Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Matematyka jest zajadłym wrogiem każdego kibica: wygrać może tylko jeden, przegrywają wszyscy niezliczeni pozostali. 

Tak jest w dowolnej lidze, w każdym turnieju, w pucharach, w meczu, we wszystkim.

Jesteś przeciętniakiem, który osiągnie wynik ponad stan, odpadasz, ale i tak możesz czuć się zwycięzcą?

Niby tak, niby nie.

Euro 2016 dla nas było piękną przygodą, ale i tak ostatecznie szczodrą w ból; skoro było tak świetnie, to dlaczego Fabian tak się popłakał, a wszyscy zastanawiamy się „co by było gdyby”?

Jeśli futbol czegoś uczy, to odporności na porażki. Nie przyzwyczajania się, bo do porażek przyzwyczajać się nie wolno, ale odporności na nie – różnica taka, że w tym drugim przypadku stosujemy się do maksymy Winstona Churchilla „Sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”.

To esencja kibicowania, znam ją doskonale z najczarniejszych lat biało-czerwonych: wszystko przeciw nam, łomot idzie za łomotem, w kadrze półtora dobrego piłkarza, ale jednak przecież zaczynamy od 0:0, nie 0:3, prawda? Kto wie co się wydarzy. Może się uda?

Są jednak takie porażki, nad którymi w żaden sposób przejść do porządku dziennego się nie da. Porażki, z których nawet nie ma jak wyciągnąć wniosków. Porażki piętrowe, nie pozostawiające ani centymetra na jakiekolwiek „ale”.

Taką porażką jest mecz Holandia – Włochy na Euro.

Nie wiem czemu wróciłem do niego w tym tygodniu, ale obejrzałem go od deski do deski. Być może są takie mecze sprzed lat, które obrastają tyloma mitami, że aż chce się w końcu skonfrontować wianuszek mitów z rzeczywistością.

Dla mnie to spotkanie było najbardziej pamiętnym doświadczeniem tego znakomitego Euro. Gol Figo z Anglią z tamtego turnieju uważam za jeden z najpiękniejszych, jaki kiedykolwiek padł – Figo przejmuje piłkę na własnej połowie, biegnie sam, nie ma żadnego wsparcia, jest skazany na klęskę, a zamiast tego ładuje po widłach z 35 metrów i jeszcze po założonej siatce.

Ale przy Holandia – Włochy pamiętam również gdzie: kolonie w Pogorzelicy, gdzie największą atrakcją salon gier z Mortal Kombat II, gra w pana i wiecznie zabłocone boisko – przez trzy tygodnie turnusu jeden dzień nie padało. Mecz oglądany na świetlicy, wspólnie z wszystkimi, co potęgowało doświadczenie, bo powstawała spontaniczna trybuna.

Podziałów kibicowskich na niej nie pamiętam, ale pamiętam, że po meczu każdy chciał być Toldo. Choćby napastnik, co seryjnie dziurawił siatki, chciał spróbował swoich sił w bramce, a każda parada była paradą Francesco Toldo.

Nie było na tamtym turnieju lepszej drużyny od pomarańczowych współgospodarzy. W fazie grupowej trzy zwycięstwa, bilans 7:2. Drużyna kompletna: Van der Sar w bramce, w obronie Jaap Stam, Frank de Boer, przed nimi Davids w życiowej formie, są Seedorf i Overmars, a w ataku aż nie wiadomo kim grać: Kluivert, Bergkamp, Makaay, van Hooijdonk.

Francuzi, późniejsi mistrzowie, przegrali przecież z Oranje w grupie po jednym z lepszych meczów turnieju. Francja dwa razy wychodziła na prowadzenie, a jednak poległa. Gol Franka de Boera z rzutu wolnego: torpeda.

 

A przecież prawdziwa demonstracja siły przyszła w ćwierćfinale: kto to słyszał, żeby na tym etapie wygrywać 6:1? Oto faza, gdzie każdy pilnuje, żeby się nie wychylić, oto moment, gdzie liczy się kalkulacja i wystrzeganie błędów, a oto w Rotterdamie, przy 47 tysiącach kibiców, Oranje wyrzucają wszystkie zasady przez okno i grają koncert.

Patrick Kluivert strzelający trzy gole wyglądające jak cztery (efektowny samobój naciskanego Govedaricy), nawet Zenden wspina mu Kluivertowi na plecy i pokazuje cztery palce. Holendrzy nie mają litości: strzelają jeszcze dwa razy, w tym takze w 91 minucie, nie mając litości do końca. Milosević trafia honorowo dopiero w 92.

Holandia potrafiła w tym turnieju strzelać w każdy sposób, z każdej pozycji. Zaskakujące strzały z dystansu dochodziły celu. Nawet średnie wrzutki z zabójczą skutecznością wykańczał Kluivert. Oranje byli groźni po stałych fragmentach, byku groźna z kontry, byli groźna w ataku pozycyjnym.

Wydawało się, że takiego arsenału nie da się zatrzymać.

I w zasadzie nikt do końca nie wie jak to się Włochom udało.

Oczywiście, że z całej stawki mieli najwięcej argumentów, by powstrzymać Holandię, bo nikt nie miał tyle talentu w tyłach. Ale dajcie spokój: nie powielajmy frazesu o catenaccio, Squadra Azzurra w 2000 grała w piłkę, wchodziła do półfinału z bilansem bramkowym 8:2.

Przebieg tego meczu to jakiś nonsens, błąd w rzeczywistości. Wszystko zaczęło się zgodnie z planem – Bergkamp kiwa Iuliano, strzela, Toldo nie daje rady, ale piłka zatrzymuje się na słupku. Spokojnie, myśli każdy Holender, co się odwlecze, to nie uciecze? Szczególnie, że już w 33 minucie Zambrotta łapie drugą żółtą kartkę, co dobrze odzwierciedla nacisk Holendrów. W obu przypadkach na karuzelę wrzucił Zambrottę Zenden.

A jednak są takie szczególne mecze, kiedy gra w dziesiątkę może pomóc. Nie ma dosadniejszego sposobu, by wszyscy uzmysłowili sobie, że nie ma żartów, a najmniejszy błąd skończy się tragicznie. Koncentracja, koncentracja, jeszcze raz koncentracja.

Ale przecież nie ma piłkarza, który dałby radę przez 90 minut biegać na tym samym poziomie koncentracji, skoro taki fachowiec jak Nesta, synonim wybitnego stopera, grający tego dnia świetny mecz, sfaulował w polu karnym Kluiverta.

Do jedenastki podszedł Frank de Boer, ten sam, który wytrzymał wojnę nerwów w pierwszym meczu turnieju, trafiając z wapna w 89 minucie. De Boer wspomni później:

– Ronald, mój brat, powiedział mi, żebym uderzył z całej siły w środek. Nawet nie byłem nerwowy, tak chciałem zrobić. Ale Toldo zaczął grać. Mrugnął do mnie. Więc wiesz, gdzie strzelę? Mrugnąłem do niego, że go przechytrzę.

Frank strzelił w prawy róg, Toldo wygrał pojedynek.

Co z tego jednak: to raptem pierwsza połowa, mecz długi, grasz w przewadze i przy pomarańczowych trybunach Amsterdam Arena. Co może pójść nie tak?

A to, że zmarnowana jedenastka i każda kolejna minuta niemocy sprawiała, że piłkarzy dławiła presja. Niby przewaga w posiadaniu piłki, niby kolejne zaczepne akcje, ale już nie ten huragan, co w pierwszych minutach, który doprowadził do jedenastki i wyrzucenia Zambrotty.

Niemniej nawet jeśli na chwilę się zablokujesz jako drużyna, od tego masz gwiazdy, żeby brały na siebie ciężar, prawda?

Prawdopodobnie nie było wówczas lepszej dziewiątki na świecie niż Patrick Kluivert, a jeszcze Kluivert podczas turnieju osiągnął życiówkę. Z najtrudniejszych pozycji posyłał piekielnie groźne uderzenia.

I nie musiał wspinać się z Włochami na wyżyny: wystarczyło trafić z karnego. Iuliano sfaulował szarżującego Davidsa, wątpliwości żadnych, jedenastka.

Kluivert strzela o wiele lepiej od De Boera, myli Toldo, uderza płasko, jak trzeba.

Ale futbolówka ląduje na słupku.

Wciąż 0:0.

Ten drugi zmarnowany karny musiał dokonać spustoszenia w mentalności Holendrów. Zoff to wyczuł i na siedem minut przed końcem wprowadził na boisko nie kolejnego stopera, tylko Francesco Tottiego, zostawiając na boisku Del Piero. To kapitalny przykład zmiany, która poza zmianą ustawienia, wpływa też na mentalność wszystkich na boisku:

Włosi myśleli – zobaczcie, gonimy ich, trener w nas wierzy.

Holendrzy myśleli – ci rywale nie mają do nas za grosz respektu, jeszcze zamierzają atakować. Aż tak źle gramy.

W dogrywce to Włosi byli bliżej zwycięstwa, goniąc za rozstrzygnięciem, być może pamiętając, że odpadli po karnych na trzech mundialach lat dziewięćdziesiątych. Holendrzy nie byli lepsi: strzały z wapna były ich końcem na Euro 1992 i 1996, a także na mistrzostwach świata we Francji.

Holandia miała szansę się zrehabilitować. Holandia mogła sprawić, że ten czarny wieczór będzie szczęśliwy i nikt nie będzie pamiętał o niemocy.

Ale zamiast drugi raz daje się zatrzymać De Boer – tym razem w środek, tak jak chciał brat, też bez skutku – Jaap Stam strzela nad poprzeczką, Bosvelta wyczuwa Toldo. Tylko Kluivert trafia, uderzając perfekcyjnie, ale nie w tym karnym co trzeba.

Całe strzelanie potrwa raptem cztery rundy. Ostatni włoski celny karny będzie należał do Tottiego, który okpi Van der Sara panenką. Po wszystkim powie:

– Żeby tak strzelić w takim momencie trzeba być albo szalonym albo bardzo dobrym. Nie uważam się za szalonego.

Skala porażki – tak jak zwycięstwa – rzadko polega na rezultacie, to tylko jeden z kontekstów, na pewno nie najważniejszy. Kto był największym przegranym tamtego turnieju? Czy Dania, która nie zrobiła sztycha i cały świat łączył się w bólu ze wściekłym Schmeichelem? Czy Jugosławia, która zebrała tak nieziemskie baty w ćwierćfinale? Nie, tylko i wyłącznie Holandia, choć trzy jej mecze były przepiękne, choć grała w pewnym futbol z kosmosu, choć dała tyle pozytywnych emocji i pięknych akcji, ale ostatecznie spadli z aż tak wysokiego konia.

Jeśli ktoś wam powie, że 0:0 to nudziarstwo, jest uniwersalny sposób, by wyprowadzić go z błędu. Dla Włochów to 0:0 jest jednym z największych zwycięstw, dla Holandii to 0:0 jest porażką, którą każdy Holender ma wypaloną na każdym sercu.

Leszek Milewski

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (21)