roku zdarzyło mu się spotkanie, w którym wpuścił 23 bramki. Innym razem, w trakcie serii sześciu spotkań, rywale łącznie zaaplikowali mu ich 88. Do historii hokeja przeszedł jako prawdopodobnie najgorszy bramkarz, jakiego widziały światowe lodowiska w zawodowych ligach.

To fakt, że grałem w hokeja. Jako hokeista byłem naprawdę katastrofalny – to też fakt. Ale kochałem lód, on ma swoje specjalne miejsce w moim sercu. Chciałbym ponownie być częścią tego, o ile chłopaki pozwolą mi wyjść na lód. Mogę być nawet łopatą śnieżną – mówił już po wyjściu na wolność.

W 1993 roku też sprawiało mu to radość, ale nie gwarantowało środków na życie. W klubie pełnił kilka funkcji, a i tak musiał dorabiać sobie na boku. Wpakował się w długi – urzędnikom w ministerstwie pod stołem przekazał sto tysięcy forintów. Miał w ten sposób zyskać obywatelstwo, co zresztą się nie udało. W pewnym momencie zaczął po prostu myśleć: „a właściwie dlaczego nie miałbym obrabować poczty?”.

A potem przeszedł od myśli do czynów.

*****

Poczty, bo na końcu ulicy, przy której mieszkał (zdążył w tym czasie wyprowadzić się ze stadionu), znajdował się jej mały oddział. Wiele osób korzystało z niego wtedy niemal na takich samych zasadach jak z banku. A zabezpieczenia były dużo gorsze. Ochrona? Brak. Kamery? Również. Pracownicy? Co najwyżej dwóch. Cel idealny. Trzeba się było jednak odpowiednio przygotować. Stworzenie planu zajęło mu trzy dni, w trakcie których nie wychodził z mieszkania. Nawet na treningi. Postanowił, że przede wszystkim chce zrobić to tak, by nikogo nie skrzywdzić.

Udało mu się. Ukradł ponad 500 tysięcy forintów, czyli niespełna… sześć tysięcy dolarów. Niby mało, ale nigdy wcześniej nie widział takiej kasy na oczy. Tuż po powrocie do mieszkania zwymiotował ze zdenerwowania, ale wkrótce uznał, że było łatwo. Za łatwo. „Zorientowałem się, że mogę zarobić spore pieniądze, bez konieczności spędzania całego dnia w pracy” mówił. W tym samym roku obrabował jeszcze pięć innych miejsc. W kolejnym – trzy. Policja musiała dojść do oczywistego wniosku: pojawił się seryjny rabuś.

Ambrus był sprytny i zawsze dobrze przygotowany do swojej roboty – prowadził kilkumiesięczne rozpoznania swoich celów, w notesie zapisywał liczbę pracowników, ich płeć, rozmieszczenie kamer i stanowiska ochrony, jeździł też samochodem i sprawdzał, ile czasu zajmie policji dotarcie na miejsce, oznaczając to wszystko na końcu „poziomem trudności”, niemal jak w GTA: od jednej gwiazdki do pięciu. A policja w tamtych czasach była mniej więcej tak dobra w swoim fachu, jak Attila jako hokejowy bramkarz. Serio.

Dla budapesztańskich funkcjonariuszy napady rabunkowe były nowością. W czasach komuny takie przestępstwa niemal się nie zdarzały. Kilka lat po upadku poprzedniego systemu ani banki, ani policjanci nie byli odpowiednio przygotowani do tropienia Ambrusa. Lajos Varju, dowodzący jednostką, która zajmowała się sprawą Attili (przez pięć lat, zrezygnował… na rok przed jego złapaniem), mówił potem, że „brak profesjonalizmu w zbieraniu dowodów był zawstydzający”.

Żeby jednak tylko to mogło stać się powodem do wstydu, to pewnie nie byłoby tak źle. Policja dostarczała sobie jednak takich regularnie. Raz, mając już Attilę na widelcu… wbiegli do budynku obok, a nie tego, w którym się ukrywał. Ten spokojnie wyszedł więc, z pieniędzmi pod pachą, i uciekł do jednej ze swoich kryjówek. Przy okazji jego trzynastego napadu, pracownik banku zadzwonił na komisariat. Dyżurny policjant najpierw zapytał go: „Czy jest pewien, że to napad?”, a dopiero po kilkukrotnym zapewnieniu, że tak, wysłał tam odpowiednie jednostki w dwóch samochodach, które zderzyły się po drodze. Gdy funkcjonariusze wreszcie dojechali na miejsce zdarzenia reporter z TV2 powiedział wprost do kamery: „I ostatni, choć nie mniej ważni, przyjechali policjanci”.

Inna sprawa, że Varju i jego ludzie nie mieli nawet jednego sprawnego komputera. Ba, samochodów mieli na tyle mało, że po stłuczce wspomnianych dwóch, część funkcjonariuszy musiała docierać na miejsce zdarzenia… wraz z mediami. Gość, który w trzynastoosobowym zespole był ekspertem kryminalistyki, dorabiał sobie do tego, ucząc baletu, bo policyjna pensja była niska. Czy ktokolwiek mógł się więc dziwić, że Attili udawało się wygrywać kolejne pojedynki z prawem? Sam zresztą mówił, że w pewnym momencie zaczął to wszystko traktować jak rywalizację:

To stało się swego rodzaju grą. Kiedy wchodziłem w rolę, miałem ochotę wygrać. I udawało mi się przechytrzyć służby tyle razy, że traktowałem to jak jakiś sport. W końcu moim głównym zadaniem było odnieść sukces.

*****

Najdziwniejsze w tej całej historii wydaje się to, że nikt nie skojarzył faktów. Gość, który wcześniej żywił się w kościele, bo nie miał pieniędzy na to, by samemu kupować sobie obiady, nagle jeździł nowymi samochodami, regularnie latał na zagraniczne wycieczki i przepuszczał całe worki pieniędzy. Rodzinie w Rumunii regularnie zawoził prezenty. Grał też w kasynie, jednej nocy potrafił przegrać trzy miliony forintów. Był uzależniony od adrenaliny, nie przejmował się więc tym, że za chwilę zabraknie mu pieniędzy. Przecież doskonale wiedział, jak je zarobić. Nikt nie połączył tej zmiany z postacią rabusia.

Attila dla blog358:

– Przez długie lata nie jeździłem słabszymi samochodami niż 200 koni mechanicznych. Pewnego razu zatrzymałem się na jednej z głównych ulic Budapesztu swoim BMW 7 i zapytałem pewną panią, czy nie miałaby ochoty wyjechać ze mną na weekend do Egiptu. I za dwa dni ta pani była już ze mną w samolocie. Pieniądze były dla mnie tylko środkiem, zdawałem sobie sprawę, że mnie kiedyś złapią, ale nawet wtedy nie odbiorą mi tych przeżyć, jedynie mieszkanie czy samochód. Nie mówię, że mi się to należało, ale jak już tyle ryzykowałem, to chciałem mieć coś z życia. Żyłem jak hedonista, jeździłem po całym świecie, bo to było dla mnie ważne.

Ważna była też wciąż… gra w hokeja. Nie zrezygnował z niej ani na moment. Potrafił obrabować bank, a kilka godzin później stawić się na treningu. Gdy UTE rozgrywało mecze, nie zdejmował maski ze strachu przed rozpoznaniem. Koledzy z drużyny musieli zauważyć, że wiedzie mu się dużo lepiej. Myśleli jednak, że jest żigolakiem albo kradnie samochody. Na to, co robi naprawdę, nie wpadł żaden z nich. Nawet wtedy, gdy lekką ręką z własnej kieszeni wysupłał kasę na renowację klubowej szatni. Inna sprawa, że to były czasy, w których niemal każdy z nich prowadził swoje własne biznesy na boku. Zwykle nie w pełni legalne. Attila, w ich mniemaniu, nie odstawał więc przesadnie od normy.

Jeden z nich został zresztą później jego wspólnikiem. To o tyle zabawne, że był też synem trenera drużyny. Razem dokonali trzynastu napadów. Z każdym kolejnym Ambrus – co sam przyznawał – stawał się bardziej chciwy. Potrzebował wspólników, bo napadał na coraz większe oddziały, z których coraz trudniej było wyjść z kasą. W końcu jedna z takich akcji zakończyła się niepowodzeniem – syn trenera wpadł w ręce policji, wsypał też Attilę. Ten prawdopodobnie zdążyłby uciec za granicę, ale… podobno pojechał do mieszkania po psa, tracąc cenny czas i ostatecznie wpadając w ręce funkcjonariuszy.

Policja wreszcie wygrała.

*****

O dziwo, nie spodobało się to zwykłym mieszkańcom. Attila Ambrus był już wtedy bowiem ich bohaterem. Tak, gościa, która napadał na banki, wielbiły tłumy. Znano go jako „Whisky-złodzieja” (węgierskie „Viszkis” bądź angielskie „The Whiskey Robber”) lub też „Złodzieja dżentelmena”. Pierwsze, bo przed każdą akcją pił szklaneczkę whisky w barze blisko banku. Drugie, bo nigdy nikogo nie skrzywdził w trakcie napadu.

Mało tego: jeśli w banku pracowały kobiety, potrafił wręczyć im kwiaty. Funkcjonariuszom, którzy go tropili, wysyłał butelki wina. Wokół jego osoby zaczął się dzięki temu tworzyć mit. Powoli stawał się nie tyle gwiazdą, co legendą i uczył się, jako wykorzystać swoją popularność. Wspólnikom powtarzał, że ludzie nie mogą ich rozpoznać, bo tylko w ten sposób zachowają swój status. Winą za to, że w ogóle takiego się dorobił obarczał… banki i władze. Powtarzał, że elity defraudowały państwowe pieniądze i okłamywały obywateli, a banki z kolei nie miały (i nie mają) żadnego honoru. Dlatego ludzie cieszyli się po każdej z jego akcji. Jak ujęła to jedna z państwowych gazet: „On nie okradał banków. Po prostu dokonywał swoistej redystrybucji środków, która różni się od tego, co robią elity, jedynie wykorzystaną metodą”.

Media odegrały zresztą sporą rolę w zamienianiu go w bohatera. To one napędzały kolejne sensacyjne doniesienia i wczuwały się w nastroje społeczeństwa, portretując Ambrusa jak bohatera. W jednej z gazet można było przeczytać, że „prawdopodobnie oddaje pieniądze biednym i potrzebującym” (zrobiono z niego „węgierskiego Janosika”), a stacje telewizyjne wypuszczały programy poświęcone konkretnie jemu. W jednym z najbardziej znanych kryminalnych show w kraju poproszono go, żeby…. napadał na banki w inne dni. Posłuchał się. Już po złapaniu, szybko pojawiły się pomysły, by zorganizować debatę Ambrus vs Varju, czyli człowiek, który nie mógł go złapać. Attila z miejsca otrzymał też propozycje napisania biografii. Dla współwięźniów był wręcz idolem.

A to wszystko jeszcze przed ucieczką z więzienia. Żeby było zabawniej: zapowiadaną, mówił bowiem strażnikom, że to zrobi. Nikt się tym jednak nie przejmował, bo z budynku, w którym siedział, jeszcze nikomu nie udało się zwiać. Aż do pojawienia się Attili, który udowodnił, że faktycznie naczytał się w dzieciństwie sporo kryminałów. Najpierw wspiął się bowiem na czterometrowy mur, potem wślizgnął na trzecie piętro jednego z budynków. Wyważył drzwi do pokoju, zastawił je sejfem, potem usunął z okna kratę. Na dół zszedł po sznurze zrobionym z prześcieradeł i telefonicznych kabli. A potem uciekł jak najdalej.

Jeden z największych dzienników w kraju, „Magyar Hirlap” napisał o nim wtedy: „Nasz bohater narodowy, rabuś”, a inne gazety sugerowały mu, jakich operacji plastycznych powinien dokonać, by policja nie była w stanie go zidentyfikować. Ludzie przypinali sobie do ubrań znaczki z hasłami wyrażającymi wsparcie wobec Attili. Wielu z nich deklarowało, że nie oddałoby go w ręce policji, gdyby miało taką możliwość.

Trzy miesiące później okazało się, że policja poradziła sobie sama i Ambrusa złapała. Ale ludzi to nie obchodziło. Legenda Attili, złodzieja-dżentelmena, już była żywa. Produkowano koszulki z jego imieniem i wynikiem starć z policją (27:0; 28:1; 29:2), na budynku klubowym UTE powiewała flaga dotycząca jego osoby, a stroje z jego nazwiskiem szybko się sprzedały, osiągając potem ceny kilkuset dolarów na aukcjach. Dziś, po latach, wciąż można je na nich spotkać, w co nie może uwierzyć sam Atilla.

Pracownice banków, które okradł na samym początku swojej „kariery”… żałowały, że tak się stało. Bo wtedy nie miał jeszcze w zwyczaju wręczać im bukietów kwiatów, a bardzo chciałyby takie od niego otrzymać. Głównie dlatego, że te dało się odsprzedać za spore pieniądze. Popularność Attili była tak wielka, że nie przeminęła do dziś – jeśli dobrze traficie, na Węgrzech znajdziecie sporo restauracji, które jakieś danie nazwały jego imieniem bądź pseudonimem. Były też plany nazwania po nim napoju energetycznego i wydania gry wideo na podstawie jego życia. Z nich nic nie wyszło. Powstało za to przedstawienie teatralne, różni artyści nagrali też kilka piosenek.

W 2005 roku w kilkunastu miastach na świecie ludzie wznieśli toast z okazji jego 38. urodzin. Już kilka lat wcześniej Lajos Varju doszedł do takich samych wniosków jak Ambrus. „Nie mogę uwierzyć, że w tym państwie żyje kilka milionów ludzi, którzy są fanami kryminalisty. Ten stan wykreowała sytuacja socjalna” powiedział. Biorąc pod uwagę, że do dziś u naszych „bratanków” istnieje swego rodzaju kult Attili, wiele się chyba nie zmieniło.

*****

Jak to często bywa – legenda rozmija się z tym, co działo się naprawdę. W tym przypadku „problematyczne” są wzmianki o przemocy. Sam Attila dziś nie kryje, że zdarzało mu się jej użyć. W rozmowie opublikowanej na blog358.pl mówił:

– Niestety, dużo było takich sytuacji [gdy zrobiłem komuś krzywdę]. Nie miałem zamiaru nikogo krzywdzić, chciałem tylko pieniędzy. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Kiedyś przeciwnik wyciągnął taurusa .38 special i wystarczyło tylko pociągnąć za spust, ale on tego nie zrobił. Mogłem to wtedy wykorzystać i go zastrzelić, ale tego nie uczyniłem. Zawsze w takich sytuacjach myślałem, że nie jestem zabójcą, idę tylko po pieniądze. Miałem dużo szczęścia, że nie musiałem nikogo zabić. Nie raniłem też specjalnie ludzi po to, żeby zgodnie z procedurami został otwarty sejf. Miałem wiele sytuacji, kiedy trzeba było podjąć decyzję, czy kogoś zastrzelić, czy nie. Dzięki temu jestem legendą, ponieważ nikogo nigdy nie postrzeliłem.

Fakt, nikogo, ale kilka razy było blisko. Zdarzało mu się oddawać strzały w powietrze. Innym razem, mając policję na ogonie, a przed sobą tłum, oddał strzały w podłogę, tuż przed stopami ludzi. Cud, że nikt nie został trafiony. Potem zresztą przymusił kierowcę Skody, by oddał mu samochód. Innym razem wdał się w strzelaninę z policją. Jeśli miałby pecha – o ile tak to można nazwać – mógłby stać się mordercą. I cala legenda byłaby nieaktualna. Zresztą jeśli chodzi o przemoc, to ta nie była mu obca – w trakcie napadu z początków „działalności”, jedna z pracownic banku zaczęła krzyczeć i próbować uciec. Złapał ją za włosy, pociągnął z całej siły, wyrywając wiele z nich, i posadził na podłodze. Jej koledze, który zareagował, prawie złamał rękę.

Bukiety kwiatów, które wręczał, też nie miały oczarowywać płci pięknej. Po co więc je przynosił? To proste – chował w nich broń. Po napadzie nie były mu już potrzebne, mógł skorzystać z nich PR-owo. I to mu się opłaciło. Ludzie mówili o nim później dokładnie tak, jak jeden z jego sympatyków, którego przepytano w mediach: „Pieniądze, które wziął, nie były państwowe, a bankowe. Wśród bankowców są łotry. Środki, które odkładałem na swoją starość, choroby i pogrzeb, były w banku, który niedawno zbankrutował. Ile on zrabował? Nic, w porównaniu do tego, co biorą same banki”. Oczywiście, o czym już wiecie, nieprawdziwą była też wersja, że kasę z napadów rozdawał biednym. Choć faktycznie zdarzało mu się pomóc przyjaciołom w potrzebie.

Nie zmienia to jednak faktu, że był przestępcą. Węgrzy to wiedzieli, ale mimo wszystko – woleli takiego przestępcę niż swoich urzędników, bankowców czy polityków. Pokazywał im, że z systemem da się walczyć. Tak to sobie tłumaczyli. I tłumaczą nadal, mimo tego, że on sam mówi:

Nie chciałbym być przykładem dla innych. Uwielbiałem i kochałem pieniądze oraz wszystko, co przychodzi wraz z nimi. Dają ci prawdziwą wolność. Nie chcę jednak, żeby jakieś dziecko było blisko tego, czego byłem ja i myślało, że to właściwe postępowanie. Jedyny przykład, jaki chciałbym dawać, to ten, że da się wyjść z miejsca, w którym byłem.

A był w więzieniu. Spędził w nim dwanaście lat. I jeśli za coś go chwalić, to za szczerość – policjanci udowodnili mu osiem napadów. Przyznał się do wszystkich pozostałych. Za dobre sprawowanie wyszedł o kilka lat wcześniej niż pierwotnie miał. Książkę o nim napisał Julius Rubinstein, uznany dziennikarz sportowy. Na podstawie jego życia powstał nawet film. Wcześniej mówiło się o hollywoodzkim, w którym główną rolę miał zagrać Johnny Depp, ostatecznie powstał węgierski. Attila wystąpił nawet w małej roli, był też konsultantem. Powrót do przeszłości go jednak nie kusi, znalazł bowiem swoje miejsce w świecie, przy – choć brzmi to zabawnie – lepieniu garnków. Jest szczęśliwy.

Tylko, o czym czasem wspomina, brak mu gry w hokeja.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. YouTube

KOMENTARZE (5)