Lucek. Mały wzrost, wielkie serce i Stalowa Wola walki
Inne sporty

Lucek. Mały wzrost, wielkie serce i Stalowa Wola walki

Stalowa Wola pożegnała swojego najlepszego sportowca. Tłumy mieszkańców towarzyszyły w ostatniej drodze Lucjanowi Treli, nieco zapomnianemu bokserowi z lat sześćdziesiątych. Bokserowi, który tak naprawdę był symbolem polskiej waleczności i nieustępliwości. Bokserowi, który wbrew wszelkim przeciwnościom losu nigdy się nie poddawał i trzymał gardę wysoko do samego końca. Chociaż brutalnie trzeba przyznać, że łatwiej było się prać z wyższym o głowę i cięższym o 30 kilogramów Foremanem niż wiązać koniec z końcem za 1600 złotych emerytury…

Ta walka przeszła do legendy, trudno zresztą, żeby było inaczej. Pierwsza runda igrzysk olimpijskich w Meksyku, turniej wagi ciężkiej. Z jednej strony potężny łobuz ze Stanów Zjednoczonych, George Foreman: 192 cm, ponad sto kilogramów samych mięśni. Strach spotkać takiego w ciemnej ulicy, a co dopiero wyjść z nim do ringu. W drugim narożniku – gość, który wygląda, jakby pomylił dyscypliny, a już na pewno – kategorie wagowe. Raptem 172 centymetry wzrostu, nieco ponad 80 kilogramów wagi. Dziś taki pojedynek nie miałby prawa się odbyć, Trela i Foreman w żadnym wypadku nie znaleźliby się w tej samej wadze. Wtedy jednak w boksie olimpijskim były inne przepisy i waga ciężka to byli wszyscy zawodnicy powyżej 81 kilogramów. Dziś 81 kilo to limit wagi półciężkiej, do 91 liczy się waga ciężka, a dopiero powyżej – superciężka.

Gdyby skreślili w drugą stronę…

Foreman i Trela prezentowali się jak Goliat i Dawid, z góry można zakładać, jak to będzie wyglądać: potężny Amerykanin ruszy do przodu i będzie bezlitośnie obijał Polaka, aż ten się przewróci albo aż sędzia się zlituje. Jakież więc jest zdziwienie publiczności, kiedy wybrzmiewa pierwszy gong i zaczyna się młócka. Trela jest może mały wzrostem, ale nadrabia niewiarygodnym serduchem i wolą walki. Aż się prosi, żeby powiedzieć „stalową wolą”.

Co z tego, że na papierze nie ma żadnych szans, że powinien paść po pierwszym czystym ciosie, że nie ma prawa sięgnąć rywala swoim małym zasięgiem ramion. W ringu żadnego papieru nie ma, jest za to dwóch ludzi i ich pięści. Liczy się serce, wola walki, determinacja. A tych, w przeciwieństwie do wzrostu, Polak ma pod dostatkiem. Prawie nie daje się trafiać, skacze wokół rywala jak piłeczka kauczukowa, doskakuje i odskakuje. I trafia. Walka trwa pełen dystans. Sędziowie mają duży problem ze wskazaniem zwycięzcy. Ostatecznie dwaj wskazują na Foremana 60:58 i 60:57, jeden punktuje wygraną Treli 60:59. Ostatnich dwóch arbitrów notuje remis, ale przepisy w takim przypadku każą dodatkowo wskazać boksera, który był minimalnie lepszy. Obaj zapisują więc 59:58 dla Foremana. – Gdyby ci dwaj skreślili w drugą stronę, być może moje życie potoczyłoby się inaczej – powie po latach Trela.

Amerykański bokser wybuczany po werdykcie” – napisała agencja UPI. Gwizdy i buczenie trwały kilkanaście minut, meksykańscy kibice docenili waleczność Polaka i uważali, że to jemu należała się wygrana. – Pokonałem go sercem. Było niemal niemożliwe trafić go prostymi. Musiałem go trafić prawym podbródkowym i potem lewym sierpem – komentował na gorąco Foreman. A po latach w specjalnym filmiku dodawał: Pamiętam cię, Trela. Pokonałeś mnie ostatnim razem, ale będzie rewanż! Kocham cię! Sam Trela skomentował to krótko: teraz to ja wolałbym się z nim spotkać nie w ringu, a przy barze!

Najbardziej mnie cieszyły wygrane z dużymi chłopami

Reszta jest historią – Amerykanin wygrał wszystkie pozostałe olimpijskie walki przed czasem, zdobył złoto, a potem został jedną z największych legend ringów zawodowych i oczywiście mistrzem świata wagi ciężkiej, zarabiając przy tym gigantyczne pieniądze. Trela miał jechać na kolejne igrzyska w Monachium, ale w ostatniej chwili, kilka dni przed wylotem, wypadł z kadry.

W sumie zdobył pięć tytułów mistrza Polski, raz był wicemistrzem, a cztery razy zdobywał brązowy medal (po raz ostatnie w 1975 roku, w wieku 33 lat). Kiedy zawiesił rękawice na kołku, poszedł do pracy w narzędziowni w hucie w Stalowej Woli. Dzięki popularności wywalczonej w ringu, szybko dostał posadę kierownika drużyny piłkarskiej. Żadnych kokosów jednak nie było. Aby zarobić na życie, spędził pięć lat w Stanach Zjednoczonych, głównie pracując jako ślusarz (czasem stawał także na bramkach w lokalach). Na stare lata utrzymywał się z cieniutkiej emerytury, której blisko połowę wydawał na leki…

Sama walka z Foremanem nie była żadnym ewenementem w karierze Treli. Z wielkimi chłopami mierzył się regularnie. I – regularnie – wygrywał. – Miałem w karierze zawodników, którzy mierzyli po dwa metry, nawet ponad dwa metry, ważyli po 130-140 kilogramów. Ale jakoś musieli przełknąć porażkę ze mną, z takim małym chłopcem. To mnie najbardziej cieszyło, że wygrywałem właśnie z tymi dużymi chłopami – opowiadał kiedyś w Orange Sport. – Moją siłą była szybkość i wytrzymałość. Atakowałem od samego początku i miałem bardzo dobry refleks. Jak ciężki zawodnik puścił cios, to ja zrobiłem dwa uniki i jeszcze go dwa razy uderzyłem. Ta szybkość i refleks dawały mi przewagę nad tymi wielkimi chłopami.

Oprawił go jak psa

Walka z Meksyku przeszła do legendy, bo Foreman zrobił wielką karierę. 24 lata później, na igrzyskach w Barcelonie, czempiona spotkał redaktor Andrzej Kostyra. – Mówił, że ciosy Lucka do dziś czuje w głowie. Porównał go do znanego amerykańskiego boksera wagi ciężkiej, Tony’ego Galento, który też był takim miśkiem – wspominał na swoim kanale na Youtube. – Lucek urodził się za wcześnie. Gdyby boksował w dzisiejszych czasach i miał szanse przejść na zawodowstwo, byłby polskim Mikiem Tysonem. Miał podobne warunki fizyczne, mocną, podwójną gardę i fantastyczny balans tułowia. Jego wzrost jednocześnie mu pomagał i przeszkadzał. Wysokim trudno go było trafić, ale i on, jak chciał kogoś pierdyknąć, musiał podskakiwać. To był świetny bokser i bardzo dobry człowiek. Nikt nie mówił o nim Lucjan, tylko Lucek.

TRELA LUCJAN (z lewej) - bokser; HUSSING PETER (z prawej) - bokser, NRF. Boks. Fot. Mieczyslaw Swiderski --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

To był fenomen wagi ciężkiej. Chłopak, który był bardzo niski, w wygrywał z kolosami, niejednego przewrócił. Pamiętam turniej Gryfa Szczecińskiego, przyjechała pierwsza kamanda Związku Radzieckiego. Lucek w finale boksował z arcymistrzem ZSRR Wysockim, który robił tam same czasówki. Pamiętam, wszyscy mówili, że rozjedzie naszego malutkiego, rozpłaszczy, ten arcymistrz Związku Radzieckiego. A Lucek go oprawił jak psa – wspomina Grzegorz Skrzecz, polski olimpijczyk w wadze ciężkiej z Moskwy. – Za tę waleczność kibice go uwielbiali. Na wagę ciężką nie miał warunków, ale wychodził na kolosów i po prostu walczył. To był wspaniały, ciepły, miły człowiek, taki misio do przytulania. Duży misio.

Stalowa Wola to 65-tysięczne miasto na południowym wschodzie Polski, niemal równo między Zamościem, Rzeszowem, Lublinem i Kielcami. Ani tam bogato, ani szczególnie pięknie, wielu zabytków też tam nie znajdziecie. Jest klub piłkarski Stal Stalowa Wola (cztery sezony w najwyższej klasie rozgrywkowej, dziś po cichu myśli o awansie do I ligi), kiedyś był liczący się klub bokserski o tej samej nazwie. Kluby były do tego stopnia powiązane, że chłopcy, który od wiosny do jesieni trenowali piłkę, w zimie byli odsyłani na treningi bokserskie.

Jednym z takich chłopców był Lucjan Trela. Jak większość, zaczynał od piłki nożnej, podobno nawet dobrze sobie radził na stoperze. Ale w przerwie zimowej trafił na salę bokserską i tak mu się to spodobało, że postanowił zostać, jako jedyny z całej grupy – opowiada Krzysztof Sendecki, dziennikarz sportowy Radia Zet, pochodzący ze Stalowej Woli. – Tłumaczył kiedyś, że jako trampkarz jeździł z drużyną tylko niedaleko, w obrębie województwa, zaś od razu gdy trafił do boksu, został zabrany na obóz przygotowawczy do Cetniewa. Wyjazd z Podkarpacia nad morze dla młodego chłopaka to było duże wydarzenie. Ale mnie się wydaje, że tak naprawdę nie to było najważniejsze. Trela po prostu od dziecka miał walkę we krwi.

Ze mną się nie napijesz?

I właśnie za tę waleczność, nieustępliwość i charakter był tak uwielbiany przez kibiców. Choć w Meksyku odpadł już po pierwszej walce, choć z mistrzostw Europy dwa razy wracał bez medali, a na podium stawał jedynie w Polsce, w swoim mieście był i do dziś jest uważany za legendę.

Ja tego nie mam prawa pamiętać. Lucjana Trelę poznałem już jako dziennikarz, wiele lat po zakończeniu przez niego kariery. Oczywiście, najłatwiej go było złapać na meczach Stalówki, przez wiele lat nie odpuszczał żadnego. Zawsze uśmiechnięty, towarzyski, z każdym zagadał, z każdym się pośmiał – wspomina Sendecki. – Ale wystarczyło spytać kogokolwiek ze starszego pokolenia. Wszyscy pamiętali salę wypełnioną do ostatniego miejsca i emocje, jakie towarzyszyły jego walkom. Zawsze był mniejszy o rywali, często o głowę, a jednak – zdecydowaną większość pojedynków wygrywał. Pokazywał fantastyczną wolę walki, zadziorność, nieustępliwość. Ludzie w Stalowej Woli go kochali i dosłownie nosili na rękach. Było mniej więcej tak, jak z Wojciechem Fortuną po jego złotym medalu olimpijskim: każdy chciał się z nim napić. Luckowi też wszyscy w mieście stawiali, a on za kołnierz nie wylewał. Opowiadał też kiedyś, że był czas, kiedy wielu chciało się z nim mierzyć także w walce. On jednak starał się unikać takich barowych pojedynków, nie był typem łobuza, raczej taki brat łata, kumpel wszystkich.

W rozmowach o Lucjanie Treli często przewija się wątek wspomnianych warunków fizycznych: że za niski i za lekki na prawdziwą wagę ciężką. Dziennikarz i komentator bokserski Janusz Pindera zwraca jednak uwagę na jeden, bardzo istotny szczegół.

Lucjan Trela miał ogromne pięści. To były wielkie szufle i piekielnie mocny uścisk. Przez cały czas, kiedy śledzę boks zawodowy, spotkałem tylko jednego faceta o takich łapach: Bryanta Jenningsa – opowiadał w programie „Ciosek na wątrobę” w Weszło FM. – Generalnie to był wspaniały człowiek, wszyscy go lubili. Koledzy i trenerzy podziwiali go, że mimo takich warunków nie bał się boksować z tymi wielkimi chłopami. Sama walka z Foremanem była bardzo zacięta, naprawdę niewiele brakowało do zwycięstwa. Trela opowiadał mi potem, że ciosy Amerykanina były piekielnie mocne, jakby bił deską. Całe plecy miał po niej sine, a jednak do końca walczył o zwycięstwo.

Wyrzucili mnie na śmietnik

Trudno powiedzieć czy to kwestia charakteru, czy stylu, który prezentował w ringu, ale ludzie ze Stalowej Woli potrafili docenić Lucjana Trelę także po latach. W 2007 roku, na 70-lecie miasta zorganizowano Plebiscyt na sportowca wszech czasów. Trela wygrał w cuglach, choć przecież konkurencję miał mocną. Z miasta nad Sanem wywodzą się choćby Marek Karbarz, siatkarz złotej drużyny Huberta Wagnera oraz Artur Partyka, dwukrotny medalista olimpijski w skoku wzwyż.

To było dekadę temu. Od tego momentu, niestety, w życiu Lucjana Treli było już tylko gorzej. I nie chodzi tylko o starość, ale także o choroby, zapomnienie i skrajną biedę. Przez lata był bardzo aktywny, udzielał się w klubie, sam zakładał klub bokserski Feniks Stalowa Wola, w którym przez lata pracował jako trener. Kiedy skończył 70 lat, nie przedłużono z nim umowy. Stracił pracę, w której ważniejsze od tysiąca złotych pensji była możliwość przebywania z młodymi ludźmi i przy ukochanym sporcie.

Poczułem się tak, jakby mnie wyrzucono na śmietnik. Jeśli się coś kocha, trudno z dnia na dzień przestać to robić. Znalazłem się na zakręcie. Dla mnie to nie była praca, tylko życie – mówił w reportażu Onetu o znamiennym tytule „Ze śmietnika podium już nie widać”.

Trelę, poza utratą pracy, dopadły kolejne problemy: arytmia serca, miażdżyca nóg, cukrzyca, nadciśnienie. I – przede wszystkim – bieda. Z 1600 złotych emerytury połowa szła na leki. – Jest ciężko, człowiek podupadł na zdrowiu, a leki są bardzo drogie. Nie tak wyobrażałem sobie starość. Ja nie żyję, tylko wegetuję. Gdyby mi nie wszczepili defibrylatora, już bym był po drugiej stronie. Ale już się nie boję, co dalej. Zostało mi parę lat życia, może nawet nie. Myślę tylko o zdrowiu i spokoju – mówił w styczniu we wspomnianym reportażu.

Lucjan Trela w amatorskim ringu stoczył 275 walk. 220 wygrał, 11 zremisował, 44 przegrał. Nikt, włącznie z legendarnym George’em Foremanem, nie zdołał powalić go na deski. Zrobiły to dopiero starość, choroby i bieda.

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (4)