Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

„Futbol został wynaleziony w 1992 roku” – tak mówi jedna z angielskich klisz, porównywalna z naszym „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, a odwołująca się do startu Premier League.

Ale o co w ogóle całe to zamieszanie?

Grało i spadało tyle samo drużyn. Stawka pozostała ta sama. Mistrza nie wyłaniały play-offy, cuda wianki, tylko zwykłe ligowe kopanie.

A jednak Anglicy nawet rekordy liczą na te uzyskane od i do 1992 roku, tak jakby stało się wówczas coś arcyprzełomowego.

Na potrzeby dochodzenia musimy wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się w pierwszej kolejności do roku 1964, kiedy BBC pierwszy raz postanowiło transmitować ligowe mecze na żywo. Sukces transmisji przerósł najśmielsze oczekiwania: mecze w niedzielne popołudnia stały się nie tyle hitem, co uniwersalną rozrywką wszystkich Anglików.

BBC płaciło klubom bagatela: po 50 funtów. Nieważne, czy transmitowano Liverpool – Manchester United czy Blackpool – Birmingham City; każdy dostawał tyle samo, choćby bronił się przed spadkiem z Fourth Division.

Przełom nastąpił w latach osiemdziesiątych, a zaczął się od tego jak kluby postrzegały same siebie. Ci, którzy najszybciej zrozumieli, że muszą stać się dobrze prosperującymi przedsiębiorstwami, przewodzili wyścigowi. Zyski z tytułu transmisji telewizyjnych wciąż raczkowały, ale co jest kluczowe: żadne inne tak szybko nie nabierały wartości.

Więcej osób na Old Trafford może wciśniesz, może nie. Już w latach trzydziestych mecze Czerwonych Diabłów oglądało nawet blisko osiemdziesiąt tysięcy widzów. Zyski z biletów da się wyżyłować, ale nie podniesiesz ich o sto, dwieście, siedemset procent. To fizycznie niemożliwe.

Od 1986 roku wartość praw telewizyjnych najlepszej ligi w Anglii wzrosły z sześciu milionów funtów do czterech i pół miliarda.

W 1986 topowe kluby po raz pierwszy zagroziły ucieczką rządzącej drabiną rozgrywkową Football League. W Football League musieli traktować ich poważnie: przed chwilą zyski z TV rozdzielano po równo między wszystkie cztery ligi, wtedy zmieniono proporcje na 50% dla First Division, 50% dla reszty. Rozstano się też z BBC na rzecz ITV.

Dwa lata później, przy kolejnym kontrakcie i przy kolejnym buncie, proporcje wynosiły już 75% do 25% na korzyść First Division.

Mimo zmian w kierunku, który zadowalał kluby, wciąż byli o eony od tego, co udało się dopięć cztery lata później: własna liga, zarządzana tylko i wyłącznie przez nich, a więc i negocjacje prowadzone samodzielnie, tak samo jak dzielenie tortu.

Pomogła koniunktura. Jeszcze w drugiej połowie lat osiemdziesiątych futbol angielski kojarzył się ze wszystkim co najgorsze. Tragedia Heysel. Tragedia Hillsborough. Bijatyki, chuliganerka, wykluczenie z europejskich pucharów, najlepsi brytyjscy piłkarze wyjeżdżający do Hiszpanii, Włoch, Francji czy Niemiec.

Ale Synowie Albionu zaszli aż do półfinału mundialu w 1990 – największy sukces kadry od lat; sukces, który przypomniał co znaczy radość z piłki. UEFA wcześniej dopuściła angielskie kluby do gry na kontynencie, co zaowocowało triumfem Manchesteru United w Pucharze Zdobywców Pucharów 1991.

Powiew zmian czuć było nie tylko w Anglii: FIFA zmieni – wydawałoby się – żelazną wcześniej zasadę o możliwości łapania piłki przez bramkarz po podaniu od swojego, a UEFA wymyśli Champions League. Tradycje zyskują rywala w pytaniu: a może da się zrobić coś lepiej?

W Anglii najważniejszy będzie raport Taylora, przygotowany po Hillsborough. Sprawa tragedii jest sprawą narodową, którą interesują się wszyscy, od zwykłych obywateli po najważniejszych polityków. Dlatego opasły dokument, który czarno na białym udowadnia, że angielski futbol jest zacofany, nie mógł zostać zamieciony pod dywan.

Jako najbardziej palącą potrzebę określano konieczność unowocześnienia stadionów, pozbywając się  trybun dla widzów stojących, a stawiając wyłącznie na krzesełka. Widz meczów miał przestać kojarzyć się ze zorganizowanymi grupami, co wymuszało szereg kosztownych zmian, w praktyce na każdym liczącym się stadionie w Anglii.

Kluby nie miały wyjścia, musiały się ugiąć, przyjąć koszty. Dostały dotację z rządu, ale niewystarczającą, resztę musiały skombinować na własną rękę.

Nagła potrzeba forsy udzieliła się wszystkim angielskim klubom, które miały cokolwiek do powiedzenia.

Najbardziej obiecujące, rozwojowe źródło wpływów zostało zdiagnozowane bez pudła:

Telewizja.

Greg Dyke, szef pionu programowego w ITV, wyczuł koniunkturę najwcześniej. Wiedział, że ten biznes będzie coraz bardziej lukratywny tak samo dla klubów, jak i dla transmitujących. Spostrzegł kurę znoszącą złote jajka – potrzeba było ją tylko usidlić i oswoić.

Zacieśniał od połowy lat osiemdziesiątych więzy z klubowymi notablami. W 1988 roku zorganizował spotkanie z ówczesną samozwańczą Big Five, Arsenalem, Liverpoolem, Manchesterem United, Evertonem i Tottenhamem. Przekonywał ich, że, po pierwsze, optymalne byłoby pokazywanie ich meczów znacznie częściej niż innych, co w tamtych czasach, choć transmitowano raptem jedno spotkanie tygodniowo, wcale nie było takie oczywiste. Po drugie, jasno wytłumaczył, o ile więcej mogą zarobić najlepsze kluby, jeśli obejdą się bez zbędnego balastu.

Rok później zaczyna nadawać Sky Sports. W teorii ma być jednym z koni pociągowych ichniejszej telewizji satelitarnej, ale Rupert Murdoch zdoła wykupić tylko prawa do rugby i golfu; bez futbolu kanał ma znikomą wartość przyciągania. Cała platforma w pierwszych latach nadawania będzie przynosić gigantyczne straty.

W międzyczasie trwa zażarty konflikt o władzę między FA i Football League. Federacja widzi kluby może nie jako plankton, ale ryby zbyt małe, by mogły rozdawać karty; to Football League, dyrygujący czterema najważniejszymi ligami, zgłasza aspiracje do bycia ciałem przywódczym angielskiego futbolu. Między jednymi i drugimi dochodzi do nieustanych tarć, choćby o zwalnianie zawodników na mecze reprezentacji, długość zgrupowań, a nawet rozmiar ligi – zdaniem FA rozgrywki na 22 drużyny są zbyt liczne i nie zostawiają pola kadrze. Podział obowiązków jest rozmyty, przepychanki toczą się na różnych płaszczyznach.

To dlatego gdy David Dein z Arsenalu przyjdzie do FA z prośbą o pomoc w wyrwaniu się z Football League, federacja przyjmie go z honorami. Dein, zafascynowany amerykańskim sportem, widząc jak Amerykanie potrafią wycisnąć ze swoich rozgrywek duże pieniądze, wiedział, w co może zmienić się liga. FA przede wszystkim czuła, że jest szansa utrzeć nosa rywalowi. Istotne jednak, że początkowo liga ma przejść spod jednych skrzydeł pod drugie: nawet nazwa to FA Premier League.

Nazwa, która i tak jest kompromisem, zrezygnowano bowiem ze zbyt gryzącego w oczy Super League.

Wielu wiedziało, z której strony za chwilę będzie padać deszcz złota. Football League w październiku 1990 wystosowało dokument „One Game, One Team, One Voice”, który proponował szereg sensownych zmian. Kilka miesięcy później FA, jakby wywołane do tablicy, przedstawiło „Blueprint For The Future of Football” – tematyka ta sama, wiele słusznych wniosków podobnych. W obu przewidywano rosnące przychody z transmisji telewizyjnych, może nie aż tak wielki ich wzrost, ale jednak.

Ale federacją rządził wtedy Sir Bert Millichip. Rocznik 1914, żołnierz armii brytyjskiej służący w Północnej Afryce i na Sycylii, który dorobił się w wojsku rangi kapitana. Facet z zupełnie innej epoki, który miał swoje złote czasy, ale lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte przerastały jego horyzont. Wymowne, że to za jego kadencji – zaczął w 1981 – wydarzyło się Heysel, Hillsborough, wykluczenie z pucharów, chuliganizm osiągnął szczyty, a reprezentacja zazwyczaj zawodziła.

Brian Glanville nazwał go „Bert the inert” – Bert obojętny.

Trudno o trafniejszy przydomek, patrząc, co stało się podczas kluczowych rozmów.

FA dało angielskim klubom parasol, ale te nie sądziły, że zyskają całkowitą autonomię. Uważały, że przyjdzie im paktować, przygotować się do kompromisu. Tymczasem na kluczowym spotkaniu Millichip, wówczas już blisko osiemdziesięcioletni, od pierwszych słów „To wasza liga, wy decydujcie” nie zamierzał walczyć o wpływ FA.

Z perspektywy federacji wielki błąd. Ale tak z przyziemnej perspektywy: czy stawka, której prawdziwej wagi nie był w stanie dostrzec z racji wieku, miała szansę rozpalić w nim ogień?

Millichip jeszcze po dżentelmeńsku udzielił przedstawicielom klubów salę konferencyjną, by dograły szczegóły po swojemu.

Graham Kelly, jeden z najważniejszych ludzi ówczesnego FA, powie po latach:

– Straciliśmy tego dnia złotą szansę. Kluby były zdesperowane by uzyskać wolność, dałyby za nią bardzo wiele. Mogliśmy zyskać wiele, powiedzieć, że FA jest tutaj dla dobra całego futbolu, zyskać fundusze na rozwój piramidy piłkarskiej od jej samego dołu. Wiele spraw, którym można było zażegnać, prześladowało nas później latami: finansowa integralność angielskiego futbolu, agenci, odpowiedzialne zarządzanie klubami, bankructwa klubów w niższych ligach, stawianie klubu przed reprezentacją. Jesteśmy winni spektakularnemu brakowi wizji.

Parasol ochronny nie dał FA zupełnie nic poza uderzeniem w Football League. FL pozwało uciekinierów do sądu najwyższego, ale ten oddalił wniosek. Pozostało im tylko dogadać się – szczęśliwie dla nich przeciwnik nie planował ligi zamkniętej, też chciał spadków i awansów. Pytanie jednak czy tak samo sąd zachowałby się, gdyby uciekinierzy nie zyskali swoistej legitymacji ze strony FA.

ITV było murowanym faworytem do przejęcia praw telewizyjnych. Przecież jednym z głównych autorów wielkiej ucieczki był Greg Dyke, szycha tej stacji. Ale wielkie pieniądze nie cierpią sentymentów. Nagle pojawiła się rekordowa oferta Sky, przebijająca ITV o głowę. Kilku uciekinierów zostało wiernych, ale innych trzeba było przekonać dodatkową forsą.

ITV odbiło pierwszą piłkę Murdocha i być może dopięłoby swój deal, gdyby nie to, że Murdoch miał wielkiego sprzymierzeńca w osobie Alana Sugara, który przejął Tottenham w 1991. Sugar sprzedawał talerze satelitarne firmie Murdocha, więc miał osobisty interes, by Sky wygrało walkę.

Klinsmann o Sugarze powie tak:

– Rozmawia tylko o pieniądzach, nigdy o grze. Nie wiem, czy on w ogóle interesuje się piłką nożną. Nie wiem, czy interesuje się Tottenhamem.

Ale na pewno znał się na biznesie, bo dzwonił do przedstawicieli Murdocha w środku ostatniej nocy przed decyzją, i przekonywał, żeby wysadzili konkurencję finansowo w powietrze. Murdoch miał nóż na gardle, Sky było pewniakiem do plajty, potrzebowało drastycznego ruchu.

Dali więcej.

W ITV, mimo namów Dyke’a, nie chciano się dalej licytować.

– Kupiłbym całą ligę za dzisiejszą wartość jednego meczu. A powiedzieli mi wtedy, że przepłacam – powie po latach Dyke. ITV, choć było jednym z architektów projektu, zostało z niczym.

Angielska piłka została zakodowana. Skróty, owszem, w BBC, ale chcesz oglądać mecze, idź na stadion lub kup Sky. Nawet wybrany wówczas premier, Sebastian Coe, mówił:

– To złe, że tylko dwa miliony właścicieli talerzy satelitarnych ma dostęp do tak ważnych wydarzeń sportowych.

No cóż, wkrótce liczba posiadaczy rosła w tempie geometrycznym. Sky przeprowadziło potężną akcję promocyjną, a potrafiło zachować konsekwencję przez kolejne lata. Kibice byli wcześniej przyzwyczajeni do jednej transmisji tygodniowo: Sky to zmieniło. Sky, zadłużone na dwa miliardy funtów, nigdy nie brakowało pomysłów, bo bez pomysłów na odpowiednie sprzedanie swojego najważniejszego aktywu by utonęło.

To jak – w szerokim tego słowa znaczeniu – opakowane są transmisje Premier League, dziś stanowi wzór dla całego świata.

„Futbol został wynaleziony w 1992„? Moim zdaniem tak – nowoczesny futbol, który wszyscy znamy, futbol czasów globalizacji, futbol nie wielkich, a kosmicznych pieniędzy. Futbol, w którym Galacticos po zatrudnieniu Beckhama przez osiemnaście dni obwoziło go po Azji zamiast przygotowywać się do sezonu. Futbol, na którego polu rozgrywa się globalna polityka, bo jest doskonałą platformą public relations, by nie powiedzieć: emocjami tłumu.

Powstanie Premier League to początek tych czasów. Nie deprecjonuję ich, nie zamierzam walić w dziurawy bęben „against modern football” – piłka nożna jak pisała, tak wciąż pisze piękne historie i to mi wystarczy, nie jestem szczególnym idealistą.

Ale płynie z tego dość konkretny wniosek. Jeśli nie wierzycie w powstanie Super League, czy jakąkolwiek inną szaloną zmianę w piłce, która zasadzałaby się na wszystko, co do tej pory znała piłka, pamiętajcie:

Powstanie Premier League podważało porządek i pilnujące tego porządku instytucje o tradycji sięgającej absolutnego początku zorganizowanego kopania piłki.

Leszek Milewski

Napisz do autora

KOMENTARZE (9)