Panowie, dajcie mu tę walkę, bo się chłopak zagłodzi na amen!
Inne sporty

Panowie, dajcie mu tę walkę, bo się chłopak zagłodzi na amen!

Jako portal regularnie angażujemy się w różnego rodzaju działania charytatywne, o czym doskonale wiecie. Ostatnio Weszło aktywnie wzięło w społecznej akcji ratowania Wisły Kraków. Dziś czas na nowy rozdział: wchodzimy w działalność humanitarną. I apelujemy do bokserskich promotorów: panowie, zlitujcie się nad chłopakiem i dajcie mu jakąś walkę. Sprawa robi się poważna, Krzysztof Zimnoch już trzeci tydzień jedzie na samej wodzie i niknie w oczach. Jedyny problem w tym, że w tej chwili w sumie nie do końca wiadomo w intencji jakiej walki głoduje pięściarz z Białegostoku…

W tej historii niewiele kawałków układanki znajduje się na swoim miejscu. Krzysztof Zimnoch w swoim czasie był znakomitym zawodnikiem, na amatorskich mistrzostwach świata wygrał nawet z Deontayem Wilderem, który dziś jest niepokonanym mistrzem świata wagi ciężkiej. Potem zaczął karierę zawodową i długo wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze nawet jeśli nie do kolejnego zwycięstwa z Wilderem, to chociaż do poważnych walk na europejskim podwórku. Niestety, zderzenie z bokserską rzeczywistością było bolesne. Zamiast wielkich pojedynków było obijanie średniaków lub emerytów (w tym Artura Binkowskiego i Olivera McCalla). Wreszcie, trzy lata temu przyszło zderzenie z Mikiem Mollo (20 zwycięstw, 5 porażek) i szokująca porażka przez nokaut. Zimnoch odbudował się, zrewanżował Mollo, znokautował Michaela Granta, po czym przegrał przed czasem z Joeyem Abellem (33-9). Od tego momentu (wrzesień 2017) w ringu się już nie pokazywał, jak sam opowiadał – budował dom.

Zanim przyszły porażki z Mollo i Abellem, na tapecie była walka Zimnocha z Arturem Szpilką. Wszystko było dogadane, odbyła się nawet konferencja. Na niej doszło do bijatyki i temperatura jeszcze wzrosła. Do walki jednak nigdy nie doszło.

I teraz wchodzi Zimnoch, cały na biało, już ze zbudowanym domem. W programie „Ciosek na wątrobę” na Weszło FM opowiada o spotkaniu z dwoma promotorami, z którymi miał rozmawiać o walce ze Szpilką. Kiedy okazuje się, że dżentelmenów nikt nie zna, a Artur Szpilka i jego promotor Andrzej Wasilewski nieszczególnie się palą do podjęcia tematu, Zimnoch ogłasza… rozpoczęcie głodówki. Liczył, że w ten sposób uda mu się doprowadzić do organizacji walki. Dodajmy: walki za którą żądał kilku milionów złotych. Jeśli nie znacie stawek obowiązujących w realiach polskiego boksu, to powiemy wam, że mówimy o absolutnym absurdzie.

Tomasz Babiloński, były współpromotor Zimnocha, dość szybko zaproponował mu występ na swojej gali. Ale ani ze Szpilką, ani – co oczywiste – z honorarium z tyloma zerami. Zimnoch ofertę odrzucił i postanowił kontynuować głodówkę. Wprawdzie po kilku dniach w programie Andrzeja Kostyry doszedł do wniosku, że metoda raczej nie zadziała i zapowiedział powrót do normalnego jedzenia, ostatecznie jednak – pozostał na samej wodzie.

Dzisiaj magiczny dzień, zszedłem z wagą poniżej 90 kilogramów, 89,80 kg. Ciekawi mnie, co będzie dalej, trzymajcie kciuki – napisał dziś na Facebooku.

zimnoch

Dalej? Strach pomyśleć. Zimnoch już łapie się do limitu wagi junior ciężkiej, jak tak dalej pójdzie zejdzie do półciężkiej, a może nawet do średniej. Gdyby promotorzy jednak postanowili ugiąć się pod szantażem jego głodówki i zaproponowali mu walkę ze Szpilką, mogą się bardzo zdziwić.

Koniec walki o walkę ze Szpilką – nagle zadeklarował Zimnoch. – Po tym wszystkim co się działo to może i faktycznie nie zasługuję na tę walkę teraz. W przyszłości na pewno do niej dojdzie. Jeżeli chodzi o moją głodówkę, to już skończyłem głodówką walczyć o tę walkę. Andrzej Wasilewski i Artur mieli zapewne dobry ubaw ze mnie, w ogóle nie wypowiedzieli się na ten temat tylko robili sobie jaja, że po głodówce mogę walczyć z Szeremetą w średniej. Jutro 17. dzień głodówki. Głoduję dalej, bo chcę kompletnie oczyścić swój organizm z toksyn i wszystkiego, co zbędne. Wrócę silniejszy pod każdym względem!

Rozumiecie coś z tego? Jedno jest pewne: w polskim środowisku bokserskim naprawdę nigdy nie jest nudno. Jeśli akurat ktoś nie potrzebuje pomocy ratowników i odsieczy w górach, albo nie organizuje meczu piłkarskiego „najebani kontra najarani”, to zawsze można liczyć, że znajdzie się pacjent, który machnie trzy tygodnie głodówki!

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (6)