Bo to zła kobieta była… Jak zginął Arturo Gatti?
Inne sporty

Bo to zła kobieta była… Jak zginął Arturo Gatti?

W świecie boksu jest postacią kultową. Arturo Gatti (40-9, 31 KO) nie ukrywał, że za każdym razem wychodzi do ringu w konkretnym celu. Chore wojny na wyniszczenie z jego udziałem nie miały może wiele wspólnego ze szlachetnymi ideałami szermierki na pięści, ale były jedynym w swoim rodzaju fascynującym zjawiskiem. Jak wielu podobnych wojowników, on również nie dożył emerytury. Zginął w hotelowym pokoju podczas wakacji z żoną i synem zaledwie kilka lat po zakończeniu kariery. Morderstwo czy samobójstwo? Dyskusje trwają do dziś, a w tle pojawiają się miliony dolarów i budzący wielkie emocje testament.

W tej sprawie nic nie wpisuje się w szablon. Arturo i Amanda nie byli typowym związkiem pod żadnym względem. Tworzyli włoskie małżeństwo – namiętne i pełne pasji, ale wyjątkowo kłótliwe. Sam Gatti urodził się zresztą u podnóża Monte Cassino, ale jeszcze w dzieciństwie wraz z rodzicami przeniósł się do Kanady, która stała się jego przybraną ojczyzną. To właśnie barwy tego kraju mógł reprezentować podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie, ale czekanie na ten moment go przerosło. Zamiast tego wybrał ring zawodowy, na którym zadebiutował mając zaledwie 19 lat.

W sumie przeboksował w gronie profesjonalistów siedemnaście długich lat. Wiele spośród 49 pojedynków, które stoczył, to niezapomniane widowiska, do których kibice wciąż wracają po latach. Gatti – w przeciwieństwie do wielu gwiazd boksu z przełomu wieków – potrafił także umiejętnie zarządzać swoim majątkiem i rozsądnie inwestował w nieruchomości. Gdy w połowie 2007 roku ogłaszał koniec kariery, to robił to jako człowiek majętny, który nie potrzebował już boksu.

Wydawał się wtedy ustawiony pod każdym względem. Po latach szaleństw ustatkował się u boku Amandy, którą poznał gdy… ich psy spotkały się na spacerze. Taka była przynajmniej oficjalna wersja dla rodziny. Kumple pięściarza dowiedzieli się potem od niego, że do pierwszego spotkania doszło w klubie ze striptizem. Pobrali się w 2007 roku po zaledwie kilku miesiącach znajomości. W ich związku nie brakowało przemocy, chociaż kobieta zarzeka się, że Arturo nigdy jej nie uderzył. Krzyki, groźby i popychanie były jednak na porządku dziennym.

Po zakończeniu kariery Gatti nadal imprezował tak jak walczył – ostro i na całego. Rok po ślubie – który odbył się na tle Wielkiego Kanionu – Amanda urodziła Arturo juniora. Syn stał się oczkiem w głowie byłego pięściarza. Na pierwszy rzut oka wszystko sprawiało bajkowe wrażenie, ale w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Dawny mistrz miał problemy ze znalezieniem sobie nowego zajęcia i co chwila wpadał w autodestrukcyjny ciąg alkoholowo-narkotykowy.

Zadziwiające sprawie śmierci Gattiego jest to, że wiele osób z bliskiego otoczenia pięściarza kompletnie inaczej postrzega te same sprawy. Jeden z jego przyjaciół przekonuje, że Amanda była diabłem wcielonym. Miała być chciwą manipulantką nastawioną na pieniądze, która niszczyła Arturo psychicznie i… biła go. Temu kobieta zaprzecza, ale z uśmiechem przyznaje, że zdarzało jej się rzucać w męża różnymi rzeczami. Inny znajomy pary przekonuje, że było dokładnie odwrotnie, a Amanda tak naprawdę desperacko łapała się każdego sposobu, który mógłby pomóc w sprowadzeniu Arturo na właściwe tory.

Śmierć w raju

Pewne ponad wszelką wątpliwość jest to, że w tym związku była przemoc. Kilka miesięcy po ślubie kobieta poinformowała partnera, że jest w ciąży. Para akurat przebywała na Hawajach, ale i tak doszło do potwornej kłótni, w której musiała interweniować policja. Po wszystkim został ślad w kartotece, ale Amanda nie chce mówić więcej na ten temat. Czy pięściarz mógł uderzyć swoją ciężarną żonę? To nie mieści się w głowie wszystkim, którzy go znali, ale policyjne raporty zdają się sugerować coś innego.

Wiadomo ponad wszelką wątpliwość, że w połowie 2009 roku małżeństwo wisiało na włosku. Jednego dnia Gatti potrafił się wyprowadzić i mówić znajomym, że myśli o złożeniu papierów rozwodowych, by trzy dni później przyjść z żoną na imprezę i udawać, że nic się nie stało. Wyjazd do Brazylii miał być idealną szansą na uratowanie związku. Zapis monitoringu i zeznania pracowników hotelu potwierdziły, że przez całą noc w dwupiętrowym apartamencie przebywały tylko trzy osoby – Arturo, Amanda oraz ich 10-miesięczny syn. Rano Arturo został znaleziony martwy w kałuży krwi z widoczną raną głowy.

Brazylijska policja zatrzymała Amandę i pierwotnie oskarżyła ją o morderstwo. Po trzech tygodniach kobieta wyszła na wolność, a opinią publiczną wstrząsnęła kolejna nieoczekiwana informacja. Okazało się, że nie znaleziono cienia dowodu, by do śmierci Arturo przyczyniły się osoby trzecie. W tej sprawie jest jednak wiele wątków, które wydają się zwyczajnie niedorzeczne i nie sposób przejść nad nimi do porządku dziennego.

Ustalono na przykład, że gdy pierwsi ratownicy dotarli do Gattiego, mężczyzna nie żył już przynajmniej od dziesięciu godzin. Żona przebywała z nim w jednym pomieszczeniu przez cały ten czas, a mimo to nie zauważyła, że nie żyje. Oczywiście apartament był piętrowy, więc Amanda mogła trzymać się wersji, że siedziała na piętrze z dzieckiem i nie zdawała sobie sprawy z tego, co dzieje się niżej. Arturo został znaleziony pod schodami, a jego ciało było ułożone w dość specyficzny sposób.

Pani Gatti zeznała jednak, że w środku nocy schodziła na dół i… widziała męża leżącego pod schodami. Najciekawsze jest to, że w ogóle jej to nie zdziwiło. Według jej relacji nietrzeźwy Arturo miał taki zwyczaj, że często zasypiał gdzie popadnie. Nawet jeśli jakimś cudem uznamy widok mężczyzny leżącego w samych slipkach na kuchennych płytkach za „normalny”, to pozostaje pytanie o kałużę krwi. W jaki sposób Amanda mogła jej nie dostrzec? Aby spróbować lepiej zrozumieć wydarzenia z feralnego wieczora, warto starannie prześledzić życiorys pięściarza.

W boksie jest bowiem wiele typów zawodników. Są tacy jak Floyd Mayweather, którzy z czasem zaczynają panicznie bać się pierwszej porażki i jeśli podejmują ryzyko, to w maksymalnie ograniczonym zakresie i niemal wyłącznie na własnych warunkach. Są jednak też tacy jak Arturo Gatti, którzy są pięściarzami dużo lepszymi niż mógłby to sugerować bilans ich walk. Jeśli spełnione są odpowiednie warunki, to wyjdą do każdego – nawet jeśli cały świat będzie skazywał ich na porażkę.

Takich zawodników najczęściej doceniają głównie bokserscy puryści, ale Kanadyjczyk włoskiego pochodzenia potrafił w końcu przebić się na własnych warunkach także do głównego nurtu. Kibice wiedzieli, że walki Gattiego za każdym razem gwarantują jedyne w swoim rodzaju emocje. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę także ludzie ze świata telewizji. W grudniu 2018 roku stacja HBO po 45 latach zakończyła bokserski projekt, a Gatti zapisał się w historii jako jedna z jego najdumniejszych, ale i najbardziej poobijanych twarzy.

Arturo widzi czy udaje, że widzi?

Wszystkie atrybuty, które uczyniły go potem jedyną w swoim rodzaju atrakcją, pokazywał już na początku kariery. W styczniu 1994 roku na drodze Gattiego (14-1) stanął Leon Bostic (12-3-1). Walka miała być kolejnym krokiem w mozolnym procesie budowaniu pozycji młodej gwiazdy. Rywal miał dać co najwyżej kilka cennych rund doświadczenia, bo Arturo w tamtym momencie był królem nokautu, który nigdy nie wyszedł poza szóstą rundę.

Nieliczni kibice zgromadzeni pod ringiem w nowojorskim Catskill dość nieoczekiwanie zobaczyli jednak wyjątkowo ciekawe widowisko. Gatti nie przygotowywał się do walki z pełnym obciążeniem, a dodatkowo zmagał się jeszcze z uporczywą kontuzją pleców. Bostic w przeciwieństwie do wielu rywali nie padł po pierwszych ciosach i wyciągnął młokosa na głębokie wody. Po ośmiu rundach sędziowie nie byli jednomyślni, ale dwóch wskazało na Arturo.

Kiedy Gatti i jego ludzie schodzili z ringu do szatni, na ich drodze na moment stanął legendarny Al Gavin. Wiekowy cutman pracował w narożniku nad różnymi rozcięciami przy okazji 110 mistrzowskich walk i widział wiele, ale podczas pojedynku dwóch szerzej nieznanych pięściarzy w małej salce dostrzegł coś niezwykłego. „Panowie, ten chłopak ma niesamowite jaja! Co za gość!” – zachwycał się weteran bokserskiej branży.

W takich małych wojnach Gatti mógł nie tylko szlifować swój wyniszczający styl, ale także pokazać swoje „cojones” sędziom. To ważne, bo ciosy, które Arturo przyjmował bez mrugnięcia, w przypadku wielu innych pięściarzy po prostu kończyły walki, a bywało, że także kariery. Wielokrotnie walczył ze złamaniami, opuchliznami i innymi groźnymi ranami, ale do perfekcji potrafił udawać, że absolutnie nic sobie z tego nie robi.

Pojedynek z Bosticiem prowadził Wayne Kelly, który kilkanaście miesięcy później był trzecim w ringu podczas pierwszych dwóch mistrzowskich walk Arturo. Druga z nich miała być typową w boksie „pierwszą obroną”. Na rywala wybiera się w takich przypadkach zazwyczaj twardego, ale ograniczonego pięściarza, który nie powinien stworzyć większego zagrożenia. Chodzi o to, by nowy czempion mógł się pokazać, zdobyć bezcenne doświadczenie, a najlepiej na koniec wygrać przez efektowny nokaut.

Wilson Rodriguez (44-8-3) do roli takiego przeciwnika pasował wręcz idealnie. Wcześniej o tytuł walczył tylko raz i przegrał dosyć wyraźnie. Bokserskie CV pięściarza z Dominikany było zbudowane na szerzej anonimowych nazwiskach. Mimo to w marcu 1996 roku kibice zobaczyli pierwszą wielką ringową wojnę z udziałem Gattiego. W pierwszej rundzie wokół prawego oka mistrza pojawiła się poważna opuchlizna. W kolejnej po krótkim lewym sierpowym padł na deski i wyglądał na kogoś, kto na skraju przegrania przed czasem.

Trzecią odsłonę czempion zaczął od furiackiej szarży, ale rywal przyjął warunki i również doprowadził do celu wiele potężnych uderzeń. „Ciężko sobie wyobrazić, by Gatti mógł to jeszcze długo wytrzymać” – powiedział na koniec trzeciej rundy Jim Lampley, komentator HBO, ale nie on jeden był w błędzie. Prawe oko pięściarza w tamtym momencie wyglądało już na kompletnie zamknięte. To, co wydarzyło się w przerwie, zdążyło obrosnąć legendą.

Stephen Gelfman – lekarz sprawujący ringowy nadzór nad obydwoma bohaterami widowiska – przez kilka chwil przypatrywał się pracy w narożniku mistrza aż wreszcie wkroczył do akcji. Dość zdecydowanie nakazał, by sekundanci zakryli pięściarzowi lewe oko – to, które było w lepszym zdanie. Cel był prosty – Gelfman chciał się zorientować, czy Gatti w ogóle widzi coś na prawe oko. Gdyby wynik testu był negatywny, to walka zostałaby zapewne przerwana.

„Nic mi nie jest, nic mi nie jest” – bagatelizował w swoim stylu mistrz, ale lekarz nie odpuszczał. W końcu jak w pokerze – trzeba było pokazać karty. Gelfman zajrzał Gattiemu w potwornie zapuchnięte oko i zapytał go ile palców widzi. Najpierw pokazał dwa, potem jeden. Mistrz udzielił poprawnych odpowiedzi, ale według jednej z teorii nie doszło do tego przez przypadek. Jeden z wyjątkowo zaangażowanych współpracowników miał dyskretnie poklepywać pięściarza, naprowadzając go tym samym na właściwy trop. „Nie sądzę, żeby tak było, ale nie wykluczam, że Arturo po prostu zgadywał” – przyznał po latach Pat Lynch, menedżer pięściarza.

Na 30 sekund przed końcem czwartej rundy zraniony Gatti pływał po całym ringu. Można było odnieść wrażenie, że wystarczą dwa celne ciosy, by zakończyć walkę. Dumny wojownik w sobie tylko znany sposób wrócił do gry i w ostatnich sekundach przypuścił szalony atak. „Jeśli trzecia runda nie była „Rundą Roku”, to czwarta była nią już na pewno” – zachwycał się po walce bokserski analityk Steve Farhood.

W piątym starciu Gatti wrócił do gry – pojedynczym lewym na wątrobę posłał przeciwnika na deski, ale nie zdążył skończyć roboty. Ta sztuka udała mu się w kolejnej odsłonie, a finisz był naprawdę zjawiskowy. „Ludzie nigdy nie zapomną tej walki. Będą do niej wiele razy wracać w najbliższych latach” – przewidywał rozemocjonowany Larry Merchant. Nie mógł wtedy wiedzieć jednego – to wcale nie była najbardziej emocjonująca walka z udziałem Gattiego, który dopiero się rozkręcał.

„Grzmot” odradza się z popiołów

Nietypowy przebieg miała także trzecia walka w obronie tytułu. Na drodze mistrza stanął Gabriel Ruelas (44-3), który od pierwszej rundy zaczął sięgać po ciosy poniżej pasa. Gatti nie pozostawał dłużny, ale regulaminowych uderzeń też było sporo. W czwartym starciu pretendent zaczął zaskakiwać faworyta ciosami podbródkowymi, jednak w piątej odsłonie Gatti odpowiedział pięknym za nadobne. W końcu złowił Ruelasa firmowym lewym sierpowym, po którym przeciwnik padł jak długi. Magazyn „The Ring” uznał ten pojedynek „Walką Roku”, a zakończenie „Nokautem Roku”.

Arturo stał się znany jako „Thunder” – grzmot. W kolejnych latach zaczął wychodzić do ringu przy „Thunderstruck” – jednej z najbardziej znanych piosenek grupy AC/DC. Reszty dorobku zespołu specjalnie nie cenił, ale utwór doskonale uzupełniał wizerunek ringowego zabijaki. Pierwsza mistrzowska kadencja Gattiego zakończyła się w 1998 roku. To w ogóle był jego czarny rok – przegrał wszystkie trzy walki, które stoczył w tym okresie. Każdy z tych pojedynków stoczył już w wyższej kategorii, bo po walce z Ruelasem miał coraz większe problemy ze zbijaniem wagi do kategorii superpiórkowej (58,9 kg).

W wyższej wadze stylistycznym koszmarem Kanadyjczyka okazał się Ivan Robinson (25-2). W 1998 roku wygrał dwa razy – w pierwszej walce nie przeszkodziło mu to, że znalazł się na deskach. W drugiej pomógł mu sam Arturo, który stracił punkt za ciosy poniżej pasa. Gdyby nie ta kara, to na kartach punktowych byłby remis. Fakty były jednak takie, że po trzech porażkach z rzędu oblicze Gattiego zdecydowanie straciło na atrakcyjności. Po kilku miesiącach namysłu „Grzmot”… zmienił kategorię wagową na jeszcze wyższą.

To pozornie mało logiczne posunięcie było majstersztykiem godnym najbardziej wytrawnych strategów. Pięściarz doskonale wiedział co robił, a w kolejnych latach stał się ekspertem w temacie nawadniania organizmu. Gatti wykorzystał lukę w przepisach – na przełomie wieków nikogo nie obchodziła waga w dniu pojedynku. Liczyło się to, by zmieścić się w limicie podczas ceremonii ważenia. Starcie z Reyesem Munozem (21-3) zakontraktowano w kategorii superlekkiej (63,5 kg). Wchodząc do ringu Arturo ważył jednak ponad 72,5 kg – aż o 7 kilogramów więcej niż rywal!

Jak mogła zakończyć się walka zawodników, których dzieliła różnica de facto dwóch kategorii wagowych oraz przynajmniej kilku bokserskich klas? Tylko szybkim nokautem. Po wszystkim było już w pierwszej rundzie, ale Munoz zaczął się zachowywać wyjątkowo dziwnie. Cały czas chwiał się na nogach i nie mógł dojść do siebie. Ring opuszczał na noszach. Lekarze zdiagnozowali u niego pourazowe porażenie nerwu czaszkowego, które było jednak efektem wcześniej istniejącego stanu. Munoz miał już nigdy nie stoczyć kolejnej walki, ale udało mu się odzyskać sprawność.

Gatti kontynuował proces odbudowy, który w marcu 2001 roku ostatecznie doprowadził go do kasowej walki z Oscarem de la Hoyą (32-2). Pierwszy raz zetknęli się w grudniu 1995 roku, gdy na tej samej gali obaj wygrali mistrzowskie pojedynki w różnych kategoriach wagowych. Byli przedstawicielami tego samego pokolenia – dzieliło ich zaledwie kilka miesięcy.

Dużo większą gwiazdą był jednak de la Hoya, który był związany gwiazdorskim kontaktem z HBO. Właśnie rozpoczynał współpracę z Floydem Mayweatherem seniorem. „Przez trzy tygodnie z nim nauczyłem się więcej niż przez osiem lat z całą resztą szkoleniowców” – mówił Oscar, którego trenowali między innymi Emanuel Steward i Gil Clancy. „Oprawimy tego chłopca jak ładny kawałek miejsca. Co tam Oscar, sam mógłbym wyjść i skopać Gattiemu dupsko!” – przechwalał się Floyd senior i niewiele brakowało, a sam by się doigrał.

De la Hoya zarobił ponad 5 milionów, jego rywal niecałe dwa, ale i tak była to w tamtym momencie jego najlepsza wypłata w karierze. Walka była jednostronnym popisem faworyta, który rzucił „Grzmota” na deski już w pierwszej rundzie. Kolejne odsłony wygrał dość łatwo, a w piątej było już po wszystkim. Dumny Gatti skończyłby zapewne ciężko znokautowany, ale został czujnie poddany przez narożnik. Po latach Oscar rzucił nowe światło na tę rywalizację. Człowiek, który dzielił ring z mocno bijącymi pięściarzami pokroju Shane’a Mosleya, Felixa Trinidada i Fernando Vargasa, nie mógł się nachwalić siły Gattiego.

„Żaden przeciwnik nie uderzył mnie mocniej. Arturo miał cholernie ciężkie ręce – jak nikt kogo spotkałem na swojej drodze” – przyznał de la Hoya w kultowej rubryce „Best I Faced” magazynu „The Ring”, w której wielcy mistrzowie opowiadają o największych wyzwaniach w swojej karierze. W jego narożniku w tej walce pracował nad rozcięciami… Al Gavin – ten sam, który wiele lat wcześniej wywróżył Arturo wielką karierę.

„Buddy” uczy Gattiego boksu

Niewiele brakowało, a ta porażka zakończyłaby karierę Gattiego. Ludzie z jego otoczenia przestali w niego wierzyć. Odwracali się sponsorzy, wątpili promotorzy, ale sam zainteresowany postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Chciał odrodzić się w zupełnie innej wersji. Jego nowym trenerem został James „Buddy” McGirt i miał jeden plan – zamierzał okiełznać wojownika i zrobić z niego Pana Boksera.

„Byłem skończony. Nie miałem siły i motywacji. Zdecydowanie za dużo imprezowałem i marnowałem życie na używki. Mimo to wciąż czułem, że mam jeszcze serce do boksu i postanowiłem coś zmienić” – tłumaczył Gatti. Już po drugim wspólnym treningu wiedział, że znalazł to, czego szukał. „Trafienie w tamtym momencie kariery na McGirta było jak znak od Boga” – mówił po latach wprost Pat Lynch, menedżer pięściarza.

Sam boks od początku XXI wieku coraz mocniej zmierzał w stronę komercji. Nie przeszkodziło to w doprowadzeniu do wielu fantastycznych pojedynków, za które każdorazowo trzeba było płacić ciężkie pieniądze w systemie Pay-Per-View. Gatti pozostawał poza tym głównym nurtem, ale wciąż się liczył.

W maju 2002 roku telewizja HBO doprowadziła do zakontraktowania jego walki z Mickym Wardem (37-11). „Irish” był twardzielem, który zbliżał się do końca kariery i nigdy nie należał do bokserskiej elity. Zestawienie pięściarzy o takiej charakterystyce gwarantowało jednak emocje i było ukłonem w kierunku bokserskich fanatyków. I chociaż wszyscy spodziewali się wielkiej ringowej wojny, to jej przebieg przerósł wszelkie oczekiwania.

Z rundy na rundę sytuacja się zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale to w dziewiątej rundzie wydarzyły się rzeczy, które po prostu nie miały prawa się wydarzyć. W trakcie wcześniejszych odsłon obaj bywali zranieni i mocno krwawili, ale trzymali się na nogach. Na początku dziewiątego starcia Gatti padł na deski po potwornym lewym na wątrobę. To był cios, po którym pięściarze zazwyczaj nie wstają.

Arturo w ostatniej chwili jakimś cudem dźwignął się na nogi. Jeśli sędzia walki Wildera z Furym podjął odważną decyzję dopuszczając do dalszej walki Brytyjczyka, to jak nazwać to, co zrobił Frank Cappuccino? „Gdybym przerwał tę walkę, to by mnie zamordowali!” – tłumaczył potem arbiter. Ward na dokończenie roboty miał ponad dwie minuty. Próbował dopaść rywala szaloną serią ciosów, ale jakaś siła cały czas trzymała Gattiego na nogach.

Szala podczas tej rundy kilkukrotnie przechylała się raz na jedną, raz na drugą stronę. Każdy z nich miał małe kryzysy, by wrócić z jeszcze bardziej furiackim atakiem. „Przerwij to, Frank! Możesz to przerwać w każdej chwili” – krzyczał Jim Lampley na trzydzieści sekund przed końcem, gdy wydawało się, że Gatti jest już nieprzytomny choć wciąż trzyma się na nogach.

„Widzieliśmy właśnie nie Rundę Roku, a Rundę Stulecia! Marzymy o takich walkach, ale rzadko do nich dochodzi, a jeszcze rzadziej dorównują one naszym oczekiwaniom. Ta przerosła nawet te najśmielsze” – emocjonował się Emanuel Steward. Statystyki tego starcia nawet dziś wydają się kosmiczne. Przez 3 minuty Ward doprowadził do celu 60 z 82 mocnych („power punches„) ciosów (73%), jego rywal 42 z 61 (69%). Liczby najlepiej pokazują, że była to po prostu uliczna bójka dwóch kozaków o niespotykanym sercu do walki.

Po dziewiątej rundzie wydawało się, że zmasakrowany Gatti nie wyjdzie do ostatniego starcia. Ward podniósł nawet ręce w geście triumfu, ale „Grzmot” nie mógł się poddać. Nie w takiej walce i nie w takich okolicznościach. Rozróba trwała więc dalej, a wielu obserwatorów ostatnią rundę przyznało temu, który miał do niej w ogóle nie wyjść. Po wszystkim sędziowie nie byli jednomyślni. Jeden wskazał remis, dwóch przyznało minimalną wygraną Wardowi, który wygrał dzięki nokdaunowi z dziewiątej rundy oraz za sprawą punktu, który Gatti stracił za ciosy poniżej pasa.

Rywale zostają przyjaciółmi

„Irish” w wieku 36 lat wreszcie wygrał wielką walkę, ale rewanż był sprawą oczywistą. Wszyscy zadawali sobie jedno pytanie – ile zdrowia stracił Gatti w pierwszej walce? Okazało się, że chyba niewiele, bo boksował dużo mądrzej. Momentami wręcz tańczył i z łatwością przepuszczał ciosy rywala. W trzeciej rundzie powalił Warda na deski i ostatecznie wygrał dość pewnie na punkty. Kibice znów obejrzeli wiele porywających wymian, a po wszystkim stało się jasne, że do wyraźnego rozstrzygnięcia tej rywalizacji będzie potrzebny trzeci pojedynek.

Trylogia dopełniła się nieco ponad rok od pierwszego spotkania. Ward jeszcze przed wyjściem do ringu zapowiedział, że bez względu na wynik zakończy karierę. Dzięki tym pojedynkom zarobił ponad 2 miliony dolarów i przed czterdziestką wreszcie mógł czuć się wojownikiem spełnionym. „Widzieliście kiedyś pięściarza z taką liczbą porażek, który na koniec kariery tyle by zarobił?” – cieszył się Micky. W ringu znów dał z siebie wszystko, a trzeci pojedynek miał dramatyczny przebieg.

W pierwszych minutach lepiej wyglądał Gatti i zapisywał na koncie rundę za rundą. Rywal coraz bardziej szedł na wyniszczenie aż wreszcie w ostatnich sekundach szóstej odsłony doprowadził do celu dwa potężne ciosy. Arturo padł, ale udało mu się przetrwać. W siódmej obaj byli na skraju porażki przed czasem. Szalone wymiany trwały do ostatniego gongu dziesiątej rundy. Gdy wreszcie wybrzmiał, obaj nie czekali na werdykt tylko stanęli na środku ringu i długo się ściskali. Ten obrazek przeszedł do historii jako podsumowanie wyniszczającej rywalizacji dwóch weteranów, którzy zostawili między linami kawałek siebie.

Sędziowie punktowali minimalnie na korzyść Gattiego, ale nie miało to większego znaczenia. Stacja HBO pożegnała tych wielkich wojowników efektownym pokazem fajerwerków. „Większość ludzi nie pamięta, kto wygrywał poszczególne walki. Ludzie pamiętają ich poświęcenie. To piekło, które przeszli w ringu. I tę miłość, którą okazali sobie na koniec. To była esencja tej rywalizacji” – komentował po latach wyraźnie wzruszony Jim Lampley, który komentował wszystkie trzy walki na antenie HBO.

Brian Eno powiedział kiedyś, że debiutancki album grupy Velvet Underground był ważniejszy niż mógłby na to wskazywać dość skromny nakład. „Każdy, kto kupił ten album, założył potem zespół” – przekonywał producent. Z trylogią Gatti – Ward było pod wieloma względami podobnie. Nie stała może na najwyższym poziomie technicznym i nie każdy, kto ją oglądał został potem pięściarzem, ale setki tysięcy osób zainteresowały się boksem dzięki pojedynkom dwóch pięściarzy, którzy nigdy nie zostali wielkimi gwiazdami.

Kilka godzin po ostatnim gongu trzeciej walki obaj trafili do szpitala i spotkali się na izbie przyjęć. Gdy lekarz odsłonił oddzielającą ich kotarę, pierwsze o co zapytał Gatti to stan zdrowia rywala. „Dopiero co chcieliśmy się pozabijać, ale w tym momencie zrozumiałem, że zyskałem przyjaciela na lata” – komentował Ward. Arturo po trzech wyniszczających wojnach dostał w końcu wymarzoną walkę o tytuł i znów został mistrzem świata. Do pojedynku z Gianlucą Branco (32-0) wyszedł do ringu… w asyście Micky’ego Warda, którego losy zostały potem przybliżone masowej publiczności w oscarowym „Fighterze” z Markiem Wahlbergiem w roli głównej.

Ostatnie mistrzowskie rządy „Grzmota” zakończył dopiero wielki Floyd Mayweather (33-0) w czerwcu 2005 roku. Walka była jednostronnym popisem młodego Amerykanina, ale Gatti przeszedł do historii jako jeden z nielicznych pięściarzy, którzy za walkę z Mayweatherem zarobili więcej od niego. Dwa lata i dwie porażki później Arturo wiedział już na pewno, że nic więcej w boksie już nie osiągnie.

Amanda idzie na wojnę

Do historii przeszedł jako jeden z najwybitniejszych przedstawicieli zanikającej kategorii „blood & guts” – pięściarzy, którzy zostawiali w ringu krew, pot i łzy. Był stylowym wojownikiem wyjętym prosto z lat pięćdziesiątych. „Mówił w trzech językach, ale językiem, w którym porozumiewał się najlepiej, był boks” – mówił o nim Larry Merchant. Życie pokazało, że miał rację. Gatti nie potrafił odnaleźć się bez boksu, a codzienne utarczki z Amandą z czasem zaczęły być równie wyniszczające jak trylogia z Wardem.

Co wydarzyło się w Brazylii? Sekcja zwłok wykazała, że Gatti zmarł z powodu niedotlenienia. Są dwa wyjścia – albo się powiesił, albo… ktoś mu w tym pomógł. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że 3 tygodnie przed śmiercią pięściarz zmienił zapisy swojego testamentu. W myśl najnowszych postanowień cały jego majątek miała odziedziczyć Amanda. Rodzina pięściarza – rodzice i rodzeństwo – zostali kompletnie pominięci.

Wiele wskazuje na to, że pięściarz żałował tej decyzji. Przed wyjazdem do Brazylii para podróżowała kilka tygodni po Europie. Według Amandy to był „drugi miesiąc miodowy”. Według przyjaciela Gattiego było… dokładnie odwrotnie. To nie tylko opinia. Mężczyzna pokazał dowód – pięściarz nagrał mu się na poczcie głosowej. Wyraźnie słychać jak nazywa wyjazd z Amandą „pierdolonym koszmarem”.

Sytuacji, w których ciężko uwierzyć w słowa kobiety, jest zresztą więcej. Wróćmy do historii o tym, jak para się poznała. Amanda cały czas gorliwie zaprzecza, że kiedykolwiek pracowała jako striptizerka. Stacja CBS dotarła jednak do czterech świadków, którzy pod nazwiskiem twierdzą, że regularnie występowała tam na scenie. Jedna z tych osób pokazała nawet… jej roznegliżowane zdjęcie. Mimo to kobieta trzyma się swojej wersji. Jeśli w takiej sprawie mija się z prawdą, to czy można wierzyć jej wersji w sprawie śmierci męża, która uczyniła z niej jedyną spadkobierczynię milionów?

Ostatni dzień Gattiego jest dość dobrze udokumentowany. To był początek pobytu pary w Brazylii. Wieczorem w komplecie udali się na kolację do restauracji. Według Amandy scenariusz był typowy – Arturo zaczął pić i szybko stracił nad sobą kontrolę. Doszło do publicznej awantury, podczas której pięściarz rzucił żoną o ziemię. Potwierdzają to świadkowie i policyjne raporty.

Wokół pary pojawił się tłum ludzi, który próbował wymierzyć mężczyźnie karę. W kierunku Gattiego poleciały kamienie, a nawet… rower. Kilku rosłych mężczyzn próbowało go powalić, ale pięściarz nie ustępował. Jeden ze świadków porównał go do komiksowego „Niesamowitego Hulka”. Gdy Arturo dotarł z powrotem do pokoju, był ranny i poszarpany. Według Amandy było po 2 nocy. Mąż zobaczył jej obrażenia i nie mógł uwierzyć, że się do nich przyczynił. Kobieta poszła na górę spać z synem, mąż został na dole. Pożegnali się zgodnie twierdząc, że ich związek nie ma już większego sensu.

„Po kilku godzinach wstałam i zeszłam na dół po butelkę dla syna. Minęłam leżącego Arturo, ale ta sytuacja nie zwróciła mojej uwagi” – tłumaczyła Amanda. Krew? Żadnej nie widziała, chociaż rano było jej mnóstwo. Gdy już jako wdowa opuszczała areszt, witał ją wiwatujący tłum, a ona sama wychodziła z szerokim uśmiechem na ustach. Warto dodać, że była u siebie, bo urodziła się i wychowała w Brazylii. Wyglądała wtedy jak hollywoodzka gwiazda, a nie jak ktoś, kto kilka dni wcześniej w kuriozalnych okolicznościach stracił ukochaną osobę.

W kolejnych miesiącach rodzina Arturo wynajęła prywatnych detektywów, którzy udali się do Brazylii, by wyjaśnić sprawę na własną rękę. Zgodnie z oficjalnymi ustaleniami śledczych, Gatti miał się powiesić na cienkim pasku od torebki swojej żony. Skąd w takim razie rana głowy i plama krwi na podłodze? „Arturo został uderzony w głowę, co doprowadziło go do nieprzytomności. Potem został uduszony i upozorowano jego samobójstwo” – przekonywał jeden z detektywów.

Jeśli wierzyć śladom krwi, to sprawa jest dziwna. Według świadków Arturo faktycznie krwawił tego wieczora, ale recepcjonistka, która widziała go na dole gdy wracał do pokoju nie dostrzegła żadnych śladów. Plam krwi nie było na jego ubraniu. Krwi nie było też na pasku od torebki. Nie stwierdzono jej także na schodach i krześle, którego miał użyć popełniając samobójstwo. Żadnego śladu nie ma też na szklanym stoliku, który stał obok schodów. Ogromne plamy były tylko w bezpośredniej okolicy jego głowy – na samej podłodze. Eksperci przekonują, że taka ilość krwi nie mogła powstać po śmierci.

Detektywi twierdzą, że gdyby Gatti powiesił się w taki sposób jak sugerują to Brazylijczycy, to jego ciało nie mogłoby upaść w miejscu, w którym zostało znalezione. Nie są to tylko teorie na papierze. Przeprowadzono setki symulacji, do których w tym samym hotelowym pokoju użyto manekina o identycznych parametrach co Arturo. W żadnym z tych scenariuszy ciało nie upadło w taki sposób jak lipcowej nocy 2009 roku. Po dwóch latach powstał liczący ponad 300 stron raport, który wysłano do Brazylii, ale nie przyniósł on żadnego wymiernego efektu. Pojawił się też inny problem – pasek był zbyt cienki, by utrzymać ciało mężczyzny o tej wadze. Za każdym razem pękał po kilku sekundach.

Wszystkie te ustalenia nie zmieniają jednego – Gatti miał ciemne oblicze. Nadużywał alkoholu i narkotyków, a po porażce z Mayweatherem prawie przedawkował leki. Matka jego pierwszego dziecka nazwała ten wybryk „próbą samobójczą”. Jeden z przyjaciół Arturo przekonuje, że pięściarz miał myśli samobójcze na długo zanim na jego drodze pojawiła się Amanda. Tę wersję przed kamerami potwierdził Joe Gatti – starszy brat mistrza. To jedyny członek rodziny, który wyłamał się i nie dołączył do nagonki na kobietę, którą wielu wciąż nazywa „czarną wdową”.

„Nie wierzę w samobójstwo Arturo. Spędziłem z nim 30 rund w ringu, poznałem go jak nikt. W tym człowieku nie było chęci poddania się i ucieczki. Miał dwójkę dzieci, które kochał na zabój. Nigdy nie uwierzę w tę wersję” – komentował Micky Ward. Pat Lynch – długoletni menedżer Gattiego – także zalicza się do grona sceptyków i jednoznacznie atakuje w mediach Amandę. Postrzega ją jako kobietę, która wykorzystała trudną sytuację i mniej lub bardziej metaforycznie wbiła nóż w plecy jego przyjacielowi.

W sprawie pozostaje jednak wiele pytań. Część odpowiedzi przyniosła druga autopsja, którą przeprowadzono już w Kanadzie. Nie stwierdzono jednoznacznych dowodów na udział osób trzecich, a wszystkie aspekty sprawy pasowały do samobójstwa przez powieszenie. Czy rodacy pomogli Amandzie zatuszować sprawę? I przede wszystkim – kto i w jaki sposób miałby pomóc jej w morderstwie? Ciężko sobie wyobrazić, by drobna kobieta była w stanie najpierw obezwładnić bokserskiego mistrza, a potem idealnie upozorować jego samobójstwo nie pozostawiając przy tym żadnych śladów. Z drugiej strony ciężko też uwierzyć w to, by mijając leżącego na podłodze Gattiego mogła nie zauważyć morza krwi wokół jego głowy.

W grudniu 2011 roku rozstrzygnęła się kolejna ważna batalia. Kanadyjski sąd mimo zastrzeżeń rodziny uznał testament Gattiego za wiążący. Amanda już wcześniej odmówiła podzielenia się fortuną z rodzicami pięściarza i matką jego pierwszego dziecka. Zatrzymała miliony i wróciła do Brazylii, jednak po kilku latach otworzyła butik w Montrealu. Wciąż czeka na telefon z przeprosinami od rodziny Arturo i przekonuje, że nie ma nic wspólnego ze śmiercią męża.

KACPER BARTOSIAK

KOMENTARZE (1)

WordPress Lightbox