Upadałem i powstawałem. Piłkarz, który trafił do MMA
Weszło

Upadałem i powstawałem. Piłkarz, który trafił do MMA

Zima sezonu 06/07. Mikołaj Kałuda to kadrowicz szykującej się do mistrzostw świata drużyny Michała Globisza. W Wiśle Kraków trener Nawałka przygotowuje lewego obrońcę do regularnego grania.

2008 rok. Kałuda rzuca futbol, znajduje pracę w dziewiarni.

2013 rok. Kałuda toczy w MMA walkę o  pas. Jego rywalem mistrz świata w kickboxingu. Były Wiślak dostanie zaproszenie w ostatniej chwili: na przygotowanie będzie miał… dwanaście dni.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z piłkarzem, który został fighterem.

***

Wyszedłem pojeździć na rowerze, kopnęli mnie, spadłem, zdarłem sobie dwa kolana. Wróciłem z płaczem do klatki. akurat wchodził mój brat, starszy o dziewięć lat.

– Co się stało? Czemu płaczesz? Coś taki pozdzierany?

Powiedziałem mu. kazał mi iść zrobić odwet. Pójdzie ze mną, ale tak, żeby go nie widzieli i tylko stanie z boku. Czułem się dzięki temu o wiele pewniej. Poszedłem i zbiłem tego chłopaka strasznie, choć miałem siedem lat i nie umiałem się bić. Aż mu krew poszła z wargi. Pierwsza uliczna walka. Później na pewno coś na dyskotece. Jeździło się za nastolatka. Byłem najmniejszy z naszej grupy rówieśników, więc z reguły jak ktoś chciał nas zaczepić, to zaczynał ode mnie. Musiałem sobie radzić. Koledzy szanowali, że choć jestem mały, to nie odpuszczam. Ale nigdy sam się do bitki nie wyrywałem. Pierwszy nie zacząłem. Jeśli zdarzały jakieś sytuacje, to wymuszone obroną.

Najlepsza porada, jaką dostałeś od brata?

Było ich wiele. Zastępował mi tatę, bo tata całe dnie pracował, liczyło się co powiedział. Pamiętam, kiedyś napisał mi na ścianie w siłowni, nie oddam dosłownie, ale sens taki: trening i zdrowe odżywianie to podstawa, walka jest uzupełnieniem wszystkiego. W sumie tak jest. Trzeba się przede wszystkim dobrze prowadzić. Dzięki napisowi wbijał mi to do głowy każdego dnia.

Kiedy twoja piłkarska przygoda nabrała tempa?

Po występach w kadrze województwa zainteresował się mną SMS Łódź. Przeprowadziłem się do internatu w trzeciej klasie gimnazjum. Uczyłem się samodzielności, przyzwyczajałem do życia w wielkim mieście. Wiadomo, że w takim internacie nie zawsze chodzi się spać po dobranocce: my, zżyta ekipa, też mieliśmy kilka przygód. Śmialiśmy się, że to internat policyjny, bo mieliśmy kraty w oknach. Z kratami sobie jednak poradziliśmy – ktoś przywiózł kątówkę, przecięliśmy kraty w jednym miejscu i wychodziliśmy kiedy chcieliśmy. Nie działo się to jednak codziennie, znaliśmy umiar, ja też miałem blisko do domu, więc weekendy spędzałem w Zduńskiej Woli. O szkole nie zapominałem, rodzice kładli na nią nacisk. Wiadomo jednak, że to była szkoła z naciskiem na sport. Zdarzało się, że lekcje przekładano z uwagi na dodatkowy trening. Szło nam dobrze: zdobyliśmy najpierw brązowy medal mistrzostw Polski, później złoto. Mnie na tym turnieju wybrano najlepszym piłkarzem.

Jakim byłeś zawodnikiem?

Lewe skrzydło, później lewa obrona. Zasuwałem na całej długości boiska. W dzieciństwie trenowałem lekkoatletykę, więc miałem wydolność. Może najlepszy technicznie nie byłem, ale wytrzymałość, bieganie, nieustępliwość, dawanie z siebie serca – tego nigdy nie brakowało.

Wpadłem w oko trenerowi Nawałce podczas zgrupowania kadry Polski. Byłem zawodnikiem Zdroju Ciechocinek, III liga, wypożyczenie z SMS-u. Trener Globisz lubił sprawdzać wielu zawodników. Na tym zgrupowaniu, raczej konsultacji, pojawiło się nas czterdziestu. Zostało trzech, w tym ja. Dostałem powołanie na dwumecz z Norwegią, wyszedłem w pierwszym składzie i dwukrotnie asystowałem Janczykowi. Wygraliśmy 2:1. Zostałem w kadrze. Graliśmy z Anglią, Belgią, europejską czołówką. Grałem z Tytoniem, Janczykiem, Fojutem, Cywką, Królem, Dąbrowskim. Miałem nawet jechać na mistrzostwa świata do Kanady. Póki byłem zdrowy, występowałem w pierwszym składzie. Ale wiosną przed turniejem zerwałem mięsień czworogłowy podczas meczu z Górnikiem. Po mojej kontuzji na moje miejsce wskoczył zawodnik, który wcześniej nie grał, nie był powoływany.

Bardzo bolało oglądanie niedawnych kolegów na turnieju?

Bolało. Strasznie było mi szkoda, szczególnie, że nie wszedł w moje miejsce ktoś, kto już w tej kadrze był, tylko zupełnie nowy, w dodatku typowy przecinak. Tym bardziej czułem, że gdybym zachował zdrowie, grałbym. Raz w tej kadrze byłem przecież nawet kapitanem – trener Globisz miał zasadę, że kto zagrał najwięcej meczów, dostawał opaskę, akurat przed którymś meczem ten licznik najlepiej wyglądał u mnie.

Wróćmy do tego jak wpadłeś w oko Nawałce.

Zagraliśmy reprezentacją sparing z Polonią Warszawa, strzeliłem bramkę, miałem asystę, wygraliśmy. Dwa dni później zadzwonił do mnie trener i zapytał czy nie chciałbym zostać zawodnikiem Wisły Kraków. Ja w pierwszej chwili nie wierzyłem, myślałem, że ktoś sobie jaja robi. Ale później pomyślałem: a co jeśli to prawda? Zamurowało mnie. Wydukałem:

– Kto by nie chciał zostać zawodnikiem Wisły?

– W takim razie zapraszam cię do Krakowa.

Wtedy akurat Zdrój bronił się przed spadkiem, bardzo mnie potrzebowali. Powiedziałem trenerowi, że chciałbym bardzo, ale muszę jeszcze pomóc tutaj, nie mogę tak sobie pojechać. Powiedział, że wie i już wszystko dogadane. Zadzwoniłem do klubu: tak, wszystko wiemy, jedź.

Pojechałem z bratem. Byłem zaproszony na obejrzenie meczu, przeszedłem badania. Zagraliśmy jakiś sparing, wyszedł mi bardzo dobrze: aż brat mówił, że nie wiedział jak się rozwinąłem, bo w Zdroju nie miał okazji mnie oglądać. Był pod wrażeniem. W Wiśle chyba też: miałem mieć dwa tygodnie testów, a po tym meczu zadzwonił trener, że jeśli tylko badania wyjdą dobrze, podpiszemy kontrakt. Najbardziej cieszyła się mama. Całe życie dążyłem do tego, żeby coś osiągnąć w sporcie. Spełniało się moje marzenie: najlepszy klub w Polsce chciał mnie u siebie.

Jaką rzeczywistość zastałeś w Krakowie?

Zawodników z TV. Wchodzę do szatni, a tu Brożki, Błaszczykowski, Głowacki, Sobolewski, Zieńczuk, Baszczyński. Było to dla mnie peszące, ale chłopaki przyjęli mnie dobrze, oswoiłem się, zostałem zaakceptowany, choć wiadomo, że byłem młodym zawodnikiem i nie wiedzieli jak gram. Widzieli jednak, że ciężko pracuję na treningach i to wystarczało.

Z kim się trzymałeś?

Wiadomo, najbardziej z młodszymi, szczególnie z Błaszczykowskim i Małeckim. Osoby starsze miały swoje rodziny, po treningach jechały do nich, my młodsi trzymaliśmy się bardziej razem. Z Kubą graliśmy na obozach dużo w Play Station, nie byłem z nim w pokoju, ale przychodziliśmy do niego, siedzieliśmy, wygłupialiśmy się. Grał świetnie, nigdy z nim nie wygrałem. Nawet ostatnio go wspominałem w rozmowie z mamą i bratem: moim zdaniem nic się nie zmienił. Tak samo wtedy był pomocny, zawsze służył radą, nawet czysto piłkarską, jak się zachować. Najlepiej mi się rozmawiało z nim i z Patrykiem Małeckim, z „Małym” może nawet więcej czasu spędzaliśmy, wpadaliśmy do siebie na mecze, wychodziliśmy razem na rynek. Trzymałem się też z Jacobem Burnsem, który przyjechał do Wisły aż z Australii. Ściągnął rodzinę do Krakowa, więc może po treningach nie spędzaliśmy razem czasu, ale na obozach często byliśmy razem w pokoju.

Kto z tamtej Wisły najbardziej imponował?

Błaszczykowski i Głowacki. Kuba tą skromnością w połączeniu z pracowitością. Bardzo często zostawał po treningach. Widać było, że dąży do czegoś więcej, chce naprawdę osiągnąć wiele. Głowa był natomiast wielkim autorytetem, mądry człowiek, na boisku i poza nim.

Ciebie nazywano synkiem Nawałki.

Chłopaki podśmiewywali się, że jestem synalek. Trener ściągnął mnie jako dyrektor sportowy, a później, gdy przejął drużynę, odważnie na mnie stawiał. Pamiętam, przed rundą wiosenną zagrałem w sparingach najwięcej minut ze wszystkich. Graliśmy z Karpatami Lwów, z mocnymi zespołami z Turcji, ja występowałem z Zieńczukiem na jednej stronie. Trener dużo ze mną rozmawiał. Zapraszał do gabinetu i mówił jak mam grać: a to więcej się podłączać do przodu, a to złapać więcej luzu. Pomagał mi też poza boiskiem. Pamiętam, któregoś razu staliśmy z Małeckim i Błaszczykowskim. Mówiłem im, że chciałbym kupić nowy samochód. Usłyszał to Nawałka i zareagował ostro:

– Co ty sobie wyobrażasz? Chcesz inwestować, zainwestuj w mieszkanie.

Jeszcze tego dnia znalazł mi zaufaną osobę, która się tym zajmowała. Pokierowała mną, znalazłem mieszkanie blisko rynku i w dobrych pieniądzach. Do dzisiaj je spłacam, ale jest.

Pierwszy mecz wiosenny, z Górnikiem w Pucharze Ligi, transmisja w Orange Sport. Trener wystawia mnie w pierwszym składzie, zaczynam trochę zestresowany, ale z każdą minutą gra mi się lepiej. Niestety, ktoś mnie tak kopnął, że na czworogłowym zrobiła mi się kulka wielkości piłeczki od ping ponga. Mięsień się oderwał i zawinął. Masażysta spojrzał na nogę i zapytał:

– Chłopie, jakim cudem ty chodzisz?

Jak zareagował trener?

Był trochę zły, a trochę smutny, że tak to się potoczyło. Czułem od niego duże zaufanie, czułem, że by na mnie stawiał. Byłem dobrze przygotowany, poświęcał mi czas, uczył taktyki. A tutaj tak szybko uraz, który wyłączył mnie na długie tygodnie. Lekarze wzięli się za mnie ostro, obeszło się bez operacji, ale straciłem dwa miesiące. Później powrót do piłki, czyli szukanie formy. Niestety, Wisła zajęła za trenera Nawałki miejsce w środku stawki, trener odszedł.

Podobno Maciej Skorża nawet nie wiedział kim jesteś.

Zaprosił mnie na rozmowę po treningu.

– Kim ty jesteś? Bo cię nie kojarzę. Nie wiem gdzie grałeś, nie wiem skąd się wziąłeś.

Opowiedziałem mu swoją historię: reprezentant kadry U20, sprowadzony przez trenera Nawałkę, kontuzja przed rundą. Odbyło się to przed obozem w Austrii, trener zastanawiał się czy mnie wziąć. Ostatecznie pojechałem, ale w sparingach zagrałem może piętnaście minut. Nigdy nie rozmawialiśmy też dłużej, ani razu tak, jak z trenerem Nawałką. Trenowałem w jedynce, schodziłem do Młodej Ekstraklasy, ale tam trener Kulawik wolał stawiać na swoich, czyli tych, którzy trenują z nim na co dzień. Wielkiego nacisku ze strony Skorży też nie było, żebym grał niżej, więc nie mieli we mnie wiary. Z trenerem Nawąłką notabene do dziś mamy kontakt: zdawkowy, ale zawsze wyśle się te życzenia na święta.

Powiedziałeś, że na koniec poczułeś się w Wiśle oszukany.

Chciałem iść na wypożyczenie do innego klubu, gdziekolwiek, żeby się ogrywać. Nie byłem jednak wysyłany na żadne testy. Później zniknęła Młoda Ekstraklasa, została tylko 4 liga, rezerwy, które też prowadził trener Kulawik. W pewnym momencie nie pojechałem na obóz z pierwszą drużyną, nie zabrała mnie też na obóz dwójka. To gdzie miałem trenować? Gdzie grać? Stwierdziłem, że nie chcę tych pieniędzy – miałem jeszcze kilkuletni kontrakt wart mieszkanie w Warszawie – tylko chcę rozwiązać umowę, skoro jestem niepotrzebny. Zadzwoniłem do Matusiaka z SMS-u z prośbą o poradę, powiedział, żebym wracał, pomoże mi. Poszedłem do Jacka Bednarza, dyrektora sportowego Wisły i zapytałem czy nie chcą rozwiązać umowy. Nawet się zdziwił, że sam przyszedłem. Oczywiście bardzo chcieli.

Za chwilę w SMS-ie grałeś za darmo.

Za tysiąc złotych, opłata za mieszkanie, SMS nie był w stanie dać więcej. Dogadałem się, żebym chociaż miał na wynajem. Pograłem za to pół roku w III lidze, potem mieli mi pomóc coś ogarnąć, czy w Widzewie czy w Bełchatowie. Przychodzę po rundzie, pytam co robimy, ale słyszę, że najlepiej jakbym jeszcze został. Powiedziałem, że nie mogę, bo nie mam za co żyć. Gra w SMS-ie tylko mnie kosztuje, bo zabieram z odłożonych w Wiśle pieniędzy, nie mam nawet na raty kredytu. W końcu dałem sobie spokój, wróciłem do Zduńskiej Woli, znalazłem pracę w dziewiarni Gatty.

Miałeś problem się przestawić? Przed chwilą szatnia Wisły, życie snem, a teraz szara rzeczywistość.

Nie było mi ciężko. Ja się pracy nigdy nie bałem, a światem piłki nigdy się nie zachłysnąłem. Muszę mieć za co żyć, muszę iść do roboty – no to idę i tyle. Poza tym zaczynałem już żyć trochę MMA.

Mama i brat ci odradzali.

Bo widzieli jak wyglądam po pierwszych treningach. Pozdzierany. Posiniaczony, poobijany, wiecznie zmęczony. Pytali: co ja robię? Co mi się w ogóle nagle uwidziało, że chcę trenować sporty walki?

To co ci się uwidziało, że chciałeś trenować sporty walki?

Chciałem zacząć robić coś dla siebie, a MMA interesowałem się wcześniej – lubiłem oglądać walki, moim idolem był Fedor Emelianenko, wtedy najlepszy, emanował spokojem podczas walk.

Ale sam doświadczenia nie miałeś żadnego.

Poza tymi śmiesznymi walkami ulicznymi, nie umiałem nic. Byłem w punkcie zero, goły i wesoły. Na treningach cały czas upadałem i powstawałem. Trenowałem z grupą ludzi, którzy ćwiczyli od dawna, więc zbierałem baty. Ale po czterech miesiącach pojechałem na pierwsze zawody.

Pamiętasz pierwszą walkę?

Stricte parterowa, chwytana, mistrzostwa w grapplingu. Zająłem w nich trzecie miejsce. Potem pojechałem na amatorskie zawody już stricte MMA. Amatorskie zawody różnią się od zawodowych tym, że, po pierwsze, może wciąć udział każdy. Płacisz wpisowe, potem dobierają ci rywala na podobnym poziomie doświadczenia i walczącego w tej samej wadze. Rundy są krótsze, trzy minuty zamiast pięciu. Walczy się w kaskach i ochraniaczach. Ale to już walka, tylko ty i przeciwnik. Pierwszą wygrałem. Czułem się chyba lepiej, niż po wygranej z Górnikiem Zabrze. To było to, choć niby amatorsko, to przecież po drugiej stronie nie ma osoby spod Żabki, tylko ktoś, kto też inwestuje swój czas i regularnie trenuje. Zacząłem jeździć coraz częściej na amatorskie walki, łącznie przegrałem dwie, dziewięć czy dziesięć wygrałem.

Jak to się stało, że tak szybko się w tym odnalazłeś? Przed chwilą nie umiałeś nic, teraz ucierałeś nosa ludziom, którzy trenowali dłużej od ciebie.

Chciałem więcej niż inni. Nie zadowalałem się tylko treningami na salce. Wiedziałem, że zawody bardzo rozwijają, bo to bezpośrednia konfrontacja. Nie bałem się przegrać, bo wiedziałem, że nawet porażka da mi więcej niż dziesiątki godzin na treningu. Później postanowiłem, że pojadę na obóz, żeby zrobić kolejny krok. Znalazłem w internecie, że organizuje takowe pan Rogowski z Łodzi, były trener Karoliny Kowalkiewicz. Na obóz jechał też Marcin Lasota, walczący w mojej kategorii, pierwszy wtedy w rankingu. Wiedziałem, że jak pojadę, będę mógł się skonfrontować z zawodowcem, najlepszym w Polsce w tej wadze. Rogowski dobrał mnie z Marcinem do pary, sparowaliśmy dużo, dobrze to wyglądało. Nie wygrywałem, ale stawiałem opór. Po obozie spytali, czy nie przeszedłbym do nich do klubu. Miałem przyjeżdżać do Łodzi, pomagać Marcinowi, żeby miał z kim trenować. Zgodziłem się, zasuwałem, czasem nawet zostawałem na noc w klubie i spałem na macie, bo nie było sensu wracać, skoro kolejny trening na ósmą rano. Tak przez rok ćwiczyłem z najlepszym zawodnikiem w Polsce, po czym pojechałem na mistrzostwa Polski full contact. Amatorskie, ale zostają tylko kaski, poza tym wszystkie ciosy dozwolone. Stoczyłem mnóstwo walk, doszedłem do finału, tam biłem się z takim Czeczeńcem. Dwie remisowe rundy stoczyliśmy, sędziowie zdecydowali, że potrzebna jest trzecia, ją delikatnie przegrałem na punkty.

Po tej walce zadzwonił do mnie organizator gal PL MMA, pan Mirosław Okniński. Mateuszowi Rajewskiemu wypadł przez kontuzję zawodnik i Ogiński spytał, czy nie chciałbym go zastąpić. Sęk w tym, że ta walka miała odbyć się za dwanaście dni i była walką o pas z mistrzem świata w kickboxingu. Zapytałem: trenerze, czy ja jestem gotów? Dla mnie jestes gotów. Nic nie tracisz. Masz szansę na tytuł.

Pierwsza profesjonalna walka o taką stawkę i z mistrzem świata w kickboxingu, mając zaledwie parę dni na przygotowania. Trochę jak scenariusz z Rocky’ego.

Podjąłem rękawicę, nie stękałem. On przygotowywał się trzy miesiące, podczas gdy ja pojechałem poobijany po mistrzostwach, z marszu, bez odpoczynku. Podeszliśmy z bratem do walki taktycznie: wiadomo, że ma mega stójkę, więc trzeba ją zneutralizować, sprowadzić do parteru. Ale żeby sprowadzić walkę do parteru, trzeba mieć mega kondycję. Tą walkę długo wygrywałem, przegrałem ją dopiero w samej końcówce. Gdzie wcześniej sędzia mógł poddać Mateusza, bo jest coś takiego jak werbalne poddanie. Jeśli przeciwnik krzyknie, to sędzia powinien przerwać. Mateusz krzyczał, ale walkę sędziował Krzysiek Jotko, zawodnik UFC. To nie sędzia, tylko zaproszony gościnnie zawodnik. Nie poddał Mateusza, ja się wypompowałem z całej siły i na koniec zabrakło.

Waszą walkę wybrano walką wieczoru. Zaistniałeś. Oferty musiały się pojawić.

Przegrałem, ale się pokazałem. Wszystkim ta walka się podobała. Pojawiły się oferty innych walk.

Ale wciąż nie wygrałeś. Masz opinię zawodnika efektownego, ale któremu czegoś brakuje do zwycięstwa.

W każdej walce coś. Pierwsza walka to braki kondycyjne. W drugiej z Piesiewiczem wynik wypaczył sędzia. Walka remisowa, ale ja ją wygrałem, tylko arbiter odjął mi punkt za łapanie siatki. Z tym, że ja się tej siatki nie złapałem, jest nagranie, można obejrzeć, sprawdzić. W ogóle rzadko się zdarza, żeby sędzia odejmował aż punkt – przecież to zabranie całej wygranej rundy.

Jakie są stosunki między walczącymi? Honorowe, czy pojawiają się złe emocje?

Nie podobała mi się wypowiedź Piesiewicza przed rewanżem. Powiedział, że skończy moją karierę. Nikomu nie można kariery skończyć, nawet jak się z nim wygra. To ja zdecyduję o tym, do kiedy będę walczył. Strasznie mi się to nie podobało, szczególnie, że sam w wypowiedział doceniałem go, mówiłem, że dobrze będzie się znowu zmierzyć z tak dobrym zawodnikiem.

Jakie masz teraz plany?

Moja kariera w MMA nie rozwinęła się tak, jak mogła. Mam propozycję walki z Mateuszem Dederko, ale jeszcze nie wiem czy zawalczę. Mam chwilę czasu na zastanowienie, pochłaniają mnie obowiązki trenera.

Widziałem, że prowadzisz też niecodziennych podopiecznych.

Prowadzę zajęcia dla osób z dysfunkcjami – dzieci z autyzmem, z zespołem Downa. Sztuki walki jako terapia. Skoro zdrowa osoba dzięki treningom nabiera pewności siebie, to czemu osoba z dysfunkcją nie ma z tego skorzystać. To wielka satysfakcja widzieć postęp u takich osób. Przychodzi chłopczyk z autyzmem, nie potrafi spojrzeć mi w oczy. Patrzy w podłogę, po ścianach. Jest przestraszony. A potem widzę jak mentalnie rośnie w oczach. Niektórzy moi podopieczni mieli problem z dotykiem. Pierwszy trening: pokazujesz, chcesz poprawić ich ustawienie, uciekają. Mija czas i ten problem znika. Te osoby mają ciężkie życie, żyją w swoim świecie, do którego niełatwo dotrzeć. Dlatego nie ma większej radości, niż pomóc im przełamać bariery. Zacząłem to prowadzić w sumie przez przypadek, nigdy bym nie przypuszczał, że czymś takim będę się zajmował, sam bałem się na początku, a teraz jest to źródło wielkiej satysfakcji.

Piłka jeszcze jest obecna w twoim życiu?

Tak, interesuję się, oglądam mecze, a pół roku temu wróciłem do 5 ligi. Mój trener z czasów juniorskich w MKS-ie Zduńska Wola przejął seniorów i składał drużynę. Zadzwonił czy nie chciałbym zagrać. Teraz cały czas wydzwania znów, ale nie wiem czy znajdę czas, choć już ostatnio jeździłem tylko na mecze. Wyglądało to nawet nieźle, choć wiadomo, że trochę brakowało mi kontaktu z piłką, ale nadrabiałem fizycznością.

Widzisz zastosowanie dla treningów MMA u piłkarzy?

Tak, prowadzę takie dla młodych piłkarzy MKS-u. Są mocniejsi na nogach, bardziej wytrzymali, a żadna walka bark w bark nie jest im obca. To też duża praca nad mentalnością: pojawia się inna pewność siebie, trudno o przeciwnika, który wygrałby mecz przed pierwszym gwizdkiem.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (2)