Nie mogła być lepsza. Dziesięć lat temu zmarła Kamila Skolimowska
Inne sporty

Nie mogła być lepsza. Dziesięć lat temu zmarła Kamila Skolimowska

Miała 26 lat i olimpijskie złoto z Sydney. To głównie te dwie informacje przewijały się w mediach dokładnie dziesięć lat temu. To wtedy, w portugalskim Vila Real de Santo Antonio, straciła przytomność i, mimo godzinnej reanimacji, zmarła Kamila Skolimowska. 

71 metrów i 16 centymetrów. Rekord życiowy Anity Włodarczyk jest niemal o dwanaście metrów lepszy. Ale w roku 2000 taki właśnie rezultat wystarczył do tego, by zdobyć olimpijskie złoto. To była sensacja, Skolimowska nie była wtedy nawet pełnoletnia. Choć trzeba przyznać, że nie wzięła się znikąd. Mistrzynią Polski zostawała już w wieku 14(!) lat, a wyniki na poziomie najlepszej dziesiątki na świecie osiągała jako szesnastolatka.

Sport miała we krwi. Jej ojciec był medalistą mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów, mama rzucała dyskiem. „Kama” zaczynała od wioślarstwa, potem poszła w ślady taty, a dopiero później skierowała się w stronę lekkiej atletyki. To ostatnie okazało się dobrym wyborem, a kolejne sukcesy – mistrzostwo Europy juniorów, mistrzostwo świata juniorów młodszych, a w końcu olimpijskie złoto – tylko to potwierdziły. Po tym ostatnim, za sprawą jednego genialnego rzutu, stała się nagle ikoną polskiego sportu i – wraz z Szymonem Ziółkowskim, również złotym medalistą z Sydney – rozpoczęła nową, złotą erę polskiego młota. Tę, z której wywodzą się Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek czy Wojciech Nowicki.

Tak wielki i niespodziewany sukces zmieniał wielu przed nią i wielu po niej. Ale ona pozostała dokładnie tą samą osobą, którą była. Do dziś we wspomnieniach wszystkich, którzy ją znali, przewijają się głównie słowa „radosna”, „dusza towarzystwa”, „pracowita”, „spokojna” czy „uśmiechnięta”. Zarażała ludzi swoim optymizmem, trudno było w jej towarzystwie patrzeć na świat w czarnych kolorach.

Byłą ciekawą osobą. Na pewno jedną z najciekawszych w ostatnich latach w polskiej lekkiej atletyce. Nie tylko jako sportsmenka, ale jako osobowość. Nie tylko na arenie sportowej, ale także poza nią potrafiła przyciągać ludzi do siebie. Oficjalnie nie mówiło się tego w środowisku lekkoatletycznym, ale potrafiła je spajać. Nawet w trudnych momentach dla polskiej lekkiej atletyki potrafiła poprawiać tę nie najlepszą atmosferę. Zawsze pozytywnie nastrajała i pomagała innym osobom – mówił przed laty Onetowi Rafał Bała, autor książki „Kamila Skolimowska. Dziewczyna na medal”.

Ten medal zresztą definiował ją w oczach kibiców. W kolejnych latach nie odnosiła już większych sukcesów, krążki potrafiła zdobyć jedynie na mistrzostwach Europy. Na ostatniej wielkiej imprezie – igrzyskach olimpijskich w Pekinie z roku 2008 – spaliła wszystkie trzy próby. To wtedy pierwszy i jedyny raz wygrała z nią w bezpośrednim starciu Anita Włodarczyk, która do dziś rzuca młotem w rękawicy Skolimowskiej. To w niej osiągała największe sukcesy. Po złocie olimpijskim zdobytym w Rio de Janeiro, mówiła „Super Expressowi”:

– Rękawica została odnowiona w tym roku przez mistrzynię kaletnictwa. Pracowały przy niej z tego co wiem cztery osoby. Prawie tydzień czasu była w renowacji, więc cieszę się, że mogłam w niej rzucać i tak, jak dotąd będę w niej rzucała do końca kariery.

Igrzyska w Pekinie to jednak nie tylko niepowodzenie z konkursu, ale i pierwsze ostrzeżenie od organizmu – Skolimowska w ich trakcie zasłabła. Lekarze, po badaniach, stwierdzili jednak, że nic poważnego się nie stało. Po powrocie o kraju, gdy wciąż czuła się źle, nikt nie potrafił zdiagnozować, co jest tego przyczyną. Na szczegółowe badania miała polecieć… po zgrupowaniu w Vila Real de Santo Antonio. Za późno. O kilka dni.

W Portugalii skarżyła się na ból w łydce. Masażysta, który ją rozmasował, nie mógł wiedzieć, że w ten sposób przyczynia się do jej śmierci. Nie wiedział też lekarz, który ten masaż zalecił. Przyczyną śmierci Kamili Skolimowskiej był zator tętnicy płucnej, spowodowany zakrzepicą. To tej ostatniej nie potrafili zdiagnozować lekarze, choć powinni zrobić to już w Pekinie. Zakrzep początkowo znajdował się właśnie w łydce, stąd ból. Po masażu został „uwolniony”, przeniósł się tętnicy.

To z jego powodu równo 10 lat temu Kamila zasłabła na siłowni. Ocucili ją koledzy, z miejsca wezwali też karetkę. Wsiadła do niej o własnych siłach. Po raz kolejny zemdlała w środku. Już się nie obudziła. Na jej nagrobku widnieje napis: „Odchodzimy wtedy, kiedy lepsi już nie możemy być”. Trudno o celniejsze podsumowanie jej życia i śmierci.

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (3)