Bison Dele. Tajemnica skrywana przez ocean
Inne sporty

Bison Dele. Tajemnica skrywana przez ocean

– Wszyscy powtarzają, że to historia Kaina i Abla, ale ja nie potrafię w to uwierzyć – mówiła matka Bisona Dele, mistrza NBA, którego zagadkowa śmierć na Pacyfiku pozostaje nierozwiązana od 17 lat.

Tragedia byłego gracza Chicago Bulls poruszyła świat koszykówki tak, jak teraz tym piłkarskim zachwiała historia Emiliano Sali, który zginął w Kanale La Manche. Z tą różnicą, że tam od początku nikt nie wierzył w nieszczęśliwy wypadek.

***

Ponad 17 metrów długości, dwie sypialne, nowoczesna część dzienna z wielkim telewizorem oraz w pełni wyposażona kuchnia – tak wyglądał warty 650 tys. dolców biało-niebieski jacht, który centymetr po centymetrze przeczesywało trzynastu agentów FBI. Łódź znaleziono u brzegów Tahiti. W pierwszej chwili agenci myśleli, że szukają innej jednostki, ale okazało się, że tabliczka na rufie nie była oryginalna. Jacht o imieniu „Aria Bella” w rzeczywistości nazywał się „Hakuna Matata” i należał do Bisona Dele, byłego gracza NBA, który zaginął ponad dwa miesiące wcześniej. Było jasne – ktoś próbował po sobie posprzątać.

Po mistrzu NBA z sezonu 1996/1997 nie było ani śladu. Tak samo jak i po jego dziewczynie Serenie Karlan oraz francuskim sterniku Bertrandzie Saldo. W momencie, kiedy FBI sprawdzało pusty jacht, jedyny żyjący uczestnik tragicznego rejsu, czyli brat koszykarza Miles Dabord, leżał w śpiączce w szpitalu w San Diego. Kilka dni wcześniej próbował popełnić samobójstwo.

W połowie września 2002 r. amerykańskie media naprawdę nie żyły tak jak zawsze zbliżającą się inauguracją sezonu NBA.

***

Bison Dele jeszcze do 1998 r. był Brianem Williamsem. Imię i nazwisko zmienił, ponieważ chciał w ten sposób oddać hołd rdzennym Amerykanom oraz swoim afrykańskim przodkom. Do draftu w 1991 r. stawał więc jeszcze jako Williams. Były student Uniwersytetu Arizony został wybrany w pierwszej rundzie z „dziesiątką” przez Orlando Magic. Niezły rocznik, z wyższym numerem od niego dostali się wówczas do ligi m.in. Dikembe Mutombo i Luc Longley. Środkowi, tak jak on.

W debiutanckim sezonie w barwach Magików był oczywiście głównie rezerwowym, ale i tak rozegrał 48 meczów ze średnią 9,1 pkt. oraz 5,7 zbiórki. Ekipa z Orlando nie załapała się do play-off, jednak Williams miał naprawdę przyzwoite wejście do ligi. Niestety, drugi rok w dużej mierze był dla niego stracony, na parkiecie pojawił się tylko 21 razy. Przez większość sezonu był odsunięty od składu z powodu stanów depresyjnych, z którymi walczył. Także to sprawiało, że nigdy nie był duszą towarzystwa. Kiedy kumple z Magic chodzili na imprezy i dziewczyny, on trzymał się raczej z boku, chodził swoimi ścieżkami. Szatnia bywa bezwzględna, dlatego w końcu musiały w niej paść żarty, czy przypadkiem nie był gejem. Nie był. Był po prostu inny.

Był za to na tyle dobrym graczem, że kiedy pozbierał się po marnym sezonie 1992/1993, przeniósł się do Denver Nuggets. Tam posmakował w końcu fazy play-off dochodząc do półfinału konferencji. W dwa lata rozegrał 143 mecze, po czym przeniósł się do Los Angeles Clippers. Dopiero w Kalifornii stał się podstawowym zawodnikiem zaliczając naprawdę niezłe statystyki: 15,8 pkt. i 7,6 zbiórki. W meczu przeciwko Boston Celtics potrafił zdobyć aż 35 „oczek”.

W ten sposób zapracował na transfer do Chicago Bulls, którzy mieli zamiar zaatakować już piąty tytuł w ostatnich siedmiu latach. Trener Phil Jackson chciał wzmocnić ławkę, dlatego sięgnął po 28-latka mierzącego 208 cm i ważącego blisko 120 kilo. Brian Williams przeniósł się ostatecznie do „Wietrznego Miasta” w kwietniu 1997 r. Miał być zadaniowcem, który wesprze drużynę tuż przed play-offami i będzie wartościowym zmiennikiem dla Australijczyka Luca Longley’a. Michael Jordan, który jak wiadomo uwielbiał „testować” nowy narybek w drużynie wywierając na nim dużą presję na treningach, nie znęcał się jednak specjalnie nad Williamsem. Wziął go pod swoje skrzydła, a ten odwdzięczył mu się dobrą gra.

Wiadomo, o wskoczeniu do żelaznej piątki Jordan-Pippen-Rodman-Harper-Longley mógł tylko pomarzyć, ale przez całe play-offy był solidnym wsparciem dla gwiazd „Byków”. Pojawiał się na parkiecie we wszystkich meczach, w tym także tych finałowych przeciwko Utah Jazz. Po wygraniu serii Steve Kerr powiedział nawet – chociaż pewnie nieco na wyrost – że bez Williamsa być może nie daliby rady wydrzeć tytułu. Obecny trener Golden State Warriors twierdził również, że sprowadzony z Clippers center był jednym z najbardziej uzdolnionych graczy pod względem fizycznym, jakich spotkał.

Jego spory wkład w zwycięstwo najlepiej pokazują statystyki. W meczu numer trzy zdobył 16 pkt., a średnio w całej finałowej rywalizacji trafiał po 6,8 pkt. W sześciu spotkaniach spędził na parkiecie łącznie 121 min., niewiele mniej niż Longley czy Kukoć, a więcej niż wspomniany Kerr. Był gościem od brudnej roboty i ze swojego zadania potrafił się wywiązać.

Po krótkiej, ale fascynującej przygodzie z Bulls, środkowy – już po zmianie nazwiska na Bison Dele – na dwa lata zakotwiczył w Detroit Pistons. Był podstawowym graczem, ale kiedy w 1999 r. otrzymał propozycję nowego, pięcioletniego kontraktu opiewającego na ponad 36 mln dolarów, nieoczekiwanie zakończył karierę. Miał być najlepiej opłacanym zawodnikiem „Tłoków” obok Granta Hilla, ale powiedział „dość” zaledwie w wieku 30 lat.

Wśród kumpli z parkietu i dziennikarzy zapanowała konsternacja, chociaż niektórzy uważali, że zawodnik zmieni decyzję. Tym bardziej, że nie mógł narzekać na brak ofert. Sygnały, że ma gdzie wrócić, wysyłał mu nawet Phil Jackson, który wówczas prowadził już Los Angeles Lakers.

***

Dziwili się jednak tylko ci, którzy tak naprawdę go nie znali. Bison Dele był bowiem zaprzeczeniem stereotypowego zawodnika NBA z szalonych lat 90. Śledząc jego życiorys można nawet powiedzieć, że charakterologicznie kompletne do tego świata próżności nie pasował. Był jak puzzel z zupełnie innej układanki. – Członkowie drużyny pamiętali go jako dziwnego ptaka. Kiedy w samolocie wszyscy grali w karty, on czytał książki. Kiedyś przeczytał biografię Milesa Davisa. Powiedział koledze z drużyny Tomowi Tolbertowi, że chciałby mieć taką pasję do koszykówki, jaką Davis miał to muzyki – pisał Chris Ballard ze „Sports Illustrated”.

Bo dla niego koszykówka była po prostu pracą. Nie było to zajęcie, które jakkolwiek określało go jako człowieka.

Był typem wrażliwca, co było pewnie wynikiem pochodzenia. Matka zawsze dbała o wykształcenie dzieci, a ojciec był muzykiem bluesowym związanym z grupą The Platters. Owszem, Dele spotykał się z dziewczynami, dość często je zmieniał, ale miał zupełnie inny tryb życia niż wielu jego kumpli z drużyny. Kiedy oni ganiali po dyskotekach, on chodził do galerii sztuki. Kiedy oni grali w gry komputerowe, on przygrywał na saksofonie czy gitarze. Kiedy oni słuchali Tupaca, on włączał wspomnianego Milesa Davisa. Kiedy oni szli do kina na Arnolda Schwarzeneggera, on gustował w filmach Jima Jarmuscha. Jego ulubionym był ponoć „Truposz” z Johhnym Deppem. Interesował się nawet filozofią, w której szczególnie upodobał sobie Fryderyka Nietzschego.

Amerykańska prasa nie bez powodu pisała też, że żył trochę jak Jules Verne. Jeszcze w czasie kariery w NBA zdarzało mu się podróżować do Bejrutu czy Pampeluny, gdzie brał udział w słynnym biegu z bykami. Uwielbiał też nurkować. Do tego stopnia, że kiedy kupił sobie do domu wielkie akwarium, zdarzyło mu się nakładać okulary i wkładać do niego głowę, aby podziwiać rzadkie gatunki rybek, jakie kolekcjonował. Musicie przyznać, że na tle graczy NBA to był naprawdę wyjątkowy okaz.

Wszystko to pokazywało, że Bison Dele naprawdę nie oddychał koszykówką, nie musiał nią żyć. Chociaż bez wątpienia ponad 20 mln dolarów, które zarobił przez osiem lat gry w NBA, pozwoliło mu później żyć tak jak chciał.

***

Po zakończeniu kariery w 1999 r. długo więc nie usiedział w miejscu. Najpierw wyjechał do Libanu, następnie mieszkał w Australii i Nowej Zelandii. Według niektórych informacji, przez pewien czas mieszkał nawet w ciężarówce, którą podróżował. W 2000 r. spełnił też jedno ze swoich największych marzeń – nauczył się żeglować. Rok później wyłożył wspomniane 650 tys. na jacht. Chciał nim pływać po Pacyfiku.

Bison Dele w międzyczasie odświeżył też znajomość ze swoją byłą dziewczyną, poznaną w połowie lat 90. Sereną Karlan. Związek przy pierwszym podejściu się nie udał, bo koszykarz wędrował z klubu do klubu, a rozłąka była uciążliwa. Uczucie wciąż było jednak żywe, dlatego w 2001 r. dziewczyna odwiedziła byłego koszykarza w Nowej Zelandii spędzając z nim dwa tygodnie. Po zamachach z 11 września Dele zaproponował jej jednak przyjazd na dłużej. Chciał, aby pracująca w Nowym Jorku Serena zapomniała o ostatnich wstrząsających wydarzeniach. Zgodziła się, ale niedługo ich wakacje zakłócił przyjazd Milesa Daborda, starszego o dwa lata brata koszykarza. Co ciekawe, on także zmienił imię i nazwisko, bo wcześniej był Kevinem Williamsem. Cóż, taka rodzinna tradycja…

Obaj panowie od lat żyli w napiętych stosunkach. 35-letni Miles nie mógł przetrawić, że brat odniósł sukces i zarobił górę forsy. – Całe życie żył w jego cieniu. Chyba czuł, że nie jest tak ceniony i kochany jak brat – przyznawała w rozmowie z „The New York Times” ich matka Patricia Philips. Dabord podobnie jak młodszy brat był kruchy emocjonalnie, w przeszłości targnął się nawet swoje życie.

miles

Miles Dabord

hakuna2

Kiedy Dele od zawsze miał smykałkę do sportu, on był chorowitym dzieckiem cierpiącym na astmę. Gdy utalentowany brat zarabiał miliony dolarów w NBA, Miles pracował jako informatyk. Były gracz Bulls regularnie pomagał mu finansowo (śledczy potwierdzili przelewy po 50 tys.), ale w końcu chciał odciąć bratu źródełko, bo nie dogadywali się. Musiało coś być na rzeczy, ponieważ trudno było nazwać Bisona Dele sknerą. Dowodem na to był chociażby dom, który kupił matce. Z zazdrosnym Milesem nie dogadywał się jednak w ogóle i według jednej z hipotez właśnie to było powodem nieoczekiwanych odwiedzin Milesa w Nowej Zelandii – chciał rzekomo poprawić relacje rodzinne.

W tym momencie zaczął się ciąg tajemniczych zdarzeń, których finałem była tragedia na samym środku Oceanu Spokojnego.

Według informacji śledczych, 2 maja 2002 r. jacht „Hakuna Matata” wypływa z Auckland. Na pokładzie znajdują się 33-letni Bison Dele, jego 30-letnia dziewczyna Serena Karlan, 35-letni Miles Dabord oraz zatrudniony przez koszykarza 32-letni francuski sternik Bertrand Saldo. Łódź najprawdopodobniej najpierw ma płynąć na Tahiti, a stamtąd na Hawaje. Początkowo podróż przebiega według planu, bo jeszcze w połowie czerwca Dele i Karlan meldują się w hotelu na Tahiti. Pozostają tam przez kilka tygodni, bo 6 lipca cała załoga jest widziana, jak opuszcza port i obiera kierunek na Hawaje. Co dzieje się później?

Jak ustaliło FBI, 6 i 7 lipca odnotowano cztery połączenia wykonane z telefonu satelitarnego Bisona Dele. Normalne rozmowy, nikt nie zgłaszał, że ma jakiekolwiek problemy. Był to ostatni ślad po koszykarzu, jego dziewczynie i sterniku z Francji.

8 lipca osoba odpowiadająca rysopisowi Milesa Daborda pojawia się na małej wyspie Moorea leżącej 17 kilometrów na zachód od Tahiti. Na pokładzie nie ma nikogo innego (prawdopodobnie wtedy przemalowano jacht i zmieniono tabliczkę na rufie). Amerykanin później jest widziany w jednym z hoteli w towarzystwie kobiety. Według późniejszych informacji śledczych, jest to Erica Wiese, dziewczyna Daborda, która przyleciała na jego zaproszenie z Los Angeles. Mężczyzna wmawia jej, że Bison Dele i Serena Karlan spędzają czas na innej wyspie, a Bertrand Saldo nieoczekiwanie spotkał swoich przyjaciół. We dwójkę imprezują przez około tydzień, po czym wracają samolotem do Stanów Zjednoczonych.

***

Przez kolejne tygodnie śledztwo prowadzone jest w kierunku zaginięcia załogi, ale od 5 września służby biorą już pod uwagę zabójstwo.

Tego dnia Miles Dabord podszywając się pod swojego brata – dysponując jego czekami oraz kartą kredytową – próbuje kupić w Phoenix 152 tys. dolarów w złocie. FBI wpada na jego trop i zatrzymuje go. Mężczyzna szybko jednak zostaje zwolniony z powodu braku dowodów świadczących o tym, że mógł zamordować brata (po całej historii jeden z agentów przyzna, że wypuszczenie go było największym błędem w śledztwie).

Będąc na wolności, Dabord dzwoni do matki Patricii. Mówi jej, że stało się coś strasznego i nie przeżyje więzienia.

35-latek najprawdopodobniej ucieka przekraczając granicę z Meksykiem i przez kilka dni przebywa w Tijuanie. 15 września meksykańska policja znajduje go jednak nieprzytomnego na plaży. Dabord w stanie ciężkim zostaje przewieziony do szpitala w Kalifornii. Przedawkowanie insuliny połączone z nieprzyjmowaniem leków na astmę omal go nie zabiło, chociaż taki był plan.

Niedoszły samobójca jest w stanie śpiączki, a na jego wybudzenie czekają nie tylko najbliżsi, ale i FBI. Agenci chcą go przesłuchać po tym, jak namierzyli „podrobiony” jacht na Tahiti. Nic z tego, lekarze mówią wprost, że podejrzany już się nie wybudzi, a przy życiu sztucznie utrzymuje go tylko szpitalna maszyna. Dabord umiera 27 września po tym, jak na prośbę rodziny zostaje odłączony od aparatury. Kiedy lekarze spełniają wolę bliskich, w sali jest matka i kilku krewnych.

Kilka dni później jego dziewczyna Erica Weise opowiada dziennikarzom „Los Angeles Times”, że po zatrzymaniu w Phoenix Dabord zwierzał się jej. Przekonywał, że na jachcie doszło do kłótni między nim a bratem. Bójkę chciała przerwać Serena Karlan, ale podczas szarpaniny została odepchnięta. Upadając uderzyła głową o pokład i wykrwawiła się. Miles Dabord utrzymywał, że francuski sternik został zastrzelony przez spanikowanego koszykarza, ponieważ chciał zadzwonić po pomoc. Rzekoma awantura na jachcie miała zakończyć się tym, że Miles Dabord zabił znanego brata w akcie samoobrony, po czym został sam na pokładzie.

FBI w taką wersję jednak nie wierzyło, ponieważ na jachcie nie znaleziono śladów krwi. Jedna z przyjętych hipotez zakładała zupełnie inny scenariusz: zazdrosny Miles Dabord chciał przejąć tożsamość brata i jego pieniądze, dlatego grożąc bronią kazał całej trójce po prostu opuścić pokład na środku Pacyfiku, zostawiając ich na pewną śmierć.

Ciał Bisona Dele, Sereny Karlan i Bertranda Saldo nigdy nie odnaleziono.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI    

KOMENTARZE (3)