„Szmata”. Przeczytaj fragment powieści Tomasza Łapińskiego
Weszło

„Szmata”. Przeczytaj fragment powieści Tomasza Łapińskiego

„Wszyscy myślą, że nasz legendarny trener, Kazimierz Górski, mówił mądre rzeczy o piłce. Ja jestem przekonany, że nie chciało mu się tłumaczyć zawiłości dyscypliny laikom, bo wiedział, że i tak szkoda na to czasu.

Piłka jest okrągła, a bramki są dwie…

i odpierdolcie się.

I tak nic nie zrozumiecie.

Zależności fizyczno-mentalne, psychologiczno-komunikacyjne na każdym kroku, ilość zmiennych, wszechstronne, wzajemnie się wykluczające wymagania fizyczne, za dużo wytrzymałości, szybkość spada… Niezły burdel czy to w sferze fizycznej czy psychicznej”.

„Szmata”, powieść Tomasza Łapińskiego, opowiada właśnie o tym: niezłym burdelu, jakim jest szatnia piłkarska. Mecz to tylko wycinek, końcowy efekt, najważniejsze pozostaje niedostrzegalne.

Każda szatnia to tygiel skrajnie odmiennych charakterów. W każdej potrafi narodzić się przyjaźń, ale z równie wielką częstotliwością nienawiść. Zbiór indywidualistów, z których każdy uważa się za najlepszego, siłą rzeczy częściej zmierza w kierunku roju wściekłych os niż zasady „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

Nigdy wszyscy nie ciągną w jedną stronę. Rezerwowy życzy połamania nóg gościowi z pierwszego składu. Ktoś ma w dupie wyniki drużyny, chce się tylko wypromować na Zachód. Kto inny ma w dupie całą piłkę nożną, interesuje go tylko pieniądz i to co można za niego kupić.

Tomasz Łapiński, były kapitan Widzewa Łódź, grał w piłkę w latach 1987-2003. Latach, gdy polski futbol był przeżarty korupcją, układami, spółdzielniami, sprzedajnymi arbitrami, zadymami, alkoholem, biedą, wiecznie spóźnionymi wypłatami, pieniędzmi niewiadomego pochodzenia i dobrodziejami spod ciemnej gwiazdy.

Pewnie dla kariery Łapińskiego byłoby lepiej, gdyby zaczynał teraz, w zdrowszych czasach.

Ale dla powieści na pewno nie; z punktu widzenia fabularnego, znajomość tamtych realiów jest bezcenna.

Nie spodziewajcie się powieściowej wersji filmu „Gol!’, raczej „Piłkarskiego Pokera” na sterydach, w którym za pośrednictwem bohatera poznacie smród, pot i łzy szatni, jej prawdziwą, ukrytą na co dzień twarz.

***

SZMATA

Przedstawione wypadki nie rozegrały się w Polsce w 2002 roku. Z szacunku dla tych, którzy nie brali w nich udziału, zmieniono nazwiska postaci. W trosce o polską piłkę nożną wymyślono przebieg zdarzeń.

Szatnia była długa i wąska jak tramwaj. Z brudnoszarych ścian gdzieniegdzie odpadał tynk, w rogach widać było ślady wilgoci i grzyba. Zresztą cały obiekt Pomorza Szczecin lata świetności miał już dawno za sobą i domagał się nie tyle remontu, co rozbiórki. Cuchnęło niemiłosiernie, a teraz dołożyliśmy jeszcze do tego bukietu zapach jedenastu spoconych męskich ciał.

Huczny chodził wzdłuż ławek, na których siedzieliśmy. Maszerował, kołysząc się na boki jak kaczka, przez całą długość pomieszczenia, od okna do drzwi, spoglądając to na jedną, to na drugą stronę.

– Co to, kurwa, jest? – mówił cicho i spokojnie. – Kopnąć celnie na pięć metrów nagle nie potraficie? Końcówka sezonu, szansa na mistrza, a wy co? Sparaliżowało was? Zesraliście się w gacie ze strachu?

Nikt nie podnosił głowy, wszyscy wpatrywali się w podłogę. Brał nas „pod włos”, znałem ten jego trik, choć trzeba przyznać, że dosyć często okazywał się skuteczny.

– Weźcie się w garść, uspokójcie grę. Poszanujcie piłkę, niech oni biegają. Tylko bez paniki i dokładnie, na litość boską. Jabol, nie schodź na skrzydła, zostaw miejsce Babce, no i więcej ruchu. Pokazujcie się do gry! Na stojaka jeszcze nikt meczu nie wygrał.

Spoglądał po nas, jakby pierwszy raz widział swoją drużynę.

– Rogal, nie kombinuj. Masz trudną piłkę? Napierdalaj w ziemniaki i mamy spokój. Nie wstydź się, nie tacy wykopują byle gdzie. Bierzcie się do roboty! Macie czterdzieści pięć minut.

Wszystko to Wrzaskun mówił bardzo spokojnie, jak nie on, wolno, dokładnie artykułując słowa, jakby chciał, by nic nam nie umknęło.

– Kurwa, przecież wygrywamy – bąknął pod nosem Piesek.

Trener odwrócił się tak gwałtownie, że zaczeska zsunęła mu się z głowy i wisiała z boku jak skalp. Z oburzeniem w oczach szukał autora tych słów.

– To co? Znaczy, że możecie poleżeć? – ryknął. – Trzy setki mieli do przerwy, chcecie czekać, aż w końcu trafią? Nie ma lekceważenia, koncentracja do końca – stwierdził, poprawiając fryzurę.

Rozległo się pukanie. Huczny był akurat tuż przy drzwiach. Szarpnął je mocno. Na korytarzu stała starsza pani w fartuchu, na widok trenera mało nie upuściła tacy zastawionej szklankami z kawą. Spojrzała na niego wystraszona.

– Kawa – wyjąkała.

– Miała być przed meczem – warknął Huczny.

Zabrał jej tacę i przeszedł przez całą szatnię do stolika przy oknie, tuż przed pochylonymi głowami zawodników. Ręce mu się trzęsły tak, że szklanki pobrzękiwały jak dzwonki na mszy. Kawa się powylewała, tworząc na tacy dużą czarną kałużę, a wszystkie głowy odprowadzały go wzrokiem do samego okna. Będąc świadomy wrażenia, jakie wywarł, Wrzaskun trząsł się coraz bardziej.

Domyślałem się, że jego pewny ton i krzyki to przykrywka, poza na pokaz. Tak naprawdę wewnątrz był kłębkiem nerwów, w środku dygotał jak te szklanki na tacy. Ukrywał to skrupulatnie, ale czasem sytuacja wymykała mu się spod kontroli. Wiedział, że jeśli drużyna to zauważy, będzie to początek jego końca.

Wyjazdowy mecz z Pomorzem nie wyglądał w naszym wykonaniu najlepiej. Trzecia kolejka przed końcem ligi, walka o mistrzostwo kraju szła na całego. Było bardzo gorąco, bezchmurne niebo i brak jakiegokolwiek wiatru negatywnie wpłynęły na tempo spotkania. Mokre koszulki przylepiały się nam do ciał, a bezlitosna „lampa” nad głową podgrzewała powietrze do stanu, w jakim prawie nie nadawało się do oddychania. Oblepieni upałem kibice porozbierali się do gaci, łapali opaleniznę na trybunach, a my smażyliśmy się na trawie jak na patelni.

A poza tym był to mecz przyjaźni, kibice obydwu klubów trzymali sztamę, razem dopingowali obydwie drużyny. Nikt w nas nie napierdalał kamieniami, nikt nie wyzywał, nie opluwał, nie było nawet obraźliwych piosenek. To jak się tu zmotywować do pracy?

Nie to, co we Wrocławiu, gdy w dwudziestej minucie staliśmy stłoczeni wraz z sędziami i drużyną gospodarzy w kole na środku boiska, a z trybun leciał w naszym kierunku grad kamieni wielkości pięści. Nie było nawet jak przerwać meczu i zejść z boiska.

Wprawdzie szybko objęliśmy prowadzenie i utrzymaliśmy je do przerwy, ale błędów w obronie popełnialiśmy bez liku i tylko nieudolności przeciwnika zawdzięczaliśmy, że zeszliśmy do szatni, prowadząc. Mnie jednak grało się całkiem przyzwoicie, nie popełniłem większych błędów. No i po tych zawodach nikt nie mógłby mi zarzucić, że się nie odzywam; niemiłosiernie darłem się na kolegów, opieprzałem ich po groźnych akcjach przeciwnika, bo jak na razie mieliśmy mnóstwo szczęścia, a ja jako kapitan i prawy obrońca wolałbym tylko podpowiadać, a nie musieć jak dziki zapieprzać z wywieszonym jęzorem.

Teraz uznałem, że oficjalna część wystąpienia trenera się zakończyła, i poszedłem do kibla. Zamknąłem się w kabinie. Nagle usłyszałem kroki i trzask drzwi.

– Chcą kupić punkt. – Rozpoznałem głos Babki.

– Ile będzie? – Niskiego basu Rogala też nie dało się pomylić.

– A… a… a tytuł…?

– Kurwa, dwa mecze z ogórkami u siebie. Masz szmal na ruchanie? – Babka nie dał skończyć Pieskowi.

Nie byłem zaskoczony tą sytuacją. Wiedziałem, w jakim środowisku funkcjonuję, to, co usłyszałem utwierdziło mnie tylko w podejrzeniach. Stałem w kiblu i myślałem, co zrobić. Pozwolić im skończyć rozmowę, czyli pozwolić im y się pogrążyć? Czy też szybko się ujawnić i dać im szansę na wybrnięcie z sytuacji? Nie wątpiłem ani przez moment, że opierdolą mecz dla kasy, nie będą mieli żadnych oporów, bo już wcześniej miałem trochę wątpliwości przy kilku meczach, w których traciliśmy punkty. Skalkulowałem, że jeśli będę zmuszony podkablować ich po przegranym meczu, to na sto procent ich zawieszą i będziemy musieli grać w osłabieniu – cokolwiek by powiedzieć o ich uczciwości, w piłkę potrafili grać świetnie, więc bez nich nasze szanse na tryumf w lidze mocno by się zredukowały. Ręka sama powędrowała do spłuczki, rozległ się dźwięk spuszczanej wody, za drzwiami zapadła cisza. Dałem im jeszcze sekundę i wyszedłem z kabiny.

Stali w rzędzie przy pisuarach, gapiąc się w dół, jakby pierwszy raz zobaczyli, co mają między nogami. Podszedłem do zlewu, odkręciłem wodę. Pierwszy opanował się Babka.

– Dobrze, że jesteś, kurwa. – Stał w dalszym ciągu przyklejony do pisuaru. – Pomorze chce, by im odpuścić punkt, ale powiedziałem im, kurwa, żeby spadali.

Cała przemowę wygłosił jakby do ściany, wpatrując się w kafelki i na koniec rzucił na mnie krótkie, nerwowe spojrzenie przez ramię.

Nie odezwałem się słowem, dalej mocząc ręce w wodzie. Babka wymownie spojrzał na kolegów, szukając poparcia.

– No, gramy o miszcza – przebudził się Rogal.

– W… w… właśnie, po… po… pojebało ich. Myśleli, że im punkt oddamy? – jąkając się, poparł ich Piesek.

Gapili się na mnie przez ramię, czekając, jak zareaguję.

– Idioci, no nie? Myśleli, że im punkt oddamy – powtórzyłem. – Ciekawe czemu?

Zakręciłem wodę, strzepnąłem ręce i spojrzałem na nich wymownie, po czym wyszedłem z toalety. Zamykając drzwi, usłyszałem przytłumiony głos Pieska:

– Quasimodo pie… pierdolony Zygmunt. – Wiedzieli, że nie znoszę obu tych przezwisk.

W szatni panował typowy rozgardiasz. Gorąco jak w saunie, wentylator stojący w kącie bardziej buczał niż dawał wiatr. Doktor wymachiwał wilgotnym ręcznikiem przed twarzami piłkarzy, usiłując schłodzić im gorące głowy, maser klepał po łydkach siedzącego obok Witka. Klapnąłem ciężko na swoim miejscu.

– Chcą sprzedać mecz – szepnąłem do ucha Witka Kowalskiego. Spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.

– Jesteś pewien? Kto?

– Głuchy nie jestem, naradzali się w kiblu. Wiedzą, że słyszałem. – Spojrzałem wymownie na drzwi do łazienki.

– No to luz, nie zaryzykują.

Za chwilę cała trójka także wróciła do szatni, jakby nic się zdarzyło; usiedli na swoich miejscach i jak ognia unikali mojego wzroku. Gdy trener wyszedł z szatni, Witek wstał. Był wysokim stoperem z nieproporcjonalnie długimi nogami i krótkim tułowiem, a do tego podkreślał nieświadomie tę dysproporcję, podciągając wysoko spodenki.

– Jest próba podejścia – stwierdził głośno.

W szatni zapadła cisza. Podrapał się po ciemnej czuprynie, zrobił pauzę dla większego efektu, po czym oblizał swoje duże, jakby murzyńskie wargi.

– Podobno chcą punktu. Pieprzyć ich, no nie? Gramy o mistrza i musimy wygrać ten mecz. Prawda? – spojrzał w kierunku rogu, w którym siedzieli winowajcy. Nie podnieśli głowy. W szatni rozległy się głosy poparcia.

– Więc wychodzimy i do roboty. – Witek usiadł, zadowolony z siebie spojrzał na mnie z uśmiechem i wyciągnął nogi na całą szerokość szatni.

Spiskowcy, których podsłuchałem w toalecie, byli istotnymi ogniwami drużyny. Babka, czyli Michał Babicki był dwudziestopięcioletnim chudym chłopakiem z krótko obciętymi włosami i śladami po ospie na policzkach. Pierwszy dowcipniś w drużynie i ktoś, kto nie umiał zbudować zdania bez słowa „kurwa”. Czasem namawialiśmy kierownika, by wpisał go do protokołu właśni w ten sposób: „Michał Kurwa Babicki”. Pewniak u Wrzaskuna, grał zawsze w pierwszym składzie, zwykle jako skrzydłowy, czasem w środku. Miał taki gaz, że mało było piłkarzy w lidze, którzy mogliby się z nim ścigać. Sam byłem bardzo szybki, ale na dłuższym dystansie zostawiłby mnie daleko w tyle. Poruszał się charakterystycznym długim, lekkoatletycznym krokiem, w którym czuć było potężną moc drzemiącą w mięśniach, trzymaną na uwięzi, ale w każdej chwili gotową do wyzwolenia, jakby czekał na wystrzelenie z procy. Zresztą jego szybkość doceniał też selekcjoner reprezentacji kraju i często powoływał go do kadry.

Kibice uwielbiali go z jeszcze jednego powodu – był wychowankiem Centrum. Przeszedł wszystkie szczeble w klubie – od grup młodzieżowych do pierwszej drużyny – więc był ich ulubieńcem. Nigdy nie rozumiałem kibiców, bo chcieli widzieć u piłkarzy cechy, które sami cenili, a których gracze byli całkowicie pozbawieni. Fani jednak tak już mają – w gówniarzy, którzy tak naprawdę myślą tylko o tym, by dobrze kopać piłkę, pakują jakieś wyższe, wzniosłe uczucia. Patriotyzm lokalny, wierność barwom – niezły ubaw.

Piesek z Rogalem stanowili nierozłączną parę. Pojawili się w klubie trzy lata wcześniej, prezes ściągnął ich w pakiecie z Czarnych Zabrze, oddając w rozliczeniu Krzyśka Kortykę, objawienie ligi w tamtym okresie. Jak się okazało, Książę zrobił dobry interes, bo Krzysiek złapał kontuzję, która wyłączyła go na wiele miesięcy z treningu, a ci dwaj szybko wskoczyli do pierwszego składu.

Andrzej Rogal był potężnym mężczyzną. Wysoki na prawie dwa metry, wielka klatka piersiowa, długie włosy spięte w kucyk i surowe rysy twarzy. Pochodził z małej wioski pod Białymstokiem, chyba bliżej Hajnówki, co było słychać w tym, jak mówił, bo zaciągał białostockim „śledzikiem” jak ta lala. Chłopaki żartowali, że odciągnęli go siłą od pługa, ale raczej po kątach, tak żeby nie słyszał, bo Rogal znany był ze swego wybuchowego charakteru. Gdy stawał w bramce, miało się wrażenie, że ta gwałtownie się skurczyła, a nasz bramkarz sięga swymi długimi ramionami od słupka do słupka.

Robert Piesecki był przeciwieństwem Rogala. Niski, drobnej budowy, z blond lokami i bardzo przystojny, stanowił obiekt westchnień kibicek, mimo że lekko się jąkał. Jako poznaniak z urodzenia, miał wszelkie złe nawyki wielkomiejskiego dandysa. Grał na środku pomocy, był świetnie wyszkolony technicznie, potrafił z piłką robić cuda. Fizycznie za to wyglądał dużo gorzej: ani szybki, ani wytrzymały, ani waleczny, ktoś zawsze musiał czuwać za jego plecami i wykonywać czarną robotę, którą Piesek się brzydził.

Grali razem z Rogalem przez kilka lat w jednym klubie i już w Czarnych tak przypadli sobie do gustu, że wszędzie chodzili razem. Najczęściej był to najbliższy burdel, bo spędzali tam mnóstwo czasu. Piesek był dwudziestosześcioletnim kawalerem i ciągle gadał o pieprzeniu, ruchaniu, posuwaniu i podobnych aktywnościach ruchowych, miał niepohamowany apetyt na seks, więc ciągnął za sobą Rogala na panienki, ilekroć ten miał czas. Nasz bramkarz miał wprawdzie żonę i dziecko, ale mawiał: „Na boku i z kurwą to nie zdrada”.

Podejrzenia, że ktoś handluje punktami, miałem już wcześniej. Gdy traciliśmy punkty jesienią, nie zwracało to mojej uwagi; graliśmy dobrze, a błędy, które się nam zdarzały, wynikały raczej z dobrej postawy przeciwnika. Prezes nie płacił nam już wtedy, ale mamieni ciągłymi obietnicami, graliśmy swoje. Ale przez całą jesień i zimę zaległości mocno urosły, także ze względu na nasze dobre wyniki, i na wiosnę w szatni dało się już wyczuć zniecierpliwienie. Pojawiało się coraz więcej narzekań i pytań, wszyscy zrobili się bardziej nerwowi.

Gdy traciliśmy bramkę, zazwyczaj był to efekt serii błędów kilku piłkarzy, które kumulowały się w jednym czasie. Napastnik gubił piłkę na połowie przeciwnika, nie powalczył o odbiór, pomocnik spóźnił się z przesunięciem ustawienia, obrońca zaatakował na dzika, na „raz”, drugi go nie zaasekurował i bum – stracony gol. Bywają też jednak bramki „zawalone” tylko przez jednego piłkarza, zazwyczaj przez bramkarza, stopera lub innego obrońcę, choć pomocnikom także się to przydarza. W meczach zdarzają się wręcz nieprawdopodobne klopsy – bramkarz sam sobie wrzuca piłkę do siatki albo obrońcy walą niewiarygodne samobóje. Takie bramki nie wzbudzały jednak moich podejrzeń, tylko idiota oddawałby punkty w ten sposób.

Znałem doskonale Rogala, Babkę czy Pieska, wiedziałem, jak grają, jak się poruszają, co umieją. A na przykład w takim meczu z Polanką, ligowym słabeuszem, wiele zagrań moich kolegów było w bardzo subtelny sposób niedokładnych. Rogal ślizgał się co kilka minut, wypuszczał piłkę prawie przy każdym strzale (Polanka oddała ich chyba z pięć przez cały mecz!), miał jednak tego pecha, że nieudolni przeciwnicy nie mogli nic trafić, partaczyli wszystkie sytuacje, które im stwarzał. Z przodu Babka nie pozostawał im dłużny i nawet mając szansę strzału do pustej bramki, bił na siłę hen, w zegar, a Piesek miał statystycznie najwięcej niecelnych podań w całym sezonie. Zresztą wiedziałem, co się dzieje, bo i w poprzednich rozgrywkach widziałem już kilka takich spotkań w ich wykonaniu. Nie reagowałem, bo i co miałem powiedzieć? „Hej wy, sprzedaliście mecz?” „My? Po prostu słabo zagraliśmy. Co to za bezpodstawne oskarżenia? Rozbijasz jedność drużyny. Działasz na szkodę zespołu”. Nauczyłem się więc robić swoje, bez względu na okoliczności koncentrować się tylko na sobie i myśleć, co mam zrobić, by grać lepiej.

W minionych latach przerabiałem to już wiele razy. Nieraz byłem świadkiem ogólnych dyskusji, najczęściej w czasie podróży na mecz, o handlowaniu meczami – oczywiście zawsze rozmowa dotyczyła innych drużyn i zawodników.

– Na sto procent się, kurwa, dogadali – twierdził Babicki, trzymając przed sobą rozłożony „Kurier Sportowy”.

– Kto? – dopytywał siedzący z tyłu Rogal, wyglądając zza oparcia fotela.

– Polanka z Jurą – mówił Babka, mając na myśli zespół z dołu tabeli i ligowego średniaka, któremu ni groził ani spadek, ani puchary.

– Może nawet im, kurwa, zapłacili za ten remis, diabli wiedzą, punkt jest punkt – wyjaśniał, jak gdyby punkt mógł nie być punktem.

– Ja, ja… ja tam ich rozumiem – odezwał się Piesek. – P… p… premii nie widzieli od roku, pensję rzucą im raz na kilka miesięcy, to z… z… z czego mają żyć? Zapierdalają, trenują, ła… ła… łapią kontuzje i co z tego mają? – Część chłopaków kiwała potakująco głowami. – Przyjdzie jaśnie pan prezes, uściśnie dłoń i po… po… powie, że za tydzień będą pieniądze… a po… po… potem przez miesiąc można go ze świecą szu… szu… szukać.

– Miesiąc? – zaśmiał się Jabol. – Kiedy ostatni raz widzieliśmy Księciunia?

– Nikt ci tyle nie… nie da, ile K… K… Książę obieca, taka prawda – dodał Piesek.

Wyszliśmy w skwar drugiej połowy meczu, słońce nie zamierzało nas oszczędzić. Nie przypuszczałem, że może być jeszcze bardziej gorąco, ale tak właśnie było: powietrze stało nieruchome, jakby zamarło w oczekiwaniu na wynik spotkania. Po kilku krokach, zanim jeszcze doszliśmy do murawy, mieliśmy ponownie mokre koszulki, poodparzane w pierwszej części stopy znowu dawały znać o sobie.

W drugiej połowie Rogal zagrał bezbłędnie, wybronił kilka groźnych sytuacji, Babka hasał na skrzydle tak, że obrońcy o mało nie pozderzali się głowami, a Piesek zdobył piękną bramkę z rzutu wolnego. Wszyscy pobiegli pogratulować strzelcowi, ściskali się pod bramką Pomorza, tylko ja zostałem na swojej połowie. Jakoś po rewelacjach podsłuchanych w kiblu nie chciałem brać udziału w tej farsie, tym bardziej że do końca meczu było jeszcze kilka minut, a wciąż spodziewałem się po konspiratorach najgorszego. Wygraliśmy jednak pewnie 2:0.

Do zakończenia sezonu pozostały nam już tylko dwa mecze, a terminarz mieliśmy wymarzony: najpierw mecz z Białą, a na koniec ze Sternikiem, oba spotkania u siebie. Wyglądało na to, że nikt ani nic nie jest w stanie odebrać nam mistrzostwa.

OBEJRZYJ FILMOWĄ ZAPOWIEDŹ KSIĄŻKI I ZAMÓW „SZMATĘ” W PRZEDSPRZEDAŻY

KOMENTARZE (9)