Nowe twarze w lidze. Na razie nie powiało optymizmem
Weszło

Nowe twarze w lidze. Na razie nie powiało optymizmem

Lubimy te pierwsze kolejki – czy w sezonie, czy w rundzie wiosennej – również ze względu na to, że na ekstraklasowych boiskach roi się od nowych twarzy. Do większości starych nie jesteśmy jakoś szczególnie przywiązani, dlatego mamy nadzieję, że piłkarzy przeciętnych i słabych zastąpią choć trochę solidniejsi i lepsi. W większości przypadków wychodzimy na naiwniaków, bo zmienia się jedynie nazwa szrotu, ale zdarzają się też wyjątki. Jak będzie teraz? Gdybyśmy mieli wyciągać wnioski na podstawie pierwszej wiosennej kolejki, która prawie dobiegła już końca, mocniej zaakcentowalibyśmy słowo „wyjątki”. 

No nie powiało optymizmem. Jeśli chodzi o piłkarzy, którzy zaprezentowali się z bardzo dobrej strony, wyliczanka będzie wyjątkowo krótka. Czy pierwsze wrażenie jest ważne? Oczywiście, że tak, wydaje nam się, że w wielu przypadkach nas nie zawiedzie. W wielu, czyli nie we wszystkich. Można  przypomnieć sobie w tym miejscu początki na przykład Farshada i Jesusa Jimeneza. Pierwszy z miejsca zachwycił wszystkich świetną techniką, typowany był na odkrycie, ale runda pokazała, że nie jest w stanie dać drużynie zbyt wiele. Z kolei Jimenez na początku wyglądał tak, jakby trafił do Polski prosto z plantacji pomidorów, na której grał w piłkę dla relaksu z innym pracownikami. Z czasem się jednak ogarnął i zdążył dobić do czołówki, jeśli chodzi o liczbę asyst w lidze.

Mając takie przypadki w głowie, przyjrzyjmy się świeżakom. W ten weekend w ekstraklasie zadebiutowało osiemnastu piłkarzy, których podzieliliśmy na pięć grup.

Fajny, naprawdę fajny debiut: 

Lubambo Musonda (Śląsk Wrocław)
Sergiu Hanca (Cracovia)

Skrzydłowi biegający po prawej flance, którzy narobili trochę wiatru. Rumun w dodatku strzelił bramkę, która dała Pasom zwycięstwo z Piastem Gliwice. Wydaje się, że był brakującym elementem w układance Probierza. Musonda na razie bez konkretów, ale raczej są one kwestią pojawienia się w składzie Marcina Robaka, czyli czasu. 23-krotny reprezentant Zambii pokazał, że dysponuje dobrym dośrodkowaniem, ale koledzy „ukradli” mu ze dwie asysty.

Bez fajerwerków, ale ciągle dobrze: 

Ognjen Gnjatić (Korona Kielce)

Defensywny pomocnik ze sporym doświadczeniem na boiskach w Serbii, Holandii i Grecji wystąpił z konieczności na środku obrony u boku Kovacevicia i poradził sobie bez zarzutów. Może gdyby lepszy dzień miał Maciej Jankowski znaleźlibyśmy powody, by go krytykować, ale na razie trudno czepiać się drobnych błędów w ustawieniu, które i tak udawało się naprawić jemu lub kolegom.

Trudno coś powiedzieć: 

Timur Żamaletdinow (Lech Poznań)
Stefan Scepović (Jagiellonia Białystok)
Bojan Cecarić (Cracovia)
Iuri Medeiros (Legia Warszawa)

Kategoria neutralna. Przypadki, w których zabrakło czegoś wartego odnotowania, panowie spędzili za boisku za mało czasu. W przypadku Scepovicia były to co prawda 22 minuty, ale nie zaznaczył obecności – to, jak się układał mecz, też nie sprzyjało zrywom.

Powinno być lepiej: 

Olaf Nowak (Zagłębie Sosnowiec)
Tomasz Nawotka (Zagłębie Sosnowiec)
Bożo Musa (Miedź Legnica)
Salvador Agra (Legia Warszawa)

W tym miejscu stawiamy nowym minusy. Nie uwagi, nie nagany z wpisaniem do akt, tylko minusy. Za co konkretnie? No to po kolei. Nowak, odkrycie przygotowań, jako jedyny z tego grona pojawił się w pierwszym składzie drużyny, po czerwonej kartce dla kolegi miał znacznie utrudnione zadanie, ale koledzy potrafili wypracować mu dobrą sytuację, którą zmarnował. Nawotka, który w tym samym meczu dostał pół godziny, również skiepścił pod bramką, w dodatku nie najlepiej zachował się przy drugim golu Śląska Wrocław. To z kolei można zarzucić też Musie, który dostał 20 minut z Jagiellonią. Nic wielkiego na niego nie mamy, ale jednak Novikovas przy golu bez większego wysiłku zrobił z nim dokładnie to, co chciał zrobić. Agry spodziewaliśmy się w pierwszym składzie, ale po tym, co pokazał w Płocku przez pół godziny, nie dziwimy się, że nie dostał takiej szansy. Trochę wiatru, jedno udane zagranie, ale tez sporo strat. Na tle Vesovicia wypadł bladziutko.

Falstart, i to taki zdecydowany: 

Giorgi Gabedawa (Zagłębie Sosnowiec)
Georgios Mygas (Zagłębie Sosnowiec)
Giorgi Iwaniszwili (Zagłębie Sosnowiec)
Martin Toth (Zagłębie Sosnowiec)
Lukas Gressak (Zagłębie Sosnowiec)
Maksymilian Banaszewski (Arka Gdynia)
Angel Garcia (Wisła Płock)

Cóż… Nie potrafimy wykluczyć, że ktoś z tego lekko śmiesznego zaciągu sosnowiczan jeszcze wypali, ale we Wrocławiu wyglądało to bardzo źle. Pomijając już to, co odwalił Gabedawa, nowi nie dali odpowiedniej żadnej jakości. Gdyby Toth i Gressak z Legią zagrali tak jak we Wrocławiu, warszawianie nie pożegnaliby się z eliminacjami do Ligi Mistrzów. Mygas w zawiódł zarówno w defensywie, jak i z przodu, gdy skiksował w dobrej sytuacji. Drugi z Gruzinów… On w ogóle był na boisku? Do tego dochodzą skrzydłowy Arki Gdynia i lewy obrońca Wisły Płock. Gdy tak patrzymy na tę grupę zawodników, wydaje nam się, że Banaszewski ma największe szanse, żeby zaraz zatrzeć złe wrażenie – nie wykluczamy, że po prostu trochę się spalił psychicznie i stąd sprokurowany karny oraz sporo złych wyborów. Garcia miał być nową jakością tam, gdzie grywał Warcholak, ale jego debiut był właśnie taki „warcholakowy”. Legioności wjeżdżali jak w masło.

***

3/18, ewentualnie 3/14, jeśli odliczymy środkową grupę. Jedyny powód do optymizmu przed następną kolejką to fakt, że gorzej raczej nie będzie.

Fot. newspix.pl 

KOMENTARZE (3)

WordPress Lightbox