„Ooo! This is unbelievable…”, czyli Małysza skok na bank z marzeniami
Inne sporty

„Ooo! This is unbelievable…”, czyli Małysza skok na bank z marzeniami

Marlon Brando miał na koncie mnóstwo znakomitych ról, ale widzowie najbardziej zapamiętali go jako Vito Corleone. Kurt Cobain nagrał wiele dobrych kawałków, ale słuchacze kojarzą przede wszystkim „Smells Like Teen Spirit”. Vincent van Gogh zmalował sporo cholernie drogich obrazów, ale większość z nas zna głównie „Słoneczniki”. Adam Małysz zdobył ciężarówkę pucharów i medali, ale gdyby zapytać o ten jeden skok, sporo osób powie – Willingen.      

***

Kojarzycie może Witalija Komara i Aleksandra Melamida?

Ci znani rosyjscy artyści raczej mają gdzieś skoki narciarskie, ale kiedyś musieli się naprawdę nieźle zdziwić. Otóż w 2001 r. panowie – którzy prezentowali w naszym kraju wiele swoich wystaw – zlecili dość zaskakujące badanie. Zapytali Polaków o ich gusta artystyczne, a dokładnie, co lub kogo powinien przedstawiać idealny obraz, który byłby najbliższy sercu statystycznego Kowalskiego. I co się okazało? Chociaż w przypadku krajobrazu wygrał górski pejzaż z jeziorem, a u zwierzyny jeleń i sarna, to wśród najbardziej uniwersalnych zjawisk wymieniany był też m.in. Adam Małysz w locie. Działo się to w czasie największej narodowej szajby związanej z „małyszomanią”.

Patrząc więc na to, że w wielu rankingach za najlepszy skok Małysza uznaje się 151,5 m odpalone w Willingen, to część Polaków być może właśnie ten obraz chciałoby mieć w salonie – Adama lecącego nad Mühlenkopfschanze. Teraz, przed kolejnym zawodami na skoczni w górach Rothaargebirge, ten obraz tradycyjnie znów jest wspominany. W takim razie i my przyjrzyjmy mu się nieco bliżej.

Małysz Wilinegn

***

Jak widać, szczęście potrzebne jest nie tylko w sporcie, ale też w komentarzu – śmieje się po latach Stanisław Snopek, który komentował tamte zawody w TVP.

Rzeczywiście, może mówić o pewnym szczęściu, bo jego głos zwykle kojarzył się kibicom z mniej istotnymi zawodami. Ale mimo tego, że najważniejsze konkursy na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata czy w Turnieju Czterech Skoczni komentowali inni, to redaktor Snopek ma pewien dar przyciągania ważnych skoków w teoretycznie mało ważnych zawodach. Podobnie było przecież całkiem niedawno w Sapporo, gdzie Kamil Stoch rąbnął 148,5 m.

Wtedy, na początku wieku, też był nieco dalej w redakcyjnym łańcuchu pokarmowym, dlatego najczęściej był współkomentatorem Krzysztofa Miklasa. W takiej roli pracował podczas transmitowanych już przez polską telewizję pucharowych zawodów w Harrachovie,  Salt Lake City, Hakubie i Sapporo, ale przed lutowymi konkursami w Willingen usłyszał: jedziesz sam.

To był dla mnie pierwszy samodzielny wyjazd w roli komentatora skoków, chociaż wcześniej zdarzyło mi się relacjonować je nawet na igrzyskach w Nagano w 1998 r. Pojechałem tam wprawdzie komentować hokej na lodzie, ale redaktor Szaranowicz poprosił, żeby usiąść razem z nim. A że skoki zawsze były mi bliskie, to komentowaliśmy razem – opowiada w rozmowie z Weszło Snopek. – Pamiętajmy jednak, że w tamtych czasach pokazywane były u nas tylko imprezy mistrzowskie i Turniej Czterech Skoczni. Sukcesów nie było, to też nikt aż tak bardzo się do tych skoków nie palił. Zmieniło się to dopiero późnej, kiedy Adam tak niespodziewanie wyskoczył.

Jak mówi, to były jeszcze zupełnie inne telewizyjne czasy, dlatego też w Willingen musiał sam ogarnąć nie tylko komentarz, ale też robić za reportera. Nie miał nawet… operatora z kamerą. – Wyglądało to tak, że kamerę zabezpieczał organizator. Mieliśmy zamówiony przekaz unilateralny i dziennikarz musiał dobiec na czas we wskazane miejsce. Pamiętam, że od razu po konkursie musiałem więc szybko zbiegać ze swojego stanowiska, żeby zdążyć zrobić rozmowę z Małyszem. Szczęśliwie mi się udało. Zupełne inne czasy, dziś jest jednak dużo większy komfort. Oprócz komentatora jedzie czasami nawet dwóch reporterów, którzy robią tylko wywiady – dodaje.

Pewne niedogodności były jednak niczym w obliczu tego, jak wyjątkowy konkurs miał komentować.

Zanim o skoku, przypomnijmy nieco background tamtego sezonu. W styczniu 2001 r. żółtą koszulkę lidera Pucharu Świata rwali już między sobą Adam Małysz i Martin Schmitt. Polak wskoczył na pierwsze miejsce przed wylotem do Japonii, jednak w Hakubie przez wywrotkę na prowadzeniu znów zmienił go Niemiec. Ale kilka dni później w Sapporo Małysz wygrał dwa razy i plastron ponownie zmienił właściciela. Wtedy przyszedł czas na Willingen, gdzie w piątek miała odbyć się drużynówka, a w weekend dwa konkursy indywidualne.

Niecały rok wcześniej w skocznię Mühlenkopfschanze wpakowano blisko 10 mln marek. Przebudowa polegała na zastąpieniu drewnianej wieży stalową, remoncie rozbiegu i korektą zeskoku. Była to największa czynna duża skocznia na świecie (miała punkt K-120). Jasne więc było, że Andreas Widhölzl będzie musiał rozstać się ze swoim rekordem 135 m, bo zapowiadano, że bezpieczne będą tam skoki nawet powyżej 140 m. Willingen to jedno z najważniejszych miejsc dla niemieckich skoków, zawody zawsze przyciągały tam tłumy kibiców, dlatego oczekiwania były jasne – aby nowy rekord zgarnął zawodnik gospodarzy. A najlepiej gdyby był to pupilek trybun Martin Schmitt. Miejscowi kibice go uwielbiali, co było widać po transparentach: „Martin, zostanę Twoją żoną”, „Martin, chcę mieć z Tobą dziecko”. Do Małysza niemieckie dziewczyny dla odmiany adresowały… zupełnie odwrotne komunikaty.

Plan Niemców poszedł w pizdu już w piątek, kiedy podczas zawodów drużynowych Małysz zanotował 142 m. Polacy skończyli na miejscu piątym, wygrali Finowie przed Austriakami i Japończykami. W sobotę około 40 tys. niemieckich kibiców miało jeszcze bardziej wisielcze humory, bo zamiast słynnego „ciiiiiii…!” mającego ponieść ich zawodników, mogli co najwyżej krzyknąć chóralnie „scheiße!”.

Schmitt i Hannawald nie weszli do drugiej serii. 44. i 50. miejsce, żaden z nich nie doleciał do setnego metra. Nawet Robert Mateja dał im łupnia, bo był 40.

Chociaż na usprawiedliwienie Niemców trzeba przypomnieć, że sobotni konkursu odbywał się w dziwacznych okolicznościach przyrody. Wprawdzie pierwsza seria początkowo rozgrywana była w dobrych warunkach wietrznych pomimo gęstego śniegu, to im bliżej było końca pierwszej części konkursu, tym kręciło coraz bardziej. Wielu zawodników z czołówki wiatr od razu przyciskał do zeskoku i taki los spotkał nie tylko Schmitta czy Hannawalda, ale też m.in. Widhölzla  Jak wiadomo, w tamtych czasach nikt jeszcze nawet nie myślał o przeliczniku wiatru, rekompensatach, skakano z tej samej belki, dlatego dla wielu było już pozamiatane. Małysz, który skakał jako ostatni, poradził sobie jednak z wiatrem w plecy. 122 m dało mu na półmetku ósme miejsce.

***

Orzeł z Wisły tracił 12,7 pkt. do prowadzącego Risto Jussilainena i 9,5 do trzeciego Hideharu Miyahiry.

Po konkursie rozmawiałem z trenerem Apoloniuszem Tajnerem. Powiedział, że to ósme miejsce po pierwszej serii strasznie podrażniło ambicję Adama, bo walczył ze Schmittem o przodownictwo w Pucharze Świata i bardzo chciał wygrać. W drugiej serii chciał więc koniecznie pójść na całość, żeby to miejsce poprawić. Tym bardziej, że do trzeciego strata nie była już taka duża. I omal nie wygrał – wspomina Stanisław Snopek.

Ten skok polski kibic zna na pamięć. Już po wyjściu z progu widać było, że kroi się na coś specjalnego, ale kiedy w drugiej fazie lotu Małysz złapał jeszcze noszenie, skorzystał z prezentu od matki natury najlepiej jak tylko mógł. Kiedy wylądował daleko poza granicę bezpieczeństwa, jego chude ciało ważące 55 kilogramów omal nie wgniotło się wypłaszczenie skoczni. Ciekawa była też reakcja niemieckiej publiczności. Mniej więcej do połowy skoku słychać było gwizdy i buczenie, ale w drugiej części kocia muzyka zamieniła się w odgłos zachwytu, że właśnie wydarzyło się coś wyjątkowego.

Powariowali też oczywiście komentatorzy. Gdy Stanisław Snopek krzyczał do mikrofonu „Będzie daleki skok! Przeskoczył skocznię! Ustał! Już zadrżałem na moment!”, David Goldstrom z brytyjskiego Eurosportu wrzeszczał: „Ooo! This is unbelievable… Ooo, he stood up! Unbelievable jump there from Malysz! That is out of the stadium almost! There is a new hill record! Incredible!”. Później był zaskoczony, kiedy dowiedział się, jak popularny stał się wśród polskich kibiców jego komentarz.

 Zanim realizator wyświetlił odległość, minęło jednak trochę czasu. Okazało się bowiem, że aparatura elektroniczna do pomiaru odległości działała tylko do 150 metra. Po prostu nikt nie spodziewał się, że na przebudowanej Mühlenkopfschanze można skoczyć aż tak daleko. Odległość oszacowano dopiero po dłuższej chwili i nieco na oko – podano 151,5 m, chociaż niektórzy analizujący skok twierdzili później, że w rzeczywistości mogły to być nawet 153 m. Tak czy inaczej, kosmiczny rekord.

Jak wszyscy doskonale pamiętają, ten skok pozwolił Małyszowi doskoczyć do drugiego miejsca, bo pierwsze przypadło świetnie dysponowanemu tego dnia Finowi Ville Kantee (146 m w drugiej serii). Adam przegrał z nim ostatecznie o 8,9 pkt., a więc decydujące okazały się noty za styl, które w jego przypadku wyniosły trzy razy po 16,5 oraz dwa razy po 16 (przy lądowaniu na dwie nogi maksymalna nota to właśnie 16-16,5). Patrząc jednak na okoliczności, noty zeszły lekko na drugi plan.

Nie miałem okazji zaobserwować reakcję innych komentatorów, bo nasze stanowiska były tam oddzielone, ale po konkursie wszyscy przychodzili do mnie i gratulowali. Bo stało się coś niewyobrażalnego. Gratulował mi też David Goldstrom – dobrze pamięta Snopek.

A Martin Schmitt? Niemcowi pozostało już tylko trzasnąć drzwiami swojego busa. Pakował się do niego w momencie skoku Polaka.

Schmitt

***

Skok zrobił ogromne wrażenie, bo był po prostu magiczny – mówi Weszło Jan Szturc, wujek i pierwszy trener Małysza.

Był na tyle magiczny, że powtórki serwowały nawet zagraniczne media rzadko zajmujące się sportami zimowymi, a rekord Polaka na prośbę dziennikarzy brali pod lupę nawet pracownicy uniwersytetów. Specjaliści od aerodynamiki próbowali rozgryźć, jak to się stało, że taki skok był możliwy na obiekcie o punkcie konstrukcyjnym 120 m. Wówczas był to absolutny rekord świata na skoczni innej niż mamucia. Później 152 m zaliczyli tak wprawdzie jeszcze Janne Ahonen i Jurij Tepes, ale stało się to już po kolejnej przebudowie, kiedy punkt K przesunięto aż na 130 m.

Jeśli mówi się, że skoki to ryzykowane zabawa, to skok Małysza jest tego ryzyka synonimem. Eksperci po latach wciąż są zgodni – tamta próba mogła zakończyć się bardzo groźnym upadkiem. Małysz wylądował, ale jego ciało jeszcze przez kilka dobrych dni dawało o sobie znać. Skoczek z Wisły miał przede wszystkim ogromne zakwasy mięśni brzucha i grzbietu, bo jak mówił, musiał maksymalne spiąć wszystkie mięśnie, żeby wytrzymały nogi.

Ten skok pokazał, jak bardzo miał mocne nogi. Bo ich moc pokazywała się nie tylko na progu, ale także później, przy niesamowitych przeciążeniach przy lądowaniu na płaskim. Wielki szacun dla Adama, że to ustał, bo to mogło skończyć się uszczerbkiem na zdrowiu. On zaledwie dwa miesiące wcześniej skończył 23 lata, więc może nie miał jeszcze tak wielkiego doświadczenia, ale był w szczytowej formie. Niosła go też młodzieńcza werwa, nie bał się ryzyka – mówi Jan Szturc podkreślając też znakomite warunki wietrzne podczas skoku: – Adam dostał wiatr pod narty, zrobił sobie taką poduszkę lotną i po prostu na niej płynął. Tuż przed lądowaniem rozkładał jeszcze ręce, żeby skrócić. Tamten skok bardzo przypominał mi ten późniejszy z Trondheim, gdzie też przeskoczył skocznię, a trener Tajner aż łapał się za głowę. Bo też nie wierzył, że on to ustał.

Po 18 latach niektórzy wciąż mają jednak wątpliwości, czy rekord powinien zostać uznany, bo prawa ręka Małysza najprawdopodobniej miała kontakt z zeskokiem.

Stanisław Snopek: – Kiedy później analizowaliśmy to wnikliwie klatka po klatce, to wydawało się, że odrobinę tą prawą ręką zahaczył, ale nie było „tradycyjnej” podpórki. I sędziowie uznali, że jej nie było. Bo gdyby tak się stało, musieliby odjąć jeszcze po dwa punkty i noty byłyby po 14. Cały czas jednak pamiętajmy, że to był już skok poza granicę bezpieczeństwa. Tutaj ryzykował i Adam, i sędziowie. Podobnie było zresztą ostatnio w Sapporo. Skojarzenia skoku Kamila Stocha z tym z Willingen było uzasadnione, bo jego też wypuszczono w takich warunkach.

Jan Szturc zwraca uwagę na jeszcze inną kwestię. – Skocznie duże czy do lotów mają to do siebie, że sędziowie przy niektórych skokach mają już ograniczone pole widzenia. Dlatego nie sądzę, żeby któryś z piątki sędziów był w stanie wychwycić, czy Adam wtedy podparł. To są ułamki sekund, kiedy sędziowie muszą podjąć decyzję, czy odjąć punkty za dotknięcie rękawicą lub przeszorowanie pośladkami. A to nie jest siatkówka, żeby zrobić challenge.

Co ciekawe, chociaż Willingen to jeden z najważniejszych rozdziałów w karierze Małysza, to jednak on sam nigdy za tą skocznią specjalnie nie przepadał. To był dla niego dość trudny obiekt ze względu na rozbieg. Jak tłumaczył, Niemcy zawsze przygotowywali tam po prostu najszersze tory, jakie tylko dopuszczały przepisy FIS. Po takim najeździe jechało mu się gorzej, a będąc niższym zawodnikiem miał też wolniejszy od wielu rywali.

***

Konkurs z 3 lutego 2001 r. przeszedł do historii szczególnie polskich skoków, ale nieco przykrył ważne wydarzenia z kolejnego dnia. A przecież w niedzielę Małysz wygrał i wprost zdemolował rywali – nad drugim Risto Jussilainenem miał 36,5 pkt przewagi, a sam uzbierał kapitalną notę łączną 316 pkt. Ale cóż, Adam skoczył wtedy dwa razy „tylko” po 142,5 m.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI   

Fot. kadry z TVP i Eurosportu

KOMENTARZE (8)