Miasto Beatlesów znów miastem lidera
Anglia

Miasto Beatlesów znów miastem lidera

Powtarzalność w futbolu jest wartością wielce pożądaną. Powtarzalnym udało się dzisiaj być piłkarzom Liverpoolu. Sezon temu ograli Bournemouth na Anfield 3:0, wynik otwierał w pierwszej połowie Mane, w drugiej swojego gola zaliczył Mo Salah. Dziś te trzy rzeczy znów się wydarzyły.

Rozmiar wygranej nie był jednak najważniejszy. Najważniejszy był powrót na zwycięską ścieżkę, bo dwa remisy sprawiły, że po dwóch miesiącach zmienił się lider Premier League. Manchester City rozgrywając awansem mecz 27. kolejki z Evertonem wyprzedził The Reds, do których przecież po porażce z Newcastle mógł tracić nawet siedem punktów. Ale Liverpool najpierw nie ograł u siebie Leicester, później tylko jeden punkt przywiózł też ze Stadionu Olympijskiego.

Atmosfera na Anfield – o czym mówił ostatnio choćby Steve McManaman – zaczynała się robić dziwna. Jakby w głowach kibiców rodziły się i namnażały wątpliwości. Dlatego tak istotne było pewne, przekonujące zwycięstwo.

Pierwsza połowa nie była jeszcze dokładnie taka, jakiej kibice mogliby oczekiwać. Zaczęło się podsyceniem wątpliwości – wejściem w pole karne Liverpoolu Ryana Frasera i strzałem, przy którym trochę musiał się natrudzić Alisson Becker. Ale The Reds przejęli inicjatywę i zdołali strzelić dwa gole. Pierwszy to – podobnie jak w dwóch poprzednich meczach – dzieło Sadio Mane, który wydawał się być na nieznacznym, ale jednak spalonym po wrzutce Jamesa Milnera. Analiza w przerwie pokazała jednak, że stopa Nathana Ake wyznaczająca linię spalonego sprawiła, że Senegalczyk był w pełni uprawniony do brania udziału w akcji.

Druga bramka nie wzbudziła już absolutnie żadnych kontrowersji – Robertson zagrał w pole karne Wisienek do Giniego Wijnalduma, a Holender będąc jeden na jeden z Nathanem Ake zdecydował się na najbardziej nieoczywiste rozwiązanie. Lob nad Arturem Borucem. Polak był ustawiony źle, dał się przechytrzyć. Tak to trzeba ocenić.

I szkoda, bo gdyby wyjąć tę jedną interwencję, był to naprawdę dobry występ Boruca. Golkiper, który niedawno wygryzł spomiędzy słupków Asmira Begovicia, trzy razy zatrzymywał rywali w sytuacjach sam na sam, dwukrotnie popisując się charakterystycznym pajacykiem. Najpierw dwa razy udało mu się wygrać pojedynek z Firmino, później z Alexandrem-Arnoldem.

Przegrał za to ten z Mohamedem Salahem, ale dać się pokonać królowi strzelców Premier League, gdy ten wychodzi z tobą oko w oko – żaden wstyd. Tym bardziej, że akcja, która doprowadziła do trafienia na 3:0 była po prostu palce lizać. Zaczęło się od autu Milnera, później było odegranie Mane, piłka Keity za plecy Ake do Firmino, przetoczenie piłki podeszwą za siebie do Egipcjanina i chirurgiczne wykończenie. Lepiej tego się zrobić nie dało.

Ale The Reds w drugiej połowie przekonali nie tylko tym golem. Dostaliśmy bowiem dowód na to, jak doskonale mogą się zazębiać ich akcje, jeśli tylko w formie jest Roberto Firmino. Czasami niedoceniany, bo więcej strzelają przecież Mane z Salahem, ale dziś było widać, jak ważny dla kombinacji drużyny z Anfield. Mecz kończy z asystą, spokojnie mógł z dwiema. Salah po jego świetnej piłce trafił jednak w poprzeczkę.

Liverpool – Borunemouth 3:0
Mane 24’, Wijnaldum 34’, Salah 48’

***

„Wychodzisz na każdy kolejny mecz z myślą: ten zespół wygra. Myślę, że zawodnicy to czują”.

Tak podsumował spotkanie z Fulham Ole Gunnar Solskjaer. Gdybyśmy mieli ocenić po tym, jak się prezentują – zdecydowanie tak. Zdecydowanie czują. Manchester United dziś w starciu z Fulham niepewny wyniku mógł być przez kilka pierwszych minut, gdy gospodarze natarli na Czerwone Diabły z całych sił. Nic im z tego jednak nie przyszło – kontra wyprowadzona przez Schurrle jeszcze w pierwszej minucie zakończyła się idealnym podaniem do Vietto i fatalnym wykończeniem napastnika gospodarzy. Natomiast strzał Niemca zza pola karnego po młynie w szesnastce powędrował ponad bramką.

Później obejrzeliśmy to samo Fulham, które oglądamy w sumie od początku sezonu. Niezdolne do odpowiedzi po stracie gola, nawet gdy ma sytuację z metra do pustaka. 

Popełniające tragiczne w skutkach wielbłądy w obronie. Przodował w nich sprowadzony latem za cztery miliony euro z Nicei Maxime Le Marchand. Ujmijmy to najdelikatniej, jak się tylko da – gdyby za cztery miliony kupić kilkuletni zapas lodów Kaktus dla każdego zawodnika Fulham zamiast tego stopera, wyniki londyńczyków z pewnością nie uległyby zmianie na gorsze. A może poprawiłoby to nieco morale, szczególnie w cieplejsze dni.

Le Marchand maczał bowiem palce przy dwóch bramkach. Najpierw pozwolił, by udał się samotny rajd Anthony’ego Martiala rozpoczęty jeszcze przed linią środkową, a zakończony golem na 2:0. To on był jedynym defensorem, jakiego miał do minięcia Francuz (wcześniej strząsnął sobie z ramienia goniącego go Odoia), postawił jednak mniejszy opór niż my, gdy w piątek ktoś zaproponuje że postawi nam kolejkę.

3:0 to również Le Marchand – Francuz wyciął bowiem Juana Matę, dając mu się naciągnąć na niezdarną interwencję technicznym przyjęciem z odejściem do lewe nogi. Paul Pogba strzelił z jedenastu metrów tam, gdzie rzucił się Sergio Rico, ale na tyle precyzyjnie i mocno, że i tak nie dał Hiszpanowi szans.

Pierwszy gol to również dzieło Pogby po zagraniu świetnego dziś Martiala – piłkę wpierw przejął Ander Herrera, przerzucił ją delikatnie nad rywalem i zagrał do Martiala. Ten obsłużył podaniem Pogbę. I choć kąt był bardzo ostry, złe ustawienie Rico sprawiło, że możliwe stało się uderzenie po krótkim słupku.

United wskakują dzięki tej wygranej do Top Four. Czyli dokonują czegoś, co w chwili odejścia Jose Mourinho wydawało się być nie do pomyślenia. Przypomnijmy – Solskjaer obejmował stery, gdy Czerwone Diabły miały 11 punktów straty do 4. miejsca. Nie potrzebował nawet 10 ligowych starć, by odrobić całość z nawiązką.

Fulham – Manchester United 0:3
Pogba 14’, 65’ (k.), Martial 23’

***

Zdecydowanie dłużej w napięciu niż spotkania Liverpoolu i Manchesteru United trzymał mecz Southampton z Cardiff. Arcyważny w kontekście gry o utrzymanie, przyniósł dwa gole zmieniające kierunek wyniku już w doliczonym czasie gry. Niestety, drużyna Jana Bednarka z tego rollercoastera schodzi na nogach z waty i z zawrotami głowy.

A było tak – Sol Bamba strzelił bramkę w 69. minucie i wynik 1:0 dla gości z Walii utrzymywał się aż do ostatniej minuty. Wtedy James Ward-Prowse ustawił piłkę w narożniku boiska, ucałował ją i ta… poleciała dokładnie tak, jak mógłby sobie tego życzyć. Zgranie Austina na krótkim słupku, zamknięcie Stephensa na długim, 1:1 uratowane.

Tak się przynajmniej wydawało.

To jednak nie był koniec – Cardiff ruszyło z akcją prawą stroną w trzeciej doliczonej minucie, pierwszą wrzutkę ofiarnie wybił Bednarek, przy drugiej dużo gorzej spisali się jego partnerzy. Camarasa miał czas na przyjęcie i odegranie na strzał do Zohore, a ten uderzył nie do obrony dla McCarthy’ego.

Jak wyglądały w tym meczu statystyki Bednarka? Tym razem nie tak przekonująco, jak do tego przyzwyczaił, szczególnie jeśli chodzi o walkę o górne piłki.

– 42/52 podania celne (81%)

– 1 kluczowe podanie
– 2/8 wygranych pojedynków główkowych (25%)
– 1/1 udany odbiór
– 6 wybić
– 3 przejęcia

Southampton – Cardiff 1:2
Stephens 90’+1’ – Bamba 69’, Zohore 90’+3′

***

Najlepszy humor z trójki Polaków mógłby dziś mieć dziś Łukasz Fabiański, bo jako jedyny nie przegrał. Ale nie tylko jego West Ham stracił prowadzenie i szansę na pierwszą wygraną od pięciu meczów – Młoty ostatni raz zwyciężyły 12 stycznia z Arsenalem, od tamtej pory odpadły z FA Cup z Wimbledonem, przegrały dwa i zremisowały jedno spotkanie ligowe. Niestety, Fabiański będzie miał też sporo do zarzucenia samemu sobie, bowiem Wilfried Zaha pokonał go z bardzo ostrego kąta, z pozycji, z której nie powinien był tego dokonać. A szkoda, bo Crystal Palace oddało aż 25 strzałów i gdyby udało się zachować na Selhurst Park czyste konto, byłoby to na pewno dużą sprawą.

A, jeden z 25 strzałów Palace to byłoby pudło sezonu, gdyby nie to, co wcześniej zrobił Ryan Babel.

Crystal Palace – West Ham 1:1
Zaha 76’ – Noble 27’

***

Zwycięstwo z czerwoną latarnią ligi jest obowiązkiem, utrata punktów w takim meczu to kompromitacja. Huddersfield poziomem zwyczajnie odstaje od Premier League, dlatego kibic Arsenalu nie miał prawa obawiać się tego wyjazdu. Mimo że bez Pierre’a-Emericka Aubameyanga I w zasadzie po trzech kwadransach było pozamiatane – Kanonierzy po pierwszej połowie prowadzili 2:0, nie dali rywalom oddać celnego strzału.

W drugiej połowie Huddersfield przycisnęło jednak Arsenal tak, jak zwykle to Kanonierzy dociskali rywali. 59% posiadania piłki, 11 strzałów, 6 celnych (przy 3 uderzeniach i 1 celnym Arsenalu) – te statystyki Unai Emery powinien swoim piłkarzom wywiesić w szatni i kazać na nie patrzyć za każdym razem, gdy Kanonierzy będą do przerwy prowadzić ze słabeuszem i myśleć, że mają mecz w garści.

Terriery zdobyły jednak kontaktowego gola za późno, by cokolwiek tutaj ugrać – Kolasinac wpakował piłkę do własnej bramki dopiero w 93. minucie. 

Huddersfield – Arsenal 1:2
Kolasinac 90’+3’ (sam.)Iwobi 16’, Lacazette 44’

***

W ostatnim z dotychczasowych meczów prawdopodobnie byli podopieczni przypieczętowali los Marco Silvy. Menedżer zwolniony z Watfordu w poprzednim sezonie, gdy Everton ruszył po jego podpis, teraz wisi na cieniutkim włosku. I kto wie, czy decydującego przecięcia nie dokonał jego były klub. Który Silva uznał za mniej atrakcyjne miejsce pracy niż Everton, a który w tym momencie znajduje się cztery punkty nad The Toffees.

Watford – Everton 1:0
Gray 65’

fot. NewsPix.pl